Protest po likwidacji Indexu

Tak, wiem, że Indexu nikt oficjalnie nie zamyka ale też nie ma wątpliwości, że to co się stało to koniec tego jednego z najstarszych i najbardziej znaczącego portalu informacyjnego na Węgrzech. Przynajmniej takiego jakim był dotąd.

Istniejący od 1999 roku Index był od początku czysto internetową publikacją. To dawało mu pewną przewagę nad publikacjami, który do wersji papierowej próbowały dobudować, wtórną, wersję internetową. Index zawsze zabiegał o niezależność i mimo swojego liberalnego ducha potrafił pisać krytycznie o wszystkich politycznych aktorach na Węgrzech. Wyróżniał się żywym, bliskim slangowi, językiem. Był jednym z najbardziej czytanych portali informacyjnych.

W 2014 roku Zoltán Spéder, jego ówczesny właściciel w tajemnicy podpisał umowę na opcję na zakup portalu z Lajosem Simicską który był wówczas głównym oligarchą Fideszu. Ten opcję zrealizował w 2017 ku szokowi nieświadomych wcześniejszej umowy dziennikarzy i czytelników Indexu.

Parę dni temu, 22 lipca, właściciel Indexu wyrzucił z posady głównego redaktora portalu Szabolcsa Dulla zarzucając mu ujawnienie tajemnic firmy (chodziło o to, że materiały dziennikarskie miały teraz przygotowywać spółki zewnętrzne, co zdaniem Dulla zagrażało niezależności portalu). Ten nie przyjął wysokiej odprawy, której warunkiem było odejście po cichu i nagłośnił sprawę. Wraz z nim wymówienie złożyła większość członków zespołu – ponad 80 osób (ich liczba może się zwiększyć bo część osób jest na wakacjach) z dziewięćdziesięcioosobowego zespołu. To rzecz bez precedensu na Węgrzech. Precedensowe jest niestety niszczenie opozycyjnych mediów: parę lat temu Fideszowi udało się przejąć kontrolę nad portalem Origo, który z krytycznego źródła informacji stał się propagandową tubą prorządową.

Wczoraj odbyła się demontracja protestująca przeciwko temu co się stało z Indexem. Zorganizowała ją partia Momentum. Tłum przeszedł od redakcji Indexu na placu Kolosy aż na zamek pod siedzibę Orbána. Oto parę zdjęć z niej.

index_czolowka

Czołówka marszu „Wolny kraj, wolne media”. Transparent trzymają przywódcy Momentum, w tle flagii tej partii.

index_widok_z_mostu

Tłum widziany z mostu Małgorzaty – nie widać końca pochodu.

index_70_bator_ember

„70 odważnych ludzi” – wtedy wiadomo było o tylu wymówieniach.

index_nincs_masik

„Drugiego takiego nie ma” – to część hasła Indexu: Index, drugiego takiego nie ma

index_kell_masik

„Chcemy następnego!”

index_widok_z_mostu1

Flagi niegdyś skrajnie prawicowego Jobbiku ramię w ramię z flagami Momentum w obronie Indexu.

index_solidarisok

„Solidaryzujemy się! Zwolennicy wolnych mediów”

index_mocskos_fidesz

Pan w koszulce z napisem „Parszywy Fidesz” oraz symbolem O1G nie był najbardziej typowym uczestnikiem demonstracji.

index_O1G_MKKP

A tu uczestnik z O1G na masce oraz symbolem Partii Psa o Dwóch Ogonach na koszulce (na demonstracji był z psem)

index_bem

Przed pomnikiem Bema

index_rowerzysta

„AArrrrgggghhhh!!!!”

index_oklaski

Oklaski z dachu

Byli dziennikarze Indexu założyli profil na facebooku (Távozó indexesek czyli Byli pracownicy Indexu). Ma już on ponad sto siedemdziesiąt tysięcy polubień co wskazuje na popularność portalu. Ich logo – Legyen másik czyli Chcemy następnego (Indexu) – sugeruje, że będą próbować coś robić. Sukces Radia Nowy Świat pokazuje, że może im to się udać.

demonstracja pod ambasadą

Przyzwyczailiśmy się nieco do monopolu nacjonalistycznej prawicy na polityczną przyjaźń polsko-węgierską. W końcu to na demonstracje rządowe (Fideszu) Gazeta Polska zwoziła swoich zwolenników w Jarosław Kaczyński, z nadzieją, głosił hasło Budapesztu w Warszawie. Kontakty widoczne były również między zwolennikami Jobbiku oraz Ruchu Narodowego, poza tym cisza.

Aż pojawiła się facebookowa studencka inicjatywa Dwa Bratanki (“Polsko-węgierska współpraca przeciwko środkowoeuropejskiej autokratyzacji”), która wczoraj zorganizowała wiec poparcia dla antyrządowych demonstrantów w Polsce przed ambasadą.

Demonstracja zapowiadała się niewielka: na FB udział potwierdziła mniej niż 100 osób a wiadomo, że w rzeczywistości zawsze i także się pojawia ich mniej. Czuje się węgierską apatię a także pewnie i ostatnio podbudowaną umiejętną propagadną antyimigrancką popularność Orbána. Sytuację uratowały grupy aktywistów KODów z Krakowa i z Warszawy, i tak zebrało się koło setki uczestników.

Dwa bratanki i KOD na jednej kurtce

Odczytano list Mateusza Kijowskiego, przemówienie wygłosił węgierski organizator Márk Horváth. Pojawiło się w nich dużo nawiązań do tradycji przyjaźni polsko-węgierskiej oraz wezwań do współpracy. Grała muzyka, było skandowanie “Demokracja” i “Demokrácia”, było pisanie haseł na chodniku oraz przywiązywanie wstążeczek w barwach narodowych do drzew.

Aktywiści KODów byli najbardziej widoczni ze swoimi kamizelkami, plakietkami, flagami i transparentami choć pojawiła się grupa działaczy związku zawodowego Szolidáritás i niezorganizowani sympatycy sprawy demokracji w Polsce i na Węgrzech. Były flagi polskie, unijne, nawet tęczowa ale zabrakło węgierskich. Wśród zebranych rozpoznałem paru znajomych Polaków.

tak to wyglądało

napisy na chodniku, ten, ze względu na charakter błędów ortograficznych, na pewno był dziełem Polaków

flagi w różne paski, zabrakło węgierskich

Demokracja: jesteśmy w wami

Dla organizatorów i dla gości z Polski szacunek! Wiem, że ma być kontynuacja kontaktów, niech ten prodemokratyczny aspekt przyjaźni polsko-węgierska się nam rozwija. 

Za demokrację naszą i waszą

Podziękowania dla Chłopaka za zdjęcia!

stu tysiącom nie podoba się system

Pod takim hasłem (Nie podoba nam się system – Nem tetszik a rendszer) odbyła się w Budapeszcie spora demonstracja antyrządowa. Jak poprzednio (pisałem o tym tu i tu) zorganizowała ją facebookowa grupa Egymillióan a magyar sajtószabadságért czyli Milion ludzi o wolność prasy

Nie umiem oszacować liczby uczestników, organizatorzy podali sto tysięcy, w każdym razie było nas dużo. Jak poprzednio atmosfera była zrelaksowana, inteligencka. Organizacja lepsza, więcej transparentów, i bardziej wiecowe przemówienia. Najlepsze z nich wygłosił Balázs Dénes z TASZ-u (Társaság a Szabadságjogokért, Stowarzyszenie Wolności). 

Parę wątków dominowało wystąpienia. Po pierwsze, apartyjność ruchu. Żadna z partii nie wyraża pragnień zebranych, większość społeczeństwa nie identyfikuje się z żadną z nich. Po drugie, liczne były wezwania do samoorganizacji. Dalej, wielu mówców podkreślało, że wolność trzeba wywałczyć – w przeciwieństwie do 1989 roku, kiedy sama wpadła nam w objęcia. 

Kolejna demonstracja zapowiedziana została na święto narodowe 15 marca. Ma być wtedy wybrany alternatywny prezydent kraju, cokolwiek miałoby to znaczyć, szczegółów nie znamy. 

wklejka reklamująca demonstrację z motywem wycinania herbu we fladze, tym razem sugeruje się usunięcie pomarańczy, symbolu Fideszu

Grupa działaczy partii LMP (Polityka Może Być Inna) w drodza na demonstrację, na transparencie napis „chłopaki peszteńskie (określenie bojowników z 1956 roku) byliby z nami” 



Tłum na ulicy Kossutha między Astorią i mostem Erzsébet

W tłumie widać transparenty tutejszej niedawno powstałej Solidarności z flagą węgierską zamiast polskiej.

A na koniec zabrzmiał nabierający coraz większej popularności polityczny protest song Nem tetszik a rendszer (Nie podoba mi się system). Wśród komentarzy masa zachwytów nad urodą wokalistki.

niech żyje republika!

Według nowej konstytucji Węgry mają się nazywać po prostu Węgry a nie jak dotąd Republika Węgierska. Nie wiem, czemu tak to wymyślono ale niechcący zapewne rząd dał nowe hasło opozycji: Niech żyje republika!

Tym hasłem kończyła swoje przemówienia większość mówców na dzisiejszej demonstracji o wolną prasę. Powodem była, jak i poprzednio, ustawa medialna, która mimo poprawek wniesionych po naciskiem Komisji Europejskiej nadal jest potencjalnym instrumentem kontroli mediów. Dzisiejszy dzień – święto narodowe, rocznica wybuchu powstania 1848 roku – nadaje się na taką demonstrację znakomicie, bo pierwszym z dwunastu żądań powstania była wolna prasa i likwidacja cenzury („Kivánjuk a’ sajtó szabadságát, censura eltörlését.”)

Demonstrację zorganizowano na facebooku. Miejsce miała między mostem Erzsébet a placem Ferenciék. Zebrało się dużo ludzi, index pisze o trzydziestu tysiącach. To tutaj sporo. Jedna z mówców powiedziała, że to największa demonstracja zorganizowana przez organizację społeczną od 1989 roku.

tłum przede mną

tłum za mną

Scena: Szabad sajtót! czyli Wolnej prasy!

Na scenie po kolei występowali młodzi organizatorzy, muzycy, aktorzy, publicyści. Przemowy były lepsze i gorsze, polityczny ząb pokazali młody aktywista András Istvánffy. Tematyka wychodziła poza ustawę medialną. Mówiono o szykowanej konstytucji i o napiętej sytuacji w Gyöngyöspata, po której ostatnio bez reakcji policji chodziły patrole zdelegalizownej Gwardii Węgierskiej.

Gwiazdą wieczoru był owacyjnie witany Adam Michnik. W przemówieniu zwrócił się do premiera: Viktor, nie można mówić o wolności w takim kraju, w którym zagrożona jest wolność twórcza”. 

Jak poprzednio okazało się, że demonstrować potrafi tutaj jedynie prawica. Tłum owszem był ale z transparentami, flagami czy skandowaniem było fatalnie. Na demonstracji rozdane puste plansze, które można było zapełnić hasłami własnego pomysłu. Efekty były na ogół dość żenujące. Może z czasem będzie tu jakaś poprawa.

Ta pomarańcz się zepsuła – aluzja do symbolu Fideszu, w porównaniu jedno z lepszych haseł.

Dziwne, faszytoidalne flagi z cebulą, nie udało mi się zrozumieć o co w nich chodziło.

znów tłum na placu Kossutha

Gdy Fidesz miażdząco wygrał wybory w kwietniu wydawało się, że okres polityki ulicznej został na długo zakończony, Tymczasem nie minął rok a plac Kossutha, miejsce gdzie miała miejsce większość demonstracji przeciwko Gyurcsányowi wczoraj znów się szczelnie zapełnił. Dziesięć tysięcy ludzi zebrało by protestować przeciwko nowej ustawie medialnej.

tłum na lewo ode mnie

Trudno o większy konstrast z poprzednimi demonstracjami zdominowanymi tematycznie i stylistycznie przez skrajną prawicę. Obecna demonstracja była pogodna w charakterze. Organizator (Tibor Bakács)  dowcipkowali, coraz to ktoś z tłumu wykrzykiwał wesoła hasła, zero napięcia i stresu. Wystąpił rapper Pista Buda, który improwizował w obronie słowa a także piosenkarz János Bródy. Tłum śpiewał razem z nim jego wielkie przeboje Sárga Rózsa i Ha én rózsa volnék. Aktorka Dorka Gryllus odczytała listę żądań (wyrzucenie szkodliwych elemtów z ustawy), którą w postaci wielkiego plakatu została symboliczne przybita do makiety drzwi parlamentu wystawionych przez organizatorów.

tłum przede mną, w oddali makieta drzwi parlamentu i scena

Greenpeace uważa, że ochrona środowiska też potrzebuje wolnej prasy

nie mam pojęcia o co chodzi na tym transparencie

Dorka Gryllus odczytuje petycję

petycja przybita do „drzwi parlamentu”

Kontrast przejawiał się też przez widoczny brak doświadczenia czy też rutyny wśród uczestników. Uczestnicy sami z siebie przygotowali tylko kilka, bardzo amatorskich transparentów. Nie było żadnego morza flag tak oczywistego na demonstracjach skrajnej prawicy. Brak nośnych, ostrych haseł, atmosfera niemal z inteligenckiego klubu.

Organizatorzy, działający głównie przez facebook, prosili by na demonstrację nie przychodzili politycy – i na ile widziałem ich tam nie było. Następna demonstracja ma mieć miejsce 27 stycznia.

Niesamowitym dla mnie jest jak szybko udało się zmobilizować tak wielu ludzi do protestu przeciwko rządowi i to pod tak z pozoru mało nośnym hasłem jak wolność prasy. Fidesz w dalszym ciągu ma spore poparcie ale widać, że wszystko jest możliwe.

kidical mass i nie tylko

Tym razem miałem być w Budapeszcie na Masę Krytyczną. Problemem był tylko fakt, że miał być közlekedés czyli włączanie się do ruchu w przeciwieństwie do przejazdu zamkniętymi ulicami więc martwiłem się, że nie będę mógł zabrać Chłopaka. Aż się dowiedziałem, że obok Critical Mass będzie też Kidical Mass pomyślana dla dzieci!

Kidical_mass_poster1pici_tn

Odlot, pomyślałem. Kidical Mass, w przeciwieństwie do Critical Mass, będzie się przemieszczał po określonej, zamkniętej dla samochodów, trasie. Bezpiecznie, można spokojnie zabrać dzecko. Wspaniale.

Na demonstrację, która za miejsce zbiórki miała park przy placu Deáka, dotarliśmy, z powodu wywiadówki w szkole, dopiero o wpół do siódmej. Do tej pory tłum zdołał już objechać urząd burmistrzowski. Tym razem hasłem było „Többen tekerünk, töbet akarunk” czyli „Jest nas więcej, więcej żądamy”. Głównym żądaniem była ścieżka rowerowa na dużym körúcie.

Zaraz po naszym przyjeździe masa ruszyła. Początkowo faktycznie jechaliśmy wśród dzieci i rodziców ale zanim dojechaliśmy do Andrássy okazało, się z nami ruszyli wszyscy i tłum był taki jak zawsze z gdzie niegdzie tylko pojawiającymi się dziećmi.

dzieci jeszcze dominują

a tu już nie

w wózku niemowlę, na rowerze – wiem, bo podsłuchałem – Holender

Przy Oktogonie skręciliśmy w körút i zaczęła się zabawa. Najpierw zauważyłem piktogramy ścieżki rowerowej wymalowane poprzedniej nocy na asfalcie. Podobne pojawiły się wcześniej na mostach Szabadság i bodajże Margit. Czysta nielegalka.

W miarę jak jechaliśmy coraz więcej robiło się rowerzystów, i to po obu stronach ulicy, a coraz mniej samochodów, w dodatku nie tylko ilościowo ale i przestrzenie. Rowerzyście gwizdali, dzwonili, nawoływali się – pełna fiesta. Policjanci i porządkowi Critical Mass pilnowali głównie by masa stawała na światłach. „Zatrzymajcie się” mówili porządkowi, „Proszę państwa o zatrzymanie się” mówili policjanci. Przy czym pełen spokój, zero spięć, awantur, pyskówek.

Nawet nie zauważyliśmy gdzie się podziała Kidical Mass, nagle uświadomiliśmy sobie, że obok nas tu i ówdzie jadą samochody. Wycofaliśmy się z Chłopakiem – jeżdzenie rowerem wśród aut na kürúcie nie jest rzeczą dla ośmiolatka – i chodnikami wróciliśmy do parku na podnoszenie rowerów.

Podnoszenie – tradycyjne zwięczenie masy – miało być o ósmej, koniec końców odbyło się o wpół do dziewiątej. Chłopak też podnosił swój rower tyle ile mógł ale nie chciał mojej pomocy.

szef demonstracji Gábor Kürti „Kükü” podnosi

podnoszą bezimienni bohaterowie dnia

podnosi nawet załoga rikszy

Strasznie energetyzująca jest taka demonstracja. Potem długo jeszcze się widuje naklejki CM na rowerach w mieście. I jeszcze bardziej się pedałować – szczególnie po körúcie:)

PS. W demonstracji udział wzięło między 10 a 20 tysięcy ludzi.

dziś na ulicy w Budapeszcie

Dziś parę zdjęć z okolic Oktogonu. Nasza sytuacja w pigułce.

Kolejna genialna okładka tygodnika HVG na słupie ogłoszeniowym. Tytuł Kilátásvizsgálat to gra słów. Słowo oznacza Badanie perspektyw, jest podobne do Látásvizsgálat, które oznacza Badanie wzroku.
I jakież to słowa mamy odczytać – w kolejności od największego do
najmniejszego – "zadłużenie", "obciążenie", "stopa procentowa", "VAT",
pod kreską, "indeks giełdowy" i prawie niewidoczne "płace". Taak.

Obok zbieranie poparcia dla kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Na lewo prawicowi radykałowie z partii Jobbik.

Ich kandydatką jest Krisztina Morvai. Udzielmy jej poparcia bo będzie ona bronić interesu narodowego, głosi plakat. Nie tak jak Tamás Deutsch, Viktória Mohácsi czy Edit Herczog (obecni posłowie do PE). Uświadomiony obywatel bez trudu zrozumie aluzję do ich żydowskiego czy cygańskiego pochodzenia.

Na prawo młodzi z nowego ugrupowania Lehet más a politika! czyli Polityka może być inna.

Namiocik, młodzi się siedzą na ziemi, palą fajkę wodną. Lista LMP jest tworzona wspólnie z Partią Humanistyczną. Ciekawych ludzi mają tam, liście przewodzi Tímea Szabó, absolwentka Harvardu, jest też tam Tibor Várady, który w niedawnych wyborach uzupełniających w Ferencváros zdobył 3.9% głosów, jest András Lovasi z kultowego zespołu Kispál és a Borz a także charyzmatyczny przywódca ruchu Masy Krytycznej Gábor Kükü Kürti. Kampanię prowadzą z wykorzystaniem internetu, jest oczywiście grupa na facebooku, itd.

Kawałek dalej plakacik właśnie Masy Krytycznej, która ma się odbyć w tę niedzielę (niestety nie będzie mnie w mieście – arrrrgh!).

Tym razem, nowatorsko, plakaty przyczepiane są do mniej lub bardziej kompletnych gruchotów rowerowych umocowywanych łańcuchami do świateł ulicznych przy ruchliwszych ścieżkach rowerowych. Mniej za to jest naklejek, zapewne na skutek protestów grupy (nazwy nie pamiętam) walczącej o image miasta, która zwracały uwagę na estetyczną dewastację wynikającą z zaklejania wszystkiego naklejkami.

***

Mało ostatnio pisałem bo dużo pracuję (przed Wielkanocą trzy tygodnie bez przerwy, każdego dnia), sporo wyjeżdzając za granicę. Niespecjalnie się to poprawi w najbliższym czasie, z góry uprzedzam, dziekując przy tym za pamięć i odwiedzanie bloga mimo wszystko!

karty węgierskie

Chłopak znalazł w domu talię kart węgierskich, zaczął się wypytywać o różne z nimi związane rzeczy, wyszukiwać gry i tak, niepostrzeżenie, zanurzyłem się w świecie tych kart.

Ku pewnemu zdziwieniu dowiedziałem się, że ich historia związana jest z naszą dzielnicą. Zakład, który miał zacząć je produkować mieścił się na obecnej ulicy Kazinczy. Mieści się tam obecnie kocsma Wichmanna, znana w Budapeszcie mimo braku szyldu.

Wichmann kocsma

Na ścianie tablica upamiętniająca fakt rozpoczęcia w tym miejscu produkcji kart węgierskich.

i tablica na jej ścianie

Talia kart węgierskich składa się z trzydziestu dwóch kart od siódemki do asa, przy czym waleta nazywa się niżnik (alsó) a damę wyżnik (felső). Asy nazwane od pór roku. Kolory wyglądają inaczej i inaczej się też nazywają. Jest więc serce (piros albo szív), dzwonek (tök), wino (zöld) i żołądź (makk). 

Karty te znane są raczej jako karty typu niemieckiego ale Węgrzy utrzymują, że pochodzą one stąd. Pierwotnie znane były jako karty Wilhelma Tella bo figury były wzorowane na postaciach z dramtu Schillera pod tym tytułem. Karty miały budzić uczucia patriotyczne ale z powodu cenzury habsburgskiej niemożliwe było umieszczenia postaci z węgierskiej historii walki niepodległościowej, Wilhem Tell, mimo, że sam symbolizował walkę o wolność, okazał się niekontrowersyjny. Karty w nieco zmienionej formie do dzisiaj produkowane są na Węgrzech, w Austrii i w Czechach.

Jak się dowiedziałem istnieje mnóstwo gier granych kartami węgierskimi. Chłopak co rusz wyszukuje jakąś nową. Jak mi starczy energii to kiedyś przetłumaczę zasady jednej z nich.

***

W tą niedzielę będzie miała miejsce się kolejna demonstracja przeciw wycince drzew na ulicy Nagymező (pisałem już o tej kampanii wcześniej tu, tu, tu i tu). Jeśli ktoś chce i może się przyłączyć to zachęcam, odbędzie się ona o 11 przed teatrem Radnóti. Poniżej plakat po węgiersku.

precz ze ścieżkami rowerowymi!

… malowanymi na chodnikach. Znaczy nie prawdziwymi ścieżkami rowerowymi ale pseudościeżkami powstałym na odwal poprzez namalowanie na chodniku żółtego paska albo zaledwie symbolu roweru. Dzisiaj demonstrowałem w tej to właśnie sprawie – taka rozgrzewka przed masą krytyczną ogłoszoną na przyszły tydzień.

Jak pisałem wczoraj, demonstracja miała miejsce między placem Batthyányego a mostem Łańcuchowym. Kiedy przybywam na miejsce zaczyna się lekko ściemniać i choć nie padał deszcz to jest jakoś wilgotno. Sporo kurierów choć dominują normalni rowerzyści tacy z jakimi mijam się codziennie na mieście. Organizatorzy rozstawiają nas tak, żebyśmy stali równomiernie na całym odcinku. Ktoś nas policzył i okazało, że jakiś dwustu ludzi (i rowerów) – bo tylu nas było – wystarczy na stworzenia żywego łańcucha między placem a mostem. O wpół do podnosimy, mówi przechodząc János László szef Węgierskiego Klubu Rowerowego. I faktycznie, o wpół do siódmej dzwonią dzwonki a potem rowery idą w górę. Potem ruszamy rowerami w stronę mostu Łańcuchowego i potem zawracając ulicą do placu Batthyányego. Tam jeszcze jedno podnoszenie i koniec. Poniżej parę zdjęć z imprezy.

ścieżka niby jest jak to sugeruje znak …

.. ale tak naprawdę to chodnik dzieli się z pieszymi i to w dodatku nie wiadomo dokładnie jak

stoję mniej więcej na wysokości parlamentu koło grupy kurierów. zwracam uwagę mój na dzielnie demonstrujący rower.

w oddali most

jak zawsze na takich demonstracjach pojawiają się Dziwne Rowery

podnosimy, tzn. wszyscy poza mną bo akurat robię zdjęcia

a policja tylko patrzy

tlum

nasz tłum (ale może raczej tłumek) na placu Batthyányego

plakatCM

plakat w czterech językach nawołuje do udziału w masie krytycznej w poniedziałek

pożegnalne podnoszenie

Spodobał ci się ten post? Przetłumacz go na inny język na Der Mundo.

Critical Mass – rekord świata

Dziś cały dzień z Chłopakiem na rowerach. Przedpołudnie na welodromie Millenáris, popołudniu udział w projekcie artystycznym Park! przekształcanie małego körútu w park, a potem masa krytyczna, na której padł rekord światowy uczestnictwa w tego typu imprezie: osiemdziesiąt tysięcy ludzi.

Millenáris (nie mylić z budańskim parkiem o tej samej nazwie) to stary welodrom leżący koło stadionu Puskása, który lata swojej świetności ma już za sobą, chyba, że grupie entuzjastów, prowadzącej kampanię na rzecz odnowy obiektu, uda się doprowadzić do jego renowacji. Dzisiejszy program tam urządzony jest jednym z elementów tej kampanii. W przeciwnym razie Millenáris zostanie zburzony a na jego miejscu powstanie jakieś centrum handlowe czy też garaż.

Na welodromie miało miejsce dziś szereg zawodów rowerowych. Oprócz klasycznych sprintów odbył się dość niesamowity wyścig rowerzystów jadących w tunelu powietrznym za specjalnie przystosowanymi motocyklami. Po węgiersku nazywa się to stréher biciklizés, po polsku – nie wiem (ktoś wie?) Pierwszy raz w życiu też widziałem polo rowerowe. Reprezentacja Węgier pobiła Austrię, bardzo dużo (nie pamiętam dokładnie ile było tych goli) do jednego. Całość w bardzo nieformalnym stylu, na przykład wyniki losowania kolejności startowej jednego z wyścigów podawał raper improwizując na bazie listy nazwisk ku wielkiej radości zebranych.

darmowy hosting obrazków

Trybuny

darmowy hosting obrazków

Sprint. Zawodnicy są w lepszym stanie niż tor.

darmowy hosting obrazków

Wskazówka jak omijać dziurę w betonie.

darmowy hosting obrazków

Oryginalna, bez wątpienia tablica, działa.

darmowy hosting obrazków

Stréher biciklizés. Motory są mniej więcej w wieku welodromu.

darmowy hosting obrazków

Reklamy przy torze. Założę się, że są nieco tańsze niż reklamy na formule 1.

darmowy hosting obrazków

Polo rowerowe.

Popołudniowy projekt artystyczny poprzedzał masę krytyczną. Chodziło w nim o zaaranżowanie zdjęcia lotniczego placu Deáka, tak aby wyglądał z góry jak park. Zazieleniony miał zostać przez tłum w zielonych koszulkach. Autorem projektu jest Jason Howkes specjalizujący się w artystycznych zdjęciach z powietrza. Wszystko udało się znakomicie: tłum przebrał się w t-shirty, helikopter krążył i robił zdjęcia, wszyscy machaliśmy. Zdjęcia nie ma, niestety, jeszcze w internecie.

darmowy hosting obrazków

Rozdawanie koszulek.

darmowy hosting obrazków

Efekt: plac zrobił się zielony.

Masa krytyczna ruszyła strasznie wolno. Z placu Deáka do Ásztórii dotarliśmy – rowerami! – dopiero po upływie jakiś dwudziestu minut. Potem poszło już, na szczęście, łatwiej. Tłum jechał zdyscyplinowanie, nie widziałem żadnych incydentów czy to typu kierowca-rowerzysta czy też, co jest rzeczą godną uznania obecnej sytuacji, o politycznym charakterze. W zasadzie nie było flag ani transparentów, całość była fiestą raczej niż demonstracją i to mimo, że oficjalnym hasłem przejazdu było "Mindenütt Minden út bicikliút!" co oznacza "Wszędzie ścieżek rowerowych Ścieżka rowerowa przy każdej ulicy!"

Końcem trasy był Városliget, gdzie odbyło się tradycyjne podnoszenie rowerów. Nie wiem, czy jest to również zwyczajem w innych krajach, tutaj jest to zawsze szczyt celebracji. Tłum podnosi rowery, macha nimi, podnosi straszny hałas – to trzeba zobaczyć.

darmowy hosting obrazków

Ruszamy z placu Deáka.

darmowy hosting obrazków

Erzsébet híd.

darmowy hosting obrazków

Regulacja ruchu przy pomocy rowerów.

darmowy hosting obrazków

Városliget

darmowy hosting obrazków

Podnoszenie rowerów.

darmowy hosting obrazków

Okazało się przy tym, że tym razem, jak już pisałem, było nas osiemdziesiąt tysięcy, i to mimo tego, że masę krytyczną się organizuje stosując wyłacznie metody guerilla marketing czyli internet i vlepki w miejscach uczęszczanych przez rowerzystów. Jest to rekord światowy, poprzedni rekord – pięćdziesiąt tysięcy – również należy do Budapesztu. I ciekawe jak bardzo to zupełnie nie obchodzi tutejszych polityków. Gdyby przyszło osiemdziesiąt tysięcy obojętnie kogo – pielęgniarek, przedstawicieli skrajnej prawicy, związkowców, czy studentów – mielibyśmy temat dla mediów i polityków na parę tygodni, ale rowerzyści domagający się ścieżek rowerowych to coś, co można sobie odpuścić bez konsekwencji.

Na zakończenie wideo promujące jeżdżenie rowerem zrobione przez Ministerstwo Gospodarki i Transportu. Węgierski nie jest potrzebny, żeby je zrozumieć: jeżdżenie rowerem jest, dosłownie, sexy!