protest przeciwko wizycie Putina

Dokładnie dwa lata po poprzedniej wizycie do Budapesztu dziś znów przyjechał Putin. Jak wtedy i tym razem odbył się protest przeciwko tej wizycie, przeciwko zacieśnianiu związków z Rosją i naśladowaniu putinowskiego modelu.

Demonstracja dwa lata temu miała formę marszu od dworca Keleti do placu Kossutha. Przyszło dużo ludzi, kolumna w pewnym momencie sięgała od dworca aż do placu Blaha Luiza.

rusza marsz pod hasłem „Putyin nyet, Európa igen!” – tak było dwa lata temu

Tym razem protest, który organizowała liberalna i proeuropejska partia Együtt (Razem), miał być pikietą na placu Kossutha, w trakcie której wygwizdanoby Putina i Orbána (partia ta ostatnio często organizuje takie gwizdane demonstracje). W ostatniej chwili jednak, powołując się na względy bezpieczeństwa, odwołano uprzednią zgodę i zmuszono organizatorów do przeniesienia demonstracji na róg ulic Bajcsy-Zsilinszky i Markó.

Przyszło kilkaset uczestników, czyli sporo mniej niż dwa lata temu. Czemu – nie ma pewnie jednej odpowiedzi. Wtedy była to pierwsza wizyta Putina w kraju unijnym, agresja na Ukrainę od tej pory spowszedniała, apatia społeczna nie ustępuje, wielu ludziom mogło nie odpowiadać, że organizatorem jest partia polityczna a i do samego miejsca protestu, dzięki zamknięciom wielu ulic w śródmieściu, nie było łatwo się dostać.

Dzisiejsza pikieta

W trakcie demonstracji przemówienia wygłosiło trzech przywódców partii: Viktor Szigetvári, Zsuzsa Szelényi i Péter Juhász. Gdy w oddali pojawiła się kolumna Putina gwizdy, które rozbrzmiewały przez całą demonstrację, osiągnęły maksymalne natężenie. Po przejechaniu kolumny znikła część wyposażonych w sprzęt do rozpędzania manifestacji demonstracyjnie ustawionych na widoku policjantów, których liczba w szczytowym momencie porównywalna była z liczbą uczestników protestu. A sama demonstracja wkrótce sama dobiegła końca.

Transparenty po angielsku …

… transparenty po węgiersku: „Nie będziemy kolonią” – nawiązanie do hasła rządu używanego w odniesieniu do Unii Europejskiej

Logo organizatorów

„Nie będziemy kolonią” jeszcze raz, tym razem podano instrumenty kolonizacji czyli Gazprom i Rosatom, który ma tu rozbudowywać elektrownią atomową w Paks

Kreatywny angielski

Jak dwa lata temu i tym razem pojawili się Ukraińcy

Przemawia Viktor Szigetvári, napis na transparencie to „Gwiżdzemy sobie na ucisk!”

Przemawia Zsuzsa Szelényi

„Viktor, jesteś zdrajcą”, głosi ten transparent. Daty kojarzą się ze zmianą pozycji Orbána z prozachodniej (1989) na prorosyjską (2017)

Jedna z uczestniczek w trakcie gwizdania

A tak na marginesie demonstracja pokazała jak bardzo zanikła znajomość rosyjskiego w narodzie węgierskim, te kłopoty z rosyjskimi literami „И” oraz „Й” nieco popsuły efekt transparentu.

putynizacja Węgier

W lipcowym przemówieniu Viktor Orbán oświadczył, że liberalna demokracja się przeżyła i na Węgrzech będzie on wprowadzał nieliberalną demokrację. To ważne stwierdzenie, niedające się zakwalifikować jako prowokacja intelektualna bo Orbán takimi rzeczami się nie bawi, on wprowadza tego rodzaju prowokacje nie na poziomie dyskuty intelektualnej ale w realu. (Przy okazji, zachęcam do lektury tego prawdopodobnie historycznego tekstu, Budapeszter przetłumaczyła go w całości na blogu Codziennik węgierski, za co należą się jej szacunek i wdzięczność, oryginał mowy tu). Wspomniał tam o dwóch przeszkodach przy wprowadzaniu nieliberalizmu (chyba do takiego to słowa musimy się przyzwyczajać), jedną z nich są „opłacani z zagranicy przez określone koła aktywiści polityczni”. Powiało Putinem. Szerszy fragment poniżej, tłumaczenie moje:

Stosunki między zawodowymi politykami a aktywistami społecznymi. Państwo mianowicie trzeba organizować i nim kierować, powinien to robić ktoś, kto został do tego wybrany i upoważniony. Natomiast zawsze pojawiają się na skraju obszaru działalności państwa organizacje społeczne. Obecnie węgierski trzeci sektor przedstawia swoisty obraz. Aktywiści, w odróżnieniu od polityków, to ludzie, lub też wspólnota, która organizuje się od dołu, sama się finansuje i jest rzecz jasna oparta na wolontariacie. Obecnie jednak, jeśli spojrzeć na węgierski trzeci sektor, który często pojawia się w życiu publicznym – obecne dyskusje wokół Funduszu Norweskiego [rząd oskarżył go o finansowanie partii politycznych, przyp. Jeża W.] wyciągnąły to na powierzchnię – to widać, że mamy tu do czynienia z opłacanymi aktywistami politycznymi. W dodatku ci opłacani aktywiści opłacani są z zagranicy. Aktywiści opłacani przez określone koła zagraniczne, co do których trudno sobie wyobrazić, że traktują to jako inwestycję społeczną, znacznie bardziej uzasadnione jest przypuszczenie, że poprzez ten system próbują zdobyć wpływ w danym momencie i w danej kwesti na węgierskie życie państwowe.

Jeśli wtedy powiało Putinem retorycznie to wczoraj Putinem zaduło. Do biura atakowanej werbalnie (zarzut: finansowanie partii politycznych) i poprzez kontrolę podatkową fundacji Ökotárs w poniedziałek zawitała policja. Pojawienie się silnego oddziału, do którego potem dołączyło dziesięciu agentów w cywilu, wywołało w okolicy sensację ale wkrótce okazało się, że zamiast spektakularnej akcji przeciwko gangsterom chodzi o kontrolę dokumentów biurze NGO. Policja prowadziła rewizję do 18. W południe podobno kontrola odbyła się w innej organizacji rodzielającej fundusze norweskie Demnet.

Wieczorem odbyła się przed biurem Ökotársu demontracja protestująca przeciwko akcji policji. Wzięło w niej udział 400 osób.

Nieco tła: fundusz norweski rozdziela pieniądze dla organizacji społecznych poprzez cztery fundacje wyłonione na drodze konkursu. Jakiś czas temu rząd zaczął atakować ten mechanizm utrzymując, że pieniądze tak rozdzielane trafiają do partii politycznych, konkretnie LMP. Dowodów na to jednak nie przedstawiono. Rząd utrzymywał też, że te pieniądze to w zasadzie węgierskie fundusze publiczne i jako takie powinny trafić pod kontrolę państwową. Najnowszym zarzutem, na podstawie którego obecnie toczy się śledztwo, jest to, że Ökotárs prowadził nielegalną działalność gospodarczą poprzez udzielanie pożyczek dla innych organizacji pozarządowych. Ökotárs wyjaśnia, że chodzi o wsparcie tych organizacji, które zdobyly finansownie płatne z dołu i tylko dzięki tym pożyczkom mogły przeprowadzenie swoich projektów, oprocentowanie pożyczek było takie jakie Ökotárs dostałby na lokacie bankowej.

Rząd norweski ostro zaprotestował przeciwko temu co się stało. Napięte już stosunki węgiersko-norweskie pogorszyły się dalej.

Jeśli ktokolwiek interesuje się losem organizacji społecznych w Rosji to natychmiast dostrzeże analogię. Najpierw atak polityczny, potem przesadna akcja policji na wątpliwych podstawach, w efekcie zastraszenie aktywistów społecznych.

Nie lubię przesady w ocenach politycznych (“dyktatura”, “faszyści”, “komuniści”) bo zamyla ona obraz ale obecnie analogie do putinowej Rosji są jak najbardziej na miejscu. Powodem jest wspomniana mowa Orbána, w której wymienia on Rosję jako jeden ze swoich modeli i atakuje NGOsy. Akcja policji jest u logiczną konsekwencją.

Zgadzam się z Orbánem, że lepiej byłoby gdyby organizacje społeczne były finansowane przez ofiarnych obywateli. By to osiągnąć rząd mógłby jednak działać inaczej, wprowadzić ulgi podatkowe na darowizny, propagować te darowizny, itd. Zamiast tego mamy jednak atak na “aktywistów opłacanych przez określone koła z zagranicy”.

***

A tak przy okazji jeszcze jedna uwaga na temat mowy Orbána. Podaje on parę krajów, które jego zdaniem są przykładami jak ustrój niebędący liberalną demokracją może odnosić sukces: Chiny, Indie, Rosja, Singapur i Turcja. Ich wzrost gospodarczy za każdym razem ma inne podłoże – trudno do jednego worka wrzucać jedną ze finansowych stolic globalnego kapitalizmu, jaką jest Singapur z żyjącą z gazu i ropy Rosji oraz opartych o tanią siłę roboczą Chin – ale ważniejsze jest chyba to, że poza Indiami, które są raczej liberalną demokracją, pozostałe państwa są autorytarne i o to chyba chodzi najbardziej. Ciekawe, że szukając swojego modelu daleko Orbán jakoś nie chce zauważyć tego, co ma pod nosem, a mianowicie Polski. Będąc liberalną demokracją ten kraj, dużo podobniejszy do Węgier niż Chiny czy Indie, i tak nieźle się rozwija, i, co ważne, robi to dużo szybciej niż Węgry. Może więc demokracja liberalna nie jest tak straszna?

Krym dla Rosji, Zakarpacie dla Węgier

Pisałem niedawno o mojej zmorze: Rosja proponuje Polsce, Rumunii i Węgrom „ochronę” swojej mniejszości na Ukrainie czy też odzyskanie „swoich” terenów tamże a któryś z tych krajów korzysta z oferty. Minęło parę dni i choć nie tak jak myślałem to pomysł został wrzucony, zrobił to właśnie Żyrinowski. Na Węgrzech równolegle zrobił to poseł Jobbiku Márton Gyöngyösi, wiceprzewodniczący parlamentarnej komisji spraw zagranicznych.

Formalnie stwierdził [HU] tylko, że Krym zwiększa szansę na autonomię terytorialną Zakarpacia ale pozostałe części jego wypowiedzi, dzięki często stosowanemu przez skrajną prawicę kodowaniu przekazu, dają zrozumieć, że chodzi mu o więcej. „Z Rosji możemy brać przykład w zdolności do walkę o swoje interesy”, stwierdził, kraj ten „z sukcesem stanął w obronie swojej mniejszości i tą lekcję Węgry powinny sobie przyswoić.”

W ramach wspólnoty euroatlantyckiej nie można liczyć na wspólpracę z Polską i Rumunią w sprawie mniejszości na Ukrainie, w obecnej sytuacji Rosja „może być sojusznikiem w realizacji naszej polityki mniejszościowej”. Referendum na Krymie jest rzecz jasna legalne. To wszystko powiedział, przypomnijmy, wiceprzewodniczący komisji spraw zagranicznych węgierskiego parlamentu reprezentujący partię, która w wyborach mających się odbyć za dwa i pół tygodnia ma szansę zdobyć 16% głosów i jest na fali wzrostowej.

Cytuję obszernie tego skrajnego polityka bo odnoszę wrażenie, że takie poglądy są podzielane szerzej niż tylko w ramach jego obozu politycznego. Wśród przyczyn pojawia się znów nieszczęsny Trianon.

W Polsce rewizjonizmu w zasadzie nie ma i samo pojęcie funkcjonuje jako zagrożenie zewnętrzne, w przypadku Węgier jest inaczej. Przed wojną stanowił on polityką państwową a i obecnie dla sporej ilości Węgrów jest on naturalnym stanem mentalnym. Retoryka ziemi, która „tak naprawdę nigdy nie była słowacka/rumuńska/ukraińska” (niepotrzebne skreślić), obrona mniejszości, wspominanie dawnej „należnej nam” wspaniałości jest znajome każdemu, kto spędził tu trochę czasu. Cała ta postawa ma korzenie w tragedii Trianonu. Nie trzeba wielkiego intelektu by dostrzec analogie z Rosją, dla której odpowiednikiem Trianonu był rozpad ZSRR.

W oficjalnym dyskursie w zasadzie brak głosów sprzeciwiających się trianońskiemu lamentowi, co pobudza poczucie krzywdy i wzmacnia głosy o prawie do odtworzenia poprzedniej sytuacji. Choć skrajności typu Żyrinowskiego i Gyöngyösiego to harcownicy sądzę, że ich wyczyny – a także reakcje na nie – uważnie są obserwowane z obozów politycznych sił głównych. Przy odpowiednio nakręconych emocjach rządzącym może być trudno oprzeć się pokusie rewizjonistych kroków. Zwłaszcza, że przynieść one mogą radykalny skok popularności jak w przypadku Putina [RU].

Obecnie aktywna polityka rewizjonistyczna na Węgrzech jest abstrakcją ale była nią też jeszcze niedawno aneksja Krymu przez Rosję. Mam nadzieję, że rewizjonizm węgierski nie nabierze wiatru w żagle ale dużo może się zdarzyć.

koleżanka korespondencyjna ze Związku Radzieckiego

Napisał Krzysiek Varga sprawozdanie z festiwalu filmów węgierskich, który się odbył w ostatni weekend. Też poszedłem na parę filmów, byłem na jednym, którego nie widział, a że mi się spodobał to o nim napiszę.

Film ma tytuł A szovjet levelezőpajtás (Koleżanka korespondencyjna ze Związku Radzieckiego). Reżyser, Gábor Zsigmond Papp, postanawia odszukać swoją korespondecyjną koleżanka, z którą  przez trzy lata pisywali do siebie listy w okresie szkoły podstawowej. Listy zachował, na podstawie strzępków zawartych w nich informacji rusza do Moskwy szukać swojej Julii.

Początek to stereotypy. Przyjeżdzają do Moskwy, gapią się na wielkie reklamy. Kino wybucha śmiechem gdy pojawia się nazwa sklepu Ашан pisana charakterystycznym liternictwem Auchana. Idą na plac Czerwony, gdzie oglądają fotografujących się turystów, odwiedzają zatkany luksusowymi butikami GUM. Po drodze opowiadają sobie historyjki z okresu socjalizmu.

Julii nie znajdują, okazuje się, że wyjechała do Włoch. Uda im się spotkać natomiast brata Julii i jej dorosłą córkę.  Jej mąż umarł dawno w niejasnych okolicznościach a ona sama wyjechała na zawsze, już tu nie wróci, mówią.

Reżyser jedzie do Włoch i spotyka tam wreszcie Julię. Nie wiem czy sam z tym byłem ale sądziłem, że wyszła za mąż za Włocha (widzieliście kiedyś strony internetowe typu jump4love?) i tam teraz z nim mieszka. Nic z tego, mieszka owszem z mężem ale Rosjaninem, który jest wysoko postawionym menedżerem w moskiewskiej firmie reklamowej. Pikanterii dodaje fakt, że Julia to nie kura domowa ale i sama poprzednio też zarządzała agencją, teraz nie pracuje bo zajmuje się dzieckiem.  Okazuje się przy tym, że dla Julii mieszkanie we Włoszech to żaden luksus bo Moskwa jest droższa.

Reżyser jest dość zszokowany. Przedtem dowiedzieliśmy się, że pochodzi z raczej elitarnej rodziny, jego ojciec pracował w radio, pisał książki, w dzieciństwie co dwa lata jeździli do Jugosławii na wakacji, mieli Żiguli a nie Trabanta. Julia natomiast pochodzi z robotniczej rodziny, skończyła szkołę dla szwaczek, zaczynała od samego dna.

Film kończy się informacją, że reżyser i Julia kontynuują swoje kontakty. Dużo się zmieniło ale to co najważniejsze – nie, padają ostatnie słowa. A widzowie mogą się zastanowić na ile ich wyobrażenia o Rosji zawsze odpowiadają rzeczywistości.

bratnia dusza rosyjska

Pozwólcie przedstawić sobie mojego duchowego brata. Jest autorem bloga, tfu, książki, pod tytułem "Moje zdziwienia warszawskie", tfu tfu, pod tytułem "Ruski miesiąc". Nazywa się Dmitrij Strelnikoff.

Tak mi się myli ten blog-książka a także jego-jej tytuł, bo w jego dziwieniu się Polską odnajduję mnóstwo mojego dziwienia się Węgrami.

Strelnikoff jest Rosjaninem mieszkającym w Polsce. Książka, o której mowa, to powieść opowiadająca perypetie dwóch Rosjan, którzy zakochali się w Polkach i próbują wziąć z nimi ślub kościelny.

Najłatwiejsze w tym wszystkim, jak się okazuje, było się zakochać, ułożenie sobie stosunków z przyszłymi teściami a także podbicie biurokracji państwowej i kościelnej to dopiero wyzwanie podobne do zmagań cara Aleksandra I z Napoleonem, często wspominanych w książce, które, przypomnijmy, zakończyły się zdecydowanym zwycięstwem tego pierwszego.

Książka zachwyciła mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, Strelnikoff używa sobie na polskiej antyrosyjskości i innych naszych powalających cechach narodowych. Po drugie, robi to ze wspaniałym poczuciem humoru (momenty, w których robi się poważniejszy są zdecydowanie najsłabsze w książce). Czasami, podobnie jak to robiła Tina Fey parodiująca Sarah Pailin, ogranicza się do dosłownego cytowania a to fragmentu artykułu a to urzędowego pisma, które, wyjęte z kontekstu codzienności, w pełni objawiają swą absurdalność. A przy tym robi to pięknym językiem polskim, który, przypomnijmy, nie jest jego językiem rodzonym, lubując się kwiecistymi wyrażeniami, potoczczyzną i grami słownymi. Pisze duuuuuużo lepiej ode mnie. Chciałoby się tak potrafić jak on. No i mieć to poczucie humoru. Вот.

Cytować można by tę książkę długo i obficie, wybrałem fragment, który sam już jest cytatem z rzeczywistości, który jak lustro Strelnikoff podtyka nam do oglądania.

Przed wyjazdem chciałem sprawdzić, co tam w mojej kochanej Rosji się dzieje. Zajrzałem do polskojęzycznego internetu. Gazeta.pl>Świat>Ostatnio w Rosji:

Rosyjscy rasiści znów mordują obcokrajowców.
Student z Indii zamordowany w Sankt Petersburgu.
Rosja. Iran chce paliwa nukleranego.
"Putinka" – nowa rosyjska wódka.
Rosja dusi pozarządowców.
Epidemia zapalenia opon mózgowych na wschodzie Rosji.
Mordestwo rosyjskiego bankowca.
Rosyjscy nauczyciele, donoście na uczniów!
Rosja. 12 osób zginęło w katastrofie wojskowego śmigłowca.
Doradca Putina: złe stosunki z Polską.


Taaa. Ciekawe, dlaczego doradca rosyjskiego prezydenta uważa, że stosunki z Polską są złe? Wreszcie znalazłem coś istotnego: "Dzień tygrysa w Rosji".

W książce wszystko kończy się happy endem, do ślubów dochodzi i nawet teściowa przyjaciela bohatera książki przeprasza go za początkową wrogość ale wiemy, że rzeczywistość w niej opisana bynajmniej się nie zmieniła. Najważniejsze okazują się bezpośrednie kontakty między Polakami i Rosjanami. Zwłaszcza kiedy ci potrafią się z siebie nieco pośmiać.

kawiarnia Эстерхази

Wróciłem właśnie z Moskwy (stąd dłuższa cisza na blogu) a i tam dosięgły mnie Węgry. A tak konkretniej kawiarnia Esterházy, którą zobaczyłem obok teatru na Tagance.

Niestety, zbyt spieszyłem się, żeby zajrzeć do środka i poznać miejsce osobiście ale trochę grzebania w internecie pomogło dowiedzieć się, że kawiarnia Esterházy jest w Moskwie pięć, i że pierwszą z nich otworzono w 1996 roku na ulicy Sienieżskaja (Сенежская). W kawiarni jest podobno pięćdziesiąt różnych ciast węgierskich – ciekaw jestem czy są tak węgierskie jak węgierskie placki w Polsce. Zdjęcie kawiarni w środku do obejrzenia tu.

Swoją drogą ciekawe, że na nazwę kawiarnii wybrano akurat nazwisko tej arystokratycznej rodziny. Nie poszli na banalny Budapeszt czy Balaton, widać uznali, że Esterházy będzie wytworniejszy. Zacząłem się zastanawiać, jak nazwałbym kawiarnię węgierską, gdybym otwierał taką gdzieś w Polsce. Torta? Pogácsa? Tokaj? A może wy macie jakieś inne pomysły?

komentuję zdarzenia dla rosyjskiej gazety

Gdy byłem w Rosji koleżka z Memoriału poprosił mnie o napisanie komentarza na temat powiązań między obecnymi protestami a 1956 rokiem. Komentarz miał być dla ich gazety 30 oktiabra poświęconej represjom komunistycznym (30 października to w Rosji dzień represjonowanych obchodzony od 1974 roku). Koleżkę lubię, komentarz napisałem napisałem jeszcze w samolocie z Moskwy. Dręczy mnie jednak niepewność bo cała historia, wydaje się, jeszcze się nie zakończyła – na tą sobotę zapowiadane są kolejne demonstracje – i moje rozumienie tego co się dzieje może się zmienić. Zaryzykuję jednak możliwość szybkiej dezaktualizacji, tekst (jest po angielsku) zamieszczam poniżej.

***

Protests in Hungary: 2006 like 1956?

The engine of a T-34 with a few young people sitting on the turret and waving Hungarian flags roared and the tank started rolling towards rows of armed defenders of the government. The crowd surrounding it cheered in excitement. Looks familiar? Of course, it’s the 1956 Hungarian uprising. Actually, I have just described a scene from riots that have just rocked Budapest on the anniversary of the uprising on 23 October.

The tank scene has not been the only was symbolic link between the attempt to free Hungary from combined communist and Soviet yoke in 1956 and the recent demonstrations demanding that the prime minister Gyurcsány steps down. Despite all the differences between the situation in 1956 and 2006 the protesters try and explore the analogies between the protests now and then to the maximum in order to strengthen the appeal of their cause. Let’s have a closer look at these analogies.

Current protests have roots in a deep division of Hungarian society into the supporters of the right wing Fidesz and the coalition of socialist and liberal parties. The division results in relatively high election participation figures (a respectable 65% voting in the recent parliamentary one last May resulting in a victory of the socialist party) but at the same time it splits families and friends unable to discuss peacefully their political differences. Some even talk of a cold civil war.

Fidesz and other right-wing groups often refer to national symbols in its rhetorics presenting itself and its supporters as “the nation”. The opponents, by default, serve foreign interests, be it – once – the Soviet Union or – now – foreign investors or the European Union. The strategy has been successful to some extent, partly because the socialist and liberal party cannot and do not want to compete with right-wing parties on nationalism platform. For instance, the 150-year old custom of wearing a national ribbon on 15 March, the anniversary of the 1848 uprising, has been largely appropriated by the right-wing.

Right-wing forces have similarly tried to appropriate the anniversary of 1956. This has been easier for them as socialist party, being a descendant of the communist Hungarian Socialist Worker Party, is indirectly an heir to the forces that orchestrated bloody repressions following Soviet intervention serving as the puppets of the occupier. Their claim to the heritage of Imre Nagy, the then Prime Minister, communist and an undisputed national hero, is not convincing. Right-wing parties and groups have been organising rallies on the holiday commemorating the uprising – and disrupted celebrations organised by others. The most spectacular case of such disruption took place when a group of jeering skinheads made it impossible for Árpád Göncz, the then president of the country, to finish his speech. Göncz was a participant of the uprising sentenced to death and later freed within an amnesty.

Recent riots started after a recording of a May, post-election speech of the PM to his party’s parliamentary caucus was leaked to the media. In this rather blunt speech he was trying to shake up his audience and convince them to the need for painful austerity package and budget reforms. Importantly, he said that the rosy picture of the economy painted in the election campaign was a lie; in fact because of a ballooning budget deficit Hungary was heading towards a catastrophe. “We were lying in the morning, at noon and in the evening” were his words. They sounded familiar to anyone with even a cursory knowledge of the history of 1956 as this is what an announcer of the public radio said once the institution declared its support for the uprising. The “we” in the statement was also ominous. Gyurcsány is married to the granddaughter of Antal Apró, a member of the leadership of the communist party after the crushing of the revolt.

The protesters both noticed these analogies and produced further ones. Soon after the protests began a list of demands was formed and the protesters went to the building of television demanding that they are broadcast (it has to be added that Fidesz organised a series of its own, peaceful demonstrations and condemned violence). This and the subsequent siege and taking of the building were clearly re-enacting of 1956. Committees formed to lead the spontaneously organised protests similarly were inspired by the 56 events. Some people started talking of a revolution.

Further protests, culminating on the anniversary of the revolt on 23 October, further evoked a feeling of deja-vu. Spontaneous gatherings of people, marches and later clashes with the police and attempts to build barricades were familiar. Bizarrely, the protests were mixed with the organised celebrations of the anniversary, which included an open air exhibition of 1956 vehicles such as buses, fire engines, police cars as well as tanks (the tank mentioned before came from this exhibition) and guns, staged living pictures from the uprising or old trucks driving groups of people with flags singing revolutionary songs. Sometimes it was hardly clear who is a protester and who is simply peacefully celebrating the anniversary.

By the evening the protest turned nasty. The police determined to take control of the situation were shooting rubber bullets into the crowd. Again, the power of this image of a mass of people waving Hungarian tricolor and being shoot at, even if this time these were rubber and not live rounds, was amplified by the 1956 memories.

One should not however be misguided by these analogies. The situation, the protagonists and the issue are very different.

First, while in 1956 the Hungarians were demanding and fighting for national independence and freedom for the people now the main demand is that the prime minister steps down. Fifty years ago the protesters were facing ruthless political police and then the invading Soviet army, now they are against police, whose alleged abuses (themselves incomparable with the deeds of stalinist repression apparatus) are immediately subject to a parliamentary investigation. Despite the fact of historical connections between the Hungarian Socialist Workers’ Party in 1956 and the Hungarian Socialist Party in 2006, the former was a totalitarian force installed with Soviet help after World War II while the latter has been a participant in the democratic system Hungary has enjoyed since 1990. The demonstrators fifty years ago were quite representative of society, current protesters however are clearly right-wing and, judging from the number of flags with white and red strips used by the Hungarian Arrow Cross (fascist) movement in the 1940s, they often profess the ideology of the extreme right.

The numbers also different. Despite all the dangers associated with demonstrating in 56, the manifestations that took place then attracted hundreds of thousands while current protests gather crowds that are way smaller. Most importantly perhaps, while in 1956 there seemed to emerge a national consensus about the demands, at the moment Hungarian society is painfully split.

The anniversary of the 1956 revolution, in contrast to the 1848 uprising, has not become unifying holiday in Hungary. After this year’s events one can expect that it may further slip into the embrace of the right-wing forces. Despite the unity the revolution created among the Hungarians fifty years ago, its anniversaries seem likely to serve as an instrument of divisive politics oriented at particular interests in the future.