kara więzienia dla aktywistki porodów domowych prawomocna

Wyrok dwóch lat więzienia dla Ágnes Geréb, aktywistki porodów domowych (więcej o niej tu i tu, a także tutaj), stał się właśnie prawomocny bo wyczerpały się wszelkie opcje odwołania.

Przypominam o co chodzi: skazaną ją nie za pomoc w porodach domowych ale za dwa przypadki śmierci noworodka, które miały miejsce w trakcie albo po porodach, które przyjęła. Wielu uważa wyrok za niesprawiedliwy argumentując, za Geréb, że także w szpitalu tych niemowląt nie dałoby się uratować oraz, że podobne przypadki, gdyby miały miejsce podczas porodu szpitalnego, nie spotkałyby się z taką reakcją systemu sprawieldliwości.

To bardzo przygnębiający moment przede wszystkim dla Ágnes Geréb ale także dla wszystkich sympatyzujących z jej działaniami na rzecz porodów domowych a szerzej na rzecz przywrócenia godności kobietom. To unikalna postać na Węgrzech jakoś kojarząca mi się z największymi dysydentami okresu socjalizmu.

Dziś odbyła się nietypowa demonstracja poparcia dla Ágnes Geréb: na moście Szabadság między 11 a 15 można było umieszczać kwiaty jako wyraz dla jej działań. Kwiaty pojawiły na balustradzie się wzdłuż całego mostu po stronie zamku.

Obecnie jedyną źródłem nadziei jest ułaskawienie przez prezydenta. Jeśli ktoś chciałby w tej sprawie napisać do niego może to zrobić korzystają z tego linka.

Jobbik konsultuje

O tematyce narracji publicznej decyduje tu Fidesz. Partia z jednej strony posiada zręcznych spin doctorów a drugiej bezdenny worek ze środkami by ich pomysły wdrażać: tak na przykład kampania związana z niedawnym referendum na temat uchodźców kosztowała według niepełnych szacunków co najmniej 14 miliardów forintów – to niemal 200 złotówkowych milionów.

W takiej sytuacji pozostałe partie polityczne czy też inni uczestnicy życia publicznego skazani są na to co zdecyduje Fidesz. Nawet najciekawsze ostatnio kampania Partii Psa o Dwóch Ogonach to tylko pastisz kampanii Fideszu. Nikt nie jest w stanie przebić się z własnymi, mniej wygodnymi dla rządu, tematami.

Ostatnio próbuje zrobić Jobbik i to w ciekawy sposób a mianowicie kopiując jeden z pomysłów Fideszu, czyli narodowe konsultacje. W skrzynce na listy znalazłem kwestionariusz Prawdziwej Narodowej Konsultacji, w którym mogę wyrazić swoją opinię na tematy uznane za ważne przez tę partię: służbę zdrowia, korupcję i oświatę. Dodać warto, że pewnie większość jeśli nie wszystkie partie opozycyjne uznałyby te tematy za ważne.

Jobbik stara być mniej demagogiczny niż Fidesz i opcje odpowiedzi są bardziej symetryczne niż w przypadku konsultacji rządowych, gdzie zwykle dwie z trzech odpowiedzi były po myśli rządu (tak, raczej tak, nie). Pytania dotyczą poziomu usług służby zdrowia, kopertówek, emigracji lekarzy i pielęgniarek, list kolejkowych, płatnych usług stomatologicznych.

Po nich następuje grupa pytań odnośnie klasyfikacji ostatnich rządów pod względem korupcji, rozliczeń skorumpowanych polityków, zeznań podatkowych dla członków rodzin polityków a także agencji antykorupcyjnej (na wzór rumuńskiej, która posłała byłego premiera za kraty).

Na końcu są pytania na temat edukacji: dotyczące roli lokalnych wspólnot w zarządzaniu szkołami, pomocy finansowej dla ubogich dzieci, zamkniętych instytucji oświatowych dla „niechcących się zintegrować, przeszkadzających innych uczniom oraz uniemożliwiających pracę nauczycielom” uczniów (oko puszczone do twardego antycygańskiego elektoratu), podniesienia poziomu kształcenia zawodowego oraz pomocy dla ubogich studentów.

Całość, jak i sam pomysł tego rodzaju konsultacji, to czysta demagogia, zwłaszcza, że większość pytań jest tak sformułowana, że trudno liczyć na inną niż pozytywną odpowiedź (czy trzeba pomagać biednym dzieciom?) a i tak odpowiedzi wyślą tylko zwolennicy Jobbiku. Ten natomiast, poza przez nikogo nie kontrolowanymi rezultatami tej „konsultacji” rozszerzy też listę adresową swoich zwolenników – na końcu można podać swoje dane.

Czy zmieni to tematykę dyskursu publicznego? Zobaczymy, Fidesz na pewno zrobi wszystko by toczył się na wygodniejsze dla siebie tematy.

Lekarze przeciwko kopertówkom

Kopertówki to codzienność węgierskiej służby zdrowia, pisałem o tym parę lat temu tu, od tej pory nic się nie zmieniło. Kopertówki z jednej strony utrzymują w ruchu rzężącą służbę zdrowia, z drugiej natomiast skutecznie zapobiegają reformom: najwięksi beneficjenci kopertówek zawsze potrafią zadbać by nic się nie zmieniło. Ten wewnętrzny paraliż społeczności medycznej widać też na opozycyjnych demonstracjach: zawsze pojawi się tam jakiś aktywista-nauczyciel z pomysłami na zmiany a ze strony służby zdrowia natomiast nigdy nie ma nikogo. Jedynym wyjątkiem jaki pamiętam było wystąpienie młodej lekarki – która na demonstrację przyleciała z Anglii, dokąd wyemigrowała.

Tragiczno-śmiesznym jest, że w szpitalnych kioskach często można kupić kopertę.

Dlatego tak interesująca jest niedawna facebookowa inicjatywa 1001 orvos hálapénz nélkül (1001 lekarzy bez pieniędzy wdzięcznościowych jak tu się eufemistycznie nazywa kopertówki) grupująca lekarzy, którzy ich nie przyjmują: tak – tu to niekoniecznie norma.

Jeden z projektów logo grupy z charakterystyczną kopertą, autor Zsolt Hegedűs, źródło 1001 orvos hálapénz nélkül

Poniżej tłumaczę najistotniejszy fragment ich, dość długiego, oświadczenia (pełen tekst tu [HU], podział na akapity mój).

1. Pieniądze wdzięcznościowe.

Pieniądze wdzięcznościowe to nasza wspólna korupcja, która z wdzięcznością nie ma nic wspólnego, bo wszyscy płacą ze strachu o bezpieczeństwo swoje lub swoich najbliższych. A tak dokładniej: za iluzję bezpieczeństwa bo przecież na indywidualnym poziomie usług lekarz i tak niczego nie jest w stanie zmienić. Tymi pieniędzmi i tak nie da rady naprawić sypiącego się systemu, za nie nie jest w stanie zatrudnić pielęgniarek czy też kupić nowoczesnych lekarstw. Uwierzcie, to, co lekarz jest w stanie zrobić, zrobi również bez tych pieniędzy.

Najbardziej szkodliwym skutkiem istnienia pieniędzy wdzięcznościowych, poza zniszczeniem zaufania między lekarzem, a pacjentem jest to, że wygrywają one z podejściem merytorycznym: uniemożliwiają kształcenie młodych lekarzy i psują poziom usług przez to, że to, gdzie trafiają nie odzwierciedla zdolności i jakości usług.

Zdziwilibyście się jakim tabu wśród lekarzy są pieniądze wdzięcznościowe. Wstydzimy się ich, nikt o nich nie mówi, nie mamy pojęcia kto je przyjmuje a kto nie (tylko przypuszczamy, że istnieje wąski krąg lekarzy, których zarobki, dzięki wymuszonym pieniądzom wdzięcznościowym, przekraczają pensje lekarzy na zachodzie).

Gdyby jednak lekarze i pacjenci wyzwolili się od nich kim są ci, którzy są zainteresowani ich podtrzymaniem? Naszym zdaniem to aktualni decydenci zarządzający służbą zdrowia. Dla nich wszystko przemawia przeciwko usunięciu pieniędzy wdzięcznościowych bo ich system pozwala na utrzymanie uwagi na skorumpowanym lekarzu (“jak mu płacę to wymagam”). Innymi słowy, państwo nie zapewnia środków tak jak powinno, ale utrzymując system pieniędzy wdzięcznościowych kieruje emocje w odpowiednie tory.

Nieprzypadkowo w przeciwieństwie do organizacji reprezentujących lekarzy nowy wiceminister [ds służby zdrowia] nie chce tykać pieniędzy wdzięcznościowych, w jego opinii one z czasem same się “wykruszą”.

Od kiedy pamiętam, a tematem interesuję się od dawna, nigdy jeszcze nie słyszałem tak jasnego potępienia systemu kopertówek z wyjaśnieniem czemu jest on tak szkodliwy ze strony lekarzy.

Nie wiem czy i ta próba wywołania zmian w służbie zdrowia się wypali bezowocnie czy też zainicjuje pozytywne reformy, życzę, i służbie zdrowia, i pacjentow, i sobie, tego ostatniego.

Protesty lekarskie: Węgry – można inaczej

Dogasł w Polsce protest lekarski, podpisano porozumienie, trwają już tylko dyskusje o zachowaniu lekarzy i ministerstwa a także losie pacjentów w trakcie protestu. Czytam sobie i czytam na ten temat i myślę, że czegoś takiego to tutaj wyobrazić sobie nawet nie można.

Poza jednym – o nim zaraz – nie pamiętam ani jednego przypadku protestów w tutejszej służbie zdrowia. Żadnych strajków, demonstracji albo choćby nawet ich groźby. Związki zawodowe zachowują się nadzwyczaj spolegliwie. Nie ma listów otwartych, propozycji reform czy dyskusji nad nimi. Jedynym przypadkiem protestów była groźba masowych wymówień złożona przez porozumienie lekarzy stażystów parę lat temu.

Na licznych ostatnio demonstracjach opozycyjnych są przedstawiciele różnych zawodów – szczególnie aktywni są nauczyciele – ale nie wystąpił występują na nich przedstawiciele służby zdrowia. Jedynym wyjątkiem było przemówienie młodej lekarki, która pracuje w Anglii.

Proszę nie myśleć, że po prostu sytuacja jest tak dobra, że w służbie zdrowia nie ma powodów do protestów. Są jak najbardziej. Jednak w miejsce konfrontacji tutejsi pracownicy służby zdrowia obrali inną, nader węgierską (nie moja to tylko opinia) strategię, w skład której wchodzą dwa elementy: koperty – od dawien dawna, oraz, nowsza rzecz, emigrację. (Węgrzy wogóle unikają otwartych konfliktów z władzą radząc sobie zmiękczaniem norm, przeciw którym na pozór nie protestują.)

Nieprzypadkowo dwa przykłady protestu, które jestem w stanie zacytować dotyczyły młodszych lekarzy. Ci są na dnie dość feudalnej hierarchii medycznej więc nie zaliczają się do beneficjentów systemu kopertowego (zwanego tu hálapénz czyli pieniądze wdzięcznościowe) albo też nie chcą w niego wchodzić, dlatego często decydują się na emigrację. W sumie w ciągu ostatnich ośmiu lat z Węgier wyemigrowało [HU] ponad osiem tysięcy lekarzy oraz ponad dwa i pół tysiąca pielęgniarek i pielęgniarzy.

Spot a Brit: lekarze w przychodni w Brystolu

Ci co zostają często wpasowują się w system kopertowy. Od dawna nie margines w służbie zdrowia, coraz bardziej jest jej elementem konstytutywnym. Niedawne badania [HU] wykazały, że 70% pacjentów uważa, że koperta – przypomnijmy, nominalnie wyraz wdzięczności dla lekarza za pomoc – jest niezbędna by nie zostać gorzej obsłużonym. Jedna czwarta dała lekarzowi kopertę w ciągu ostatniego roku. Zarówno ci co dali pieniądze jak i ci co tego nie robią nie zgadzają się ze stwierdzeniem, że ludzie dają lekarzom koperty bo ci mają niskie zarobki.

Rzecz jasna nie oznacza to wcale, że lekarze węgierscy źle leczą. Jest wśród nich masa świetnych fachowców, problemem jest system, w którym muszą pracować.

Zastanawiać się można co jest lepsze: model “polski” czyli niekiedy dość brutalne konflikty ale rozstrzygane w otwarty sposób oficjalnymi rozwiązaniami czy też model “węgierski” czyli pozorny brak sporów maskowany nieformalnymi normami de facto zinstytucjonowanej korupcji. Osobiście uważam, że lepiej jest jeśli takie spory mają miejsce otwarcie mimo wszystkich związanych z tym niedogodności. Alternatywy nie są wcale lepsze.

rodzić po węgiersku

Polecam mój artykuł na temat Ágnes Geréb, który ukazał się w Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej (o jego bohaterce pisałem już wcześniej tu i tu). Zaczyna się on tak:

Gdy pojawiła się po raz pierwszy przed sądem, na rękach i nogach miała zaciśnięte kajdany. Ta drobna, ciemnowłosa kobieta traktowana jest jak zbrodniarka. W więzieniu poddawana była rewizjom osobistym. W zamknięciu była ponad trzech lata; początkowo w areszcie śledczym, potem domowym. W jej obronie odbywają się demonstracje matek z niemowlętami na rękach i w wózkach. W jej urodziny, mimo mrozu, kilkudziesięciosobowa grupa jej zwolenników śpiewała pod więzieniem Sto lat. Takie wystąpienia mają miejsce nie tylko w jej rodzinnym Budapeszcie, ale i w Nowym Jorku czy Pradze. Nawet w Warszawie pojawiło się poświęcone jej graffiti. Kim jest Ágnes Geréb?

Odpowiedź jest, rzecz jasna, w tekście.

Współpraca z redaktorem nie udała się tak, jakbym sobie to wymarzył więc proszę o zrozumienie dla paru stylistycznych poślizgów.

A sama Geréb została tydzień temu zwolniona z aresztu domowego. Wolno jej teraz poruszać się w ramach komitatu peszteńskiego. Nie wolno jej jednak wogóle stykać się z kobietami w ciąży, więc jej wolność dalej jest mocno ograniczona. 

aktywistka porodów domowych ma iść do więzienia

Przynajmniej na razie tak to wygląda. Prezydent Węgier właśnie odrzucił prośbę [HU] o przerwanie postępowanie karnego przeciwko Ágnes Geréb, węgierskiej położniczce walczącej o prawa do porodów domowych oświadczając przy tym, że prośbę o jej ułaskawienie rozpatrzy po uprawnomocnieniu się wyroku: dwa lata więzienia i dziesięć lat zakazu wykonywania zawodu.

Formalnie Geréb skazano nie za przeprowadzanie porodów domowych ale za sprowadzenie niebezpieczeństwa śmierci i trwalego kalectwa w ramach wykonywanego zawodu. Chodzi o kilka wypadków, w tym i śmiertelnych, do jakich doszło podczas przeprowadzanych przez nią porodów domowych (w sumie było ich trzy tysiące). Po lutowym wyroku sądu niższej instacji przeciwko niej wniesiono nowe zarzuty falszowania dokumentów a także znachorstwa. Obecnie przebywa w areszcie domowym, już ponad 730 dni. Nie jest to łatwe, ale zapewne i tak lepsze niż przebywanie w areszcie, skąd do sądu doprowadzano ją w kajdankach na rękach i nogach i gdzie poddawano ją rewizji osobistej z rozbieraniem do naga.

Powszechnie jednak uważa się, że w tej sprawie nie chodzi i błędy lekarskie ale naruszenie interesów lobby położniczego, które żyje dzięki „pieniądzom wdzięcznościowym” płaconym z okazji porodów. Według opinii jednego z prawników specjalizujących się w sprawach o błędy lekarskie [HU] na Węgrzech dotąd żadnego lekarza nie skazano  za błędy lekarskie na karę surowszą niż grzywna. A sprawie Geréb sąd oparł się wyłącznie na opinii specjalistów krajowych odmawiając wysłuchania opinii z zagranicy. Miejscowi położnicy zwykle podają argument skuteczniejszej pomocy, którą w wypadku komplikacji można udzielić rodzącej czy niemowlęciu w szpitalu niż w domu.

Z zagranicy tymczasem napływają liczne głosy poparcie. Wyraziły je International Motherbirth Child  Organisation (IMBCO), Royal College of Midwives w Wielkiej Brytanii i wiele innych, w jej obronie ukazywały się artykuły w prasie (np. w Guardianie [EN]), organizowano też demonstracje.

Poparcia doczekała się też na Węgrzech. Niedawno ośmióset pracowników węgierskiej służby zdrowia zwróciło się do prezydenta z prośbą o łaskę dla Geréb. Na ulicach widywałem ulotki „Free Geréb” a także plakaty w jej obronie. Niewielu jest ludzi, którzy doczekali się tak szerokiego poparcia.

plakat w obronie węgierskiej położniczki Ágnes Geréb

ten plakat sfotograwołem niedaleko mojego domu

Porody domowe to nie pierwsza przypadek kiedy obdarzona łagodnym wyglądem Geréb odważyła się pójść pod prąd. Już od 1977 roku zaczęła, początkowo po cichu, ściągać ojców na porody, co obecnie jest przyjętą praktyką. Ironicznie w kontekście obecnego wyroku zresztą porody domowe zalegalizowano w marcu 2011 roku.

Pytana o motywację (świeży materiał BBC [EN] na jej temat zrobił Nick Thorpe, którego pięcioro dzieci urodziło się pod jej ręką w domu) Geréb mówi, że jej chodzi o pokój, by dzieci miały prawo urodzić się w spokoju.

Geréb przywraca porodom radość. Nick Thorpe mówi, że gdyby nie ona nie miałby piątki dzieci, poród – domowy – każdego z nich był takim przeżyciem, że zawsze chcieli z żoną chcieli jeszcze raz tego doznać.

Trudno pisząc o niej nie użyć słowa „godność”. Jedna z matek, której w porodziie pomogła Geréb mówoi: byłam przez nią traktowana jak dorosła osoba a, w szpitalach natomiast patrzano na mnie z góry i chciano chronić dziecko przede mną. Geréb nie mówi o tym jak powinno być, ona rzeczywistość zmienia czynem.

Prezydent w swoim uzasadnieniu decyzji dotyczącej Geréb napisał „Nie ma nic ważniejszego od wyegzekwowania sprawiedliwość i praworządności, za które w państwie prawa odpowiadają wyłącznie wymiar sprawiedliwości i niezależne sądy”. Przedziwnie to brzmi w ustach przedstawiciela państwa, które niedawno puściło wolno okrutnego mordercę, który jest obywatelem kraju, wobec którego rząd zdaje się żywić nadzieje na korzyści gospodarcze. Wobec słabej Ágnes Geréb państwo węgierskie może pozwolić sobie na pełną surowość.

***

Jeśliby ktoś z polskich mediów był zainteresowany sprawą to chętnie napiszę coś na ten temat lub też w tym pomogę.