Pies o dwóch ogonach

Kolega Arek Bernaś zwrócił moją uwagę na Kétfarkú kutya, po polsku właśnie psa o dwóch ogonach, czyli najsłynniejszego pewnie węgierskiego graficiarza z Segedynu. Tak się złożyło, że niedawno przestudiowałem sobie album Banksyego, najbardziej z kolei znanego graficiarza na świecie, i podobieństwo ich obu bardzo rzuciło mi się w oczy, pies o dwóch ogonach zresztą linkuje do niego. Banksyego lubię, polubiłem więc też i psa. Różnica między nimi taka, że Bansky, mimo wielu triumfalnych ogłoszeń na ten temat, do tej pory nie został zidentyfikowany, podczas gdy cywilna tożsamość psa o dwóch ogonach jest znana: nazywa się on Gergő Kovács.

A oto ilustracja podobieństwa tych graficiarzy. Proszę zgadnąć kto jest autorem której pracy.

Banksy flower

Kétfarkú kutya Ördög

Pies o dwóch ogonach operuje na ulicach korzystając z szeregu sposobów ekspresji: plakatu, tablicy ulicznej. billboardu, szablonu, obiektu, ogłoszenie choć nie stroni też od pospolitego napisu ręcznego farbą.W każdym przypadku inspiracje bierze z zastanej sytuacji ulicznej. Może to być plama na murze, znak drogowy, miejsce, gdzie wiesza się ogłoszenia drobne czy też betonowy słupek przy chodniku. Widać, że lubi humor, absurd, ceni sobie okazje do zadziwienia przechodniów, nie lubi natomiast reklam, komercji i powagi. Swoje poczucie humoru przejawia też na stronie internetowej Węgierskiej Partii Psa o Dwóch Ogonach, której jest przewodniczącym. Mnie z tego wszystkiego najbardziej podobają się jego szablony.

Poniżej mały subiektywny przegląd twórczości psa o dwóch ogonach. Więcej na jego stronie internetowej

Kétfarkú kutya Dohányozni tilos

Zakaz palenia i używania otwartego ognia – tablica

Kétfarkú kutya Fagyokér

Korzeń drzewa

Kétfarkú kutya Fal

Ściana

Kétfarkú kutya Googol utca

ulica Googola

Kétfarkú kutya Grafiti eltávolítás

Usuwanie grafiti

Kétfarkú kutya Kentaur

Przystanek kentaurowy

Kétfarkú kutya Magalomániás

nawet nie tłumaczę

Kétfarkú kutya Útfa

drzewo drogowe

Kétfarkú kutya Kismagyarország

Mniejsze Węgry. Jak pies o dwóch ogonach rozwiązał problem przywiązania do kształtu tradycyjnych Węgier oraz realiów geopolitycznych.

Kétfarkú kutya Media Markt

Straszny bluzg, nawet nie tłumaczę. Też nie lubię chamstwa i agresji Media Marktu w reklamie. Tu wzięte do którejś tam potęgi.

Kétfarkú kutya Menekülő árnyék

Uciekający cień. Lubię tę serię z cieniami znaków drogowych. Dlatego poniżej dwa dodatkowe przykłady.

Kétfarkú kutya Piros árnyek

Czerwony cień

Kétfarkú kutya Szögletes árnyek

Cień kanciasty

liberator

Dziś mamy niezły chaos w mieście. Duża część dziewiątej dzielnicy jest zamknięta bo znaleziono dwutonową bombę z drugiej wojny światowej. Ludzie (16,000 zameldowanych mieszkańców) żyjący w promieniu kilometra mają opuścić domy, nie działają urzędy, komunikacja, dotyczy to pięciu linii tramwajowych, ośmiu linii autobusowych, dwóch linii kolejki dojazdowej, jest ograniczona. Przynajmniej częściowo zamknięte są dwa mosty. Mapa (ściągnięta z Indexu) ilustruje skalę  problemów.

lokalizacja bomby z drugiej wojny światowej znalezionej w Budapeszcie 28 lipca 2008

Bomba, według wstępnych ocen fachowców, jest amerykańska. Budapeszt, tak w ogóle, to w czasie drugiej wojny bombardowali Amerykanie, Brytyjczycy i Sowieci. Amerykanie robili to głównie przy pomocy Liberatorów B24 ale także i Latających Fortec B17 15 Armii Powietrznej operującej z lotnisk w południowych Włoszech.

Zastanawiam się, czy to były te same Liberatory, które zrzucały pomoc powstańcom warszawskim. Chodzi mi ten Liberator po głowie, bo Chłopak dostał od Ryśka model samolotu do sklejania sprzedawany w sklepie muzeum powstania i jest nim zafascynowany. Pomoc tu, bomby tam. Złożona ta historia, będzie się musiał z nią ten nasz polski/węgierski Chłopak jeszcze lepiej zapoznać i pogodzić.

żaba w kuchni węgierskiej

Niedawno poszliśmy popływać z Chłopakiem kajakiem po Cisie. Spłynęliśmy sobie kilkanaście kilometrów w dół od Szolnoku kiedy uznaliśmy, że już dosyć. Wysiedliśmy na jakimś pomoście, zadzwoniłem po faceta z wypożyczalni, żeby po nas przyjechał i zaczęliśmy czekać.

Niespodziewanie pojawił się właściciel pomostu. Okazało się, że nie po to, by nas objechać, ale żeby pogadać, co też nam świetnie poszło. Rozmowa zeszła na rzekę, łowienie ryb, jedzenie ryb. Spytałem mojego rozmówcę, którą rybę uważa za najlepszą. Przytoczył mi na to odpowiedź swojego ojca, autentycznego rybaka cisańskiego, na to samo pytanie, które mu kiedyć zadał. Odpowiedź była ciekawa.

"Żaba wodna (kecskebéka), synu" powiedział mu. A jadło się ją tak. Część przednia łodzi rybackich wyłożona była blachą. Na niej przez cały dzień płonął ogień, na którym stał kociołek. Co rybacy złowili małą rybkę nic nie wartą samą w sobie, czyścili ją i wrzucali do gotującej się zupy – tak, mowa jest o słynnej zupie rybackiej (wreszcie zrozumiałem czemu jest to zupa rybacka a nie po prostu rybna). Na koniec dnia przelewali zupę do innego kociołka wyrzucając to, co się zebrało na dnie. Wtedy łapali żabę i po oczyszczeniu wrzucali ją do zupy tak jak się dziś wrzuca kawałki karpia czy suma. Smak podobno miała znakomity, jaki jednak już się nie dowiem, bo żaba jest obecnie na Węgrzech chroniona.

Zaintrygowała mnie ta historia. Żeby żabę jedli graf Andrassy z grafem Esterházym to bym się nie zdziwił ale prości rybacy? I pomyśleć, że ta ludowa tradycja niemal bez śladu zniknęła z kuchni węgierskiej. 

Bildungsroman Krzysztofa Vargi

Przeczytałem właśnie Bildungsroman Krzysztofa Vargi. I choć książka zawiera szereg wątków, jak choćby stosunek do ojca czy "pierdolec na punkcie śmierci", to mnie najbardziej zainteresował przedstawiony w niej obraz Budapesztu i Węgier. Nie jest to obraz realistyczny, książka jest raczej oniryczna. Opisy, które zawiera. pozwalają spojrzeć na dobrze znane widoki w inny sposób, zdziwić się nimi, może zachwycić, pobudzić fantazję do tworzenia podobnego ale własnego spojrzenia. Miło, że Budapeszt znów trafił do polskiej literatury.

okładka książki Bildungsroman Krzysztofa Vargi

Zacytuję fragment z książki. Opisywałem kiedyś tutejsze wesołe miasteczko, uzupełnię teraz mój wpis opisem Krzyśka.

Do Vidámparku jechało się trolejbusem 72 od strony Hungária kőrút. Z drugiej strny można się tam było dostać od Hősök tere przez most na sztucznym jeziorze, mijając fałszywy, podrobiony zamek gotycki. Enklawa dzieci i starców. Zamknięty świat, środkowoeuropejski, magiczny Disneyland. Városliget. Macie tu wszystko, chłopcy, więc się bawcie. Cukrową watŁ, prażoną kukurydzę, gotowaną kukurydzę, kolorowe, twrde kulki gum do żucia o mdłym smaku, które w dodatku farbują język. I nie wpuszczano zbyt młodych na największe atrakcje, tam gdzie straszyło plastikowyni i kartonowymi szkieletami pomalowanymi w zbyt intensywne fiolety i czerwienie. A później zaczęły straszyć prawdziwe szkielety. Gdy jechało się wąskim tunelem, a szarpiący wagonik zarzucał na każdym ostrym zakręcie, zza którego wyskakiwała pobrzękująca łańcuchami ręka lub wypadał zakurzony, powyginany jak stary zepsuty parasol zwierzoczłekoupiór, trzeba się było bać. Jeśli się było kobietą trzeba było krzyczeć, piszczeć, a jeśli mężczyzną, to najwyżej wyć wilkołaczo, trzymając się mocno barierki w wagoniku, a potem wysiadać z niego jak z powozu, niepewnie stając na drewnianym, butwiejącym peronie. Przewracać się w beczkach śmiechu, w których nic śmiesznego się nie działo, poznawać prawdziwe twarze w gabinetach krzywych luster, zjeżdzać z naddźwiękową szybkością z najwyższego wzniesienia kolejki górskiej, która wdrapywała się na nie z mozołem starej kobiety wchodzącej na trzecie piętro po stromych schodach. Płynąć przypominającą balię płaskodenną łodzią po płytkiej wodzie drążącą sztuczną skałę i oglądać bez zainteresowania zminiaturyzowane malowane krajobrazy i sceny historyczne

rewizjonizm aptekarski

Nudzą mnie już ale zarazem fascynują te manifestacje wierności idei wielkich Węgier i nie mogę przestać jakoś ich zauważać. Oto ostatni przykład: apteki. Ktoś kiedyś wyprodukował mapę wielkich Węgier zaznaczając na niej rozmieszczenie ówczesnych aptek i takie mapy można zobaczyć teraz w niektórych aptekach. Formalnie jest to dokument historyczny, może nawet reprint oryginalnej mapy, służący dekoracji apteki, wszyscy jednak wiedzą o co chodzi. Mapy takie wiszą w aptekach, których właściciele hołdują hasłu mindent vissza! czyli oddać wszystko!, chodzi tu rzecz jasna o utracone w wyniku traktaku Trianon tereny. Apteka, w której zrobiłem te zdjęcia, miała wyłożone egzemplarze prawicowego tygodnika Héti Válasz potwierdzając moją intuicję. 

mapa sieci aptek na Węgrzech sprzed pierwszej wojny światowej

Wielkie Węgry obok tabletek, leczniczych maści i szamponów oraz nowowprowadzonych witamin.

mapa sieci aptek na Węgrzech sprzed pierwszej wojny światowej

nowy park nad Dunajem, o którym nikt nie wie

Ma Poznań Kulczyk park, ma Budapeszt Kopaszi gát. Obie rzeczy są nowe, wzbogacają i upiększają miasto, koło obu chodzi smród korupcji. Różnica jest taka, że Kulczyk park wszyscy w Poznaniu znają, a Kopaszi gát pozostaje anonimowy. Jakże niezasłużenie.

Kopaszi gát, po polsku półwysep Kopaszi, znajduje się po budańskiej stronie Dunaju, koło mostu Lágymányosi, patrząc od strony miasta w stronę Budafok. Długi jest na około dwa kilometry, jest przy tym wąski: ma jakieś pięćdziesiąt metrów szerokości.

mapa półwyspu Kopaszi gát w Budapeszcie

Parę lat temu jeszcze, pamiętam to, na półwyspie był tylko jakaś baza budowlana, stały tym zapomniane hangary, ktoś tam nieszkał no i mieściła się tam podmiejska w uroku restauracja Arany hal (Złota rybka), z której widać było Cytadelę. Przez krótki czas Kopaszi był bardziej rozpoznawalny dzięki kultowej knajpie West Balkan, która tam zaczęła swoje istnienie (obecnie mieści się na Futó utca 46). Ten jednak zarośnięty chaszczami teren pozostawał nieznany dla większości tutejszych mieszkańców.

O półwyspie zaczęło się mówić parę lat temu z powodów politycznych. Otóż samorząd jedenastej dzielnicy, gdzie mieści się Kopaszi, w 2006 roku bez przetargu sprzedał teren (półwysep plus zatok) Tamásowi Leisztingerowi, biznesmenowi blisko powiązanemu z partią socjalistyczną. Tak dokładniej to wniósł teren aportem to utworzonej wspólnie z tym biznesmenem spółki Öböl XI (öböl znaczy zatoka). Samorząd później zdecydował zwolnić spółkę z obowiązku płacenia podatów: czyż mamy ściągać podatek z samych siebie? padł argument w nawiązaniu do udziałów dzielnicy w spółce. Leisztinger jakiś czas później sprzedał swoje udziały portugalskiej grupie Mota-Engil kasując przy tym imponujący zysk (jestem w stanie sobie wyobrazić, że część tych pieniędzy zasili potem kasy wyborcze partii głosujących w radzie dzielnicy za sprzedażą: MSzP, SzDSz i MDF). Fidesz zaprotestował mówiąc o wielomiliardowych stratach, które w związku z tym dzielnica poniosła, i zgłosił sprawę do prokuratury. Sprawa trwa (zainteresowani władający węgierskim mogą znaleźć więcej informacji przeszukując Index na "Leisztinger" albo "Kopaszi gát").

Tyle polityka. W międzyczasie półwysep przeszedł metamorfozę. Znikły chaszcze, baza budowlana i Złota rybka. Pojawił się w ich miejsce park, i choć Złotej rybki i unikalnego klimatu Kopaszi nie przestanę opłakiwać, to jednak nie można nie docenić jego piękna. Teren został ucywilizowany. Pojawiły się trawniki, posadzono drzewa, ukształtowano ścieżki, wzdłuż półwyspu powstało koło dziesięciu pawilonów. Każdy z nich jest inny. Zbudowane są w większości z drewna, pojawia się w nich dużo elementów ażurowych, dzięki obfitości okien budynki w minimalnym tylko zasłaniają widok. Nad zatoką stworzono miejsca do opalania, w jednym miejscu jest nawet piaszczysta plaża, z tym, że dopóki nie powstanie na sąsiednim Csepelu oczyszczalnie ścieków (jest w budowie) nie warto się jeszcze kąpać. 

Pawilony są jeszcze nieużywane. Z czasem pojawią się w nich z pewnością kawiarnie i inne miejsca rozrywkowe. Za jakiś czas trasa tramwaju numer 1 ma być przedłużona przez most Lágymányosi aż do Budafok (decyzja już jest) i wtedy do półwyspu będzie można dojechać już nie tylko samochodem albo rowerem. Budapeszt zyskał nowy, spory park i to nad samą wodą, czego do tej pory nie mieliśmy. I pozostaje tylko pytanie, czy takie rzeczy są możliwe wyłącznie za cenę korupcji.

Kopaszi gát, Budapest

zatoka

Kopaszi gát, Budapest

tu można się opalać

Kopaszi gát, Budapest

nowe ławki, nowe drzewa

Kopaszi gát, Budapest

"wolno deptać trawę" – takich napisów gdzie indziej w Budapeszcie nie ma

Kopaszi gát, Budapest

pawilon przy wejściu na wyspę, na jego końcu, stąd widocznym, mieści się najpiękniejszy komisariat w Budapeszcie (policja rzeczna)

Kopaszi gát, Budapest

ażurowe daszki

Kopaszi gát, Budapest

nowy pawilon, stare drzewa

Kopaszi gát, Budapest

widok na wodę przez pawilon

Kopaszi gát, Budapest

widok na cytadelę/górę Gellérta, tu kiedyś stała Złota rybka

Kopaszi gát, Budapest

nowa ścieżka

Kopaszi gát, Budapest

cypel, zgodnie z instrukcją ludzie depczą trawę.

Kopaszi gát, Budapest

koniec cypla. Tak blisko nad samą wodę w Budapeszcie chyba tylko tu można zejść. 

Kopaszi gát, Budapest

W zatoce trenuje łódź wioslarska. Takie łodzie pojawiły się jakiś czas temu w Budapeszcie, podejrzewam, że wynajmują je firmy do budowania zespołu i imprez integracyjnych.

Lágymányosi híd Budapest, most Lágymányosi, Budapeszt

jeden z lepszych widoków na most Lágymányosi jest z półwyspu.

taras Kópé

Jak co roku (pisałem o tym tu i tu) także i teraz pojawiły się nowe knajpki śródmiejskie o improwizowane lokalizacjach. Dopiero co byliśmy w Kópé terasz na dachu Skáli koło dworca Nyugati. Miejsce piękne, kolejny raz jestem po wrażeniem inwencji i energii ludzi, którzy takie miejsca tworzą.

Wiedzieć wart, że ta Skála koło Nyugati od dłuższego już czasu znajduje się w stanie permanentnego kryzysu spowodowanego otwarciem po drugiej stronie dworca centrum handlowego West End. Skála to socjalistyczny dom handlowy a West End to shopping mall jak się patrzy. Wiadomo, dokąd ludzie pójdą. Skála więc co jakiś czas ogłasza triumfalnie, że właśnie została totalnie odnowiona – po czym nic się nie zmienia, wegetuje sobie dalej. 

I trzeba było dopiero jakiś młodych przedsiębiorczych, żeby zauważyli, że będące częścią budynku tarasy mają unikalny klimat. Rozciąga się stamtąd piękny widok placu koło dworca, a ewentualny hałas nikomu nie przeszkadza, bo budynki mieszkalne są w miarę odległe. A wszystko to w samym centrum miasta.

kópé terasz Budapest

panorama z tarasu

Tarasy rozciągają się na dwóch bodaj poziomach. Jest bar, ekran do projekcji, scena do koncertów. Kiedy tam przyszliśmy akurat było zimno i mokro, więc i ludzi było niedużo, jestem jednak w stanie wyobrazić sobie to miejsce w stanie zatkanym. Było na tyle pusto, że kiedy robiłem zdjęcia podpadło to personelowi, który najwyraźniej nie miał nic lepszego do roboty, skutkiem czego podszedł do mnie zarządzający tym miejscem chłopak pytać dla kogo fotografuję. Opowiedziałem mu o tym blogu więc z pewnością zyskałem jednego czytelnika:)

kópé terasz Budapest

na Budapeszt można się gapić przez szybę

kópé terasz Budapest

można też posiedzieć sobie pod gołym niebem

kópé terasz Budapest 

jest też taras poniżej

kópé terasz Budapest

bar z boku

kópé terasz Budapest

i od przodu

Miejsce swoją estetyką nawiązuje do socjalistycznych reklam z lat osiemdziesiątych bezpośrednio wykorzystując ludzika kópé. Oto parę przykładów:

kópé terasz Budapest

erotyzm socjalistyczny

kópé terasz Budapest

zabrania się

kópé terasz Budapest

babci klozetowej nie było

Na koniec prawdziwy cymes: zdjęcie dworca Nyugati, jakie zrobiłem z tarasu. Zwracam uwagę na tasiemcowy tramwaj Combino, dumę miasta, który jakoś zmieścił się na zdjęciu.

kópé terasz Budapest

Choćby dla takich widoków warto odwiedzić to miejsce.

niesamowity epizod w historii fotografii

Na wystawie Lélek és test, o której dopiero co pisałem przewodniczka w zasadzie mimochodem powiedziała coś, co mi spokoju nie daje. Dowiedziałem się mianowicie, po dokonaniu przez Louisa J.M. Daguerre‚a wynalazku dagerotypu, który był wczesną formą fotografii nadającą się już do praktycznego zastosowania, rząd francuski wykupił patent wynalazku w zamian za dożywotnią rentę dla Daguerra i Isidore Niépce, syna jego zmarłego wspólnika, i ofiarował go jako "prezent" dla świata. Datę tego wydarzenia, 19 sierpnia 1839, uważana się za moment narodzenia się fotografii.

Wynalazek Daguerre’a wywołał sensację zresztą natychmiast po ogłoszeniu go przez Francuską Akademię Nauk 7 stycznia 1839 i wkrótce dagerotypy w szybkim tempie rozpowszechniły się po całym świecie. Z czasem zostały one wyparte przez udoskonalone technologie ale początek burzliwego rozwoju fotografii związany jest właśnie z nimi. Proces ten wywarł piętno na wielu dziedzinach życia, nie mówiąc już od powstaniu nowego sektora gospodarki. Największy chyba wpływ miała fotografia na malarstwo. Realistyczne przedstawianie rzeczywistości, w tym przede wszystkim portrety, straciło rację bytu po pojawieniu się fotografii. Odpowiedzią malarstwa było stworzenie subiektywnej reprezentacji świata, czyli te wszystkie izmy, które określają drugą połowę dziewiętnastego i dwudziesty wiek. 

Zastanawiam się, jakby wszystko potoczyło gdyby rząd francuski nie zdecydował się ofiarować światu wynalazku Daguerre’a. Przypuszczam, że wszystko poszłoby wolniej. Daguerre sprzedawałby pewnie prawa do użycie jego technologii a ona sama rozchodziłaby się jakoś tam po świecie. Wszystko byłoby droższe. Na kolejne wynalazki trzebaby dłużej czekać.

Fascynująca rzecz, mnie zainteresowała szczególnie w kontekście ruchu wolnej kultury, który w polskiej blogosferze reprezentowany jest przez ciekawy blog Kultura 2.0 a na poziomie międzynarodowym przez icommons. Spytałem Alka Tarkowskiego, jednego z autorów Kultury 2.0, na ile ta historia przekazania wynalazku Daguerre’a do domeny publicznej i jego konsekwencji jest znana w kręgach wolnokulturowych i okazuje się, że nikt w zasadzie o niej nie mówi. Może więc ktoś porządnie zbadałby tą sprawę i opublikował na jej temat coś poważniejszego? 

sok z kwiatów czarnego bzu

Mój nieoceniony kolega János któregoś dnia zawitał do mnie w pracy i z plastikową butelką. Sok z kwiatów czarnego bzu, objaśnił, sam zrobiłem. Objaśniałem już kiedyś różnicę w podejściu do czarnego bzu na Węgrzech i w Polsce: tu wykorzystuje się kwiaty, w Polsce owoce tej sympatycznej rośliny (moim zdaniem efekt jest lepszy tutaj).

Sok był znakomity. Od razu do picia, a nie do rozpuszczania, był naturalnie musujący. Poprosiłem Jánosa o przepis, oto on:

10 litrów wody
4 kiście kwiatów czarnego bzu (na Węgrzech czarny bez ma postać drzew i hodowany jest w sadach, używając dzikiego czarnego bzu pewnie trzeba użyć więcej kwiatów bo mogą być mniejsze)
1 kg cukru
4 cytryny – sok + wyciśnięta skórka (János używa jednej cytryny i łyżki kwasku cytrynowego ale chyba można użyć wyłącznie cytryn)

Całość wymieszać, odstawić na cztery dni każdego dnia nieco mieszając, po czym przelać przez sito w butelki. Po trzech tygodniach sok nadaje się do picia.

Rzecz znakomita, zwłaszcza na upały.

pochodzenie

Jesteśmy na wystawie fotografii Lélek és test czyli Dusza i ciało w Muzeum Sztuk Pięknych. Jest czwartek wieczór a w czwartki w ramach program Múzeum+ muzeum jest otwarte do dziesiątej, jest zawsze jakiś koncert a po wystawach oprowadzają przewodnicy. 

Nasza przewodniczka jest świetna. Z pasją opowiada o kolejnych zdjęciach i ich autorach. Przy słynnym zdjęciu Śmierć rojalisty tak przedstawia autora: Robert Capa był węgierskiego pochodzenia. Próbował szczęścia w Paryżu, gdzie sukces odniósł dopiero zmieniwszy swoje oryginalne nazwisko Endre Ernő Friedmann na właśnie Robert Capa (podobno w szkole miał przezwisko cápa czyli rekin). Gdy Francję zajęły wojska hitlerowskie z powodu pochodzenia zmuszony być uciekać do Anglii.

Zwiedzający słuchają, potakują głowami. Nikt nie spyta czy to z powodu węgierskiego pochodzenia był Capa zmuszony uciekać z Paryża? Wszak to o nim dopiero co mówiła nasza przewodniczka.

Jasne, że nie. Tym razem chodzi o żydowskiego pochodzenie Capy, wszyscy to tu wiedzą. A przewodniczka niechcący i mimochodem zademonstrowała problem jaki Węgrzy z mówieniem o pochodzeniu. Bo kim był Capa? Żydem? Węgrem? Węgierskim Żydem? Czy był "nasz" czy nie był? Nie wiadomo, w takich przypadkach lepiej zrobić unik jak właśnie to zrobiła nasza przewodniczka. Bo a nuż wśród zwiedzających będzie jakiś wściekły antysemita, która rzuci na ten temat jakąś uwagę i dopiero się zacznie.

Podobny problem występuje w przypadku emigrantów, którzy odnieśli światowy sukces, na przykład zdobyli Nobla. Znowu, kim też oni są? Australijczykiem (bo, dajmy na to, w Australii mieszka)? Węgrem (bo stąd pochodzi)? Żydem (bo w takiej rodzinie się urodził)? Jak literackiego Nobla dostał Kertész – pierwszego w historii węgierskiej literatury – to zamiast fiesty mieliśmy tu niesmaczną awanturę. Bo Żyd dostał Nobla a nie Węgier. I tak dalej.

A co do wystawy to polecam. Materiał jest uporządkowany nie według autorów ale tematycznie w sześć grup, co nieźle wyszło. Jest sporo węgierskich (już teraz wiadomo jak skomplikowane bywa znaczenie tego słowa:) fotografów ale w pełni zasłużenie, przed wojną i czasie niej było wśród nich wiele znakomitości, że wymienię Rudolfa Balogha, Károlya Eschera, Józsefa Pécsiego, Olgę Máté, László Moholy-Nagya czy właśnie Roberta Capę. A jeśli ktoś wybierze się na wystawę w czwartek wieczorem to może będzie miał szczęście spotkać się z naszą przewodniczką. Była naprawdę znakomita, ten post w żaden sposób nie miał był przeciwko niej.