Radio Polonia Węgierska 64 / pomnik ofiar covidu

Na wyspie Małgorzaty powstał oddolnie pomnik ofiar Covidu. Mówię o nim w 64 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (28:15). Program podcastu:

1. Ciekawostka
2. Powitanie
3. Serwis informacyjny
4. Przegląd prasy węgierskiej
5. Przegląd prasy polskiej
6. Jeż Węgierski w eterze
7. Urywki historii
8. Pożegnanie

Autorzy: R.Rajczyk, I.Balázs, J.Celichowski, P.Pietka

Pomnik kojarzy się zwykle z czymś dużym, oficjalnym, ciężkim, wykonanym z trwałych materiałów, postawionym przy tym przez instytucję państwową czy też, niekiedy, społeczny komitet. Do postawienia pomnika potrzeba decyzji na wysokim poziomie, zezwoleń. Pomniki upamiętniają zwykle wybitne postaci i wydarzenia z przeszłości, o ich wybitności zresztą często decyduje polityka historyczna, monumenty stawiane żyjącym to przeważnie znak totalitaryzmu. Często istnieją regulacje dopuszczające różne formy upamiętnienia zmarłych poprzez nazwanie nimi ulicy, instytucji czy też postawienie pomnika dopiero ileś tam lat po ich śmierci.

W tym kontekście niezwykły jest, choć trudno użyć tu tego słowa to jednak, pomnik ofiar covidu na Węgrzech. Powstał na wyspie Małgorzaty w Wielki Czwartek tego roku. Miał formę niedużych kamieni ułożonych w jednej linii wzdłuż peszteństkiej strony wyspy obok ścieżki do biegania. Każdy kamień upamiętnia jednego zmarłego, jest na nim numer i wiek tej osoby. Początkowo kamieni było 22 409, obecnie ich liczba, wraz z liczbą ofiar covidu, wzrosła do ponad trzydziestu tysięcy. Rząd kamieni ciągnący się wzdłuż całej dwuipółkilometrowej wyspy mimo swojej niepozornej formy robił wielkie wrażenie. Z czasem ludzie zaczęli przynosić tam świeczki i kwiaty by upamiętnić swoich bliskich, którzy stracili życie przez pandemię.

Przez dłuższy czas kamyki mniej więcej pozostawały na miejscu. Z czasem jednak, przyczyniły się do tego tłumy, które w pewnym momecie wróciły na wyspę, a pewnie i pogoda, linia kamieni się rozmyła, zostały one poruszone ze swoich miejsc.

Dlatego twórcy upamiętnienia, na facebooku nazywający się Margiszigeti Kavicsok, czyli Kamyki z wyspy Małgorzaty, w ostatni weekend zorganizowali akcję odrestaurowania kamieni (niekiedy starciu uległ napis na nich) oraz przeniesienia ich w spokojniejsze miejsce na wyspie czyli do Ogrodu Różanego, który mieści się mniej więcej na środku wyspy. Wolontariusze mieli zebrać i przenieść po 25 kamieni do namiotu, skąd po przejrzeniu trafić miały one na ostateczne miejsce.

Pomnik ułożony z kamyków opisanych flamastrem nie robi wrażenia trwałego ale nie o to tutaj chodzi. Jego spontaniczność, oddolność, minimalistyczny a przy tym symbolicznie bogaty charakter, lepiej odpowiadają potrzebie chwili by choć przez jakiś czas pamiętać o tych zmarłych, umożliwić przeżycie żałoby po nich. A że pandemia jeszcze się nie skończyła i ludzie wciąż umierają do pomnika można dokładać kolejne kamienie.

Lipiec, równa jeszcze linia kamieni
Lipiec, na każdym kamieniu numer i wiek zmarłej osoby
Sierpień, nieco porozrzucane kamienie
Sierpień, kamienie już nie w jednej linii
Sierpień, wolontariusz szykuje kamienie do przeniesienia

Dodane 7 września 2021

Zrobiłem parę zdjęć kamieni ułożonych właśnie w Ogrodzie Różanym.

Radio Polonia Węgierska 63 / pokojowy tłum na fajerwerkach

Węgrzy potrafią zebrać się w wielkim tłumie i zachowywać się całkiem spokojnie, co dla mnie jest niesamowite. Opowiadam o tym w 63 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (29:30).

Właśnie odbyły się w Budapeszcie fajerwerki. Według policji obejrzało je na żywo siedemset tysięcy ludzi, żadnych incydentów nie było. Takie wiadomości nie przestają mnie zdumiewać. Siedemset tysięcy ludzi i nic?

Kto choć raz oglądał fajerwerki to wie jak to jest. Tłum ludzi, niektórzy z własnymi krzesełkami zajmujący miejsca na wiele godzin przed ich rozpoczęciem by tylko mieć dobry widok. Domówki organizowane w mieszkaniach z widokiem na Dunaj, na które wpraszają się bliźsi i dalsi znajomi. Pokoje wynajmowane w naddunajskich hotelach na ten właśnie wieczór. Specjalne rejsy statkiem po Dunaju, podobno także loty samolotem nad miastem. Ale przede wszystkim ogromny tłum na nabrzeżach rzeki.

Pamiętam jak kiedyś braliśmy udział w fajewerkowej domówce organizowanej przez kolegę Australijczyka. Był zdumiony: jakże to, tylu ludzi i żaden nie rzuci butelki od piwa w powietrze, czy też nie zrobi czegoś podobnego? W Australii, zresztą nie tylko tam, to niemal gwarantowane, od razu zaczęłaby się od tego bijatyka.

Nie na Węgrzech. Tutaj samo zebranie się tłumu, no poza demonstracjami skrajnej prawicy czy też meczami piłkarskimi, nie wyzwala agresji. Na fajerwerkach byłem też w roku 2006, kiedy skrajne załamanie pogody doprowadziło do tragedii: życie straciło 5 osób a trzysta zostało rannych. Także wtedy mimo elementów paniki udało się w dużej mierze zachować spokój: w tłumie uciekającym przed osiągającą 100 kilometrów na godzinę wichurą i gwałtowną ulewą nikt nie został stratowany na śmierć.

Sam fajerwerków nie lubię, 20 sierpnia jednak to dla mnie zawsze okazja do przypomnienia sobie o tej fascynującej cesze węgierskiego społeczeństwa, z której wszyscy tu powinni być dumni.

Fajerwerki w Budapeszcie w 1938 roku, pewnie i wtedy tłum był pokojowy, źródło: Fortepan / Bojár Sándor

Radio Polonia Węgierska 60 / Komunizm na wyspie Szentendryńskiej

W 60-tym odcinku podcastu opowiadam (27:30) o założonym przed niemal stu laty przez komunistów i do dziś zachowującym nieco swojego pierwotnego charakteru letniskowym osiedlu na wyspie szentendryńskiej.

Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy węgierskiej
– przegląd prasy polskiej
– jeż węgierski
– urywki z historii
– Węgrzy w Powstaniu Warszawskim
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, P.Piętka, J. Celichowski

Czy możliwy jest komunizm dla chętnych? Dziwne pytanie, bo ustrój ten zwykle zaprowadzano przemocą, przy pomocy rewolucji czy też na bagnetach Armii Czerwonej.

A jednak, jest na Węgrzech jedno takie miejsce, które, można powiedzieć, urządzono w duchu komunizmu i to w dodatku zupełnie dobrowolnie.

Mowa jest o osiedlu Horány na wyspie Szentendryńskiej. Ogrodzone jest ono płotem i wejść tam można tylko gdy wprowadzi nas ktoś, kto tam ma domek – jeden ze stu pięćdziesięciu, które na osiedlu się znajdują. Na terenie samego osiedla żadnych płotów już nie ma, nie ma oddzielnych działek, każdy chodzi gdzie chce – a zwłaszcza dzieci, które biegają po całym terenie pod zbiorowym okiem wszystkich dorosłych. W razie problemu zawsze jest ktoś, kto pomoże, pocieszy, nakarmi, odprowadzi do domu. Nie wolno tu wjeżdzać samochodem, większe przedmioty transportuje się skrzypiąca, wspólną, a jakże, taczką.

Na osiedlu sporo jest elementów wspólnotowych. Wspólny jest prąd, woda, wywóz śmieci. Kiedyś nawet gotowanie było wspólne. Działa małe muzeum, są imprezy kulturalne, kino pod gołym niebem, stoły pingpongowe, boisko i hangar dla łódek, Dunaj przecież tuż-tuż. By dojść do plaży trzeba tylko przejść przez asfaltową drogę i już można się kąpać niekiedy poddając się falom wywołanym przez przepływające obok gigantyczne wycieczkowce.

Osiedle powstało w latach 20-tych. Założyli je członkowie żydowskiego komunistycznego klubu wioślarskiego, co wyjaśnia wewnętrzną organizację terenu. Z czasem dołączyli do nich inni, esperantyści, wolnomyśliciele – a także turyści, miłośnicy natury.

Wielu mieszkańców osiedla w czasie wojny stało się ofiarami Holocaustu. Niektórzy porobili kariery w okresie socjalizmu. Jednak zaraz po rewolucji 1956 roku blisko jedna czwarta mieszkańców uciekła z Węgier na emigrację.

Na osiedlu letniskuje kolejne, trzecie już pokolenie. Dawną nazwę Vörös Meteor (Czerwony Meteor) zmieniono na zwykły Meteor by nie kłuła w oczy. Wspólnotowy charakter miejsca jednak pozostał. Taki komunizm dla chętnych, przeciwko któremu sam nic nie mam.

Komuniści na plaży przy Horány, źródło; Fortepan / Dénes János
Miłośnicy sportów wodnych odsłaniający pomnik ruchu robotniczego na osiedlu, źródło: Fortepan / Dénes János

Radio Polonia Węgierska 58 / Balaton

Żal mi Balatonu, tego pięknego jeziora – a dlaczego, o tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (22:00).

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– urywki z historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Dla wielu ludzi pierwszym skojarzeniem z Węgrami jest Balaton. Wiadomo, wspaniałe, wielkie jezioro, urlopowy cel numer jeden w kraju.

Balaton jest jednak ofiarą swojego ogromnego sukcesu. Jezioro zmieniło kształt: nieregularne brzegi wyrównano mu by ułatwić ich wykorzystanie, widać to na starych mapach. Poziom wody jest sztucznie regulowany przez kontrolę dopływu Sió.

Nie ma w Balatonie rybołóstwa – wolno tylko wędkować – i w okolicznych bufetach z ryby dostać można w zasadzie tylko morskiego morszczuka. Ze zwierząt najbardziej rzucają się w oczy agresywne niekiedy łabędzie czekające na pokarm od ludzi.

Brzegi są w większości zajęte przez często płatne plaże, kempingi czy też mariny, tak więc dostęp do jeziora nie jest łatwy. W wielu miejscach brzeg jest sztucznie utwardzony, naturalne plaże to rzadkość.

Sama infrastruktura często ma charakter jarmarczny: chińszczyzna na straganach, langosze smażone w starym oleju sprzedawane po zawyżonych cenach, niekiedy od dawna nie remontowane, zatłoczone plaże z prymitywną muzyką.

Są rzecz jasna i zmiany na lepsze. W ciągu ostatniej dekady czy dwóch zaczęły się pojawiać dobre restauracje, okoliczne winnice produkujące wino wysokiej jakości (a nie sikacze sprzedawane w plastikowych butelkach) systematycznie poszerzają swoją ofertę.

I choć Balaton pozostaje magnesem dla Węgrów a posiadanie domu koło tego jeziora jest jednym z niezbędnych atrybutów przynależności do klasy średniej dla budapeszteńczyków to jednak oni też odczuwają te problemy. Większość z tych, których stać na taki dom kupuje go zwykle nie w miejscowościach położonych bezpośrednio nad wodą ale nieco dalej. Jeśli tylko się da to w kotlinie Káli albo chociaż gdzieś na północnym brzegu. Ważnym jest by z domu był widok na jezioro.

Zaskakująco często brak codziennego rytuału wyjścia na płażę. Zastępuje go albo przydomowy basen albo wypłynięcie żaglówką na jezioro i kąpiel z łódki. Nie ma mieszania się z plebsem na zatłoczonych plażach czy też w nabrzeżnych miasteczkach. Jest dystans do jeziora.

Wzdycham, żal mi Balatonu. Jego problemem jest, że to jezioro jest jedno jedyne. Na Węgrzech powinno być z dziesięć Balatonów żeby dla wszystkich starczyło miejsca bez tłoku.

Balaton. Widać żaglówkę, nie widać tłumów.

Radio Polonia Węgierska 57 / Magyar nóta

Ani ludowa ani cygańska, ale węgierska: magyar nóta czyli taka wymyślona muzyczna tradycja. O niej opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (17:35).

Program:

– powitanie
– serwis polonijny
– Jeż Węgierski w eterze
– urywki z historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R. Rajczyk, J. Celichowski, P. Piętka

W niektórych turystycznych restauracjach można spotkać zespół cygański w połyskujących złotem, szamerowanych kamizelkach grający gościom do ucha na ogól rozdzierająco smutne melodie. Nie jest to ani muzyka cygańska ani, mimo stylizacji na ludowość, muzyka ludowa (i ta i ta jest dużo ciekawsza).

Ta restauracyjna muzyka to magyar nóta, do dziś lubiana przez wielu sztuczna muzyka pseudoludowa. Powstała ona w początkach dziewiętnastego wieku w okresie wzrostu świadomości narodowej na Węgrzech, dla której ten nowy gatunek stał się jedną z form wyrazu. Wykonywana była zwykle przez cygańskich muzyków, wśród których dominującą rolę odgrywał skrzypek – prímás. Smętna zwykle melodia oraz stylizowane na ludowe a przy tym banalne teksty miały mieć “węgierski” charakter nadając piosenkom ogromną popularność wśród wszystkich warstw społecznych.

Nóta rozbrzmiewała w eleganckich restauracjach i spelunkach. Melodie można było zamówić u Cyganów, śpiewać je można było też samemu, zwykle po pijaku. Każdy szanujący się mężczyzna miał swoją ulubioną nótę. Nóty dawały życiu muzyczne tło.

Najsłynniejszym z cygańskich skrzypków w świecie magyar nóta była Pista Dankó. Urodził się w biednej rodzinie niedaleko od Segedynu. Przedwczesna śmierć ojca zmusiła go do rozpoczęcia pracy przed osiągnięciem dorosłości. Muzycznie był samoukiem i nigdy nie nauczył się zapisu nutowego ale miał talent do tworzenia muzyki. Jak mówili współcześni „jego muzyka płynęła mu z serca.”

Pierwszy zespół założył w wieku lat piętnastu, początkowo często grywali zaledwie za poczęstunek. Z czasem ich popularność zaczęła rosnąć i kiedy Dankó wygrał konkurs na muzykę do tekstów piosenek Lajosa Pósy przeniósł się do Budapesztu, gdzie jego kariera rozkwitła – grał nawet na dworze cara.

Gdy umarł pochowano go w Segedynie a na jego pogrzebie pięciuset cygańskich skrzypków zagrało jego wielki przebój Eltörött a hegedűm czyli Pękły mi skrzypce. W mieście ma zresztą pomnik, kto wie czy nie jest to jedyne w kraju pomnikowe przedstawienie Roma.

Magyar nóta, choć dalece nie tak populana jak jeszcze w połowie dwudziestego wieku, do dziś ma swoich wielbicieli. Mają oni nawet swój program radiowy (Dankó Rádió), gdzie ta muzyka leci przez cały dzień na okrągło. Kogo ta muzyka ciekawi może jej sobie tam i dziś posłuchać.

Pista Dankó za życia …
… i po śmierci, źródło: wikipedia

Radio Polonia Węgierska 56/ Przechadzka śladami ciekawych pomników

Strasznie kręcą mnie pomniki. Zorganizowałem przechadzkę po Budapeszcie ich śladami, opowiadam o niej w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (22:02). Program:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– urywki z historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Niedawno miałem okazję prowadzić przechadzkę śladami ciekawych pomników, którą można było wylicytować w ramach tegorocznego finału WOŚP-u.

Trasa przechadzki przebiegała od budańskiej strony mostu Małgorzaty aż do placu Deáka. W trakcie obejrzeliśmy 28 różnych pomników od monumentalnego Kossutha przed parlamentem po drzewo Michaela Jacksona przed hotelem Kempinski.

Pomniki mnie kręcą, lubię je sobie zawsze obejrzeć szczegółowo czy też sobie o nich doczytać. O dużej części monumentów uwzględnionych w ramach przechadzki wiedziałem sporo ale do wyszukania informacji na temat pozostałych pretekst dały mi przygotowania.

Ten fragmentaryczny przegląd budapeszteńskich pomników, choć o tyle istotny, że uwzględniał dwa najważniejsze z punktu widzenia węgierskiej polityki historycznej miejsca czyli plac Kossutha i plac Szabadság, pozwolił na poczynienie szeregu spostrzeżeń.

Po pierwsze, pomniki mają swoje losy. Szereg z tych, które obejrzeliśmy zostały na przestrzeni jednego stulecia wzniesione, obalone, odbudowane, niekiedy w międzyczasie przeniesione na inne miejsce. Niejednokrotnie jeden pomnik zastępował drugi i nie bez znaczenia było który zastępował który. Na przykład, na miejscu pomnika konserwatywnego premiera Istvána Tiszy, obalonego wojnie, ustawiono pomnik lewicującego polityka Mihálya Károlyiego, którego Tisza zastąpił ponownie niedawno, sam Károlyi trafił do Siófok.

Dalej, są pomniki, których nikt nie zauważa i są takie, które spotyka żywy oddźwięk. Przykład pierwszego to pomnik Gábora Sztehló na placu Deáka, drugiego do pomnik ofiar okupacji niemieckiej na placu Szabadság, który po ogłoszeniu planów jego wzniesienia wywołał takie protesty, że, ustawiony w asyście policji pod osłoną nocy, nigdy nie doczekał się oficjalnego odsłonięcia.

Są pomniki nudne jak neobarokowy pomnik Rákoczyego na placu Kossutha a także ciekawe jak blok z wklęsłym upamiętnieniem Endre Bajcsy-Zsilinszkyego na placu Deáka.

Wiele pomników dużo mówi o oficjalnej polityce historycznej jak pomnik jedności narodowej zwany potocznie pomnikiem Trianonu. Inne mimochodem, w sposób niezamierzony pokazują pewne aspekty węgierskiej mentalności. Przykładem może tu być pomnik dziewiętnastowiecznego lingwisty Gábora Szarvasa, na którym owija się w uwielbieniu naga postać kobieca. Tak rozumiano wówczas role mężczyzn i kobiet – a pewnie i dziś wielu tak je widzi.

Rzecz jasna obejrzeliśmy szereg niepolitycznych pomników jak Petera Falka z basetem na ulicy Falka czy też pogodne w nastroju mikropomniki Mihálya Kolodko.

Mimo upału uczestnicy przechadzki wytrwali do końca. Mam nadzieję, że udało mi się ich trochę zarazić moim zainteresowaniem pomnikami. Z nich też można się wiele dowiedzieć o Węgrzech.

Pierwotny pomnik Kossutha, źródło: kozterkep.hu
Pomnik Kossutha w okresie powojennym, źródło: kozterkep.hu
Znów jak dawniej: pomnik Kossutha dziś, źródło: Mr. Foster kalandozásai Budapesten
Coś z zupełnie innej beczki: teżpomnik choć mały, żaba autorstwa Mihálya Kolodko, źródło: index.hu
Są też takie pomniki: drzewo Michaela Jacksona na placu Deáka

Radio Polonia Węgierska 52 / Szkot, węgrzyny i królowie polscy

Mój niedawny pobyt w Krośnie śladami Portiusa przypomniał mi jak można sobie ubogacać wyjazdy turystyczne o elementy węgierskie. O tym mówię w najnowszym podcaście, do którego słuchania jak zawsze zachęcam. Program:

– powitanie
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– rozmowa z Tomkiem i Piotrem Bedyńskim
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Jak się mieszka na Węgrzech to ten fakt może posłużyć jako pretekst do rozszerzenia tematyki wyjazdowej o sprawy węgierskie czy też polsko-węgierskie – nawet jeżdżąc po Polsce. Podam przykład: jadąc do Niedzicy można sobie przedtem wygmerać jakieś informacje na temat węgierskiej historii tamtejszego zamku, w Przemyślu można sobie podumać nad węgierskimi obrońcami twierdzy z okresu pierwszej wojny światowej a w warszawskiej restauracji Fukiera poczytać sobie o roli win węgierskich w kulturze polskiej.

Tak się złożyło, że mój niedawny weekend minął właśnie pod ich znakiem. Odwiedziłem właśnie Krosno, które oprócz tego, że słynie z wyrobów szklanych znane jest i z tego, że związany był z nim szkocki imigrant Robert Wojciech Portius. Urodził się on około 1600 roku jako Robert Gilbert Portius Lanxeth, do miasta przybył dwadzieścia lat później, od 1623 zaś używał imienia Wojciech, co zapewne wiązało się z przejściem na katolicyzm.

Początkowo był pomocnikiem innego kupca Laurenstena – też Szkota – ale niedługo później był już samodzielnym kupcem. Kupił kamienicę na rynku i ożenił się z jedną z najbogatszych krośnianek, wdową Anną z Hesnerów. Wkrótce był jednym z najbogatszych ludzi w mieście. Jego kontakty sięgały daleko, handlował z Koroną, Śląskiem, państwami Rzeszy Niemieckiej, Prusami, Gdańskiem, Szkocją – oraz Węgrami, skąd sprowadzał wino. Dostarczał je nawet na dwór królewski, co dało mi przywilej serwitoriatu czyli wyłączenie go spod władzy miejskiej, lokalnego sądownictwa i podatków. Wino od niego trafiało na dwory kolejnych trzech królów, Władysław IV mianuje go oficjalnym królewskim faktorem.

Kamienica Portiusa na rynku

Kiedy spłonęła krośnieńska fara Portius ufundował wieżę, kaplice oraz szereg obrazów. Do dziś stoi w niej ozdobna ławka małżeństwa Portiusów ozdobiona jego gmerkiem czyli mieszczańskim odpowiednikiem herbu. W okresie potopu szwedzkiego kierował przygotowaniami do obrony miasta dokładając do wydatków swoje własne pieniądze, wyremontowano wówczas między innymi Bramę Węgierską. Choć za życia krytykowano za praktyki monopolistyczne i nadużycia finansowe to dziś pamiętane są raczej jego talenty biznesowe oraz akty dobroczynności: w mieście ma swój pomnik i ulicę.

Fara z wieżą
Ławka małżeńska Portiusów w farze
Gmerk Portiusa w farze
Pomnik

Jego pamięć jest utrzymywana zresztą nie tylko w Krośnie. Lokalne stowarzyszenie Portius stara się popularyzować tę postać, między innymi doprowadzając do odsłonięcia jego tablicy w Tokaju.

Tablica Portiusa w Tokaju

Koło Sárospatak, mieście partnerskim Krosna, działa nawet wytwórnia wina o nazwie Portius zręcznie budując swoją markę na historii tej postaci.

Gdybym nie mieszkał na Węgrzech to ta krośnieńska historia szkockiego imigranta, który wzbogacił się dostarczając węgierskie wino na dwory polskich królów pewnie mnie by aż tak nie zainteresowała.

Radio Polonia Węgierska 51 / feministyczna niefeministka

W najnowszym odcinku podcastu opowiadam o ikonicznej postaci ruchu kobiecego, która odrzuca feminizm. Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
–  III Forum Polska-Węgry
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Ruch kobiecy – feminizm – jest na Węgrzech, w porównaniu do Polski, mniej widoczny. Nie ma Kongresu Kobiet, nie ma Strajku Kobiet, nikt nie oblicza procentowej obecności kobiet w życiu publicznym. Koncepcje feministyczne odgrywa marginalną rolę w debatych społecznych.

W tym kontekście ciekawa jest postać Ágnes Geréb, działaczki na rzecz porodów domowych i zarazem może najbardziej znanej działaczki kobiecej.

Lekarka-położniczka z wykształcenia od początku swojej działalności zawodowej wchodzi w konflikt z medycznym establishmentem. Najpierw, jeszcze w latach 80-tych, zaczęła dopuszczać ojców do porodów. Robiła to po kryjomu wprowadzając ich na salę porodową w kitlach, jako studentów. Kiedy sprawa się wydała dostała półroczny zakaz wstępu na porodówkę.

Z porodami domowymi zapoznała się w Stanach pod koniec lat 80-tych. Po powrocie do kraju zaczęła przyjmować porody w domach swoich pacjetek. Był to czas początku transformacji na Węgrzech i Geréb starała się wykorzystać klimat dla zmian. Pisała memoranda, układała plany ale wszędzie odrzucono jej pomysły argumentując, że na Węgrzech „ nie ma odpowiedniej infrastruktury do porodów domowych”.

Medyczny establishment argumetuje zwykle odwołując się do ryzyka łączącego się z takimi porodami, ale ich zwolennicy uważają, że niezakłócane porody zwiększają bezpieczeństwo rodzących i dzieci bo gdy kobieta czuje się bezpieczna szansa na komplikacje jest mniejsza. W szpitalach w dodatku miejsce ma strukturalna przemoc wobec rodzących: popędzanie, protekcjonalne traktowanie i nieliczenie się z ich potrzebami. No i pieniądze: położnictwo to najbardziej zarażona kopertówkami część węgierskiej służby zdrowia a przy porodach domowych, gdzie wystarcza obecność duli, do kieszeni lekarza nie trafia nic.

W końcu wytoczono Geréb proces w związku z przypadkami śmierci oraz trwałego uszkodzenia dzieci podczas prowadzonych przez nią porodów domowych. Została skazana za karę więzienia oraz zakaz wykonywania zawodu, tę pierwszą część wyroku starł akt łaski prezydenta. Jej zwolennicy zwracali uwagę na to, że w jej przypadku prawo zastosowano selektywnie cytując drastyczne przypadki błędów lekarskich, które nie doczekały się konsekwencji.

W międzyczasie popularność Geréb rosła. W jej obronie występowały osoby reprezentujące całe spektrum polityczne, listy pisały międzynarodowe autorytety medyczne, demonstrowały młode matki a podczas jej pobytu w areszcie śledczym pod jego oknami w dzień jej urodzin organizowano zbiorowe śpiewanie piosenek.

Sama Geréb nie aspiruje do roli społecznej czy politycznej. Nie uważa się też za feminstkę. Od feminizmu oddala ją jej stosunek do aborcji, którą Geréb odrzuca. Jednak to co mówi przetłumaczone na język feministyczny – że kobieta nie potrzebuje mężczyzny by urodzić – to czysty feminizm.

Obecnie lekarka żyje w Wielkiej Brytanii zmuszona do wyjazdu zakazem wykonywania zawodu. Sprawa porodów domowych pozostaje otwarta. Inne kwestie kobiece zresztą też.

Graffiti w obronie Ágnes Geréb na budynku w Warszawie

Radio Polonia Węgierska 50 / czego najbardziej żałują maturzyści

Węgierscy uczniowie ze szkołą żegnają się z przytupem. Wydawało się, że w tym roku tak nie będzie choć okazuje się, że jednak wolno będzie urządzać ballagáse, ten niepowtarzalnie węgierski obyczaj. Przygotowując ten podcast tego jeszcze nie wiedziałem ale i tak warto go posłuchać (24:20) lub poczytać poniżej.

Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– Urywki historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Wszyscy moglibyśmy długo wymieniać co też nas przez covida ominęło, spotkania towarzyskie, rodzinne, wyjazdy, imprezy kulturalne, przeżycia kulinarne, i tak dalej i dalej. Najbardziej mi jest żal dzieci i młodzieży, którzy, może pierwszy raz w życiu, mieli okazję zatęsknić za szkołą. Covid w szczególny sposób dotknął maturzystów, którzy nie mieli ani balu szalagavató ani ballagásu.

Ta pierwsza impreza odbywa się jesienią. Pretekstem jest przypinanie tytułowej „wstążki” czyli w praktyce plakietki szkolnej, którą potem – niektórzy – maturzyści noszą na wierzchniej odzieży. Wszystko to się łączy z wielogodzinnym programem artystycznym dla rodziców i nauczycieli w wynajętej zwykle hali z kuliminacyjnym pokazowym tańczeniem walca.

Ballagás odbywałby się teraz. Samo słowo oznacza coś w rodzaju procesji z całą należną jej dostojnością – ballagni znaczy kroczyć. Ballagás tradycyjnie odbywa się na zakończenie szkoły średniej, jeszcze przed maturą, aczkolwiek obecnie robi się ballagáse także na zakończenie podstawówki, a nawet przedszkola.

Często klasy zamawiają identyczne garnitury dla chłopaków i analogiczne ubiory dla dziewczyn, rodziny wypruwają się na gigantyczne prezenty, a kwiaciarnie mają jeden z najlepszych dni w roku. Elementem centralnym jest kameralny (tylko uczniowie i nauczyciele) przemarsz przez udekorowaną bzem szkołę a potem procesja na zewnątrz, w mniejszych miejscowościach może to być zamknięta na ten dzień główna ulica. Klasy prowadzą wtedy wychowacy idący pod rękę tradycyjnie z najładniejszymi dziewczynami, wszyscy idą z wielkimi snopami kwiatów jeden za drugim z ręką na ramieniu poprzednika. Przez ramię uczniowie przewieszoną mają małą sakiewkę (tarisznya), w której znajdują się symboliczne wyposażenie na dorosłe życie. Rodziny i zaproszeni goście stoją i podziwiają.

Istotą ballagásu jest mieszanka pożegnania ze szkołą z marszem triumfalnym celebrującym udane zakończenie tego ważnego etapu edukacji. Na mnie robi to zawsze wrażenie bo nie pamiętam, żeby w Polsce ktoś się aż tak przejmował takimi wydarzeniami. Potrafią Węgrzy docenić osiągnięcia edukacyjne, szacunek. Jednocześnie jednak pewnym niesmakiem napełnia mnie infantylizm tarisznyi, która wygląda jak zabawka na przerośniętych dzieciach, pompa procesji i cała sztucznawa ideologia ballagásu nawiązująca do wyprawiania czeladników w świat.

Jednak co by się o ballagásu nie sądziło, żal mi uczniów, których on nie z ich wyboru ominął.

Ballagás w Győr (ulica Bástya) w 1943 roku, źródło: Fortepan / Konok Tamás id
Ballagás w Budapeszcie (ulica Népszínház) w 1980 roku, źródło: Fortepan / Antal Gábor
Ballágás w środku szkoły (Hajnik Károly Közgazdasági Szakközépiskola w Budapeszcie), źródło: wikipedia

Radio Polonia Węgierska 49 / niesamowici węgierscy winiarze

Gdyby całe Węgry rozwijały się przez ostatnie 30 lat tak jak tutejszy sektor winny to byśmy żyli w Szwajcarii. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu. Program podcastu oraz mój tekst poniżej.

-Powitanie

-Serwis informacyjny
-Przegląd prasy
-Studio „Gdańsk” – Dzień Polonii i Polaków za granicą – „Pogadajmy jak Polak z Polakiem”
-Jeż Węgierski w eterze
-Urywki historii
-Pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Od odwiedzających Węgry Polaków często słyszę głosy rozczarowania: tu się nic nie zmieniło. Chodzi im w pierwszym rzędzie o to, że Budapeszt wygląda tak, jak przed trzydziestu laty – porównajmy to choćby z lasem drapaczy chmur w centrum Warszawy, niekiedy wspominają także poziom obsługi w restauracjach.

Rzecz jasna, choć na Węgrzech sporo pozostało takie, jak dawniej to jednak dużo się też zmieniło. Dla mnie najciekawszym przykładem zmian jest sektor winny na Węgrzech.

Kto pamięta sytuację z momentu końca socjalizmu na pewno wspomni kilka gigantycznych kombinatów produkcyjnych – każdy region winny miał przypisany jeden taki kombinat, nastawienie na niewymagający rynek wschodni, ograniczona gama poślednich produktów. Osoby mające wejścia wśród pracowników wytwórni wina potrafiły czasem zdobyć wino, które „winiarze robili dla siebie”, podobno lepszej jakości. Symboliczna dla tego okresu była kariera radzieckiego szampana Sowieckoje igristoje, pod którego nazwą, nota bene, do dziś sprzedawane jest w okresie Sylwestra podłe węgierskie wino musujące.

To wszystko się zmieniło. Kombinaty podzielono i sprywatyzowano, często sprzedając je zagranicznym inwestorom, którzy wprowadzili nowoczesne technologie. Powstała masa małych wytwórni, często w oparciu o rodzinne tradycjne oraz winnice. Ci producenci na rynek wprowadzili swoje wina znacząco poszerzając asortyment w sklepach. Pojawiły się też nowe, dotąd nieznane, typy win, na przykład wina jednoparcelowe czy też organiczne. Niedawno rozkwitł rynek szampanów. Nowopowstałe specjalistyczne sklepy oraz bary winne umożliwiły konsumentom zaopatrywanie się w ulubione wina a także zapoznawanie się z wciąż wzbogacającą się ofertą. Pobudowane przepiękne winnice, pojawiła się specjalistyczna turystyka winna i odpowiednie przewodniki (także po polsku!)

Cisi bohaterowie tych zmian czyli w dużej mierze mali wytwórcy, póki co są ilustracją branżowego bon motu: z kogo będzie winiarz-milioner? Z inwestora-miliardera. Choć sami nie dysponowali miliardami zakładając swoje wytwórnie to jednak fakt, że w tej branży na zysk czeka się długo znają aż za dobrze. Wielu z nich, mimo upływu lat, nie udało się jeszcze rozwinąć swojej firmy do takich rozmiarów by się móc z niej utrzymać i w dalszym ciągu zmuszonych jest też podejmować się pracy w innych miejscach.

Mimo tych wszystkich trudności odnoszą oni sukcesy także za granicą. Wielu z nich pokaźną ilość swojej produkcji sprzedaje na wymagających rynkach zachodnioeuropejskich, amerykańskim i dalekowschodnim. Ich wina trafiają tam na górne półki.

Gdyby tylko całe Węgry zmieniały się w takim tempie i w takim kierunku jak sektor winny …

Winnica Disznókő, zdjęcie: Gergély Szatmári