Radio Polonia Węgierska 43 / Chłopcy z placu Broni

W najnowszym podcaście opowiadam (25:30) o najbardziej znanej węgierskiej książce czyli o Chłopcach z placu Broni. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd prasy
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Program przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Będąc w szkole podstawowej czytaliśmy wszyscy Chłopców z placu Broni Ferenca Molnára. Okazuje się, sprawdziłem to właśnie , że ta książka, której węgierski tytuł brzmi Pál utcai fiúk, i dziś jest lekturą, bodaj jako jedyna pozycja z węgierskiej literatury.

Nie jest to przypadkiem. Ta powieść, mimo że powstała ponad sto lat temu (pierwszy raz opublikowana została w odcinkach w gazecie w latach 1905-1906) nie straciła na świeżości. Nieprzypadkowo jest najbardziej znaną na świecie pozycją z literatury węgierskiej: wikipedia wylicza jej tłumaczenia na 32 języki, które ukazały się w niezliczonych wydaniach. Książkę sześć razy sfilmowano, po raz pierwszy w 1917 roku – ta wersja jednak się niestety nie zachowała.

Jako chłopiec książkę czytałem z wypiekami na twarzy choć nie rozumiałem czemu Nemecsek musiał umrzeć a jego ofiara miała być daremna. Kiedy do książki powróciłem jako dorosły odebrałem ją zupełnie inaczej. Uderzyło mnie, jak przenikliwie opisała ona ówczesną mentalność, obecną zapewne nie tylko na Węgrzech, która umożliwiła pierwszą wojnę światową. Potrzeba przynależenia i strach przed odrzuceniem, gotowość złożenia ofiary za grupę, wszelakie formalizmy i rytuały, natchniony język to wszystko cechy prowadzące do chętnego i karnego udziału w tej rzezi. Niewiele książek tak pięknie się starzeje.

Na WęgrzechPál utcai fiúkgłęboko wrosli w kulturę. Na ulicy Práter, oczywiście w ósmej dzielnicy stoi pomnik przedstawiający chłopców grających w kulki. Przy ulicy Nagy Templom w tejże dzielnicy mieści się kawiarnia i ośrodek kulturalny Grund co po węgiersku oznacza właśnie tytułowy plac. Funkcjonuje zespół rockowy o nazwie Pál utcai fiúk – ciekawostka, w Polsce mamy Chłopców z placu Broni. Szereg wyrażeń z książki zadomowiło się w języku potocznym jak einstand, gittegylet (Stowarzyszenie Przeżuwaczy Kitu) czy też właśnie grund.

Pomnik na ulicy Práter, źródło: wikipedia

W 2016 roku teatr Víg wystawił musical oparty na książce. Spektakl odniósł wielki sukces, do dziś jest grany (na ile na to pozwala pandemia). Musical wystawiono też w czterech innych teatrach.

Muzeum literatury, które kilkanaście lat temu zorganizowało poświęconą książce wystawę, obecnie utrzymuje tę ciekawą ekspozycję w internecie.

Książka jest autentycznie popularna także wśród zwykłych ludzi. Dwa lata temu sam brałem udział w karnawałowej zabawie odbywającej się na wsi, której tematem byli właśnie Chłopcy z placu broni. Wszycy mieliśmy krótkie spodnie, podkolanówki i czapki z daszkiem.

Jeśli kogoś interesuje węgierska kultura to książkę powinien koniecznie przeczytać. Nawet jeśli ją kiedyś przerabiał w szkole, choć formalnie to powieść młodzieżowa uważam, że dopiero dorośli są w stanie ją docenić.

Radio Polonia Węgierska 42 / Jezus z Tarcalu

W najnowszym odcinku podcastu opowiadam o figurze Jezusa z Tarcalu i o cudzie, za który odpowiada (24:00).

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Niedługo szóste urodziny Jezusa. To znaczy Jezusa z Tarcalu, zbliża się mianowicie szósta rocznica postawienia jego figury w tej wsi.

Ma ona osiem i pół metra i wykonana jest z granitu. Składa się z pięciu kamiennych bloków ważących w sumie 50 ton. To największa figura Jezusa na Węgrzech. Choć Jezus ze Swiebodzina jest niemal cztery razy wyższy, to jednak jego węgierski odpowiednik to lity kamień a nie siatkobeton jak w Polsce.

Figurę ofiarował wsi lokalny przedsiębiorca branży kamieniarskiej Attila Petró. Warunkiem było postawienie jej w odpowiednim dla niej miejscu. Wybrano wzgórze górujące nad centrum wsi, stała tam poprzednio olbrzymia butelka reklamująca tokajskie wina.

I tu stał się cud. Do Jezusa zaczęło przyjeżdżać coraz więcej ludzi. Rozochocona tym zainteresowaniem wieś urządziła za unijne pieniądze na wzgórzu gustowny park a na początku drogi prowadzącej do figury zbudowała parking. Parking jest zawsze pełen, na wzgórze, do Błogosławiącego Jezusa, bo tak oficjalnie nazywa się figura, niemal bez przerwy ciągną ludzie. Odwiedzenie Jezusa stało się obowiązkowym a dla wielu głównym punktem wizyty w Tarcalu.

Cud nie miał do końca religijnego charakteru. Mimo, że figura nominalnie należy do sfery wiary, nie widziałem jeszcze nigdy by ktoś się przy niej modlił, wśród odwiedzających widać turystów raczej niż pielgrzymów. Nie ma grup z księdzem, śpiewów religijnych, procesji z chorągwiami i feretronami.

Sama figura jest poprawna, ale schematyczna. Lepiej wygląda z daleka niż z bliska. Wrażenie robi wielkością i wspaniałym położeniem. Jest widoczna z wielu miejsc, często odległych – nawet z pociągu przejeżdżającego przez wieś, i niemal z każdej strony prezentuje się inaczej, co czyni ją interesującą.

Zamiana butelki na Jezusa nie jest może wyrazem wewnętrznej przemiany tarcalan, zewnętrznie jednak wieś zdecydowanie się zmieniła.

Radio Polonia Węgierska 41 / nieobecne kobiety w przestrzeni publicznej

W najnowszym odcinku podcastu mówię (20:55) o ograniczonej reprezentacji kobiet na budapeszteńskich pomnikach i wśród nazw ulic – koniec końców dopiero co mieliśmy dzień kobiet. Program podcastu oraz móg tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Autorski Przegląd Polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki Historii
6. Pożegnanie

Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, I.Gass, P.Piętka

Jakiś czas temu portal Átlátszó opublikował analizę budapeszteńskich pomników pod kątem płci przedstawianych na nich osób. Wyniki są mało zaskakujące: spośród 1173 stołecznych pomników 150 przedstawia kobiety a 45 jednocześnie mężczyzn i kobiety. Wśród 150 pomników z kobietami zaledwie 35 przedstawia konkretne osoby. Dla porównania 618 pomników przedstawia “z nazwiska” konkretnych mężczyzn – niemal dwadzieścia razy więcej. Na pozostałych pomnikach kobiety pełnią role alegoryczne symbolizując wolność, spokój, lato czy wiosnę lub dekoracyjne, mam na myśli tu siedzące, tańczące, opalające się, grające na instrumentach czy też kucające, często nagie, postaci.

Ciekawostka: wśród analizowanych pomników więcej przedstawień mają zwierzęta takie jak turul, gołąb czy pies, niż konkretne kobiety.

Podobna jest sytuacja z nazwami ulic i placów. Wśród nazw nawiązujących się do osób (a nie weźmy na to miejscowości, zawodów, drzew, itp.) 89% odnosi się do mężczyzn. W przypadku tych 11% procent nazw pochodzących od kobiet tylko nieco ponad połowa upamiętnia konkretne osoby, reszta to postaci z literatury czy też po prostu kobiece imiona.

Dodam, że obecność kobiet w miejscach publicznych dodatkowo ogranicza węgierski zwyczaj przyjmowania nazwiska od męża, w ramach którego całkowicie znika imię kobiety. Konia z rzędem na przykład temu kto wie jak miała na imię Veres Pálné, pionierka edukacji kobiet (pomogę: Hermin, jej panieńskie nazwisko natomiast to Beniczky). Obecnie nazwane od niej ulica, pomnik oraz gimnazium utrzymują w pamięci raczej imię i nazwisko jej męża niż nią samą.

Pojawiają się próby zmiany tego stanu rzeczy.

W tym roku druga dzielnica, z okazji dnia kobiet, wystąpiła z inicjatywą mającą choć trochę zmienić tę sytuację. W internecie podała listę czterech dotąd nie nazwanych uliczek zapraszając do zgłaszania nazwisk kobiet, którymi można by jej nazwać.

Dwa lata temu zespół Hosszúlépés, firmy organizującej tematyczne przechadzki po mieście, również z okazji dnia kobiet, zorganizował happening, w ramach którego wystawiono trzy papierowe pomniki kobiet. Upamiętniono tak śpiewaczkę operową Kornélię Hollósy, zarządzającą kawiarnią Gerbeau Eszter Ramseyer oraz pianistkę Annie Fischer z nadzieją, że doczekają się kiedyś trwalszego upamiętnienia.

Kibicuję tym wszystkim wysiłkom.

Nie do końca o taką obecność kobiet na pomnikach mi chodzi
Marek Raczkowski wyjaśnia czemu mężczyznom należy się więcej miejsc na pomnikach

Radio Polonia Węgierska 40 / Mundruczó w Netflixie

W najnowszym odcinku podcastu mówię (28:00) o filmie Mundruczó w Netflixie a mowa jest o jednym z najciekawszych współczesnych reżyserów węgierskich.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd polskiej prasy tygodniowej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenia
6. Pożegnanie
Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, P.Piętka

Obejrzawszy w Netflixie seriale Rojst czy 1983 zastanowiłem się czy jest tam może coś węgierskiego. Jedną rzecz znalazłem ale nie byle jaką a mianowicie kanadyjski film pt. Pieces of a Woman węgierskiego reżysera Kornela Mundruczó.

Film opowiada o kobiecie, której dziecko umiera chwilę po porodzie. Ta tragedia powoduje rozpad jej związku, zrozumienia nie znajduje także u manipulującej matki, która zarzuca jej, że decydując się na poród domowy doprowadziła do dramatu. Jest zupełnie sama i inaczej być nie może bo tym co przeżywa nie ma jak się z kimś innymi podzielić.

Choć film dzieje się gdzieś w Ameryce Północnej postać pomagającej przy porodzie domowym duli węgierskim odbiorcom jednoznacznie kojarzy się z Ágnes Geréb, promotorką porodów domowych na Węgrzech bezlitośnie tępioną przez medyczny establishment. To popularna postać, w obronie której odbywały się manifestacje uliczne. Kiedy siedziała w areszcie w dniu jej urodzin pod więzieniem ludzie śpiewali dla niej piosenki.

Mundruczó nie unika ciężkich tematów. Zrobił przedstawienia teatralne na temat eutanazji oraz prostytucji. Wyreżyserował film o uchodźcach oraz film o rewolcie psów ze schroniska – wielką alegorię buntu uciśnionych. W węgierskiej kinematografii nader często pojawiają się filmy rozrywkowe czy też subtelnie artystyczne, na ich tle Mundruczó mocno się wyróżnia.

W jego filmach czy spektaklach nie ma taniego moralizowania. Pokazuje ludzkie, bardzo współczesne, dramaty, konfrontuje odbiorcę z nimi. Niepokoi, zmusza do przyjrzenia się sprawom, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy, bywa, że z wyboru, bywa, bo brak nam do tego odwagi albo też nie potrafimy o nich myśleć. Choć zdawać się może, że to wydumane tematy to jednak kto może powiedzieć, że nigdy nie dotknie go tragedia śmierci nowonarodzonego dziecka? Filmów i przedstawień teatralnych Mundruczó się nie zapomina.

Film zresztą ma pewien aspekt polski. W teatrze TR Warszawa Mundruczó, który i wcześniej tam pracował, wyreżyserował niedawno spektakl pt. Cząstki kobiety, który, można przypuszczać, jest teatralną wersją filmu.

Mundruczó to jeden z najciekawszych współczesnych węgierskich reżyserów. Warto dodać, że swoje filmy i przedstawienia teatralne robi razem z Katą Wéber, która jest w zasadzie ich współautorką. Szkoda, że na Netflixie nie ma do ich filmu polskich napisów – są węgierskie – ale i tak dla wielu jest to możliwość wielkiego przeżycia fimowego – a także bycia na bieżąco z kulturą węgierską.

Radio Polonia Węgierska 39/ przedwojenny węgierski światowy przebój

W ostatnim odcinku podcastu opowiadam (24:00) o węgierskim szlagierze, który – przed wojną – podbił cały świat. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Autorski przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenie
6. Pożegnanie

Jeśli ktoś myśli, że szczytem osiągnięć węgierskiej muzyki rozrywkowej są sukcesy LGT, Omegi czy też może dua Szörényi-Bródy to się myli. Ich niepodważalne osiągnięcia nie umywają się do sukcesu Rezső Seressa, autora światowego przeboju Szomorú vasárnap czy też po polsku Smutna niedziela z 1935 roku.

Ta piosenka o smętnej melodii zyskała ponurą sławę nieformalnego hymnu samobójców. Podobno pewien samobójca obok listu pożegnalnego miał przy sobie nuty do niej. Podobno służąca, która wypiła truciznę została znaleziona z nutami ręku. I tak plotka ruszyła w świat.

Sensacja stała się dla piosenki świetną reklamą. Artykuły na jej temat pojawiły się najpierw w prasie węgierskiej a następnie światowej – szwajcarskiej, włoskiej, francuskiej, niemieckiej. New York Times napisał, że pod jej wpływem Węgrzy masowo popełniają samobójstwo skacząc do Dunaju.

Seress, dotąd mało znany, zaczął być popularny. Piosenkę nagrano w czterdziestu językach, w tym i po polsku (wykonywał ją między innymi Mieczysław Fogg), doczekała się ponad setki wydań płytowych. Był to przebój światowy pierwszej klasy.

2c0896ef8d7af17e71d5e90bd3012076d72bfc4c48abb518af62eef243f391b1678bc7ca562bf13f916ecaf4a88dcb2417d5cb5799e9d0c3b5c050ebcd160a82f3aa7074d835c1e10694942e5fddeb19

Mimo tego sam Seress nie zmienił trybu życia. Nie opuszczał w zasadzie siódmej dzielnicy Budapesztu gdzie mieszkał, grywał w tamtejszej restauracji Kulács. Dostał zaproszenie by dać koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale odmówił. Podobno dlatego, że grać na pianinie nauczył się sam i uważał, że nie umie tego robić dobrze. Nigdy nie nauczył się zapisu nutowego, swoje kompozycje gwizdał a spisywali je inni.

W czasie wojny jako Żyda wysłano go do służby w batalionach pracy. Przeżył bo podobno rozpoznał go niemiecki oficer, który przed wojną słyszał go jak gra w Kulácsu.

Po wojnie, mimo sporego sumy na koncie w USA, do której nie miał dostępu, klepał biedę. Mieszkał w domu, w którym żyło wielu muzyków i aktorów. Gábor Presser, członek zespołów Omega i LGT, który był sąsiadem Seressa, wspominał potem, że każdego dnia w określonej kolejności odsłuchiwał on różnych nagrań Szomorú vasárnap.

Swoje życie zakończył samobójstwem skacząc z okna.

Radio Polonia Węgierska 33/ rockowy Sylwester w Akademii Muzycznej

Co robią melomanii w Sylwestra? To samo co miłośnicy klasycznego węgierskiego rocka: idą na koncert Amadindy grającej razem z Gáborem Presserem w Akademii Muzycznej. Niestety nie w tym roku, ale, miejmy nadzieję, za rok. O tym mówię w najnowszym podcaście (26:15). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

Powitanie
Serwis informacyjny – przyg. Robert Rajczyk
Przegląd prasy – przyg. Robert Rajczyk
Życzenia Marii Felfoeldi – przewodniczącej Ogólnokrajowego Samorządu Polskiego
Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerz Celichowski
Urywki Historii
Muzyczne listy
Pożegnanie

Sylwester kojarzy się zwykle z niewyszukaną zabawą. Szampan – dużo szampana – i inne alkohole, głośna muzyka, tańce, uliczne koncerty popowe, petardy, fajerwerki. Tak jest w zasadzie wszędzie, różnice są może w zakresie jadanych wówcas potraw: w Polsce będzie to raczej bigos, na Węgrzech parówki.

Zdarzają się jednak wyjątki. Takim jest coroczny sylwestrowy koncert zespołu Amadinda w Akademii Muzycznej. Dla tych co Amadindy nie znają: mowa jest o zespole perkusyjnym choć nie należy tego rozumieć jako ekipy pałkerów rockowych ale muzyków grających na wszystkim w co da się uderzać od bębnów, czyneli czy też kotłów począwszy po wszelakie wibrafony, marimby oraz ksylofony. To muzycy wysokiej klasy, dwóch z tej czwórki wykłada na Akademii Muzycznej. Grają wszystko od transkrypcji na intrumenty perkusyjne utworów klasycznych, poprzez tradycyjną muzykę afrykańską aż po muzykę współczesną: specjalnie dla nich komponował na przykład Steve Reich.

Sylwestrowy koncert Amadindy to jednak nie wyłącznie muzyka klasyczna. Pierwsza jego część – ta do północy – jest bardziej na poważnie. Na jej zakończenie lider zespołu Zoltán Rácz gra na fortepianie hymn węgierski – bez tego żaden węgierski sylwester się nie obędzie – i następuje przerwa, w trakcie której w foyer podawany jest szampan.

Po przerwie pojawia się zaprzyjaźniony z zespołem Gábor Presser, jedna z najwybitniejszych postaci węgierskiego rocka i popu. Grają razem i to już jest dużo luźniejsza część. Wykonują napisane przez Pressera utwory zespołu LGT, oddają się żartom i wygłupom muzycznym. Dołączają zwykle do nich innych zaproszeni goście. Rockendrollowe kawałki wykonane z wirtuozerią na klasycznych instrumentach przez najwyższej klasy muzyków to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Tego w żaden sposób nie można nazwać muzyką poważną.

Amadinda i Presser grają razem, źródło: programturizmus.hu

Koncerty zrobiły się tak popularne, że Amadina zmuszona została do organizowania poza koncertem północnym także drugiego koncertu o 19 wieczorem. Dla tylu ludzi tak pociągający jest ten rodzaj wysmakowanej, opartej na muzyce klasycznej rozrywki.

W tym roku z powodu wirusa koncertu nie będzie, a szkoda. Mam jednak nadzieję, że za rok ta tradycja powróci.

Radio Polonia Węgierska 32/ słowacka kolęda z Derenka

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o zaskakującym rezultacie moich prób dowiedzenia się czegoś o derenckiej kolędzie pt. Kedė jaszna gjozda. Jest ona nieznana w Polsce a popularna na Słowacji – i to także wśród Łemków (nagrania tu, tu, tu i tu, to ostatnie jest łemkowskie). Swoje badania będę dalej prowadził i jeśli czegoś więcej się dowiem na pewno to napiszę.

Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 23:30).

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd polskich tygodników
4. Jeż węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Robert Rajczyk o węgierskim futbolu
7. Pożegnanie

Ładnych parę lat temu, tak jak teraz przed świętami, szkołę polską przy ambasadzie odwiedziły panie z Derenka. Opowiadały uczniom o wsi, swoje historie, jedna z pań pokazała dowód osobisty, w którym Derenk widniał jako miejsce urodzenia. Zaśpiewały parę piosenek bo dwie z nich to członkinie zespołu Drenka Polska.

Wśród tego co zaśpiewały była pastorałka pod tytułem Kedė jaszna gjozda. Ma ona piękną melodię i jest bardzo bożonarodzeniowa w charakterze. Od pań dostałem jej tekst w dziwnej nieco pisowni, głównie opartej na węgierskiej transkrypcji ale też zawierającej “e” z kropeczką. Jest on w dużej mierze zrozumiały, czasem dlatego, że językowo bliski jest współczesnej polszczyźnie, a czasem po prostu dzięki kontekstowi bo o czym w końcu może być mowa w pastorałce?

Pomyślałem, że to niezwykłe, że niewielka polonia węgierska ma przez to swoją własną kolędę. Postanowiłem spróbować się więcej o niej dowiedzieć. Napisałem w tej sprawie do dwóch muzykologów zajmujących się muzyką Podhala – to stamtąd trafili na Węgry derenczanie. Żaden z nich nie potrafił o niej niczego powiedzieć a sprawdzali nawet w źródłach dziewiętnastowiecznych. Jeden wspomniał jednak, że warto sprawdzić w słowackiej części Spiszu.

Napisałem więc do znajomej znajomego, która tam mieszka i która natychmiast ją rozpoznała. To je slovenská koleda! napisała i dałączyła szereg linków do jej nagrań. Zresztą nie tylko po słowacku (bądź też w lokalnej gwarze – tego nie jestem w stanie ocenić) ale w gwarze łemkowskiej.

Zamierzam dalej drążyć temat bo sprawa jest intrygująca. Już teraz jednak wygląda na to że, jak to nader często w kulturze bywa, ta pastorałka nie jest częścią jednej tylko kultury ale dzielona jest przez kilka z nich, w tym wypadku kulturę polską, słowacką, spiską jak i łemkowską. I jako taka ma też potencjał by ludzi żyjących w tych kulturach łączyć.

Powracając do naszej polonii i obecnego przedświątecznego okresu: warto, uważam, tę kolędę kultywować. Jest unikalna i piękna. Cóż więcej potrzeba.

Radio Polonia Węgierska 31/ coraz bardziej zapomnieni uchodźcy

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o największym w historii spotkaniu Polaków i Węgrów, które miało miejsce kiedy Węgry przyjęły polskich uchodźców w 1939 roku, oraz o tym dlaczego szkoda, że te kontakty nie są kontynuowane obecnie. Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 30:36).

Powitanie
Serwis informacyjny
Przegląd polskich tygodników
Jeż Węgierski w eterze
Urywki historii
Pożegnanie

Na ogół traktuje się przyjęcie przez Węgry polskich uchodźców w 1939 jako wielki akt przyjaźni między narodami. Słusznie, Węgry wykazały się wówczas wielkodusznością. Zarazem jednak, i tym się zwykle nie mówi, było to bodaj największe w historii bezpośrednie spotkanie Polaków i Węgrów. W odniesieniu do uchodźców padają różne liczby, ale spokojnie można powiedzieć, że dobrze ponad sto tysięcy Polaków przez parę lat przebywało na Węgrzech. Wielu z nich było tu do końca wojny czyli ponad pięć lat.

To bardzo dużo. Ci ludzie w tym czasie poznawali Węgry, uczyli się węgierskiego, utrzymywali bezpośrednie kontakty z Węgrami, poznawali ich zwyczaje, historię, mentalność. Nawiązywały się przyjaźnie i miłości. Taki Erasmus na sterydach i to w czasach kiedy podobnych rzeczy nawet na ograniczoną skalę w zasadzie nie było.

To byli konkretni ludzie. Większość z nich wróciła do Polski i tam zapewne o swoich przeżyciach opowiadała rodzinom i znajomym. Podobnie zresztą i wśród Węgrów zaangażowanych w przyjmowanie Polaków pewnie trwała pamięć o nich. Szkoda, że obecnie, wraz z odchodzącymi ostatnimi uchodźcami oraz goszczącymi ich Węgrami, pamięć tych kontaktów zanika.

Zilustruję to o co mi chodzi na osobistym przykładzie. Jeden z moich wujów spędził wojnę na Węgrzech. Umarł zanim byłem na tyle duży by jego trochę na ten temat wypytać. Gdzie był? Jak ich przyjmowano? Kto był w to zaangażowany? Co mu utkwiło w pamięci z tego okresu? I tak dalej, i tak dalej. Chętnie bym odwiedził tę miejscowość czy miejscowości gdzie przebywał, może dałoby radę znaleźć rodziny ludzi, którym mój wuj zawdzięczał pomoc, może dałoby się z nimi jakoś podtrzymywać kontakty.

Takich jak ja ludzi w Polsce jest kilkaset tysięcy – na tyle spokojnie można szacować rodziny uchodźców.

Uchodźcy w oczekiwaniu na granicy polsko-węgierskiej. Ich rodziny do dziś żyją w Polsce. źródło: Fortepan Berkó Pál

Brak jakiejś centralnego zasobu gdzie można by wyszukiwać informacje odnośnie uchodźców. Nie słyszałem choćby o zwyklej liście nazwisk osób, które znalazły schronienie na Węgrzech. Tablice umieszczane w miejscowościach, gdzie przebywali Polacy, choć ważne, w tym nie pomagają. Pięknie wydane cztery już książki małżeństwa Łubczyków o uchodźcach (Pamięć/Emlékezés) są dekoracyjne ale zupełnie niepraktyczne w użyciu.

To są jednak rzeczy do nadrobienia. Mam nadzieję, że ktoś się nimi kiedyś zajmie.

Radio Polonia Węgierska 30/ rowerzyści miejscy

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o ludziach, którzy bardzo przyczynili się do tego, że Budapeszt jest coraz bardziej rowerowym miastem. Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 25:03):

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny – aut. Robert Rajczyk
3. Autorski przegląd polskich tygodników – aut. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – aut. Jerzy Celichowski
5. Urywki historii
6. Muzyczne listy
7. Pożegnanie
realizacja – Anna Szczęsnowicz – Panas, Piotr Piętka

Według różnych statystyk Węgry to rowerowa potęga w Europie Wschodniej a i w całej Europie znajdują się w rowerowej czołówce. Widzi się to też i w Budapeszcie gdzie sporo ludzi regularnie porusza się na rowerach.

Nie wzięło się to z niczego, za tym rowerowym sukcesem stoją bardzo konkretni ludzie.

Ci, co dłużej mieszkają w Budapeszcie pamiętają może jeszcze Masy Krytyczne, które tutaj odbywały się na wiosnę i jesienią aż do 2012 roku. Gromadziły tłumy – według organizatorów liczba uczestników dochodziła do stu tysięcy ludzi. Wokół nich odbywały się też imprezy towarzyszące, między innymi Kidical Mass dla dzieci czy też Rehab Critical Mass dla niepełnosprawnych.

Niezapomniane były przejazdy przez miasto, krzyczenie w tunelach i pod mostami, dopingujące grupy muzyczne, bębniarze czy też zwykli widzowie. No i oczywiście wielkie było podnoszenie rowerów na końcu a także w trakcie demonstracji – podobno zwyczaj wymyślono tutaj, na Węgrzech. Kto był w takim tłumie podnoszącym rowery wie jakie to uczucie, endorfiny aż chlupią pod nogami.

rowery go góry

Masy Krytyczne należały co kategorii cudu. Gromadziły – jednoczyły – ludzi niezależnie od poglądów politycznych, były pokojowe, bez śladu agresji i o bardzo pozytywnej atmosferze. Może z tego właśnie powodu w zasadzie ignorowały je media ograniczając się do wzmianek w wiadomościach lokalnych. Trochę mnie to dziwiło bo przecież nie było, i nie ma, żadnej innej sprawy politycznej, która przez lata, dwa razy do roku, gromadziłaby na ulicach takie tłumy.

Glównymi organizatorami Mas Krytycznych było dwóch kurierów rowerowych z firmy Hajtás Pajtás: Gábor Kürthy, znany raczej jako Kükü, oraz Károly Sinka czyli Sinya. Kükü jest obecnie przewodniczącym Węgierskiego Klubu Rowerowego.

Ale trzeba wspomnieć też właścicieli firmy, który tolerowali to, że ich dwóch pracowników dwa razy do roku sporo czasu poświęca na aktywizm kosztem pracy. To bracia Zoltán Tóth (Spenót) oraz László Géresi (Lackó), którzy Hajtása stworzyli od zera.

Punki za młodu tacy zostali do dziś. Choć są przykładem sukcesu w biznesie to nie można powiedzieć, że „utyli, spuchli i posiwieli”. Poprzez aktywizm rowerowy a także działalność swojego zespołu o nazwie Puszi są fundamentami tutejszej miejskiej subkultury.

Budapeszt bez nich wszystkich byłby o wiele uboższy.

Radio Polonia Węgierska 28/ Najlepsza książka do nauki węgierskiego

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o książce, która pomogła mi w nauce węgierskiego: Jednominutowych nowelach Istvána Örkénya. Pełen program podcastu, jeszcze niżej mój tekst (a podcaście od 20:20):

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny – aut. Robert Rajczyk
3. Autorski przegląd prasy – aut. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – aut. Jerzy Celichowski
5. Urywki historii – aut. Izabela Gass
6. Muzyczne listy 
7. Pożegnanie

Program przygotowali- P. Piętka, A. Szczęsnowicz – Panas, R. Rajczyk, J. Celichowski

Uważam, że jak się mieszka na Węgrzech to warto nauczyć się węgierskiego. Wtedy dopiero można poznawać ten kraj – a warto – a nie tylko wegetować w bańce dla expatów.

Wiadomo jednak, że węgierski jest trudny a próby jego nauki mogą być doprawdy zniechęcające. Dlatego podzielę się pewną sztuczką, która mi w nauce tego języka pomogła.

Chodzi mi o Egyperces novellák czyli Jednominutowe nowele Istvána Örkénya. Te krótkie, niekiedy jedno-dwuzdaniowe teksty to perełki melancholijnego humoru. Na Węgrzech są bardzo znane, niedawno używano ich do kampanii promocyjnej czytelnictwa pod hasłem Nawet minuta czytania to przeżycie!, w ramach której nowelki pokazywano w formie krótkich klipów wideo.

Nawet minuta czytania to przeżycie!

Wracając do nauki węgierskiego: nie ma lepszych tekstów do nauki języka. Przeczytanie i zrozumienie jakiejś krótkiej, prosto napisanej nowelki, choćby przy użycie słownika czy google-a, daje satysakcję i wywołuje uśmiech na wyczerpanej węgierską gramatyką twarzy. Örkény motywuje, jego teksty chce się czytać.

Na zachętę oto jedna z jego nowelek zatytułowana Przeznaczenie.

Gdzieś na Wielkiej Nizinie Węgierskiej w małym gospodarstwie mieszkała rodzina, ojciec, matka i dwoje dzieci, wszyscy miłośnicy pogácsy. Jeśli mama miała czas i chciała sprawić przyjemność rodzinie, piekła im dużą blachę ciasteczek.

Kiedyś jednak zamiast mąki użyła środka owadobójczego. W smaku pogácse nie wyszły gorsze, najedli się więc nimi, i do ranka cała czwórka zmarła, ojciec, matka i dzieci.

Czwartego dnia pochowano ich, a potem krewni oraz bliscy i dalecy sąsiedzi spotkali się, jak wypada, na stypie. Pili kiepskiemiejscowe wino i zagryzali je pozostałymi pogácsami. Ilu ich było, wszyscy odwalili kitę.

Ekipa z karetki pogotowia – lekarz, dwóch noszowych i kierowca – nie mieli już niczego do roboty. Kręcąc głowami obejrzeli wszystkich zmarłych, a zanim wyszli, zjadli kilka pogácsy i popili je winem.

Za wyjątkiem kierowcy. Nie mógł pić wina, ponieważ prowadził, a pogácsy nie lubił. Ale to, co zostało na blasze, zawinął w gazetę i położył na siedzeniu obok aby się nie zmarnowało. Pomyślał, że ktoś je chętnie zje.

A on wciąż dalej je wiezie!