Radio Polonia Węgierska 78 / Puliszka

Puliszka albo polenta czy też kasza kukurydziana zaintrygowała mnie na tyle, że to o niej opowiadam w najnowszym odcinka podcastu Radio Polonia Węgierska (19:40). To więcej jak tylko danie kuchni węgierskiej, posłuchajcie!

Zaprosiliśmy kiedyś parę znajomych na obiad. Przychodzą, siadają, mówię co przygotowałem: jakaś tam zupa (już nie pamiętam), smażony kurczak i polenta. Widzę, że znajoma zamarła. Puliszkę – tak się polenta po węgiersku nazywa – jedliśmy kiedy nie było już niczego innego do jedzenia, tłumaczy.

Trochę czasu mi zajęło zrozumienia co się stało. Znajomi są dobrze sytuowani ale koleżanka pochodzi z biednej rodziny. Kiedy była dzieckiem bywało, że brakowało pieniędzy na jedzenie, wtedy właśnie jedli puliszkę.

Puliszka na Węgrzech ma dwa skojarzenia. Jedno to to, że jest to potrawa siedmiogrodzka. A drugie, że to pokarm biedoty. Jedzenie jej nosi więc na sobie stygmat. Te dwie rzeczy przy tym się nie wykluczają.

Puliszka ma też inne nazwy: kukoricagánica, kukoricamálé, ganca. Po rumuńsku to mămăligă, co dla ucha polskiego brzmi znajomo.

Danie przyrządza się z kaszy kukurydzianej, którą gotuje się na wodzie albo na mleku. Można dodać do niej ser – klasycznie jest to bryndza ale może być też jakikolwiek inny ser. Można dodać śmietanę czy masło, gotową kaszę można zapiekać ze skwarkami. Przyrządzać ja można na miękko lub na twardo.

Dawno temu puliszkę przyrządzano z mąki gryczanej. Pod koniec XVII wieku zastąpiła ją właśnie kukurydza.

Biedota jadała – albo też jada – puliszkę gotowaną na wodzie samą w sobie. W zamożniejszych domach towarzyszy ona zwykle gulaszowi czy też gołąbkom.

Puliszka to klasyka kuchni siedmiogrodzkiej. W dowolnej książce dziejącej się w Siedmiogrodzie na co drugiej stronie ktoś ją je. Co ciekawe, mimo, że dla Węgrów wszystko co siedmiogrodzkie jest zwykle turbowęgierskie to jednak na samych Węgrzech puliszkę je się rzadko.

Może dlatego właśnie, że tutaj to danie kojarzy się raczej z ubóstwem. A wielu pewnie woli odpuścić sobie tę pyszną potrawę niż ryzykować, że ktoś pomyśli o nich z pogardą: biedota.

Bohaterka podcastu: puliszka, źródło: twice.hu

Radio Polonia Węgierska 77 / Romkocsmy

Romkocsmy stały się niemal tak ważnym powodem do turystycznego odwiedzenia Budapesztu jak zamek, parlament, łaźnie czy też wyspa Małgorzaty. Opowiadam o nich w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (22:40).

1. Ciekawostka o Węgrzech
2. Powitanie
3. Serwis polonijny
4. Przegląd prasy węgierskiej
5. Jeż Węgierski w eterze
6. Pożegnanie

Każdy cel turystyczny się z czymś kojarzy. Paryż – wieża Eifla czy Łuk Triumfalny, Londyn – Big Ben, Tower of London czy też Houses of Parliament, Rzym -Watykan i Kolosseum, i tak dalej. Budapeszt zwykle kojarzony był z parlamentem i zamkiem.

Zmieniło to się w połowie lat dwutysięcznych kiedy pojawiły się romkocsmy – po angielsku ruin pubs. Nagle dla wielu, głównie młodych, odwiedzających Budapeszt, stały się one jedną z najważniejszych rzeczy do zobaczenia. Ta turystyczna atrakcyjność gruntownie te romkocsmy zmieniła.

Początki nie zapowiadały tego co miało nadejść. Pierwsza romkocsma, Sziksztuszi kápolna (Kaplica Sykstyńska), powstała w byłym biurze w siódmej dzielnicy, prowadzili ją Irlandczyk i Holender. Urządzono ją znalezionymi meblami, ściany wytapetowano gazetami i starymi plakatami, każdy kubek, szklanka czy kieliszek były inne. Co ważne, miejsce nie miało szyldu i tak ci, co tam zachodzili mieli bardzo ekskluzywne poczucia wtajemniczenia.

Dalej był Pótkulcs czyli Zapasowy klucz w szóstej dzielnicy. Bywalcy mieli mieć swój każdy własny klucz, stąd ta nazwa. Miejsce było dużo większe, miało kilka pomieszczeń i ogródek.

Szaleństwo zaczęło się wkrótce kiedy, na skutek działań lokalnych aktywistów, samorząd siódmej dzielnicy uchwalił zakaz burzenia starych budynków. Wielu deweloperów, którzy wykupili je z nadzieją na szybkie postawienie czegoś nowoczesnego, zostało na lodzie z tymi nieruchomościami. Stały one puste aż pojawili się pomysłodawcy otwierania w nich barów – i to już były prawdziwe ruin bars.

Barów otwierano po kilka w każdym sezonie. Ich oparty na odpadach design zachwycał kreatywnością. Szereg z nich okazałosię być efemerydami i przetrwało tylko parę miesięcy.

Dotąd zapyziała nieco siódma dzielnica wówczas rozkwitła. Pojawiła się w niej masa ludzi przyciąganych przez te nowe miejsca. Ich właściciele ze zdumieniem zobaczyli, że te śmieciowe knajpy mogą przynosić spore dochody.

Pojawili się też inwestorzy wykupujący dotąd deficytowe przestrzenie w pustych budynkach i sami otwierający imitujące alternatywność bary. Romkocsmy zaczęli odkrywać coraz bardziej masowo zagraniczni turyści napawający się krzykliwością designu – a z czasem po prostu tylko tanim akoholem. Z czasem wiele z pierwotnych romkocsm zniknęło, część się przekształciła w komercyjne przedsięwzięcia jak na przykład Instant czy Fogasház. Nasłynniejsza z romkocsm Szimpla kert zrobiła się droga i dziś spotkać w niej można w zasadzie tylko turystów.

Z sódmej dzielnicy zrobiła się bulinegyéd czyli dzielnica rozrywki – oazą taniej turystyki dla młodych ludzi z zachodu. Gentryfikacja wyparła stąd kreatywność, która przetrwało tu tylko szczątkowo.

A same autentyczne romkocsmy, choć na dużo mniejszą skalę, działają w innych, mniej modnych miejscach.

Gigantyczny rowerzysta w Tűzraktér – miejsca już nie ma
Tak – w takim miejscu znajdował się przez krótki okres drugi Tűzraktér
Instant – inna lokalizacja, inny klimat, inne miejsce niż obecnie
Stary Mumus – już go nie ma
Nowy Mumus – też go nie ma
Kuplung w byłym warsztacie samochodowym – nie ma go

Radio Polonia Węgierska 76 / „Byłem nawet w Budapeszcie”

A kaczuszce, która leci do mamy do Polski wiedzą wszystkie węgierskie dzieci bo pojawia się ona w popularnej piosence ale motywów polskich w piosenkach węgierskich – i węgierskich w polskich – jest dużo więcej. Opowiadam o tym w najnowszym odcinku Radia Polonia Węgierska (26:23).

Dobierając muzykę do tego podcastu ze zdziwieniem zauważyłem, że co jakiś czas trafiam na piosenki, w których pojawiają się polskie odniesienia. Początkowo nie przywiązywałem do tego większej wagi – ot, taka polsko-węgierska ciekawostka – ale robiło się tego coraz więcej i postanowiłem przyjrzeć się sprawie bliżej. Zebrałem co dotąd udało mi się zgromadzić, napisałem posta na facebooku prosząc o inne przypadki.

Czytelnicy nie zawiedli. Materiału zebrało się całkiem sporo. Najstarsza jest to popularna piosenka dziecięca Kiskacsa fürdik fekete tóban czyli Kaczuszka pływa po czarnym stawie. Polski motyw pojawia się w drugiej linijce: Niedługo ruszy do mamy, do Polski. Piosenkę zapisano pod koniec XIX wieku ale jest na pewno starsza.

Po niej chronologicznie pojawia się węgierska wersja piosenki Warszawo ma, wykonawana nie przez kogo innego jak Katalin Karády. To początek lat 40-tych.

Wydarzenia nabierają tempa w latach 60-tych i 70-tych. Sporo węgierskich piosenkach opowiada historie polsko-węgierskich romansów nawiązywanych podczas licznych wówczas wyjazdów do Polski. Jedna z nich ma nawet tytuł po polsku: Moja kochanka. LGT wspomina wyjazd do Warszawy w ramach turné, gdzie zgubił się jeden z członków zespołu Tamás Somló, w piosence Kleyffa pojawia się z kolei fraza gra węgierski Locomotiv.

W latach 80-tych Kontroll Csoport wykonuje – napisany w całości po polsku a i tak w pełni zrozumiały dla Węgrów – wspierający Solidarność song pod tytułem Gdańsk.

W początku lat dwutysięcznych należąca do nacjonalistycznego nurtu rocka kapela Hungarica intensywnie koncertuje w Polsce, nagrywa albumy z polskimi motywami, wykonuje polskie piosenki, na przykład Rozkwitały pęki białych róż.

W tych piosenkach odbijają się stosunki polsko-węgierskie. Jak wspomniałem, jest tam zachłyśnięcie się Polską przez Węgrów w latach 60-tych i 70-tych, pojawia się fascynacja Solidarnością, są żywe kontakty nacjonalistów.

Nie ma tam jednak wszystkiego. Po pierwsze, z jakiegoś powodu Węgry słabiej obecne są w piosence polskiej niż Polska w węgierskiej. Dalej, brak muzycznych odniesień do powstania 1956 roku, które powstałyby w okresie bezpośrednio po jego wybuchu. Było tak zapewne z powodu cenzury no i pewnie dlatego, że muzyka popularna była jeszcze po prostu mniej rozpowszechniona.

Historie romansów polsko-węgierskich opowiadane są wyłącznie z perspektywy męskiej, co tłumaczyć pewnie można słabszym głosem kobiet w muzyce rockowej.

Mimo masowych wyjazdów Polaków na Węgry, zarówno na wakacje jak i na handel, nie usłyszymy o tym w żadnej piosence, no może wyjątkiem jest tu linia Byłem nawet w Budapeszcie z pamiętnej piosenki Elektrycznych Gitar. W ogóle temat polskiego handlu – tych słynnych lengyel piac nie trafił to muzyki.

Podobnie nie wydaje się by zaistniała w niej prawicowa fascynacja Viktorem Orbánem najlepiej widoczna w postaci uczestnictwa polskich grup w węgierskich uroczystościach państwowych.

Temat z pewnością nie jest zamknięty, w przyszłości na pewno pojawią się nowe motywy – a może i ktoś wróci do dotąd pominiętych spraw z przeszłości. Póki co zachęcam do lektury mojego artykułu, który napisałem o muzycznych wpływach dla najnowszego numeru Polonii Węgierskiej. Będzie też tam link do playlisty zewszystkim wspomnianymi piosenkami, więc będzie i czego posłuchać.

Zespół LGT, Tamás Somló, ten co się zgubił w Warszawie, jest drugi z lewej, źródło: Fortepan/ Urbán Tamás
Węgierska publiczność słucha o przygodach Tamása Somló w Warszawie, źródło: Fortepan/ Urbán Tamás

Radio Polonia Węgierska 75 / Nieuznawany a znany

Nieuznawany przez oficjalne kręgi literackie a znany bardziej niż niejeden z pisarzy z programu szkolnego: Jenő Rejtő, mimo, że zmarł niemal 80 lat temu do dziś pozostaje zaskakująco popularny. O nim opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (25:15).

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd polskiej prasy
  5. Jeż Węgierski w eterze
  6. Pożegnanie

Lubię w księgarniach sprawdzać ile miejsca zajmują książki danego pisarza. W dość nienaukowy sposób daje to możliwość oceny na ile ważny on – lub ona – jest dla współczesnego czytelnika (zakładam, rzecz jasna, że wydawane są książki, które ktoś chce czytać).

I tak dowiedzieć się można, że popularni są Sándor Márai a także Albert Wass, ulubiony pisarz nacjonalistów. Obaj byli, bardziej lub mniej oficjalnie uznanymi, zawodowymi literatami. Inna jest jednak sytuacja ze zwykle równie bogato reprezentowanym w księgarniach Jenő Rejtő.

W uproszczeniu można powiedzieć, że był to autor literatury rozrywkowej. Pisał komedie teatralne, skecze kabaretowe a także, dziś najbardziej popularne, powieści przygodowe do gazet. Za tematykę mają głównie Legię Cudzoziemską, przez którą się przewinął, a także Dziki Zachód no i oczywiście historie kryminalne.

W tekstach zachowana jest konwencja literatury brukowej. Historie są niesamowite, co chwile przybierają nieoczekiwany obrót, niewiarygodne wydarzenia mają miejsce jedno po drugim. Czyta się to z wypiekami emocji, napięcie nie opada ani na chwilę.

Bohaterowie są przesadni. Legioniści są wytrzymali jak skała, złoczyńcy to geniusze zła, bogacze są bajecznie majętni, kobiety oszałamiająco piękne a awanturnicy nadzwyczajnie urokliwi. Wszyscy, nawet największe męty, potrafią wyrażać się w sposób wyszukanie uprzejmy, niejednokrotnie także w trakcie bójek.

I co jeszcze dodaje uroku tym niesamowitym ludziom uwikłanym w niesłychane przygody to humor z jakim Rejtő opowiada te swoje historie. I nie na darmo: kogokolwiek by nie spytać o niego – a znają go wszyscy – pierwszą reakcją jest zawsze uśmiech. Szereg powiedzeń, jak na przykład „dwa decylitry wina rozcieńczone trzema decylitrami rumu” weszło do języka potocznego, częste są też, także w prasie, odniesienia do postaci z jego opowiadań.

Jego życie było niemal tak kolorowe jak jego opowiadania. Ze szkoły wyleciał wcześnie, trenował boks, podobno jednocześnie w kilku klubach, próbował kariery teatralnej.

Wyjechał szukać szczęścia do Berlina, a stamtąd dalej do Europy i Afryki Północnej. Imał się różnych zajęć, podróżował na gapę, bywał aresztowany, biedował, wtedy właśnie spędził parę miesięcy w Legii Cudzoziemskiej, co wszystko dostarczyło mu wspaniałego materiału do jego późniejszych książek.

Po powrocie do Budapesztu rozpoczął życie literacko-kawiarniane. Zarobione pieniądze tracił regularnie na grę w karty, według legendy często płacił w kawiarniach stronami napisanych tekstów, które kelnerzy wymieniali później na gotówkę w jego wydawnictwie.

Zmarł z wyczerpania i zimna na Ukrainie na początku 1943 roku służąc w oddziałach pracy, do których posyłano wówczas Żydów. Podobno do ostatniej chwili zabawiał towarzyszy niedoli opowiadaniem z pamięcie fragmentów swoich książek.

Mimo upływu czasu Rejtő pozostaje niezmiernie popularny. Oprócz stert książek w księgarniach świadczy o tym ulica w siódmej dzielnicy, która została nazwana jego imieniem na skutek jednej z pierwszych petycji internetowych.

Nieistniejący już mural przedstawiający kelnera Rejtő: według legendy miejskiej pisarz płacił w kawiarniach kawałkami swoich najnowszych opowiadań, które potem kelnerzy wymieniali na gotówkę w odpowiednich redakcjach, źródło: cultura.hu

Radio Polonia Węgierska 74 / węgierski (świetny) kryminał z polskim wątkiem

W najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska zachęcam co czytania świetnych kryminałów Vilmosa Kondora (13:20). Póki co moje zachęty kieruję głównie do znających węgierski bo tylko jedną jego książkę przetłumaczono na polski – ale może na przekład kolejnych skusi się jakieś wydawnictwo? Dodam, że w jednej z nich pojawia się wątek polskich uchodźców na Węgrzech i to w zupełnie niemartyrologicznym wydaniu.

1. Ciekawostka o Węgrzech
2. Powitanie
3. Serwis informacyjny
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Wrzesień 1939 roku, granica polsko-węgierska. Tłum uchodźców stara się przejść na terytorium Węgier. Wśród tłumu pojawiają nagle trzy ciężarówki ze znakami Czerwonego Krzyża. Podchodzi do nich obecny tam reporter, który chce się dowiedzieć czy przewożą może rannych, ale kierowcy bez słowa dodają gazu i auta przejeżdzają granicę przez nikogo nie niepokojone: straż graniczna dostała rozkaz by je przepuścić. Później dopiero się okaże, że wiozły ładunek narkotyków używanych przez polskie wojsko, który potem znikł.

Od tej historii, która zresztą faktycznie miała miejsce, zaczyna się kryminał Vilmosa Kondora pt. Bűnös Budapest czyli Budapeszt, miasto winy. Rzecz jasna, nie będę streszczał akcji, ale opowiem nieco o jej autorze i jego innych książkach.

Dziennikarz, Zsigmond Gordon, jest bohaterem dłuższej serii książek. Pokrywają one okres od przedwojnia, poprzez samą wojnę, okres tużpowojenny aż do rewolucji 1956 roku. Choć wątek kryminalny jest kręgosłupem tych książek, to tło historyczne nadaje im szczególnego smaku. Ze szczegółami przedstawione są topografia miasta: z książką w ręku można podążać trasami, którymi przemieszczali się bohaterowie – o ile zna się dawne nazwy ulic tu pieczołowicie używane. Dowiedzieć się można gdzie mieściły się bary – wśród nich i istniejące wówczas bary mleczne, restauracje, redakcje czy też podejrzanie spelunki, opisywane są podawane tam dania i napoje, z cytowanych wiadomości widać co się akurat dzieje w polityce. Wśród fikcyjnych bohaterów pojawiają i prawdziwe postaci oraz wydarzenia – jak choćby i to wspomniane na początku zniknięcie ładunku narkotyków.

Sam Gordon, dziennikarz, który fachu uczył się między innymi w Stanach Zjednoczonych, gdzie spędził parę lat, to, mimo skłonności do przemocy, w sumie zdroworozsądkowa, sympatyczna postać.

Odróżnia się od niego inny bohater Kondora, Tibor Ferenczy, który boryka się z uzależnieniem od alkoholu i przeróżnych tabletek tak, że łańcuchowe palenie w zasadzie wydaje się przy tym już jedynie niegroźną przywarą. On działa współcześnie – jedna z historii z nim związanych ma miejsce obecnie, w 2020 roku. Tu, we współczesności, Kondor nie stroni od political fiction: w jednej z książek Ferenczy prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa premiera, w innej szuka szalonego mordercy działającego podczas rozgrywającej się właśnie rewolucji. W retrospektywie pojawiają się nadzwyczaj wiernie przedstawione – częściowo sam pamiętam ten okres – Węgry z roku 1990.

Te kryminały, które łączy atmosfera noir, czyta się je świetnie sprawdzając swoją znajomość Budapesztu i Węgier – bądź też ją w trakcie lektury rozwijając. Szkoda tylko, że jak dotąd przetłumaczono na polski zaledwie pierwszą z jego książek czyli Budapest noir. Chciałoby się ich widzieć więcej i to nie tylko ze względu na polskie wątki.

Nie wszystkie książki Kondora

Radio Polonia Węgierska 73 / Balaton przed turystami

Balaton zanim „odkryli” go turyści to zupełnie inne jezioro. Opowiadam o tym w najnowszym odcinku podcastu (38:15). Pełen program i mąj tekst poniżej.

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd prasy polskiej
  5. Rozmowa tygodnia – R. Rajczyk rozmawia z J. Krzykiem autorek książek o Górnym Śląsku
  6. Jeż Węgierski w eterze
  7. Pożegnanie

W lecie jeden z felietonów poświęciłem Balatonowi. Wzdychałem nad nadmierną eksploatacją tego cudownego jeziora, uważam, że masowa turystyka fatalnie się na nim odbija.

Dostało mi się w komentarzach. Dowiedziałem się, że napisałem głupoty bo sytuacja jest o wiele lepsza, niż jak ją przedstawiłem, i w ogóle, że „Balaton to dla mnie riwiera”, jak głosi popularna piosenka.

Sprowokowało mnie to do poszukania informacji na temat Balatonu i tak dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy na jego temat.

Z punktu widzenia turystyki historia Balatonu zaczyna się w 1702 roku kiedy lekarz András Flaskár kupił kawałek ziemi koło Balatonfüred, na którym planował zbudował ośrodek kąpielowy. Uwaga: chodziło o kąpiele termalne a nie kąpanie się w jeziorze. Dopiero w 1822 roku otworzono pierwsze kąpielisko w jeziorze, zresztą też w Balatonfüred.

Od tej pory datuje się też konflikt pomiędzy dotychczasowymi mieszkańcami a przybyszami, który w zmieniających się formach trwa w zasadzie do dziś. Początkowo chodziło o dostęp do jeziora: przed powstaniem kąpieliska lokalni chłopi korzystali z jeziora do pojenia zwierząt, prania czy moczenia wełny, tego im w okolicy wyznaczonego miejsca do kąpieli starali się zabronić właściciele kąpieliska. Dalsze lata przynosiły kolejne ograniczenia „odwiecznych” praw do korzystania z jeziora do celów gospodarczych, między innymi zakazywano chłopom przepędzanie bydła koło pensjonatów czy też poruszania się wozami z powodu hałasu oraz kurzu jakie się z tym łączyły.

Paradoksalnie z czasem ci, którzy skolonizowali kiedyś Balaton wypierając przy tym chłopów z ich naturalnego środowiska szybko znaleźli się w sytuacji, w której sami walczyli o zachowanie status quo z kolejną falą przybyszów, ostatnio inwestorami planującymi wyższą czy też bardziej intensywną zabudowę. Ktoś śledzi trochę lokalne protesty w nadbalatońskich miejscowościach znajdzie na to sporo świeżych przykładów.

Drugim trendem stała się walka o ustabilizowanie jeziora. W stanie naturalnym nie miało one stałych brzegów, a jego poziom wciąż się zmieniał. Nieprzypadkowo nadbalatońskie miejscowości istniały w pewnej odległości od jeziora. Budowniczowie nadbrzeżnych pensjonatów i domów kąpielowych szybko przekonali się dlaczego tak było kiedy ich budynki zmyła woda czy też kiedy nagle się okazywało, że od zbudowanego przy samym brzegu jeziora domu kąpielowego nagle trzeba iść sto metrów by móc wejść do wody. Wraz ze wzrostem ruchu turystycznego losem Balatonu w coraz większej mierze zaczął rządzić jeden jedyny priorytet: w jeziorze musi dać się kąpać. Dlatego też zaczęto regulować poziom wody, utwardzać brzegi jeziora, wycinać trzcinę czy też walczyć z pojawiającym się algami poprzez zarybianie nowymi gatunkami ryb a potem tych ryb tępieniem.

W efekcie tych dwóch trendów Balaton coraz bardziej zaczyna przypominać intensywnie zabudowywany gigantyczny basen. Nikt już pewnie nie jest sobie w stanie wyobrazić jak to jezioro wyglądało przed interwencją człowieka.

Tak było:

Zmiany linii brzegowej Balatonu od roku 1000 po dziś, źródło: szeretlekmagyarorszag.hu/
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Műszaki és Közlekedési Múzeum / BAHART Archívum
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Földrajzi Múzeum / Erdélyi Mór cége

A tak się zrobiło:

Balaton 1981, źródło: Fortepan / Szalay Zoltán

Radio Polonia Węgierska 72 / nowy ośrodek pątniczy na Węgrzech

Mało kto na Węgrzech wie, że Bodrogkeresztúr jest coraz popularniejszym celem pielgrzymek. Jednym, choć dalece nie jedynym, powodem jest to, że większość pielgrzymów przybywa spoza Węgier. O tym ośrodku pątniczym opowiadam w 72 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (25:00).

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd prasy węgierskiej
4. Przegląd prasy polskiej
5. Jeż Węgierski w eterze
6. Urywki historii
7. Pożegnanie

Autorzy: R. Rajczyk, I. Balazs, J. Celichowski, P. Piętka

Gdyby zapytać kogoś o cele pielgrzymek na Węgrzech spodziewam się, że, w pierwszym rzędzie, padła by nazwa Máriapócs – tamtejszy kościół grekokatolicki odwiedził nawet w 1991 roku Jan Paweł II, a potem może Mátraverebély. Co bardziej inkluzywni zapewne wspomnieliby siedmiogrodzkie Csíksomló, które co roku w Zielone Świątki przyciąga ogromne tłumy wiernych.

Padną może też inne nazwy pomniejszych ośrodków pątniczych ale nikt zapewne nie wspomni Bodrogkeresztúr.

Ta położona koło Tokaju wieś celem pielgrzymek stała się stosunkowo niedawno. Ich powodem jest grób słynnego rabina Sájele Steinera, który umarł tam w 1925. To miejsce pielgrzymek Żydów, od około dziesięciu lat na rocznicę jego śmierci przyjeżdża, z całego świata, coraz więcej chasydów. Ich liczba niekiedy przekracza dziesięć tysięcy. Zważywszy na to, że mieszkańców wsi jest około tysiąca, robi to ogromne wrażenie.

Opis życia i czynów rabin Sájele do złudzenia przypomina chrześcijańskie hagiografie. Rabin miał udzielać rad a zwracali się do niego licznie zarówno Żydzi jak i chrześcijanie, nie czynił różnic między nimi. Przewodził życiu duchowemu i religijnemu. Zajmował się działalnością dobroczynną, między innymi organizował pomoc dla żydowskich uchodźców z Galicji w czasie pierwszej wojny światowej. Co miał to rozdawał potrzebującym.

Zachowane wspomnienia o nim mają formę kwiatków świętych chrześcijańskich. Oto parę przykładów:

  • Nigdy nie spał, nigdy się nie kładł, w nocy drzemał na fotelu i wciąż rozmyślał i modlił się
  • Koło łóżka zawsze miał laskę oraz odświętne ubranie by gdy przyjdzie mesjasz móc powitać go bez zwłoki
  • Chodził jakby unosił się nad ziemią. Zawsze prowadzono go z dwóch stron, gdy szedł ustępowano mu. Bezpośrednio z nikim nie rozmawiał, tylko przez tłumacza (zwłaszcza z kobietami).
  • Było tak, że głód zajrzał w oczy wsi rabina Steinera. Dzięki jego modlitwom akurat przed jego domem w wozie wyładowanym ziemniakami pękło koło i rabin za pół ceny kupił ładunek.
  • Mój ojciec poszedł do rabina a ten powiedział: nie martw się, dobry Bóg pomoże. Weź winnicę w arendę na rok. Wzięli też a w tym roku plony były tak obfite, że sytuacja materialna rodziny zupełnie się uporządkowała.
  • Spłonęła synagoga, a nawet i stół, przy którym się modlił rabin ale jego modlitewnik pozostał nietknięty.
  • Słyszałem wielkie grzmoty. Piorun strzelił w domu Antoniego. Święty człowiek poszedł tam, wbił nóż w belkę i ogień zgasł.
  • Pewien mężczyzna regularnie przepijał swoją wypłatę. Jego żona poszła poskarżyć się rabinowi. Ten dał jej kostkę cukru by dała ją mężowi. Zrobiła tak a on od tej pory przestał chodzić do karczmy bo nie mógł znieść jej woni.

Jego pogrzeb przyciągnął olbrzymie tłumy. Wzięli w nim udział Żydzi i chrześcijanie, wielu przybyło z daleka: na stacji sprzedano dwanaście tysięcy biletów.

Bodrogkeresztúr na Węgrzech kojarzony jest z tokajskim winem, i mało kto słyszał pewnie o cudownym rabinie Sájele, a dla chasydów ta wieś jest to jedno z najważniejszych miejsc w całym kraju, jest na tyle ważna by podróżować tu przez pół świata. Niesamowite jest dla mnie jak to samo miejsce może mieć tak odmienne znaczenie dla różnych ludzi.

Grób rabina, źródło: Látnivalók Magyarországon,Bodrogkeresztúr

Radio Polonia Węgierska 71 / węgierska gorączka sobotniej nocy na ludowo

W najnowszym, 71 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o szaleństwie tańców ludowych, które pojawiło się na Węgrzech w latach 70-tych i którego można doświadczyć i dziś (19:10).

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd prasy polskiej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Autorzy: J.Celichowski, R.Rajczyk, P.Piętka

Niedaleko miejsca gdzie mieszkam mieści się niewielki klub o nazwie HellóAnyu! czyli Cześć mamuśka! To miejsce dla matek z małymi dziećmi, które mogą tam spędzić czas w towarzystwie innych mam i ich maluchów. Małe stoliki i krzesła definiują charakter miejsca. Podawane są tam też obiady, na które może wstąpić każdy. Miejsce prowadzi ekologiczna fundacja.

W niektóre wieczory w ciągu tygodnia HellóAnyu! zmienia się w miejsce dla potańcówek. Pojawia się trzech muzyków – na moje niefachowe oko grają oni na skrzypcach, altówce i basie – a kilka czy też kilkanaście zebranych osób, zwykle w średnim wieku, tańczy tańce ludowe. Ta impreza to táncház czyli dom tańca.

Historia táncházów sięga wczesnych lat 70-tych. Wydarzeniem, które można uznać za ich początek był táncház, który zorganizowano na placu przed Akademią Muzyczną 6 maja 1972 roku. Zagrało trzech muzyków, zatańczyli tancerze z zespołu ludowego Bihari. Nowością było to, że zamiast precyzyjnie wypracowanej monumentalnej choreografii wykonanej przez dużą grupę tancerzy do muzyki z partytury zagranej przez zespół rozmiarach orkiestry symfonicznej – tak wyglądała wówczas muzyka ludowa, zostawiono miejsce dla improwizacji.

Wydarzenie było ogromnym sukcesem. Zaczęto organizować kolejne táncházy – i pojawił się pierwszy spór: czy organizować wydarzenia tylko dla profesjonalnych tancerzy czy też umożliwić tańczenie także totalnym amatorom – ludziom z ulicy? Historia przyznała rację zwolennikom drugiego podejścia.

Ruch táncházów stał się ruchem masowym. Co chwila organizowano kolejną potańcówkę, jeden po drugim powstawały zespoły grające muzykę ludową, pojawiły się płyty, znacząco wzrosło zainteresowanie muzyką ludową wśród badaczy i działaczy kultury, zaczęto organizować obozy dla miłośników tańców ludowych. W 1982 roku zorganizowano pierwsze krajowe spotkanie táncházów. Co ciekawe, táncházy ogromną popularność zdobyły w miastach mimo, że kultura ludowa na Węgrzech to kultura chłopska. Dla wielu młodych ludzi weekendowa potańcówka ludowa stała się ulubioną formą rozrywki.

Mimo, że węgierski w swoim rdzeniu, ruch szybko wykroczył poza czysto węgierską kulturę. Z jednej strony od samego początku otwarty był na muzykę mniejszości mieszkających na Węgrzech, z drugiej szybko pojawiło się zainteresowanie węgierską kulturą ludową spoza terenu Węgier. W pierwszym rzędzie mowa tu o Siedmiogrodzie, gdzie, z powodu zacofania ówczesnej Rumunii, kultura ludowa zachowała się dłużej niż na Węgrzech. Kiedy tylko było to możliwe jeżdżono tam by potańczyć sobie z miejscowymi, przywożono płyty, ściągano tamtejsze melodie.

Táncházy zaczęły pojawiać się poza granicami kraju, poza wspomnianym Siedmiogrodem także i w innych częściach świata, w tym w obu Amerykach i w Azji, przyciągając uczestników, którzy z racji pochodzenia z kulturą węgierską nie mieli nic wspólnego.

Po upadku socjalizmu kultura ludowa, będąca paliwem táncházów, stała się częścią mainstreamu. Zaczęto ją nauczać w szkołach, powstały instytucje poświęcone jej promowaniu. W 2011 UNESCO wpisało táncház, jako metodę propagowania tańców ludowych, na listę niematerialnego dziedzictwa kulturalnego.

Dziś táncházy okres swojej świetności mają poza sobą. Uczniowie w szkołach, dla których nauka tańców ludowych jest obowiązkowa, kręcą na nią nosem. Uczestnicy wieczorków z HallóAnyu! pokazują, że tradycja jest jednak jeszcze żywa.

Seklerscy tancerze – idole młodzieży, źródło: Abkarovits Endre – Négyvenéves a magyarországi táncmozgalom
Nie wszystkie táncházy bywają takie duże, źródło: wikipedia
HellóAnyu!

Nieprzyjaciele Polaków

W 70 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska, głosem syna (padło mi gardło), mówię o niuansach przyjaźni polsko-węgierskiej czyli o tym małozaskakującym fakcie, że wśród Węgrów są zarówno przyjaciele Polaków jak i ci, którzy Polakom dobrze nie życzą (29:50).

  1. Powitanie
  2. Serwis informacyjny
  3. Przegląd prasy węgierskiej
  4. Przegląd prasy polskiej
  5. Jeż Węgierski w eterze
  6. Urywki historii
  7. Pożegnanie
    Autorzy: R.Rajczyk, I.Balázs, J.Celichowski, E.Celichowski, P.Piętka

Kiedy mowa jest o przyjaźni polsko-węgierskiej używa się zwykle uogólnień: Polacy lubią Węgrów, Węgrzy lubią Polaków. Kto choć ciut lepiej zna oba kraje wie, że takie wielkie kwantifikatory zniekształcają rzeczywistość: Polacy czy Węgrzy bywają różni, są tacy i owacy, i jest to naturalne.

Weżmy klasyczny przykład: Węgrzy pomogli polskim uchodźcom w czasie drugiej wojny światowej. Węgrzy – tak, ale jacy Węgrzy? Ówcześnie rządząca elita – owszem, ale byli też Węgrzy, którym taka pomoc była nie w smak.

Przejrzałem niedawno protokoły posiedzeń węgierskiego parlamentu w okresie wojny. Sprawa polskich uchodźców pojawiała się tam nieraz. W zapisach dyskusji można znaleźć wiele dowodów sympatii dla Polski i uchodźców ale też i głosy krytyczne. Wygłaszający takie opinie posłowie opisywali brak dyscypliny wśród uchodźców, podkreślali obciążenie, jakim dla państwa węgierskiego jest ich utrzymanie, zarzucali im niemoralne prowadzenie się czy też alkoholizm, do którego przyczyniać się miało tanie węgierskie wino. Co bardziej krewcy posłowie odmawiali używania terminu uchodźca (menekült) preferując zamiast niego słowo dezerter (szökevény). Namawiano do wydania Polaków Niemcom a także ubolewano nad faktem przymykania przez rząd oczu nad ucieczkami żołnierzy na Zachód by kontynuować walkę przeciw, jak to określano, sojusznikom Węgier. Miało to być sprzeczne z węgierską racją stanu.

Takie opinie pojawiały się wśród parlamentarzystów partii strzałokrzyżowców. Choć była to partia skrajnie prawicowa to jednak dalece nie marginalna. W wyborach w 1939 roku skrajna prawica zdobyła niemal 20% głosów. Można więc powiedzieć, że atakując polskich uchodźców reprezentowała ta partia opinie co piątego Węgra.

Czy to jakoś podważa tezę o przyjaźni polsko-węgierskiej? Nie, jedynie ją urealnia. W każdym społeczeństwie istnieje gama poglądów, choć pewne z nich są bardziej a inne mniej popularne, to jednak ten pluralizm jest czymś oczywistym.

I w tym kontekście pomoc udzielana uchodźcom przez zaangażowanych w nią Węgrów nabiera szczególnego znaczenia. Nie było to coś automatycznego, wymagało wyboru wobec istniejącej alternatywy reprezentowanej przez strzałokrzyżowców. Tym bardziej można być tym przyjaciołom Polaków wdzięcznym.

Warto też pamiętać, że wśród nawiązujących do tradycji węgierskiej skrajnej prawicy przyjaciół Polaków szukać nie ma co.

Radio Polonia Węgierska 64 / pomnik ofiar covidu

Na wyspie Małgorzaty powstał oddolnie pomnik ofiar Covidu. Mówię o nim w 64 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (28:15). Program podcastu:

1. Ciekawostka
2. Powitanie
3. Serwis informacyjny
4. Przegląd prasy węgierskiej
5. Przegląd prasy polskiej
6. Jeż Węgierski w eterze
7. Urywki historii
8. Pożegnanie

Autorzy: R.Rajczyk, I.Balázs, J.Celichowski, P.Pietka

Pomnik kojarzy się zwykle z czymś dużym, oficjalnym, ciężkim, wykonanym z trwałych materiałów, postawionym przy tym przez instytucję państwową czy też, niekiedy, społeczny komitet. Do postawienia pomnika potrzeba decyzji na wysokim poziomie, zezwoleń. Pomniki upamiętniają zwykle wybitne postaci i wydarzenia z przeszłości, o ich wybitności zresztą często decyduje polityka historyczna, monumenty stawiane żyjącym to przeważnie znak totalitaryzmu. Często istnieją regulacje dopuszczające różne formy upamiętnienia zmarłych poprzez nazwanie nimi ulicy, instytucji czy też postawienie pomnika dopiero ileś tam lat po ich śmierci.

W tym kontekście niezwykły jest, choć trudno użyć tu tego słowa to jednak, pomnik ofiar covidu na Węgrzech. Powstał na wyspie Małgorzaty w Wielki Czwartek tego roku. Miał formę niedużych kamieni ułożonych w jednej linii wzdłuż peszteństkiej strony wyspy obok ścieżki do biegania. Każdy kamień upamiętnia jednego zmarłego, jest na nim numer i wiek tej osoby. Początkowo kamieni było 22 409, obecnie ich liczba, wraz z liczbą ofiar covidu, wzrosła do ponad trzydziestu tysięcy. Rząd kamieni ciągnący się wzdłuż całej dwuipółkilometrowej wyspy mimo swojej niepozornej formy robił wielkie wrażenie. Z czasem ludzie zaczęli przynosić tam świeczki i kwiaty by upamiętnić swoich bliskich, którzy stracili życie przez pandemię.

Przez dłuższy czas kamyki mniej więcej pozostawały na miejscu. Z czasem jednak, przyczyniły się do tego tłumy, które w pewnym momecie wróciły na wyspę, a pewnie i pogoda, linia kamieni się rozmyła, zostały one poruszone ze swoich miejsc.

Dlatego twórcy upamiętnienia, na facebooku nazywający się Margiszigeti Kavicsok, czyli Kamyki z wyspy Małgorzaty, w ostatni weekend zorganizowali akcję odrestaurowania kamieni (niekiedy starciu uległ napis na nich) oraz przeniesienia ich w spokojniejsze miejsce na wyspie czyli do Ogrodu Różanego, który mieści się mniej więcej na środku wyspy. Wolontariusze mieli zebrać i przenieść po 25 kamieni do namiotu, skąd po przejrzeniu trafić miały one na ostateczne miejsce.

Pomnik ułożony z kamyków opisanych flamastrem nie robi wrażenia trwałego ale nie o to tutaj chodzi. Jego spontaniczność, oddolność, minimalistyczny a przy tym symbolicznie bogaty charakter, lepiej odpowiadają potrzebie chwili by choć przez jakiś czas pamiętać o tych zmarłych, umożliwić przeżycie żałoby po nich. A że pandemia jeszcze się nie skończyła i ludzie wciąż umierają do pomnika można dokładać kolejne kamienie.

Lipiec, równa jeszcze linia kamieni
Lipiec, na każdym kamieniu numer i wiek zmarłej osoby
Sierpień, nieco porozrzucane kamienie
Sierpień, kamienie już nie w jednej linii
Sierpień, wolontariusz szykuje kamienie do przeniesienia

Dodane 7 września 2021

Zrobiłem parę zdjęć kamieni ułożonych właśnie w Ogrodzie Różanym.