Bez muzyki żyć nie mogą

Rzadko się zdarza by jakąś książkę tak dobrze streszczała okładka jak to ma miejsce w przypadku Milyenek a magyarok czyli Jacy są Węgrzy Jánosa Lackfiego, którą polecił mi Chłopak. Podzielam z jej autorem ambicję przedstawienia Węgier takimi, jakimi są a nie takimi, jakimi są podług hołubionych przez Węgrów czy cudzoziemców stereotypów.

Spytałem autora czy miałby coś przeciwko temu bym przetłumaczył jeden z rodziałów książki. Nie miał, poniżej więc przedstawiam moim drogim czytelnikom rodzial pt. Bez muzyki żyć nie mogą.

Węgrzy to naród kochający muzykę, „bez muzyki żyć nie mogą”, jak to głosi powszechnie znana, ckliwa piosenka. W starszym pokoleniu wszyscy mają jeszcze „swoją śpiewkę” i gdy tylko nastrój towarzystwa czy też poziom alkoholu we krwi osiąga odpowiedni poziom, zawsze pojawiają się, lepiej-gorzej rozpoznawalne mimo zniekształceń, słodkawe, stylizowane na ludowe melodie. Przez całe dziesięciolecia olbrzymie wzięcie miał program radiowy Do smacznego obiadu gra muzyka. Każdego dnia w południe, zwłaszcza w niedzielę, z bramy każdego obejścia na węgierskiej prowincji roznosiły się po okolicy te same dźwięki. Przedstawiany w nich ludowy świat nigdy nie istniał chyba żeby brać pod uwagę zapewniające nieśmiertelność deski budapeszteńskiej operetki. Tutaj ukochaną przyzywa się wyrażeniami takimi jak „słodka dziecino”, „rozmarynowy aniołku z tej gospody”, „czysta fioletowa różo” czy też „przewrotny złoty skarbie”. Chłopaki też mają swoje ozdobniki: bywa tu „szelmowski łobuz Laci”, „brunet o palących oczach” oraz „mój drogi ukochany”.

Dziwny to kraj, nie sposób tu odnaleźć sypiącego się świata snujących się bez celu bezrobotnych z prowincji, cwanych specjalistów od fuch, ohydnych panienek z poczty i kutych na cztery nogi miejscowych dygnitarzy. Skorumpowany burmistrz to„hej, jakże dziarski jest nasz pan prezydent!”, odziana w poplamiony fartuch i rzucająca mordercze spojrzenia matrona z miejscowego spożywczaka z kiepsko pofarbowanymi włosami to „ta szaławiła sklepikarka w spódnicy z koronkami”, przerdzewiała brama to „hej, płot ze sztachetami zdobnymi w tulipany”. Pola wokół wsi na ogół posprzedawane cudzoziemcom to „rosą zmyta równina”, zapadające się, opuszczone lepianki to „strzechą kryte zagrody”, z ważnym uzupełnieniem iż „tu wiecznego szczęścia zazna nasze serce”. Zakochany bohater miast rozrylaną Ładą porusza się „na małym gniadym koniku z siodłem zdobionym guzami”, na głowie ma nie robioną na drutach przepoconą bobę ze sztucznej wełny a „żurawim piórem zdobiony kapelusz z podwiniętym rondem”. Dziarska węgierska śpiewka wszystko przeistacza, niczym zastrzyk znieczulający przyjemnie odrętwia namoczoną w palince duszę węgierską. Nie ma tu zajętych nieustannym odkurzaniem, padających z przepracowania, depresyjnych, zrzędzących matek. Zamiast tego rozbrzmiewa emocjonalna skarga muzyczna, w myśl której „ma droga matka nie ma sukni jedwabnej, spracowaną swą ręką gładzi moje czoło”. Ojciec też nie wali po pijaku swoich dzieci bo, okazuje się, „nikt nie równa się do mojego drogiego ojczulka”, wolny jest od nałogów a kiedy wracając z pracy zmęczony przekracza furtkę ze smutnymi synogarlicami doczekać się nie może kiedy zamknie w swych ramionach dziateczki swe.

W tym kraju ze snu wszyscy wciąż piją, ale nigdy nie są pijani tylko lekko podchmieleni, podochoceni czy pod dobrą datą. I każdy się bawi, hejże ha!, wesoło sobie podśpiewuje, nie obchodzą go problemy świata, globalne ocieplenie, spadek PKB ani ataki terrorystyczne. W wypadku gdyby problemy świata, globalne ocieplenie lub spadek PKB albo, co najważniejsze, zawód miłosny opanowały jednak naszą „smutku pełną, potokiem łez płynącą duszę” rozwiązanie jest oczywiste. Wtedy w smutku wyhulamy się, przepijemy ostatnią koszulę i dziś jeszcze w nocy rżnij Cyganie, niech rozbrzmiewa muzyka! A tę zdradziecką brązowooką dziewczynę, co złamała nam opuszcone serce, niech pokarze Bóg.

W takich piosenkach picie odnosi się wyłącznie do ognistego, czerwonego niczym krew wina, skutki uboczne są nieznane, nie uświadczysz bólu głowy, zawrotów, bolesnych kończyn czy też walania się we własnych wymiotach. Kiedy Józsi bácsi z dowcipu zatacza się o świcie od jednego rowu do drugiego a przechodząca tamtędy kobietą z krową gani go „spójrz tylko na to nierozumne zwierzę, nigdy nie pije więcej, niż akurat jest spragnione” Józsi bácsi odcina się „wodę to też bym tak pił”. Młodzi z piosenek są zawsze młodzi, gibcy w talii, nogi mają zwinne, ręce gotowe do klaskania, tańczą, nigdy się nie pocą i, by zacytować również ducha współczesnej epoki, „w samolot wsiądą jak pieniędzy zbiorą dużo, i polecą jak jaskółki wysoko nad chmurą”.

Węgier* nie chce oczywiście być niesprawiedliwym wobec tego przepisanego ze skrzypiec na syntezator świata piosenek, przywoływanego do życia na każdej najlichszej zabawie wiejskiej, majówce czy weselu. Poza manierą pojawiają się tu również urocze pomysły, na przykład kiedy dziewczyna z piosenki zachodzi do apteki po cudowny lek miłosny. Lub gdy też prosi pana doktora kochanego by pomalował jej twarz na rumiano, w dodatku takim filuternym smarowidłem, żeby chłopak raz-dwa-trzy oszalał na jej punkcie jak tylko na nią spojrzy. Z eliksirem natomiast coś złego się dzieje, jego działanie się odwraca, i nasza bohaterka ledwo co spojrzy się na jakiegoś młodzieńca raz-dwa-trzy sama traci dla niego głowę. Historia siedzących przed domem i plotkujących babć – stara węgierska tradycja – też jest urokliwa: z powodu ich złych i szkodliwych plotek chłopak z piosenki prosi Boga by przykleił wszystkie te jędze do ławek. Być może i teraz tam siedzę jeśli dotąd nie umarły. (Większość węgierskich bajek tak się właśnie kończy).

*tak autor pisze o sobie w tekście

Post opublikowany również na stronie Blogerzy ze świata.

PS Wczoraj przyznano tutaj prestiżową nagrodę Prima Primissima, która w kategorii literatury dostał János Lackfi. Z tego miejsca mu serdecznie gratuluję!

Legalny bimber

Jednym z pierwszych decyzji obecnego rządu, podjętą we wrześniu 2010 roku, było uwolnienie od akcyzy palinki pędzonej domowo lub też na indywidualne zamówienie w destylarniach. Ograniczono tylko jej ilość do osiemdziesięciu sześciu litrów pięćdziesięcioprocentowego produktu na osobę.

Nie znam do końca motywacji rządu, chodziło chyba o gest w stosunku do wyborców na prowincji, gdzie palinka jest nieodzowną częścią stylu życia. Przykładem tego jest dość niesamowity zwyczaj picia niedużego kieliszka (kupica) palinki na czco przed śniadaniem. A pije się ją rzecz jasna też w innych okolicznościach.

Na skutek reformy w sklepach pojawiły się zestawy do domowego pędzenia palinki na wypadek gdyby ktoś nie miał jeszcze swojego. Pędzenie palinki zdegradowało się do poziomu robienia konfitury z malin czy soku z wiśni.

sprzęt do pędzenia palinki

pełna legalność, Praktiker 2013

W efekcie zmiany drastycznie spadły dochody z palinkowej akcyzy. W 2011 roku było to wszystkiego 15 milionów forintów wobec 2,8 miliarda w 2010 roku i 8 miliardów w roku 2009. Rzecz jasna nie cała produkowana palinka jest grzecznie spożywana w ramach gospodarstwa domowego, spora jej część musi rozchodzić się na czarno.

To poważne wyzwanie dla firm produkujących palinkę, które akcyzę płacą i dla których domowa palinka stała się nagle poważnym konkurentem. Trzeba tu dodać, że węgierskie wina i palinki przeszły w ciągu ostatnich ponad dwudziestu lat wielką zmianę na lepsze. Pojawili się nowi producenci, jakość poszybowała w górę, wybrane produkty zaczęły trafiać do dobrych restauracji na całym świecie. Przy czym tak jak wino w stosunkowo niewielkich ilościach zawsze można było produkować dla siebie tak w wypadku palinki tego precedensu nie było.

Martwi to też urząd podatkowy [HU]. Wyliczył on, że 86 legalnej palinki oznacza 2.3dl każdego dnia, a to „według wskazań WHO może prowadzić do marskości wątroby”.

Tak, tak, do sytuacji sam nasuwa się komentarz literacki: Od palinki brzydkie uczynki. Pytanie do czytelników: kto jest autorem tego, dość krótkiego, utworu rymowanego i jak się nazywa zastosowany gatunek literacki?

Post opublikowany również na stronie Blogerzy ze świata. 

Wzbogacanie bogatych

Ostatnie wyniki badań nad „obniżką podatków” (link także tu) oraz „obniżką opłat komunalnych” (czemu w cudzysłowie zaraz się wyjaśni) potwierdzają dobitnie chrześcijańską inspirację działań rządu Orbána. Mam na myśli następujący fragment z ewangelii według św. Mateusza: „Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.”

Najpierw obniżka podatków: lepiej mówić jest o zmianach w systemie podatku osobistego. W ich skład wchodziły wprowadzenie podatku liniowego o kluczu 16%, likwidacja ulg, likwidacja tzw superbrutto czyli wliczanie tutejszej składki zusowskiej do podstawy podatkowej a także wprowadzenie ulgi rodzinnej. W ich rezultacie w okresie 2010-2013 dochody państwa obniżyły się o 444 miliardy forintów (6,2 miliarda złotych). 74% tej sumy wylądowało u bezdzietnych obywateli należących do dwudziestu procent najlepiej zarabiających.

Autorzy opracowania [HU] (Csaba G.Tóth i Péter Virovácz) podzielili pracujących na dziesięć równych grup w zależności od osiąganych dochodów. Obciążenie podatkowe dolnych siedmiu grup wzrosło o 134 miliardy forintów, w ósmej grupie nieznacznie spadło, w dziewiątej zmałało o 72 miliardy a w najlepiej zarabiającej ostatniej grupie skurczyło się o 501 miliardów.

Udział tej ostatniej grupy w dochodach państwa z tytułu podatku indywidualnego spadł z 61% na 42%, dla dziewiątej grupy zmian nie było, natomiast udział mniej zarabiających znacząco wzrósł.

I tak pracujący za płacę minimalną przedtem rocznie płacił 58 tysięcy forintów, obecnie jest to 126 tysięcy. Zarabiający średnią krajową zamiast uprzednich 312 tysięcy płaci obecnie 299 tysięcy.

Raport nie pochodzi z jakiegoś opozycyjnego ośrodka, jeden z jego autorów jest pracownikiem instytutu Századvég, który jest bardzo bliskim rządowi think tankiem. Századvég szybko wydał oświadczenie, że raport „nie przedstawia stanowiska tego instytutu”.

Skrytykowało go również Ministerstwo gospodarki zarzucając autorom popełnienie szeregu błędów metodologicznych skrzywiających obraz sytuacji [HU].

Podobne w naturze są konkluzje innego opracowania [HU]  tym razem badającego wpływ działań rządu na koszty utrzymania.

Mimo kampanii obniżania opłat („20-procentowa obniżka opłat komunalnych” głoszą reklamy w całym kraju) z powodu wprowadzenia innych opłat (myto dla ciężarówek za używanie dróg, podatek tranzakcyjny, podwyżka kosztów telekomunikacji i opłat telewizyjnych, podwyżka cen alkoholu i papierosów) najgorzej zarabiający w sumie na zmianach stracili.

reszicsökkentés

na billboardach obniżka, rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana

Niemal jedna trzecia oszczędności na opłatach wzbogaciła dziesięć procent ludności, natomiast podwyżki cen różnych towarów (spowodowane między innych przez wbudowanie ceny myta drogowego w cen usług firm transportowych) dotknęły 80% mieszkańców Węgier. Te dziesięć procent najbardziej zyskujących na niższych opłatach to ci, którzy dotąd najwięcej płacili za ogrzewanie, gaz czy prąd, czyli znów osoby najzamożniejsze.

Konkluzje opracowań nie są w żaden sposób zaskakujące bo wynikają z logiki zmian wprowadzonych przez rząd. Sam Orbán zresztą chętnie mówi o promocji klasy średniej, podatek liniowy czy obniżka opłat nieźle się do tego dodają. Nieprzyjemne jest jednak publiczne potwierdzenie, że rząd przeprowadza wielki transfer dochodów od biednych do bogatych bo na poziomie ogólników rząd utrzymuje, że wszystkim robi dobrze.

I to wszystko bardzo po chrześcijańsku:)

Post opublikowany również na stronie Blogerzy ze świata. 

Nacjonaliści i feministki

Jedenastego listopada grupa aktywistów Jobbiku wzięła udział w Marszu Niepodległości a inna grupa węgierska związana z CÖF (Civil Összefogás czyli Współpraca Obywatelska) organizatorem prorządowych Marszów Pokoju pojawiła na organizowanych przez PiS obchodach święta w Krakowie.

Były to rewizyty, podobne grupy odwiedzały się już w przeszłości, najbardziej spektakularna z nich była wizyta paru tysięcy członków klubów Gazety Polskiej na Węgrzech w święto narodowe 15 marca zeszłego roku. Akcentu polsko-węgierskiego doczekała się nawet spalona tęcza: na fejsbuku, z dochodzącym obecnie do trzydziestu tysięcy poparciem, powstała grupa Odbudujmy tęczę w barwach Polsko-Węgierskich.

Powstaje wrażenie, że stosunki polsko-węgierskie całkowicie zdominowane są przez nacjonalistycznął prawicę. Nie jest tak do końca: tegoż 11 listopada inspirowany przez polski Kongres Kobiet w Budapeszcie miał miejsce Nőkongresszus czyli właśnie Kongres Kobiet.

Był to pierwszy taki kongres na Węgrzech. Z Polski przyjechały na niego Ewa Woydyłło-Osiatyńska oraz Katarzyna Zwolak, dyrektorka biura Stowarzyszenia Kongres Kobiet. Przekaz w formie wideo przesłała Danuta Hübner. Pojawił się też ambasador Roman Kowalski.

Rozmawiam z jedną z organizatorek Enikő Pap. Mówi o sukcesie: oddźwięk, zarówno ze strony uczestników jak i w mediach, był pozytywne Na kongresie pojawiło się ponad 630 osób (tyle się zarejestrowało), czyli sporo. Bardzo dobrze przyjęta była Eve Ensler, autorka Monologów waginy. Wystawę o równouprawnieniu kobiet w Norwegii otworzył ambasador tego kraju.

Rozmawiano o przemocy wobec kobiet, prawach kobiet w Europie, udziale kobiet w polityce, ekonomicznej niezależności kobiet, prawach reprodukcyjnych, dyskryminacji kobiet należących do jakiejś mniejszości np. lesbijek czy Romek, i o miejscu kobiet w społeczeństwie.

Kongres zakończyła degustacja win z piwnicy Nyilas robionych przez winiarki (rodzaj żeński słowa winiarz:) oraz koncert piosenkarki Bei Pálya. Pełen program po angielsku tu.

***

Niesamowite są te równoległe fascynacje: polskich nacjonalistów ich węgierskimi odpowiednikami („będzie jeszcze Budapeszt w Warszawie”), węgierskich kibiców polskim kibolstwem a teraz węgierskich feministek polskim działaczkami.

Post opublikowany również na stronie Blogerzy ze świata. 

Czy będzie polski poseł do węgierskiego parlamentu?

Teoretycznie to możliwe, praktycznie nie, już wyjaśniam dlaczego.

Reforma wprowadzona przez Fidesz zaraz na początku obecnej kadencji przewiduje szereg zmian w jego funkcjonowaniu. Najwięcej uwagi przyciągnęło zmniejszenie liczby posłów: będzie ich 199 (obecnie jest 386), z czego 106 wybieranych w okręgach jednomandatowych oraz 93 wybieranych z list krajowych. Ważne też jest, że wybory będą miały tylko jedną turę. Pojawiła się zarazem ułatwiona możliwość wyboru kandydatów mniejszości narodowych na Węgrzech dotycząca także mniejszości polskiej.

W myśl ustawy [HU] krajowe samorządy mniejszościowe będą miały prawo tworzyć mniejszościowe listy wyborcze z co najmniej trzema kandydatami. Do zgłoszenia kandydatur potrzeba poparcia co najmniej jednego procenta wyborców zarejestrowanych jako dana mnieszość. Trzeba dodać, że tacy wyborcy będą głosować na kandydata w okręgujednomandatowym oraz na listę mniejszościową zamiast partyjnej listy krajowej – przy założeniu oczywiście, że taka lista mniejszościowa zostanie utworzona.

parliament_Arian_Zwegers_PL

Nieco zmodyfikowane zdjęcie Ariana Zwergsa, źródło Flickr

Ilu głosów potrzeba by mniejszościowy kandydat wszedł do parlamentu? Mniej niż w przypadku kandydatów partyjnych, wyliczenie ilu dokładnie jest nieco skomplikowane. Najpierw trzeba podzielić liczbę wszystkich głosów oddanych na listy krajowe przez 93 (uzyskamy tak średnią ilość głosów odanych na jednego posła, który wejdzie do parlamentu z takiej listy), a rezultat dalej podzielić przez cztery, uzyskujemy zniżkowy próg wyborczy. Gdy liczba głosów oddanych na kandydata mniejszościowego osiągnie lub przewyższy ten próg kandydat wchodzi do parlamentu. To ułatwienie dotyczy jednak tylko jednego kandydata, następni konkurują już z kandydatami partyjnymi bez żadnych ulg: liczy się wyłącznie liczba oddanych głosów.

W przypadku gdyby nikt z listy mniejszościowej nie zdobył mandatu pierwszy kandydat z listy trafia do parlamentu jako rzecznik (szószóló) danej mniejszości.

Ustawa [HU] stanowi, że rzecznik nie głosuje w parlamencie ale ma prawo do zabierania głosu w sprawach dotyczących mniejszości oraz udziału – z prawem głosu – w pracach w komisji reprezentującej mniejszości.

Tyle ustawodastwo. Realistycznie oczywiste jest, że mniejszość polska swojego posła mieć nie będzie. W pierwszej turze wyborów w 2010 roku wzięło udział 64,2% uprawnionych do głosowania, czyli ponad 5 157 tysięcy osób (źródła tu i tu [HU]). Zakładając podobną frekwencję uzyskujemy zniżkowy próg wyborczy w wysokości 13 865. Dane statystyczne z 2013 roku ([HU]) podają znacznie niższą liczbę Polaków na Węgrzech: 2 962 (chodzi rzecz jasna o osoby z węgierskim obywatelstwem). Z tego posła nie będzie.

Mniejszość polska jest dobrze zorganizowana i dlatego sądzę, że w wyborach wystartuje i rzecznika się dochowa, pytanie kto nim zostanie. Według ustawy nie może być to członek lub przewodniczący krajowego samorządu mniejszościowego. Czy ktoś ma jakieś informacje, przeczucia czy pomysły w tej sprawie?

***

Warto dodać, że wobec obecnie wprowadzanego systemu sformułowano szereg zastrzeżeń (np. tu [HU]). Pierwszym problemem są liczby: wśród mniejszości na przekroczenie nawet ulgowego progu mają szanse wyłącznie Romowie i Niemcy. Pozostałe mniejszości są nie dość liczne i posła praktycznie nigdy nie będą miały.

Problematyczne jest też zmuszanie członków mniejszości do wyboru między głosowaniem na listę mniejszościową a na listy partyjne. Wiele osób może uważać, że ich głos będzie miał większą wagę gdy zagłosują na listę partyjną i zrezygnują z rejestracji jako mniejszość, zwłaszcza w przypadku mniejszości bez szans na posła.

Obecny system ponadto daje monopol na wysuwanie kandydatów mniejszościowym samorządom krajowym. W efekcie mamy raczej Front Jedności Narodu niż wolne wybory. Ponadto w momencie wyłaniania kandydatów samorząd krajowy będzie miał już niemal całą kadencję za sobą (wybory samorządowe następują na jesieni po wiosennych wyborach parlamentarnych), często w takich wypadkach dochodzi do utraty popularności. Danie mu możliwości wysuwania kandydatów wydłuża jego wpływy daleko poza okres, na który został wybrany.

Ciekaw jestem jaki efekt będzie miał nowy system na udział mniejszości w życiu politycznym kraju. Dowiemy się tego wkrótce.

Post opublikowany również na stronie Blogerzy ze świata.

lepsze niż Balaton

Oczywiście jezioro Cisa (Tisza-tó). Niedawno je odwiedziłem i nie dość, że do dziś chodzę z głową pełną wrażeń stamtąd to w dodatku wszyscy, z którymi o nim rozmawiałem podzielają moją opinię.

jezioro Cisa

Jezioro jest spore (127 kilometrów kwadratowych – dla porównania, Balaton ma ich 594) i bardzo nowe: powstało w wyniku spiętrzenia Cisy w okolicach Kisköre w roku 1973. Utworzono je dla zapobiegania powodziom oraz irygacji w rolnictwie.

Stworzenie jeziora było w pewnym stopniu odtworzeniem stanu pierwotnego. Bo kiedyś wielka niecka kotliny Panońskiej była w dużej części pokryta mokradłami i  osuszenie kraju było gigantycznym przedsięwzięciem drugiej połowy XIX wieku. Operacja się udała, rzeki grzecznie płyną wyprostowanymi korytami, nieużywane zakola rzeki ją rajem dla wędkarzy, powodzie są katastrofą przytrafiającą się czasami a nie codziennością, co umożliwiło rozwój rolnictwa. Przyroda też, rzecz jasna, zauważyła zmiany, o tym więcej za chwilę.

panoramaKisTisza

Mała Cisa przepływająca przez jezioro – duży rozmiar po otwarciu w osobnym oknie

Nad jeziorem byliśmy w hotelu położonym między Poroszló i Tiszafüred, to teren parku narodowego Hortobágy, w którego innej części byłem już wcześniej (też było świetnie – wpisy tu, tu i tu). Nie całe jezioro to taka cicha idylla jak tu, w innej części można pływać na skuterach wodnych, są tam plaże i jest generalnie głośniej. Tutaj jednak, jak się człowiek oddali od drogi i toru kolejowego, które przecinają jezioro w połowie, poza nawoływaniem ptaków słychać czasem terkotanie silniczków łódek rybackich.

jezioro Cisa

mosty kratownicowe

Nad jeziorem Cisa w głównej roli jest przyroda. Jest tu masa ptaków do oglądania – ponad 300 gatunków. Koniec października, kiedy byliśmy to okres przelotów żurawi. Poszliśmy oglądać je wieczorem jak zapadają na sen na polu. Dowiedzieliśmy się jak są czujne: dwieście lat temu, kiedy żyły na rozciągających się tu mokradłach służyły jako strażnicy domostw. Istniał wówczas osobny zawód żurawnika. Żurawnicy zajmowali się oswajaniem żurawi – podobno przywabiając młode osobniki przy pomocy kawałków chleba nasączonego palinką. Zawód wymarł wraz ze zniknięciem żurawi.

jezioro Cisa

takie widoki  czekają oglądających żurawie

żurawi wieczorny harmider

tiszato10C

cały czas nad głową, zdjęcie Chłopaka

I jeszcze jedna ciekawostka dotycząca tych ptaków. Ich zakrzywione pióra spod lewego skrzydła („lewe pióra”) były nieodzowną ozdobą kapelusza pastuchów z Hortobágy. Tylko one się nadawały bo tylko one noszone z lewej strony odpowiednio opadały w tym. Każdy szanujący się pastuch musiał mieć takie pióro, słyszałem o wypadku, kiedy za takie pióro dano całą krowę (wiele się różnili od obecnych nastolatków, które MUSZĄ mieć najnowszego iPhona?)

kapelusz csikosa z lewym piórkiem, źródło strona Gyuli Mihalkó

Tyle żurawie. Inne zwierzę, które było ale go już nie ma to bieługa. Ta ryba dochodząca w wadze do 600 kilogramów żyła kiedyś i na Węgrzech. Pływała w Dunaju i w morzu Czarnym: w trakcie swego życia potrzebuje zarówno środowiska słodkowodnego jak i morza. Przestała się pojawiać kiedy rzeki poprzegradzano progami. Bieluga daje jeden z rodzajów kawioru.

Bieługę widzieliśmy w, jak to chętnie się tu podreśla, największym w Europie akwarium słodkowodnym usytuowanym w Poroszló. Otwarte trochę ponad rok miejsce wciąż lśni nowością. Poza samym akwarium, gdzie poza rybami można sobie obejrzeć karmienie wydr, są tam też żaby, węże i jaszczurki. Akwarium ma też część pod gołym niebem.

tiszato11C

bieługa, zdjęcie Chłopaka

Stąd też ruszają stateczki na trzcinowisko, gdzie można sobie pochodzić po drewnianych chodnikach o popodglądać ptaki. Tu i ówdzie stoją tablice informacyjne i tak dowiedziałem się, że jednym z najlepiej upierzonych ptaków jest łabądź. Ma nie mniej niż dwanaście tysięcy piór.

jezioro Cisa

stateczek wiozący turystów na trzcinowisko, z tyłu widać charakterystyczną wieżę akwarium

jezioro Cisa

domek do obserwacji ptaków

tiszato9C

są tam nie tylko ptaki

Najlepsze są jednak wycieczki łódką z GPS-sem. Wynajmuje się pięcioosobową płaskodenną łódką z motorkiem, wybiera trasę na GPS-ie i jazda! Bez GPS-su można by się łatwo zgubić w trzcinach mimo tu i ówdzie stojących w wodzie drogowskazów.  Było przepięknie choć podobno najlepiej jest wybrać się w połowie lipca bo wówczas najintensywniejsze jest ptasie życie i pisklęta są na tyle duże, że zaczynają opuszczać gniazda i można je zobaczyć.

jezioro Cisa

drogowskazy wodne

jezioro Cisa

w ciasnych szuwarach

IMG_0022

każdy ma dwanaście tysięcy piór, zdjęcie Chłopaka

Można też jeździć nad brzegami jeziora rowerami. Jest wyspa przygód w małpim gajem (nie dotarliśmy tym razem). Jest pewno i wiele innych rzeczy, których póki co nie odkryliśmy.

No i są ryby. Łatwo kupić świeże ryby, wszędzie można je zjeść. Podawane są też na więcej sposobów niż oklepana rybna święta trójca zupy rybackiej, ryby panierowanej czy też paprykarza. Nie na darmo na tych terenach nawet chłopi jadali kiedyś żaby, coś z tych tradycji do dziś pozostało.

Czemu jezioro jest lepsze od Balatonu? Bo tu jest więcej do robienia niż nad Balatonem, nad którym wybór ogranicza się w zasadzie do kąpieli, żeglowania – jak ktoś umie – i ewentualnie turystyki winnej. Bo samego Balatonu, na ile by piękny nie był, nie widać niemal spod warstw tandetnych domków letniskowych, budek sprzedających tandetę i smażone morszczuki, betonu i kąpiących się.  Bo Balaton tak „ucywilizowano”, że aż człowiek podejrzewa, że pływające po jeziorze parę łabędzi jest na etacie samorządu. Kiedyś sytuacja na pewno się poprawi ale póki co zawsze jest jezioro Cisa.

jezioro Cisa

jest cudownie

Post opublikowany również na stronie Blogerzy ze świata.

prezent urodzinowy dla Polski

Zaproszenie brzmiało tak:

  Zróbmy Polsce prezent na urodziny 11 listopada!!

 
 
Zapraszamy wszystkich:
przyjdźcie 9 listopada (sobota) o godz.14.00 na Nagymező u.15 u.(to przed Instytutem Polskim).
 
Prezent będzie prosty w wykonaniu, ale miły dla oka.
Nie będzie akademii, nie będzie polityki.
Przecież to urodziny!

I faktycznie: nie było akademii, nie było polityki, było radośnie, był prezent. Sto lat wprawdzie nie było ale za to był szybko (na wezwanie prowadzącej przyjęcie urodzinowe Marysi Felföldi ze stowarzyszenia Polonia Nova) choć nie pośpiesznie odśpiewany hymn.

I tylko ci biedni turyści – Instytut Polski mieści się przy jednej z głównych turystycznych promenad Budapesztu dla tych co nie wiedzą – byli zupełnie zagubieni: jak to, święto narodowe Polski obchodzą tu, w Budapeszcie?

Drzewko urodzinowe można oglądać i dziś.

urodziny Polski, Budapeszt 9 listopada 2013

szykowanie prezentu

urodziny Polski, Budapeszt 9 listopada 2013

szykowanie prezentu na ziemi

 

urodziny Polski, Budapeszt 9 listopada 2013

szykowanie prezentu w powietrzu

urodziny Polski, Budapeszt 9 listopada 2013

prezent gotowy, zaraz będzie śpiewanie hymnu

urodziny Polski, Budapeszt 9 listopada 2013

pamiątkowe zdjęcie na fejsbuka

hitchcockowski horror dla winiarzy

Gdyby ktoś chciał zrobić niszowy horror dla winiarzy to temat byłby oczywisty: szpaki. Te nieduże ptaki są zmorą winiarzy ponieważ są w stanie z ciągu paru minut zniszczyć całoroczny trud hodowli winorośli. Zjawiają się wielkimi stadami późnym latem i jesienią kiedy winorośl jest już dojrzała, spadają na winnicę i szybko ją objadają, a czego nie zjedzą to strącają na ziemię. Efekt ciemniejącego nagle nieba i pikujące wdół mrowia ptaków potrafi być przerażający.

szpaki nad winnicą, źródło Index.hu

formacje szpaków w locie

Dlatego winiarze bronią się jak mogą. Efekty tej obrony nadają charakterystyczną oprawę dźwiękową regionom winnym na jesieni, kiedy sytuacja staje się najgorętsza. Co jakiś czas słychać głuche strzały gazowego działa, jak ktoś ma dobre ucho to rozróżni dźwięki automatycznych odstraszaczy szpaków, zwykle imitacje drapieżników. Ale najczęstsze jest chyba walenie chochlą w stary garnek, które jest rozwiązaniem zdecydowaniem low-tech – robi to wynajęty człowiek za jakieś 3000 forintów dziennie – ale i pewnie dość skutecznym bo żywy człowiek lepiej potrafi odstraszyć ten inteligentne ptaszki niż jakiś automat, którego szybko uczą się nie bać. Pokrywanie winorośli siatką jest skuteczne ale drogie. Jeszcze skuteczniejsze ale i jeszcze droższe jest wynajęcie sokolnika z ptakiem, którego sylwetkę na niebie dla szpaki biorą, w przeciwieństwie do strachów ustawianych niekiedy w winnicach, poważnie.

szpaki uciękające przed sokołem drzemlikiem

Szpaki znane są ze swojej inteligencji. Zręcznie dają sobie radę z różnymi formami zabezpieczeń winnic i sadów – jedzą też inne owoce, przy migracjach niekiedy korzystają z pomocy statków płynących w dogodnym dla nich kierunku. W niewoli uczą się naśladować dźwięki, potrafią przyswoić sobie melodie i powtarzać całe słowa. Przywiązują się do swoich właścicieli.

ładny ptak szpak, źródło wikipedia

W sumie jednak szpaki są dla rolnictwa zdecydowanie pozytywne. Owoce to parę procent ich diety, głównie żywią się owadami, w większości szkodnikami. Tylko czy to wielka pociecha dla winiarza, któremu właśnie zniszczyły całe plony? Zdecydowanie temat na horror.