Radio Polonia Węgierska 82 / Kapuś

Ten serial przemknął się przez HBO Max jak meteor a mimo wszystko na wielu Węgrach zrobił duże wrażenie. Besugó czyli Kapuś powinien być ciekawy nie tylko dla Węgrów, o tym opowiadam w kolejnym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (22:30).

Co istnieje coś, co może bardziej kręcić Węgrów niż Batman? Okazało się, że tak. Kiedy w kwietniu w ofercie HBO Max równolegle z Batmanem właśnie pokazano węgierski ośmioodcinkowy serial pt. Besugó czyli Kapuś, on właśnie okazał się być bardziej popularny od Batmana.

Jest rok 1985. Na studia do Budapesztu przyjeżdza z prowincji Gergő. Jeszcze w pociągu zostaje on szantażem zmuszony do współpracy z węgierską ubecją. Ma rozpracować działającą wśród studentów opozycyjną grupę kierowaną przez charyzmatycznego Zsolta Szavę.

Gergő podejmuje grę niekiedy wyciągając dla siebie korzyści z układu, w którym się znalazł. Donosi na kolegów, coraz bardziej zdobywa zaufanie opozycjonistów, a przy tym doskonali się w sztuce manipulowania wszystkimi w swoim otoczeniu, włączając w to swojego oficera prowadzącego.

Serial w niemal fotograficzny odtworzył świat lat osiemdziesiątych. Tytułowy klip z muzyką undergroundowej kapeli Európa Kiadó mistrzowsko łączy oficjalne i nieoficjalne obrazy z tego okresu. Bardzo przekonująco przedstawione jest kilka postaci, na przykład mały cwaniak zajmujący się wszelkimi geszeftami czy młodzieżowy działacz komunistyczny.

Gorzej poszło natomiast z odtworzeniem historycznych realiów, co ściągnęło na serial wiele krytyki. Podnoszono, że inaczej wyglądała ówczesna opozycja, że przedstawiony w filmie szantaż w życiu nigdy by nie miał miejsca, że nie oddano w nim wszechobecnego strachu.

Tak czy inaczej, serial zahipnotyzował Węgry. Pewną rolę odegrała w tym na pewno nostalgia za latami osiemdziesiątymi, które, jak wspomniałem, są w warstwie wizualnej odtworzone nadzwyczaj wiernie.

Sądzę jednak, że ważniejsze było podjęcie tematu współpracy z bezpieką. Ten temat to na Węgrzech w zasadzie tabu. Mimo upływu tylu lat od upadku komunizmu, do dziś dostęp do archiwów jest ograniczony. Społeczeństwo nie zmierzyło się z tą kwestią. A, jak się wydaje, jest do tego gotowe.

Serial był dostępny zaledwie przez parę miesięcy bo już pod koniec czerwca usunięto go z oferty HBO Maxa powołując się na względy oszczędnościowe. Trudne to zrozumiałe zważywszy na jego popularność. Może zadbali o to nieujawnieni agenci z tamtych czasów?

Tytułowy klip
Mocskos idők czyli Parszywe czasy
Reklama

Radio Polonia Węgierska 81 / Ten plac to my

W najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o tym jak piosenka z rockopery stała się hymnem ulicznym (23:00).

Ta piosenka, tu w nieco chaotycznym wykonaniu, rozbrzmiewa ostatnio na demonstracjach poparcia dla nauczycieli walczących o prawo do strajku i podwyżki. Demonstracje, zarówno te organizowane przy szkolach jak i wielokilometrowy żywy łańcuch ciągnący się przez całe śródmieście czy też blokada mostu Małgorzaty, przyciągają licznie uczniów i to oni śpiewają tę piosenkę.

Pochodzi ona z rock opery Chłopcy z Placu Broni. Jej tytuł to Mi vagyunk a Grund czyli, w tłumaczeniu, Ten plac to my, jest to w zasadzie hymn patriotów Placu Broni. Posłuchajmy fragmentu:

Wielki jest świat, do nieba sięga
Ale ten skrawek ziemi ogarnie jedna ręka
Tu do nas słońce się uśmiecha
Swój szlak znaczy na deskach

I ten plac, i to lato, i drzewa, i akacje
I ten ogród, i dom, w domu głosy chłopackie
Ciebie i mnie nic już nie rozłączy
Powiedz ty też, że ten plac to my.

Stańmy w jego obronie, co by nie miało przyjść
Plac musi wolnym być!
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić
Inaczej nie warto żyć.

Chłopcy z Placu Broni to węgierska powieść wszechczasów, najpopularniejsza książka napisana po węgiersku zarówno tu jak i na świecie. Mimo, że powstała niemal sto dwadzieścia lat temu, do dziś rezonuje wśród odbiorców. Zainspirowała powstanie wspomnianej rock opery, ta z kolei młodzież, która za swoją przyjęła jedną z pochodzących z niej piosenek utożsamiając swą walkę ze zmaganiami bohaterów książki. Bitwa o Plac broni nie skończyła się, ona wiecznie trwa.

Dla zainteresowanych, klip z oryginalnym wykonaniem piosenki:

Wykonanie przez demonstrujących uczniów:

Bonus: wykonanie przez nauczycieli:

Moje tłumaczenie tekstu piosenki (oryginalny tekst tu)

Ten plac to my
Wielki jest świat, do nieba sięga
Ale ten skrawek ziemi ogarnie jedna ręka
Tu do nas słońce się uśmiecha
Swój szlak znaczy na deskach

I ten plac, i to lato, i drzewa, i akacje
I ten ogród, i dom, w domu głosy chłopackie
Ciebie i mnie nic już nie rozłączy
Powiedz ty też, że ten plac to my.

Stańmy w jego obronie, co by nie miało przyjść
Plac musi wolnym być!
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić
Inaczej nie warto żyć.

Wielki jest świat i nikogo nie rusza
Że ktoś tu w nas kamieniem rzuca
Usta nam nie drżą gdy zbliża się cios
My zwyciężymy bo nasz kraj to nasz los
.

I ta ławka, ten mur, te belki w sągach
Ta piosenka, bicie serca coraz bardziej się w nią wciąga
To jest znak, że stąd nigdy nie uciekniemy
Powiedz ty też, że ten plac to my
.

Stańmy w jego obronie, co by nie miało przyjść
Plac musi wolnym być!
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić
Inaczej nie warto żyć.

Stańmy w jego obronie, co by miało nie przyjść / Czego się bać, po co żyć
Plac musi wolnym być! / Jeśli nie dla swych marzeń?
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić / Czego się bać, po co żyć
Inaczej nie warto żyć / Jeśli nie dla swych marzeń?

Czego się bać, po co żyć
Jeśli nie dla swych marzeń?
Czego się bać, po co żyć
Jeśli nie dla swych marzeń?

Stańmy w jego obronie, co by nie miało być
Wyzwolimy plac!
Umówmy się: to miejsce musi być
Inaczej nie warto żyć.

Radio Polonia Węgierska 80 / Morze słowiańszczyzny

Morze słowiańszczyzny oblewa Węgry. O tym mówię w najnowszym odcinku wznowionego właśnie podcastu (33:11).

Panslawizm ma się świetnie na Węgrzech.

Ot, nie tak dawny przykład: pochodząca z marca wypowiedź Viktora Orbána na temat wojny w Ukrainie: „Nigdy nie uczestniczyliśmy w sporze z ilu państw ma się składać morze słowiańszczyzny, i w przyszłości nie zamierzamy tego robić”.

Słowiańskie morze: to nie wymysł premiera ale funkcjonujące wśród wielu Węgrów pojęcie. Dla nich słowiańszczyzna to rzecz obca, zagrożenie. Nie raz można usłyszeć, że Węgry są „wyspą na morzu słowiańszczyzny”. Pominąwszy już ciekawą kwestię słowiańskiego charakteru Austriaków czy też Rumunów, obraz ten wyraźnie pokazuje poczucie otoczenia.

Dla mnie, jak pewnie i dla przeważającej większości Polaków, słowiańskość co cecha języka. Określam się jako Polak, Europejczyk, poznaniak, budapeszteńczyk ale słowianin? Zdecydowanie nie!

Dla wielu Węgrów natomiast słowiańszczyzna to niemal narodowość. Słowianie są podobni do siebie, tworzą jedną wspólnotę, różnice między nimi są pomijalne. Dużo chętniej odwołują się do pojęcia słowiańszczyzny niż Polacy (czy też zapewne inni słowianie).

Na przykład, pamiętam jak kiedyś widziałem billboard reklamujący koncert hasłem „Bartók i słownianie”. W programie, poza Bartókiem, Borodin, Czajkowski, Dvořák, Janáček, Glinka, Musorgski, Prokofiew, Rachmaninow, Rimski-Korsakow, Smetana, Szostakowicz i Strawiński, czyli kompozytorzy czescy i rosyjscy. Nie jestem w stanie powiedzieć czy akurat kryterium lingwistyczne najlepiej nadaje się klasyfikowania tej grupy kompozytorów, było nie było, niewerbalnej muzyki, organizator koncertu takich rozterek nie miał.

Tak więc muzułmanin z Bośni, czeski ateista, katolik z Polski, posługujący się cyrylicą prawosławny Rosjanin czy też Ukrainiec to wszystko jeden pies. Panslawizm, który w krajach słowiańskich traktowany jest raczej jako eksponat z muzeum idei, na Węgrzech nadal żyje.

Bartók + Słowanie czyli Węgrzy i reszta (ich otaczającego) świata

Radio Polonia Węgierska 79 / Nikoś

Zauważyłem, że nigdy nie wrzuciłem tutaj mojego ostatniego felietonu w podcaście Radio Polonia Węgierska (38:20), a że film, o którym mowa do dziś można obejrzeć, nadrabiam to teraz. Dodam tylko, że podcast niedługo ruszy na nowo, więc będą nowe teksty!

Kiedy siadałem, żeby obejrzeć sobie film pt. Jak pokochałam gangstera nie spodziewałem się wątku węgierskiego. Nikoś, trójmiejski gangster, którego życie stanowi fabułę filmu, miał epizod budapeszteński. W latach siedemdziesiątych jeździą regularnie na Węgry, gdzie zajmował się cinkciarstwem, oszustwami i inną podobną działalnością. Miał tam swoją bandę.

W filmie pojawia się zresztą i język węgierski w scenie kiedy Nikoś spotyka się z miejscowymi „chłopakami z miasta”, którzy domagają się by nie rozszerzał działalności na inne obszary. Wszyscy mówią w swoich językach i nie wygląda na to by ktokolwiek rozumiał o czym jest mowa (poza widzami filmu, którzy dostają tłumaczenie). W komunikacji jednoznaczne są jedynie pistolet i groźne miny.

Nikoś w filmie to uroczy chłopak. Podkreślane są jego spryt, który stoi za jego sukcesami, fantazja, przywiązanie do przyjaciół i rodziny, pragnienie niezależności i głód życia. Jak mówi sam Nikoś, wolał być tygrysem przez rok niż żółwiem przez dwadzieścia lat. Nie można nie ulec jego szelmowskiemu uśmiechowi. Temat przemocy jest elegancko omijany.

Jego kryminalne sukcesy wywołują niemal dumę narodową. Brawurowa ucieczka z niemieckiego więzienia, gdzie w trakcie widzenia zamienia się z bratem, jest tu może najlepszym przykładem. Tu przychodzi na myśl węgierski rabuś banków Viszkis, któremu podobnie kibicowała w swoim czasie tutejsza ulica.

Przyszło mi do głowy jak ten „nasz” bohater był, czy też może jest, pamiętany w pozostałych krajach gdzie działał. W Niemczech to bez wątpienia jedna z postaci dzięki którym powstał stereotyp Polaka-złodzieja samochodów. A na Węgrzech?

Tu, choć nikt go pewnie nie pamięta z nazwiska, przyczynił się zapewne do stworzenia negatywnej atmosfery wokół przyjeżdzających wówczas na handel – i nie tylko – Polaków. Aczkolwiek nie odpowiada za to sam, to jemu też z pewnością zawdzięcza podejrzany charakter okolica dworca Keleti. Bez wątpienia dołożył cegiełkę do wzmocnienia stereotypu cudzoziemca-kryminalisty.

Pewnie gdybym mieszkał w Polsce wiele z tych rzeczy nie przyszłoby mi do głowy.

Tym autobusem Nikoś pojedzie do Budapesztu
Spotkanie z węgierskimi gangsterami, zaraz wszyscy będą mówić w swoich językach

Radio Polonia Węgierska 78 / Puliszka

Puliszka albo polenta czy też kasza kukurydziana zaintrygowała mnie na tyle, że to o niej opowiadam w najnowszym odcinka podcastu Radio Polonia Węgierska (19:40). To więcej jak tylko danie kuchni węgierskiej, posłuchajcie!

Zaprosiliśmy kiedyś parę znajomych na obiad. Przychodzą, siadają, mówię co przygotowałem: jakaś tam zupa (już nie pamiętam), smażony kurczak i polenta. Widzę, że znajoma zamarła. Puliszkę – tak się polenta po węgiersku nazywa – jedliśmy kiedy nie było już niczego innego do jedzenia, tłumaczy.

Trochę czasu mi zajęło zrozumienia co się stało. Znajomi są dobrze sytuowani ale koleżanka pochodzi z biednej rodziny. Kiedy była dzieckiem bywało, że brakowało pieniędzy na jedzenie, wtedy właśnie jedli puliszkę.

Puliszka na Węgrzech ma dwa skojarzenia. Jedno to to, że jest to potrawa siedmiogrodzka. A drugie, że to pokarm biedoty. Jedzenie jej nosi więc na sobie stygmat. Te dwie rzeczy przy tym się nie wykluczają.

Puliszka ma też inne nazwy: kukoricagánica, kukoricamálé, ganca. Po rumuńsku to mămăligă, co dla ucha polskiego brzmi znajomo.

Danie przyrządza się z kaszy kukurydzianej, którą gotuje się na wodzie albo na mleku. Można dodać do niej ser – klasycznie jest to bryndza ale może być też jakikolwiek inny ser. Można dodać śmietanę czy masło, gotową kaszę można zapiekać ze skwarkami. Przyrządzać ja można na miękko lub na twardo.

Dawno temu puliszkę przyrządzano z mąki gryczanej. Pod koniec XVII wieku zastąpiła ją właśnie kukurydza.

Biedota jadała – albo też jada – puliszkę gotowaną na wodzie samą w sobie. W zamożniejszych domach towarzyszy ona zwykle gulaszowi czy też gołąbkom.

Puliszka to klasyka kuchni siedmiogrodzkiej. W dowolnej książce dziejącej się w Siedmiogrodzie na co drugiej stronie ktoś ją je. Co ciekawe, mimo, że dla Węgrów wszystko co siedmiogrodzkie jest zwykle turbowęgierskie to jednak na samych Węgrzech puliszkę je się rzadko.

Może dlatego właśnie, że tutaj to danie kojarzy się raczej z ubóstwem. A wielu pewnie woli odpuścić sobie tę pyszną potrawę niż ryzykować, że ktoś pomyśli o nich z pogardą: biedota.

Bohaterka podcastu: puliszka, źródło: twice.hu

Radio Polonia Węgierska 77 / Romkocsmy

Romkocsmy stały się niemal tak ważnym powodem do turystycznego odwiedzenia Budapesztu jak zamek, parlament, łaźnie czy też wyspa Małgorzaty. Opowiadam o nich w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (22:40).

1. Ciekawostka o Węgrzech
2. Powitanie
3. Serwis polonijny
4. Przegląd prasy węgierskiej
5. Jeż Węgierski w eterze
6. Pożegnanie

Każdy cel turystyczny się z czymś kojarzy. Paryż – wieża Eifla czy Łuk Triumfalny, Londyn – Big Ben, Tower of London czy też Houses of Parliament, Rzym -Watykan i Kolosseum, i tak dalej. Budapeszt zwykle kojarzony był z parlamentem i zamkiem.

Zmieniło to się w połowie lat dwutysięcznych kiedy pojawiły się romkocsmy – po angielsku ruin pubs. Nagle dla wielu, głównie młodych, odwiedzających Budapeszt, stały się one jedną z najważniejszych rzeczy do zobaczenia. Ta turystyczna atrakcyjność gruntownie te romkocsmy zmieniła.

Początki nie zapowiadały tego co miało nadejść. Pierwsza romkocsma, Sziksztuszi kápolna (Kaplica Sykstyńska), powstała w byłym biurze w siódmej dzielnicy, prowadzili ją Irlandczyk i Holender. Urządzono ją znalezionymi meblami, ściany wytapetowano gazetami i starymi plakatami, każdy kubek, szklanka czy kieliszek były inne. Co ważne, miejsce nie miało szyldu i tak ci, co tam zachodzili mieli bardzo ekskluzywne poczucia wtajemniczenia.

Dalej był Pótkulcs czyli Zapasowy klucz w szóstej dzielnicy. Bywalcy mieli mieć swój każdy własny klucz, stąd ta nazwa. Miejsce było dużo większe, miało kilka pomieszczeń i ogródek.

Szaleństwo zaczęło się wkrótce kiedy, na skutek działań lokalnych aktywistów, samorząd siódmej dzielnicy uchwalił zakaz burzenia starych budynków. Wielu deweloperów, którzy wykupili je z nadzieją na szybkie postawienie czegoś nowoczesnego, zostało na lodzie z tymi nieruchomościami. Stały one puste aż pojawili się pomysłodawcy otwierania w nich barów – i to już były prawdziwe ruin bars.

Barów otwierano po kilka w każdym sezonie. Ich oparty na odpadach design zachwycał kreatywnością. Szereg z nich okazałosię być efemerydami i przetrwało tylko parę miesięcy.

Dotąd zapyziała nieco siódma dzielnica wówczas rozkwitła. Pojawiła się w niej masa ludzi przyciąganych przez te nowe miejsca. Ich właściciele ze zdumieniem zobaczyli, że te śmieciowe knajpy mogą przynosić spore dochody.

Pojawili się też inwestorzy wykupujący dotąd deficytowe przestrzenie w pustych budynkach i sami otwierający imitujące alternatywność bary. Romkocsmy zaczęli odkrywać coraz bardziej masowo zagraniczni turyści napawający się krzykliwością designu – a z czasem po prostu tylko tanim akoholem. Z czasem wiele z pierwotnych romkocsm zniknęło, część się przekształciła w komercyjne przedsięwzięcia jak na przykład Instant czy Fogasház. Nasłynniejsza z romkocsm Szimpla kert zrobiła się droga i dziś spotkać w niej można w zasadzie tylko turystów.

Z sódmej dzielnicy zrobiła się bulinegyéd czyli dzielnica rozrywki – oazą taniej turystyki dla młodych ludzi z zachodu. Gentryfikacja wyparła stąd kreatywność, która przetrwało tu tylko szczątkowo.

A same autentyczne romkocsmy, choć na dużo mniejszą skalę, działają w innych, mniej modnych miejscach.

Gigantyczny rowerzysta w Tűzraktér – miejsca już nie ma
Tak – w takim miejscu znajdował się przez krótki okres drugi Tűzraktér
Instant – inna lokalizacja, inny klimat, inne miejsce niż obecnie
Stary Mumus – już go nie ma
Nowy Mumus – też go nie ma
Kuplung w byłym warsztacie samochodowym – nie ma go

Radio Polonia Węgierska 76 / „Byłem nawet w Budapeszcie”

A kaczuszce, która leci do mamy do Polski wiedzą wszystkie węgierskie dzieci bo pojawia się ona w popularnej piosence ale motywów polskich w piosenkach węgierskich – i węgierskich w polskich – jest dużo więcej. Opowiadam o tym w najnowszym odcinku Radia Polonia Węgierska (26:23).

Dobierając muzykę do tego podcastu ze zdziwieniem zauważyłem, że co jakiś czas trafiam na piosenki, w których pojawiają się polskie odniesienia. Początkowo nie przywiązywałem do tego większej wagi – ot, taka polsko-węgierska ciekawostka – ale robiło się tego coraz więcej i postanowiłem przyjrzeć się sprawie bliżej. Zebrałem co dotąd udało mi się zgromadzić, napisałem posta na facebooku prosząc o inne przypadki.

Czytelnicy nie zawiedli. Materiału zebrało się całkiem sporo. Najstarsza jest to popularna piosenka dziecięca Kiskacsa fürdik fekete tóban czyli Kaczuszka pływa po czarnym stawie. Polski motyw pojawia się w drugiej linijce: Niedługo ruszy do mamy, do Polski. Piosenkę zapisano pod koniec XIX wieku ale jest na pewno starsza.

Po niej chronologicznie pojawia się węgierska wersja piosenki Warszawo ma, wykonawana nie przez kogo innego jak Katalin Karády. To początek lat 40-tych.

Wydarzenia nabierają tempa w latach 60-tych i 70-tych. Sporo węgierskich piosenkach opowiada historie polsko-węgierskich romansów nawiązywanych podczas licznych wówczas wyjazdów do Polski. Jedna z nich ma nawet tytuł po polsku: Moja kochanka. LGT wspomina wyjazd do Warszawy w ramach turné, gdzie zgubił się jeden z członków zespołu Tamás Somló, w piosence Kleyffa pojawia się z kolei fraza gra węgierski Locomotiv.

W latach 80-tych Kontroll Csoport wykonuje – napisany w całości po polsku a i tak w pełni zrozumiały dla Węgrów – wspierający Solidarność song pod tytułem Gdańsk.

W początku lat dwutysięcznych należąca do nacjonalistycznego nurtu rocka kapela Hungarica intensywnie koncertuje w Polsce, nagrywa albumy z polskimi motywami, wykonuje polskie piosenki, na przykład Rozkwitały pęki białych róż.

W tych piosenkach odbijają się stosunki polsko-węgierskie. Jak wspomniałem, jest tam zachłyśnięcie się Polską przez Węgrów w latach 60-tych i 70-tych, pojawia się fascynacja Solidarnością, są żywe kontakty nacjonalistów.

Nie ma tam jednak wszystkiego. Po pierwsze, z jakiegoś powodu Węgry słabiej obecne są w piosence polskiej niż Polska w węgierskiej. Dalej, brak muzycznych odniesień do powstania 1956 roku, które powstałyby w okresie bezpośrednio po jego wybuchu. Było tak zapewne z powodu cenzury no i pewnie dlatego, że muzyka popularna była jeszcze po prostu mniej rozpowszechniona.

Historie romansów polsko-węgierskich opowiadane są wyłącznie z perspektywy męskiej, co tłumaczyć pewnie można słabszym głosem kobiet w muzyce rockowej.

Mimo masowych wyjazdów Polaków na Węgry, zarówno na wakacje jak i na handel, nie usłyszymy o tym w żadnej piosence, no może wyjątkiem jest tu linia Byłem nawet w Budapeszcie z pamiętnej piosenki Elektrycznych Gitar. W ogóle temat polskiego handlu – tych słynnych lengyel piac nie trafił to muzyki.

Podobnie nie wydaje się by zaistniała w niej prawicowa fascynacja Viktorem Orbánem najlepiej widoczna w postaci uczestnictwa polskich grup w węgierskich uroczystościach państwowych.

Temat z pewnością nie jest zamknięty, w przyszłości na pewno pojawią się nowe motywy – a może i ktoś wróci do dotąd pominiętych spraw z przeszłości. Póki co zachęcam do lektury mojego artykułu, który napisałem o muzycznych wpływach dla najnowszego numeru Polonii Węgierskiej. Będzie też tam link do playlisty zewszystkim wspomnianymi piosenkami, więc będzie i czego posłuchać.

Zespół LGT, Tamás Somló, ten co się zgubił w Warszawie, jest drugi z lewej, źródło: Fortepan/ Urbán Tamás
Węgierska publiczność słucha o przygodach Tamása Somló w Warszawie, źródło: Fortepan/ Urbán Tamás

Radio Polonia Węgierska 75 / Nieuznawany a znany

Nieuznawany przez oficjalne kręgi literackie a znany bardziej niż niejeden z pisarzy z programu szkolnego: Jenő Rejtő, mimo, że zmarł niemal 80 lat temu do dziś pozostaje zaskakująco popularny. O nim opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (25:15).

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd polskiej prasy
  5. Jeż Węgierski w eterze
  6. Pożegnanie

Lubię w księgarniach sprawdzać ile miejsca zajmują książki danego pisarza. W dość nienaukowy sposób daje to możliwość oceny na ile ważny on – lub ona – jest dla współczesnego czytelnika (zakładam, rzecz jasna, że wydawane są książki, które ktoś chce czytać).

I tak dowiedzieć się można, że popularni są Sándor Márai a także Albert Wass, ulubiony pisarz nacjonalistów. Obaj byli, bardziej lub mniej oficjalnie uznanymi, zawodowymi literatami. Inna jest jednak sytuacja ze zwykle równie bogato reprezentowanym w księgarniach Jenő Rejtő.

W uproszczeniu można powiedzieć, że był to autor literatury rozrywkowej. Pisał komedie teatralne, skecze kabaretowe a także, dziś najbardziej popularne, powieści przygodowe do gazet. Za tematykę mają głównie Legię Cudzoziemską, przez którą się przewinął, a także Dziki Zachód no i oczywiście historie kryminalne.

W tekstach zachowana jest konwencja literatury brukowej. Historie są niesamowite, co chwile przybierają nieoczekiwany obrót, niewiarygodne wydarzenia mają miejsce jedno po drugim. Czyta się to z wypiekami emocji, napięcie nie opada ani na chwilę.

Bohaterowie są przesadni. Legioniści są wytrzymali jak skała, złoczyńcy to geniusze zła, bogacze są bajecznie majętni, kobiety oszałamiająco piękne a awanturnicy nadzwyczajnie urokliwi. Wszyscy, nawet największe męty, potrafią wyrażać się w sposób wyszukanie uprzejmy, niejednokrotnie także w trakcie bójek.

I co jeszcze dodaje uroku tym niesamowitym ludziom uwikłanym w niesłychane przygody to humor z jakim Rejtő opowiada te swoje historie. I nie na darmo: kogokolwiek by nie spytać o niego – a znają go wszyscy – pierwszą reakcją jest zawsze uśmiech. Szereg powiedzeń, jak na przykład „dwa decylitry wina rozcieńczone trzema decylitrami rumu” weszło do języka potocznego, częste są też, także w prasie, odniesienia do postaci z jego opowiadań.

Jego życie było niemal tak kolorowe jak jego opowiadania. Ze szkoły wyleciał wcześnie, trenował boks, podobno jednocześnie w kilku klubach, próbował kariery teatralnej.

Wyjechał szukać szczęścia do Berlina, a stamtąd dalej do Europy i Afryki Północnej. Imał się różnych zajęć, podróżował na gapę, bywał aresztowany, biedował, wtedy właśnie spędził parę miesięcy w Legii Cudzoziemskiej, co wszystko dostarczyło mu wspaniałego materiału do jego późniejszych książek.

Po powrocie do Budapesztu rozpoczął życie literacko-kawiarniane. Zarobione pieniądze tracił regularnie na grę w karty, według legendy często płacił w kawiarniach stronami napisanych tekstów, które kelnerzy wymieniali później na gotówkę w jego wydawnictwie.

Zmarł z wyczerpania i zimna na Ukrainie na początku 1943 roku służąc w oddziałach pracy, do których posyłano wówczas Żydów. Podobno do ostatniej chwili zabawiał towarzyszy niedoli opowiadaniem z pamięcie fragmentów swoich książek.

Mimo upływu czasu Rejtő pozostaje niezmiernie popularny. Oprócz stert książek w księgarniach świadczy o tym ulica w siódmej dzielnicy, która została nazwana jego imieniem na skutek jednej z pierwszych petycji internetowych.

Nieistniejący już mural przedstawiający kelnera Rejtő: według legendy miejskiej pisarz płacił w kawiarniach kawałkami swoich najnowszych opowiadań, które potem kelnerzy wymieniali na gotówkę w odpowiednich redakcjach, źródło: cultura.hu

Radio Polonia Węgierska 74 / węgierski (świetny) kryminał z polskim wątkiem

W najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska zachęcam co czytania świetnych kryminałów Vilmosa Kondora (13:20). Póki co moje zachęty kieruję głównie do znających węgierski bo tylko jedną jego książkę przetłumaczono na polski – ale może na przekład kolejnych skusi się jakieś wydawnictwo? Dodam, że w jednej z nich pojawia się wątek polskich uchodźców na Węgrzech i to w zupełnie niemartyrologicznym wydaniu.

1. Ciekawostka o Węgrzech
2. Powitanie
3. Serwis informacyjny
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Wrzesień 1939 roku, granica polsko-węgierska. Tłum uchodźców stara się przejść na terytorium Węgier. Wśród tłumu pojawiają nagle trzy ciężarówki ze znakami Czerwonego Krzyża. Podchodzi do nich obecny tam reporter, który chce się dowiedzieć czy przewożą może rannych, ale kierowcy bez słowa dodają gazu i auta przejeżdzają granicę przez nikogo nie niepokojone: straż graniczna dostała rozkaz by je przepuścić. Później dopiero się okaże, że wiozły ładunek narkotyków używanych przez polskie wojsko, który potem znikł.

Od tej historii, która zresztą faktycznie miała miejsce, zaczyna się kryminał Vilmosa Kondora pt. Bűnös Budapest czyli Budapeszt, miasto winy. Rzecz jasna, nie będę streszczał akcji, ale opowiem nieco o jej autorze i jego innych książkach.

Dziennikarz, Zsigmond Gordon, jest bohaterem dłuższej serii książek. Pokrywają one okres od przedwojnia, poprzez samą wojnę, okres tużpowojenny aż do rewolucji 1956 roku. Choć wątek kryminalny jest kręgosłupem tych książek, to tło historyczne nadaje im szczególnego smaku. Ze szczegółami przedstawione są topografia miasta: z książką w ręku można podążać trasami, którymi przemieszczali się bohaterowie – o ile zna się dawne nazwy ulic tu pieczołowicie używane. Dowiedzieć się można gdzie mieściły się bary – wśród nich i istniejące wówczas bary mleczne, restauracje, redakcje czy też podejrzanie spelunki, opisywane są podawane tam dania i napoje, z cytowanych wiadomości widać co się akurat dzieje w polityce. Wśród fikcyjnych bohaterów pojawiają i prawdziwe postaci oraz wydarzenia – jak choćby i to wspomniane na początku zniknięcie ładunku narkotyków.

Sam Gordon, dziennikarz, który fachu uczył się między innymi w Stanach Zjednoczonych, gdzie spędził parę lat, to, mimo skłonności do przemocy, w sumie zdroworozsądkowa, sympatyczna postać.

Odróżnia się od niego inny bohater Kondora, Tibor Ferenczy, który boryka się z uzależnieniem od alkoholu i przeróżnych tabletek tak, że łańcuchowe palenie w zasadzie wydaje się przy tym już jedynie niegroźną przywarą. On działa współcześnie – jedna z historii z nim związanych ma miejsce obecnie, w 2020 roku. Tu, we współczesności, Kondor nie stroni od political fiction: w jednej z książek Ferenczy prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa premiera, w innej szuka szalonego mordercy działającego podczas rozgrywającej się właśnie rewolucji. W retrospektywie pojawiają się nadzwyczaj wiernie przedstawione – częściowo sam pamiętam ten okres – Węgry z roku 1990.

Te kryminały, które łączy atmosfera noir, czyta się je świetnie sprawdzając swoją znajomość Budapesztu i Węgier – bądź też ją w trakcie lektury rozwijając. Szkoda tylko, że jak dotąd przetłumaczono na polski zaledwie pierwszą z jego książek czyli Budapest noir. Chciałoby się ich widzieć więcej i to nie tylko ze względu na polskie wątki.

Nie wszystkie książki Kondora

Radio Polonia Węgierska 73 / Balaton przed turystami

Balaton zanim „odkryli” go turyści to zupełnie inne jezioro. Opowiadam o tym w najnowszym odcinku podcastu (38:15). Pełen program i mąj tekst poniżej.

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd prasy polskiej
  5. Rozmowa tygodnia – R. Rajczyk rozmawia z J. Krzykiem autorek książek o Górnym Śląsku
  6. Jeż Węgierski w eterze
  7. Pożegnanie

W lecie jeden z felietonów poświęciłem Balatonowi. Wzdychałem nad nadmierną eksploatacją tego cudownego jeziora, uważam, że masowa turystyka fatalnie się na nim odbija.

Dostało mi się w komentarzach. Dowiedziałem się, że napisałem głupoty bo sytuacja jest o wiele lepsza, niż jak ją przedstawiłem, i w ogóle, że „Balaton to dla mnie riwiera”, jak głosi popularna piosenka.

Sprowokowało mnie to do poszukania informacji na temat Balatonu i tak dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy na jego temat.

Z punktu widzenia turystyki historia Balatonu zaczyna się w 1702 roku kiedy lekarz András Flaskár kupił kawałek ziemi koło Balatonfüred, na którym planował zbudował ośrodek kąpielowy. Uwaga: chodziło o kąpiele termalne a nie kąpanie się w jeziorze. Dopiero w 1822 roku otworzono pierwsze kąpielisko w jeziorze, zresztą też w Balatonfüred.

Od tej pory datuje się też konflikt pomiędzy dotychczasowymi mieszkańcami a przybyszami, który w zmieniających się formach trwa w zasadzie do dziś. Początkowo chodziło o dostęp do jeziora: przed powstaniem kąpieliska lokalni chłopi korzystali z jeziora do pojenia zwierząt, prania czy moczenia wełny, tego im w okolicy wyznaczonego miejsca do kąpieli starali się zabronić właściciele kąpieliska. Dalsze lata przynosiły kolejne ograniczenia „odwiecznych” praw do korzystania z jeziora do celów gospodarczych, między innymi zakazywano chłopom przepędzanie bydła koło pensjonatów czy też poruszania się wozami z powodu hałasu oraz kurzu jakie się z tym łączyły.

Paradoksalnie z czasem ci, którzy skolonizowali kiedyś Balaton wypierając przy tym chłopów z ich naturalnego środowiska szybko znaleźli się w sytuacji, w której sami walczyli o zachowanie status quo z kolejną falą przybyszów, ostatnio inwestorami planującymi wyższą czy też bardziej intensywną zabudowę. Ktoś śledzi trochę lokalne protesty w nadbalatońskich miejscowościach znajdzie na to sporo świeżych przykładów.

Drugim trendem stała się walka o ustabilizowanie jeziora. W stanie naturalnym nie miało one stałych brzegów, a jego poziom wciąż się zmieniał. Nieprzypadkowo nadbalatońskie miejscowości istniały w pewnej odległości od jeziora. Budowniczowie nadbrzeżnych pensjonatów i domów kąpielowych szybko przekonali się dlaczego tak było kiedy ich budynki zmyła woda czy też kiedy nagle się okazywało, że od zbudowanego przy samym brzegu jeziora domu kąpielowego nagle trzeba iść sto metrów by móc wejść do wody. Wraz ze wzrostem ruchu turystycznego losem Balatonu w coraz większej mierze zaczął rządzić jeden jedyny priorytet: w jeziorze musi dać się kąpać. Dlatego też zaczęto regulować poziom wody, utwardzać brzegi jeziora, wycinać trzcinę czy też walczyć z pojawiającym się algami poprzez zarybianie nowymi gatunkami ryb a potem tych ryb tępieniem.

W efekcie tych dwóch trendów Balaton coraz bardziej zaczyna przypominać intensywnie zabudowywany gigantyczny basen. Nikt już pewnie nie jest sobie w stanie wyobrazić jak to jezioro wyglądało przed interwencją człowieka.

Tak było:

Zmiany linii brzegowej Balatonu od roku 1000 po dziś, źródło: szeretlekmagyarorszag.hu/
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Műszaki és Közlekedési Múzeum / BAHART Archívum
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Földrajzi Múzeum / Erdélyi Mór cége

A tak się zrobiło:

Balaton 1981, źródło: Fortepan / Szalay Zoltán