Radio Polonia Węgierska 60 / Komunizm na wyspie Szentendryńskiej

W 60-tym odcinku podcastu opowiadam (27:30) o założonym przed niemal stu laty przez komunistów i do dziś zachowującym nieco swojego pierwotnego charakteru letniskowym osiedlu na wyspie szentendryńskiej.

Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy węgierskiej
– przegląd prasy polskiej
– jeż węgierski
– urywki z historii
– Węgrzy w Powstaniu Warszawskim
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, P.Piętka, J. Celichowski

Czy możliwy jest komunizm dla chętnych? Dziwne pytanie, bo ustrój ten zwykle zaprowadzano przemocą, przy pomocy rewolucji czy też na bagnetach Armii Czerwonej.

A jednak, jest na Węgrzech jedno takie miejsce, które, można powiedzieć, urządzono w duchu komunizmu i to w dodatku zupełnie dobrowolnie.

Mowa jest o osiedlu Horány na wyspie Szentendryńskiej. Ogrodzone jest ono płotem i wejść tam można tylko gdy wprowadzi nas ktoś, kto tam ma domek – jeden ze stu pięćdziesięciu, które na osiedlu się znajdują. Na terenie samego osiedla żadnych płotów już nie ma, nie ma oddzielnych działek, każdy chodzi gdzie chce – a zwłaszcza dzieci, które biegają po całym terenie pod zbiorowym okiem wszystkich dorosłych. W razie problemu zawsze jest ktoś, kto pomoże, pocieszy, nakarmi, odprowadzi do domu. Nie wolno tu wjeżdzać samochodem, większe przedmioty transportuje się skrzypiąca, wspólną, a jakże, taczką.

Na osiedlu sporo jest elementów wspólnotowych. Wspólny jest prąd, woda, wywóz śmieci. Kiedyś nawet gotowanie było wspólne. Działa małe muzeum, są imprezy kulturalne, kino pod gołym niebem, stoły pingpongowe, boisko i hangar dla łódek, Dunaj przecież tuż-tuż. By dojść do plaży trzeba tylko przejść przez asfaltową drogę i już można się kąpać niekiedy poddając się falom wywołanym przez przepływające obok gigantyczne wycieczkowce.

Osiedle powstało w latach 20-tych. Założyli je członkowie żydowskiego komunistycznego klubu wioślarskiego, co wyjaśnia wewnętrzną organizację terenu. Z czasem dołączyli do nich inni, esperantyści, wolnomyśliciele – a także turyści, miłośnicy natury.

Wielu mieszkańców osiedla w czasie wojny stało się ofiarami Holocaustu. Niektórzy porobili kariery w okresie socjalizmu. Jednak zaraz po rewolucji 1956 roku blisko jedna czwarta mieszkańców uciekła z Węgier na emigrację.

Na osiedlu letniskuje kolejne, trzecie już pokolenie. Dawną nazwę Vörös Meteor (Czerwony Meteor) zmieniono na zwykły Meteor by nie kłuła w oczy. Wspólnotowy charakter miejsca jednak pozostał. Taki komunizm dla chętnych, przeciwko któremu sam nic nie mam.

Komuniści na plaży przy Horány, źródło; Fortepan / Dénes János
Miłośnicy sportów wodnych odsłaniający pomnik ruchu robotniczego na osiedlu, źródło: Fortepan / Dénes János

Radio Polonia Węgierska 53 / zapomnieć gwiazdę na koszulce Puskása

Z którego osiągnięcia rákosizmu są Węgrzy do dziś bezgranicznie dumni? No właśnie, o tym opowiadam w ostatnim odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (23:15).

Zaczęło się właśnie Euro i jako że w mistrzostwach bierze udział reprezentacja Węgier nie sposób nie wspomnieć Złotej Jedenastki. Osiągnęła ona niewyobrażalne sukcesy, przede wszystkim zwycięstwo nad Anglią na Wembley 6:3 w 1953 roku potwierdzone miażdzącym rewanżem w Budapeszcie 7:1, i słusznie stała się legendą, nie tylko zresztą sportową ale i narodową. Przyznają się do niej wszyscy Węgrzy bez względu na poglądy polityczne. Nie mówi się przy tym, że ta drużyna ogromnie wiele zawdzięczała szalejącemu wówczas na Węgrzech stalinizmowi Mátyása Rákosiego.

Jej trener Gusztáv Sebes, przy okazji komunista, wiceminister sportu i przyjaciel Rákosiego, wprowadził szereg nowinek. Uznał, że piłkarze muszą cały czas przebywać ze sobą, więc za jego wskazaniem Ministerstwo Obrony przejęło klub Kispest przemianowując go na Honvéd, nakłaniając zawodników by służbę wojskową odbywali na boisku – w jego ramach. Honvéd swobodnie przejmował upatrzonych przez trenera zawodników z innych klubów.

Skoszarowani tam zawodnicy poddawani byli przez Sebesa surowemu reżymowi szkoleniowemu. Kładł on nacisk na sprawność ogólną i umiejętność współpracy na boisku, co szło w poprzek rozpowszechnionemu wówczas skupianiu się na indywidualnościach. Przed meczem na Wembley urządził boisko o identycznych wymiarach co tamten stadion, nieco szerszy niż węgierskie boiska, sprowadził na treningi piłkę z Anglii, i ćwiczył grę przy zapalonych świecach dymnych symulujących londyńską mgłę. Ponieważ miał polityczne poparcie do szkolenia dostawał wszystko czego sobie zażyczył.

Rzecz jasna, przyszło mu pracować z fantastycznie utalentowanymi piłkarzami ale posiadający dzięki totalitarnemu systemowi absolutną władzę w sporcie mógł ją wykorzystać zarówno do pogrążenia reprezentacji kraju jak i do wyniesienia jej na niezrównane od tej pory wyżyny.

Rezultaty wprawiały w euforię zarówno węgierskich kibiców łechcąc ich dumę narodową jak i komunistyczne władze, które sukcesy Złotej Jedenastki wykorzystywały co celów propagandowych dowodząc wyższości „socjalistycznego futbolu” a zarazem i samego ustroju.

Dziś nie mówi się już publicznie o roli socjalizmu w sukcesach drużyny, są to po prostu sukcesy Węgier. Dobrze zilustrował to niedawno minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó wręczając premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu koszulkę najwybitniejszego z członków Złotej Jedenastki Ferenca Puskása z umieszczonym na niej współczesnym herbem Węgier mimo że w okresie swoich największych sukcesów drużyna grała z ówczesnym komunistycznym godłem z gwiazdą na piersi.

W historii węgierskiej, a może w ogóle w historii, nic nie jest proste.

Mural upamiętniający mecz na Wembley, koszulki z gwiazdą
Péter Szijjártó, Benjamin Netanjahu, koszulka Puskása – z dzisiejszym herbem, źródło: 444.hu

Radio Polonia Węgierska 46 / przedchrześcijańskie Węgry

Węgrzy mają bogatą przedchrześcijańską historię – i są jej świadomi. O tym mówię w najnowszym podcaście Radio Polonia Węgierska (25:05). Pełen program podastu oraz mój tekst poniżej.

  1. Powitanie
  2. Serwis
  3. Przegląd prasy
  4. Jeż Węgierski w eterze
  5. Urywki historii
  6. Pożegnanie

Dopiero co mieliśmy święto chrztu Polski. Przyjęło się mówić, że to wydarzenie stanowiło zarazem początek państwa polskiego. Pomijając już kwestię na ile takie podejście jest historycznie uzasadnione warto przypomnieć, że w przypadku Węgier sugestia, że historia państwa – narodu – zaczyna się od chrztu władcy byłyba w oczywisty sposób bezsensowna: Węgrzy mają długą przedchrześcijańską historię.

Przed pojawieniem się w Kotlinie Karpackiej przebyli oni długą drogę ze wschodu. Ich trwająca kilka wieków wędrówka z praojczyzny za Uralem poprzez przystanki koło Uralu, koło Kaukazu, w Etelköz leżącym pomiędzy Donem a dolnym Dunajem doprowadziła do terenów dzisiejszych Węgier. Po drodze prowadzacy często nomadzki tryb życia Węgrzy zetknęli się z szeregiem kultur, co zostawiło ślady w języku. Przybywając do Kotliny Karpackiej Węgrzy byli politycznie i militarnie zorganizowani.

Świadomość tego jest wśród Węgrów obecna. Nawiązania do tego pojawiają się w polityce. Hasło „wiatru ze wschodu” promowane przez Orbána jest tego przykładem. Węgry uczestnicą, jako obserwator, w pracach Rady Współpracy Państw Języków Tureckich co jest kolejnym ukłonem do wschodniego pochodzenia Węgrów.

Choć prawica chętnie odwołuje się do chrześcijańskiego charakteru kraju to jednak spotyka się nawiązania do przechrześcijańskich Węgier. Kult pogańskiego jeszcze wodza Arpada, który przeprowadził podbój Kotliny Karpackiej jest niekontrowersyjny. Gorzej bywa gdy popularny symbol turula, obecnie zwykle traktowany jako część legendarium narodowego, niekiedy odzyskuje swój religijny, pogański charakter. By się o tym przekonać można odwiedzić świątynię w Verőce, której w swoim czasie nie chcieli poświęcić biskupi ze względu na pogańskie symbole, między innymi właśnie turula. Warto zajrzeć też do Dobogókő i obejrzeć sobie tam liczne symbole pogańskie oraz nawiązania do szamanizmu. Mieścić ma się tam jedna z czakr ziemi i to tam właśnie energią mieli się napełniać węgierscy królowie przed koronacją. W internecie można na jej temat znaleźć sporo nie całkiem chrześcijańskich w charakterze materiałów.

świątynia w Verőce
Turul a nie Duch święty

Ciekawą kwestią jest jak w takiej sytuacji uczyć historii. Możliwości jest kilka: można się skupić na historii państwa – wtedy mowa byłaby tylko o okresie od podboju Kotliny Karpackiej ale trzeba by uwzględnić mniejszości w nim żyjące, na historiii terenów – wtedy uwzględniona byłaby również przedwęgierska historia Kotliny, czy też na historii ludu bądź narodu, co uwzględniałoby całą historię wędrówki Węgrów. Sprawdziłem: w szkołach dominuje historia państwa choć uczniowie (trochę) uczą się też o prehistorii Węgrów oraz o historii Acquincum. Na proporcje wpływ na dostępność źróde, dość ograniczona w przypadku tych dwóch ostatnich tematów.

O ile prostsze jest wszystko w Polsce …

Zrozumieć Trianon – tekst w Polonii Węgierskiej

W zeszłorocznym czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst pt. Zrozumieć Trianon. Dwa numery później PW opublikowała list László Szabó, który skrytykował tekst, a także moją odpowiedź, i tak teraz te teksty są dostępne w jednym miejscu, może kogoś zainteresują.

***

Zrozumieć Trianon

Trianon nie jest łatwy do zrozumienia dla nie-Węgrów, w tym i dla Polaków.

Nieraz na historię innych krajów, czy też narodów, patrzymy poprzez analogie do własnej historii. Dzieje się tak mimo tego, że każda analogia kuleje.

Wobec Trianonu nasuwają się dwa takie – sprzeczne – porównania. Jedno to rozbiory: poprzez traktat Trianon Węgrom zabrano tereny jak Polsce w XVIII wieku. Stało się tak na mocy decyzji europejskich potęg. Drugie to narracja niepodległościowa: po pierwszej wojnie światowej na gruzach imperiów, a takim była też Monarchia Austro-Węgierska, powstały niepodległe państwa narodów, które ich przedtem nie miały, tak jak i Polska. Można więc patrzeć na Trianon i tak, i tak.

Sytuacji nie ułatwia fakt, że część terytorium Wielkich Węgier, a mianowicie północny Spisz i Orawa, znalazła się w Polsce. Mimo, że do dziś można się natknąć na ślady ich węgierskiej przeszłości, to jednak od dawna zdominowane są przez ludność polską. W tym kontekście największym nawet sympatykom Węgier trudno jest chyba popierać trianonowe hasło Oddać wszystko! (Mindent vissza!)

Trianon był bez wątpienia tragedią dla Węgier, zarówno dla państwa, jak i wielu pojedyńczych Węgrów. To pierwsze poniosło straty terytorialne i ludnościowe, utraciło rangę lokalnego mocarstwa i stało się jednym z wielu małych wschodnioeuropejskich państw. Wielu Węgrów z terenów utraconych przesiedliło się na Węgry nie chcąc, bądź też nie mogąc, dalej mieszkać w miejscach, które trafiły pod obcą władzę. Rodziny zostały rozdzielone, majątki potracone, wielu doświadczało szykan.

Jak wszyscy wiemy, dla Węgrów Trianon jest sprawą żywą, aktualną można powiedzieć. Jego pamięć jest szeroko kultywowana. Jednak sposób w jaki jest to robione, potrafi zadziwić.

Jak wykazały to niedawne badania opinii publicznej przeprowadzone przez grupę badawczą Trianon 100 Węgierskiej Akademii Nauk, dla ponad 40% Węgrów Trianon był najtragiczniejszym wydarzeniem w historii kraju. Czyli nie umywają się do niego najazd tatarski (zginęła niemal połowa ludności kraju), półtorawiekowe rządy tureckie czy też, by wziąć bliższe przykłady, pierwsza wojna światowa (ponad 650 tysięcy zabitych), druga wojna światowa (900 tysięcy zabitych, z czego połowa to Żydzi, ofiary Holocaustu), oraz masowe gwałty zaraz po wojnie, których ofiarą padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet.

Zdziwić też potrafi brak dyskusji nad Trianonem. Fakt, że rewizjonizm, który był główną siłą napędową przedwojennej polityki Węgier, obecnie już nią nie jest, choć nadal obecny jest w sferze symbolicznej – dość pomyśleć o wszechobecnych naklejkach i mapach Wielkich Węgier. Tym niemniej publiczny dyskurs największej tragedii w historii, krzywdy, niesprawiedliwości wobec Węgier, odwołań religijnych nie zmienił się od czasów przedwojennych. By się o tym przekonać warto odwiedzić cieszące się półoficjalnym statusem muzeum Trianonu w Várpalota: wystawia ono bez komentarza przedwojenną antytrianonowską propagandę.

Do dziś nie słyszy się w dyskursie publicznym namysłu nad odpowiedzialnością Węgier za doprowadzenie do sytuacji, w której obce państwa mogły decydować o węgierskich granicach – Trianon nie wziął się przecież z niczego.Uderzać może brak prób zrozumienia innych narodów, które skorzystały na traktacie Trianon. Wydawałoby się, że doświadczenie przez Węgrów czym jest bycie mniejszością narodową mogłoby być źródłem empatii wobec innych, którzy wcześniej, w ramach Węgier, jako mniejszość żyli, a tak nie jest.

W tej sytuacji brak inicjatyw mających na celu pojednanie z sąsiednimi narodami już nie dziwi. Dla Polaka nie jest to jednak oczywiste. Mimo konfliktów w przeszłości istnieją działania mające na celu pojednanie polsko-niemieckie czy polsko-ukraińskie, były nawet próby pojednania polsko-rosyjskiego. Można znaleźć w Polsce germanofilów, ukranofilów czy też miłośników kultury rosyjskiej. Skoro jest to możliwe w Polsce, to dlaczego czegoś podobnego nie da się zrobić na Węgrzech?

Trianon jest raną na węgierskiej duszy. Nie wydaje się, by setna rocznica tego traktatu przysłużyła się do jej zabliźnienia. Nie wiem, na ile sami Węgrzy by tego pragnęli.

Jerzy Celichowski

***

Z zaskoczeniem i z niezrozumieniem czytaliśmy artykuł Jerzego Celichowskiego pt. Zrozumieć Trianon w czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej.

Z niezrozumieniem dlatego, że artykuł nie mówi o tym, o czym głosi jego podtytuł, a więc o tym na ile nie-Węgrzy rozumieją Trianon. Nie wiadomo, kogo autor miał na myśli; zakładam, że beneficjentów Trianonu, sąsiednie narody (a raczej państwa), gdyż oni oczywiście uważają go za sprawiedliwy. Sprawiedliwy jest z punktu widzenia Polaków (Polski), gdyż tereny, które od nas zdobyli, były terenami czysto polskimi. Zakwestionowała tylko Słowacja w 1939 r, kiedy to oddzieliła je od Polski.

Z niezrozumieniem, gdyż nasuwa się pytanie, co kierowało chęcią publikacji przemyśleń na temat Trianonu takiego Polaka, który najwidoczniej nie jest ekspertem w tej dziedzinie, ani nie jest tą problematyką osobiście dotknięty, za to zachowuje się tak, jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Na to wskazuje wrogi, agresywny i żądający wyjaśnień ton oraz liczne potknięcia.

1. Tak, Trianon był tragedią, gdyż politycy narzucający warunki pokoju chcieli uczy-nić Węgry państwem niezdolnym do życia. Pokój wersalski oznaczał tragedię nie tylko dla nas, ale także dla całej Europy, prowadząc prosto do wybuchu II wojny światowej. Według wielu historyków jego twórcy powinni zasiąść na ławie oskarżonych o popełnienie zbrodni wojennych w Procesie Norymberskim.

2. W okresie międzywojennym węgierska polityka nie zabiegała o całkowitą rewizję, nie głosiła hasła „Wszystko z powrotem”. Jako punkt wyjścia posługiwano się tzw. „czerwoną mapą” opracowaną przez Pála Telekiego – który dwukrotnie się przysłużył Polsce, – na której to czerwonym kolorem oznaczono tereny czysto węgierskie. Wyniki osiągnięte przez rewizję do 1940 r. postrzegane są jako sprawiedliwe: nowa granica ze Słowacją ustanowiona została zgodnie z granicą językową, z Rumunią zaś przyłączenie północnej część Siedmiogrodu doprowadziło do zrównoważonych stosunków: w dwóch częściach krainy ludność obcego pochodzenia była mniej więcej jednakowa, co mogło wymusić na Rumunii uczciwe traktowanie narodowości węgierskiej.

3. Pokój paryski po II wojnie światowej zabetonował granice, komunizm zaś temat Trianonu zamiótł pod dywan. Tak naprawdę dopiero w ostatnich trzydziestu latach przepracowanie bolesnej spuścizny Trianonu znalazło się w polu widzenia polityki. Ponieważ granice pozostały niezmienione, w grę wchodziły dwie możliwości: wydostać się z izolacji i uczynić wszystko, by poprawić sytuację węgierskich mniejszości narodowych zamieszkujących sąsiednie państwa. Cel ten ma swoje uzasadnienie z jednej strony w tym, że po 100 latach państwa, do których wcielono węgierskie ziemie, wciąż są jeszcze w stosunku do nas podejrzliwe (wyrzuty sumienia?), z drugiej strony żyjącym tam Węgrom w dalszym ciągu nie przyznają oczekiwanych praw mniejszości narodowych. Rząd obywatelski dał na to stosowną, realną odpowiedź, ale najwyraźniej irytuje ona liberalne NGO, które J. Celichowski reprezentuje.

Na czym polega proponowane przez rząd rozwiązanie syndromu Trianon i czego on dokonał?

1. Przyznał obywatelstwo węgierskie wszystkim Węgrom żyjącym poza granicami państwa węgierskiego i ogłosił ideę narodowej spójności ponad granicami.

2. Zrozumiał zamieszkujące na terenie Węgier narodowości i hojnie je wspiera, np. współfinansując PW; miejmy nadzieję, że kiedyś także sąsiedzi pójdą w nasze ślady.

3. Wyrwał się ze „stu lat samotności”. A to oznacza, że wypracował dobre stosunki ze Słowacją (V4) i Serbią, wbrew temu, że ta pierwsza wciąż jeszcze nie anulowała dekretów Benesza zbiorowo oskarżających tamtejszą ludność węgierską za zbrodnie wojenne, a ta ostatnia nie przeprosiła za krwawe represje Węgrów w latach 1944-1945. Niestety, nie udało się to ze wszystkimi sąsiadami. Jeśli chodzi o Rumunię, sytuacja jest wciąż zła, ponieważ według ich konstytucji tworzą oni państwo jednorodne narodowościowo. Na tej podstawie zlikwidowali półmilionową narodowość saską i gnębią Węgrów. Także na Ukrainie sytuacja z powodu znanej ustawy o języku ukraińskim nie wygląda lepiej.

Na drodze do spektakularnego pojednania lub – którego domaga się Jerzy Celichowski – wzajemnego zrozumienia narodów stoi wiele przeszkód, np. odmienna interpretacja (fałszowanie) faktów historycznych, ale nade wszystko panująca w tych państwach wrogość względem Węgrów. Same Węgry nie są w stanie tego dokonać, więc daremne są żądania Autora. Swoją drogą to nie narody zasiadają do stołów konferencyjnych, tylko politycy, ale tego, czego oni dokonali, Autor nie chce uznać. Stąd wnioskuję, że sprawę pojednania chciałby powierzyć (liberalnym) NGO. Tak jakby polsko-niemieckie pojednanie, które głównie mówiło o odszkodowaniach dla wysiedlonych, nie zostało osiągnięte przez polityków.

Godnym pożałowania jest też to, że PW opublikowała ten artykuł bez żadnego komentarza, co jest sprzeczne z dotychczasowym duchem gazety i w żadnym wypadku nie służy przyjaźni naszych narodów. Całe szczęście, że artykuł nie został przetłumaczony na język węgierski.

Szabó László

***

Wdzięczny jestem László Szabó za reakcję na mój tekst pt. Zrozumieć Trianon zamieszczonego w czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej. Z zainteresowaniem przeczytałem to co napisał odnośnie przezwyciężania syndromu Trianonu przez obecny rząd. Nie mogę jednak zgodzić się z szeregiem jego innych uwag.

1. Nie jestem ekspertem od Trianonu czyli historykiem ale, na ile rozumiem, nie jest nim László Szabó ani też Konrad Sutarski, autor równoległego tekstu zamieszczonego w Polonii Węgierskiej. Interesuję się tematem, w artykule zamieściłem moje opinie, do których, podobnie jak i László Szabó – oraz Konrad Sutarski, mam prawo.

2. Nie słyszałem nigdy o historykach uważających, że odpowiedzialni za Trianon powinni trafić na ławę oskarżonych w procesach norymberskich. Ciekaw jestem kim są i jakich argumentów używają. Pisząc o nich László Szabó, niechcący zapewne, potwierdził tezę, że dla wielu Węgrów Trianon był największą tragedią w historii ich kraju. Tragedią, dla której osądzenia odpowiedni byłby trybunał w Norymberdze, gdzie, przypomnijmy, sądzono zbrodniarzy odpowiedzialnych za wywołanie drugiej wojny światowej i śmierć milionów ludzi.

3. „Mindent vissza” było oficjalną linią propagandy przed wojną, można się o tym przekonać choćby w muzeum Trianonu w Várpalota. Nie znam żadnej deklaracji ówczesnego rządu węgierskiego rezygnującej z niektórych utraconych wcześniej terytoriów. Warto dodać, że obecny rząd nie nawołuje do zmian granic.

4. Przywołanie liberalnych NGO, które mam rzekomo reprezentować, jest argumentem ad personam, który nie może zastąpić argumentów merytorycznych. Podobnie nadużyciem jest przypisywanie mi poglądu, że ewentualnie pojednanie pomiędzy Węgrami a sąsiadami powinno być realizowane przez liberalne NGO – tego po prostu nie napisałem.

5. Uwaga „całe szczęście, że tekstu nie przetłumaczono na węgierski” ilustruje mój argument o niechęci Węgrów do dyskusji o Trianonie wykraczającej poza kanon ustalony jeszcze przed wojną. Jednocześnie zarazem, sam list László Szabó pokazuje, że może to jednak możliwe.

Z poważaniem,

Jerzy Celichowski

Naszywki z kształtem Wielkich Węgier, źródło: kezimunkahaz.hu

Trudni przyjaciele Polaków

Niedawno zmarł biskup pomocniczy György Snell, sufragan archidiecezji ostrzyhomsko-budapeszteńskiej, proboszcz Bazyliki św. Stefana. Taki pożegnalny tekst o nim można było przeczytać na stronie polonia.hu:

Ksiądz Biskup György Snell był wyjątkową postacią, Wielkim Przyjacielem Polski i Polaków, niezwykle oddanym sprawie przyjaźni naszych narodów.

[…] Jak wielokrotnie podkreślał: „gdyby kiedyś przyszło mi zmienić Ojczyznę, to mogłaby być to tylko Polska”. Od lat młodzieńczych regularnie odwiedzał Polskę, z którą łączyła Go prawdziwa, emocjonalna więź. Więź, którą traktował jako swój obowiązek niesienia pomocy i wspierania wszelkich inicjatyw, które umacniały przyjaźń Polaków i Węgrów.

Zwykł podkreślać, w Polsce, a szczególnie w Częstochowie, „napełnia swoje duchowe akumulatory”. […] Był jednym z inicjatorów pomysłu, by duchowym wymiarem przekazania przez Węgry Polsce przewodnictwa w RUE w 2011 r. było też przekazanie z Częstochowy kopii obrazu Czarnej Madonny i utworzenie w budapeszteńskiej Bazylice św. Stefana Kaplicy Matki Jasnogórskiej, której ikona dzięki współpracy Księdza Biskupa z ówczesną rzecznik narodowości polskiej w Zgromadzeniu Narodowym Węgier Haliną Csúcs Lászlóné w roku 2017 doczekała się koronacji. Z Klasztorem Jasnogórskim łączyła ks. bp. Györgya Snella więź szczególna tak jak szczególna więź łączyła Go ze św. Janem Pawłem II. […]

Wspaniałe koncerty muzyki polskiej w Bazylice, msze za ofiary katastrofy smoleńskiej, msze dla uświetnienia naszych świąt, spotkania,  Jego osobisty udział w życiu węgierskiej Polonii, udział w życiu Polskiego Kościoła na Kőbányi, polskie flagi na bazylice w 100-lecie naszej niepodległości, zawsze życzliwe Polsce i Polakom wypowiedzi o naszym kraju i historii to tylko niektóre przejawy ogromnej empatii, jakiej Polacy na Węgrzech doświadczali od Księdza Biskupa. Prezydent RP w 2019 r. odznaczył Księdza Biskupa Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP, Polonia w podziękowaniu za duchową opiekę uhonorowała ks. bp. Gy. Snella nagrodami: św. Władysława ( 2015 r.) i Medalem ks. W. Danka ( 2020 r.).

I tak dalej. Tak się składa, że jego nazwisko wśród Węgrów ostatnio kojarzy się nie tyle z przyjaznymi uczuciami wobec Polaków czy też kultem częstochowskiej Czarnej Madonny ale z jego rolą w tuszowaniu pedofilskiego skandalu. Jak opisał to w serii artykułów portal 444.hu kiedy zgłosiła się do niego ofiara księdza-pedofila z prośbą o pomoc biskup uciekł się do spychologii i unikania tej osoby nie reagując na kolejne próby kontaktu. Co więcej, nie tylko sprawą się nie zajął i w żaden sposób nie pomógł, ale złożył na policji skargę na tego człowieka z zarzutem … nękania: czlowiek ten miał posłać biskupowi ponad 20 smsów w ciągu jednego miesiąca oraz dwa e-maile. Miał on też, w przypadku braku odpowiedzi na próby kontaktu, grozić zakłóceniem ceremonii religijnych. Warto przypomnieć, że ta ofiara księdza pedofila chciała się spotkać z biskupem z powodu jego pozycji w kościele, nie chodziło tu to kontakty prywatne. Policja zareagowała błyskawicznie i gorliwie: przed 20 sierpnia w 2019 człowieka tego zatrzymano na ulicy siłami kilku policjantów w poniżający sposób prowadząc go na policyjnej smyczy, tak by nie mógł „zakłócić obchodów święta”.

Bp. György Snell, przyjaciel Polaków ale nie ofiar kościelnej pedofilii, źródło: 444.hu

To tylko jeden z przykładów – zaraz podam następne – ciężkostrawnych przyjaciół Polaków czyli takich osób, u których przyjaźń wobec Polski i Polaków łączy się z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi przymiotami.

Idźmy dalej: Pál Teleki. Tak jego zasługi dla Polski opisuje przy okazji niedawnego odsłonięcia pomnika w Krakowie tekst IPN-u:

Pálowi Telekiemu zawdzięczamy m.in. transporty z amunicją i wyposażeniem wojskowym, które Wojsko Polskie otrzymało od rządu węgierskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Gdy po raz drugi sprawował urząd premiera, latem 1939 r. nie wahała się odmówić Hitlerowi udziału w zbrojnej agresji na Polskę. Po ataku Niemców i Sowietów, to za sprawą Telekiego, Węgry przyjmowały uciekających polskich żołnierzy i ludność cywilną.

W 2001 r. hrabia Teleki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszystko to prawda, ale zarazem ten sam Pál Teleki, dwukrotny premier Węgier, ma też w swoim życiorysie także uchwalenie ustaw żydowskich. Pierwsza z nich, przyjęta już w 1920 roku, wprowadzała numerus clausus traktując Żydów nie, jak to było do tej pory, jako grupę wyznaniową ale narodową. Drugą przyjęto w 1939, na jej mocy Źydzi, w rasistowskim rozumieniu ustawy, nie mogli być urzędnikami państwowymi, nauczycielami, redaktorami naczelnymi gazet i wydawnictw, dyrektorami teatrów, ograniczono ich dostęp do szeregu zawodów, uniwersytetów, itd. Wielu ludzi ucierpiało w efekcie tych rozporządzeń.

Inny przykład: kilkanaście lat temu Laszlóné Csúcs, przewodnicząca mniejszościowego krajowego samorządu polskiego, w liście napisanym do Viktora Orbána, przewodniczącego Fideszu prosiła by ten nie karał Oszkára Molnára, burmistrza Edelény z ramienia tej partii, za słowa, które „rozgoryczony wypowiedział w obecnej trudnej sytuacji”.

O jakie to słowa chodziło? O jego wypowiedzi na temat różnych mniejszości. O Cyganach: że ciężarne Cyganki gumowymi młotkami biją się po brzuchach by urodzić upośledzone dziecko, bo na takie jest większy zasiłek (nie poparł tego żadnymi dowodami). O Żydach: „kocham Węgry, kocham Węgrów, i przedkładam interes węgierski nad interes światowego kapitału, nazwijmy to jasno: żydowskiego kapitału, który chce opanować cały świat a przede wszystkim Węgry”. O Gábor Szeteyu, członku rządu, który wówczas ujawnił się jako gej: „już się on tam w więzieniu dowie jak to jest kiedy homoseksualiści zawierają małżeństwa”.

Pani Csúcs tłumaczyła, że działacze lokalnych samorządów polskich w województwie Borsod-Abaúj-Zemplén w pełni popierali Molnára, który sam absolutnie miał nie być wrogiem mniejszości, co więcej, miał zawsze Polakom pomagać.

No i ostatni przykład, choć oczywistym jest, że można by podać ich więcej: zespół Hungarica. Ta gwiazda narodowego rocka mocno podkreśla swoje uczucia wobec Polski i Polaków. Koncertowali w Polsce, m.in. w ramach festiwalu w Bornem Sulinowie, grali razem z polskimi wykonawcami, na przykład z Andrzejem Nowakiem z TSA, nagrywali, także po polsku, polskie piosenki, choćby Rozkwitały pąki białych róż. W 2015 zespół wydał calkowicie polską płytę Przybądź wolności, zjeździli z nią, z sukcesem, całą Polskę. W 2017 roku koncertowali w Csopaku na pikniku polsko-węgierskim przy wsparciu szeregu samorządów polskich wliczając w to i samorząd krajowy. W zeszłym roku o mało co nie wystąpili w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie na koncercie z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej z 1920 roku – do koncertu nie doszło tylko ze względu na liczne protestu i zapowiedzi bojkotu przez inne zespoły.

Jednocześnie w ich tekstach znaleźć można typowy dla skrajnej prawicy szowinistyczny, ksenofobiczny język, nacjonalistyczne i rewizjnistyczne hasła. (Tak na marginesie, zawsze mnie ciekawi jak z tą deklarowaną przyjaźnią do Polski da się pogodzić trianońskie hasło Oddać wszystko! Mindent vissza! tytuł jednej z ich piosenek: czy Polska ma oddać niegdyś należące do Węgier Spisz i Orawę czy też jednak nie trzeba wszystkiego oddawać?)

Można sobie tylko wyobrazić jak reagują na peany pod adresem biskupa Snella ofiary kościelnej pedofilii, co sobie myślą Żydzi na wiadomość, że w Polsce postawiono pomnik twórcy ustaw żydowskich, co przychodzi do głowy Romom czytającym o obronie Oszkára Molnára przez polski samorząd mniejszościowy czy też jak odbierany jest fakt występu skrajnie prawicowej grupy rockowej na polskiej imprezie mniejszościowej, która zresztą niemal daje koncert i w Polsce w ramach państwowych obchodów ważnej historycznej rocznicy. Napisałem: ofiary kościelnej pedofilii, Żydzi, Romowie ale odnosi się to przecież do wszystkich osób, które odrzucają instytucjonalne krycie pedofilów, dyskryminację, rasizm czy też szowinizm.

Rzecz jasna nie od nas zależy zwykle kto zapała gorącymi uczuciami wobec Polski czy ten nawet wykaże swoją życzliwość czynami. Słusznym jest być za nie wdzięcznym. Dobrze jednak przy tym zawsze pomyśleć o tym na ile warto się, i w jaki sposób, z niektórymi – bo zdecydowanie nie wszystkimi – przyjaciółmi Polski publicznie obnosić, oraz nie zapominać o ich mniej sympatycznych stronach i o wrażliwości tych, których te mniej sympatyczne strony mogą odpychać.

Pomnik morderców

Jeden z najbardziej zdumiewających pomników w Budapeszcie jest turul z XII dzielnicy. Oficjalnie ma on upamiętniać ofiary drugiej wojny światowej z tej dzielnicy. Tak jednak nie jest bo zdaniem wielu jest to raczej pomnik wystawiony mordercom-strzałokrzyżowcom.

Dwunasta dzielnica to szczególne miejsce z punktu widzenia historii strzałokrzyżowców. Tutaj ich partia osiągała świetne wyniki wyborcze, tutaj też, w końcowej fazie wojny, działała ich najprężniejsza – najbrutalniejsza – organizacja. Zamknięty wokół Budapesztu pierścień zaciskał się coraz bardziej, jej aktywność tym niemniej koncentrowała się na „wrogach wewnętrznych” czyli Żydach, których łapano, grabiono, torturowano, gwałcono i mordowano. Pisałem o tym więcej tu omawiając wstrząsające książki Gábora Zoltána Orgia i Szomszéd.

Te książki poruszyły też dziennikarza portalu 444 Dániela Ácsa, który postanowił zająć się temat i zrobić film dokumentalny na temat pomnika, który już wcześniej budził wielkie kontrowersje. Godzinny film dostępny jest w internecie z angielskimi napisami. Ten wpis w dużej mierze opieram na pochodzących z niego informacjach.

Pomnik postawiono w 2005 roku. Zrobił to kontrolowany przez Fidesz samorząd dzielnicy – bez wymaganych zezwoleń. Próby działań administracyjnych mające na celu usunięcie nielegalnego obiektu budowlanego spotkały się z protestami organizowanymi przez skrajnie prawicowy Jobbik razem z Fideszem, co było pierwszym przykładem takiej współpracy. Na demonstracjach pojawiały się maszerujące kolumny Węgierskiej Gwardii, bojówki Jobbiku, grzmiało hasło Precz z Żydami (Mocskos zsidók).

Problemem nie były jedynie administracyjne braki. Pomnika nieprzypadkowo broniła skrajna prawica: turul to od czasów strzałokrzyżowców jej jednoznaczny symbol. Sam pomnik ustawiono w centrum obszaru działalności dzielnicowej organizacji strzałokrzyżowców od odległości kilkuset metrów od miejsc ich kolejnych zbrodni.

Nie tak dawno okazało się, że z pomnikiem łączy się jeszcze jedna ciemna sprawa. Na jego bokach umieszczono kilkaset nazwisk mieszkańców dzielnicy, którzy zginęli w czasie wojny. Zbierano jej między innymi przez ogłoszenia w dzielnicowej gazetce samorządowej. W październiku 2019 roku w czasopiśmie Mozgó Világ ukazał się artykuł [HU] opisujący zbrodniczą działalność w ramach partii strzałokrzyżowców Józsefa Pokorniego, dziadka obecnego burmistrza dzielnicy z ramienia Fideszu Zoltána Pokorniego. Okazało się, że jego nazwisko widnieje na pomniku. Nazwisko mordercy obok nazwisk ofiar.

Nazwiska na pomniku są na paskach z boku.

Krótko po tym burmistrz wygłosił poruszające przemówienie i obiecał zająć się sprawą pomnika, którego poprzednio bronił („turul będzie stał póki ja jestem burmistrzem”). Pisałem o tym tu.

Wracając do pomnika, jeszcze w okresie pierwszej wojny światowej turul był symbolem męstwa wojskowego. Dlatego często spotkać go można na licznych pomnikach upamiętniających ofiary tej wojny stojące w większych i mniejszych miejscowościach na Węgrzech.

W okresie międzywojennym jednak przejęła go skrajna prawica, między innymi Stowarzyszenie Turula (Turul Szövetség), które głosiło hasła całkowitego wyeliminowania Żydów z życia publicznego.

Pod symbolem turula dzielnicowa organizacja strzałokrzyżowców dokonywała swoich zbrodni. Jednym z ich form było rozstrzeliwanie osób uznanych przez nich za Żydów nad Dunajem tak by ciała od razu wpadały do wody – tak zamordowano tysiąc trzysta osób.

Jeszcze wtedy kiedy walki toczyły się już na terenie dzielnicy miejscowi strzałokrzyżowcy wymordowali uznanych za Żydów chorych i personel szpitala przy ulicy Maros, szpitala im. Dániela Bíró oraz mieszkańców domu starców przy ulicy Alma. Aktywnym udziałem w tych trzech zbrodniach odznaczył się József Pokorni.

Organizacja strzałokrzyżowców w XII dzielnicy liczyła 110 członków. Z tego 22 skazano po wojnie na karę śmierci, 38 dostało inne wyroki. Część, w tym i József Pokorni, zginęła jeszcze w czasie wojny, część uniknęła kary.

Najsłynniejszą postacią tej organizacji był András Kun, były franciszkanin, który chodził w habicie z partyjną opaską na ramieniu i pistoletem przy pasie. Wygłaszał on kazania w kościołach, zagrzewał do działania, pełnił rolę charyzmatycznego ideologa. Szaleństwo jego działań przekroczyło próg wrażliwości przywództwa partii i został on zaaresztowany. Z więzienia wypuścili go Rosjanie, którzy wypuścili wszystkich więźniów bez badania kim są. Zatrzymany powtórnie został skazany na wyrok śmierci, który wykonano.

András Kun, kadr z filmu
András Kun, kadr z filmu

Po krótkiej fali rozliczeń bezpośrednio po wojnie strzałokrzyżowców nie nękano w sposób systematyczny. Nie byli oni celem żadnej z kampanii prześladowań, które dotykały przedwojennych oficerów, posiadaczy, kler, bogatych chłopów, socjaldemokratów itp. Związane z nimi śledztwa prowadzono tylko po rewolucji 1956 roku. W 1967 roku zorganizowano process strzałokrzyżowców z XIV dzielnicy. Nie jeden z byłych nyilasów wstąpił do partii.

Historycy, których samorząd poprosił o zbadanie sprawy pomnika po nagłośnieniu sprawy nazwiska Józsefa Pokorniego na pomniku doszukali się na nim w sumie 21 nazwisk strzałokrzyżowców. Okazało się przy tym, że brak jest nazwisk wielu znanych ofiar, między innymi uczestnika ruchu oporu generała Jánosa Kissa czy też ratującego Żydów księdza Ferenca Kálló, obu zamordowanych przez nyilasów. Pojawia się nazwisko Istvána Poisa, który choć sam nie był Żydem to jednak nie chciał opuścić aresztowanej żony Żydówki. Oboje ich zamordowali nyilasowie, ale jej nazwiska na pomniku brak. Jak zauważył jeden z badających pomnik historyków Krisztián Ungváry, nie byli oni ofiarami wojny, zostali zamordowani przez rodaków, sąsiadów.

Pojawia się pytanie czy stawiając ten pomnik samorząd tych wszystkich faktów nie znał, co fatalnie świadczyłoby o jego kompetencjach, zignorował je czy też była to świadoma próby rehabilitacji strzałokrzyżowców w historii węgierskiej. Nie wiadomo, która z tych opcji jest gorsza.

Historycy zaproponowali by pomnik przemianować na pomnik pierwszej wojny światowej, przenieść na inne miejsce a nazwiska usunąć. W głosowaniu na posiedzeniu samorządu głosami Fideszu (sam Pokorni się wstrzymał) propozycję przeniesienia pomnika odrzucono.

Nazwisko Józsefa Pokorniego na pomniku już nie ma. Ale problem, który jest większy, niż to nazwisko czy też nawet sam pomnik, pozostał.

Miejsce po nazwisku Józsefa Pokorniego. Było obok nazwiska Istvána Poisa.
Turul, problem dla dzielnicy, problem dla kraju

Hala na placu Lehela i związane z nią historie

Są rzeczy, które się albo kocha albo nienawidzi, obojętność w ich przypadku nie wchodzi w rachubę. W Budapeszcie dobrym przykładem jest hala targowa na placu Lehela.

W przeciwieństwie do większości tutejszych hal targowych, które, wliczając w to i centralną halę targową koło mostu Wolności, to budynki z końca XIX wieku, ta hala jest postmodernistyczna. Inną ma formę, mało tam symetrii, inne są materiały i, dość żywe, kolory. Charakterystyczne metalowe flagi nie mają precedensu. Do innych hal nawiązuje przeszklonym dachem o żelaznej strukturze. Większość znajomych, których o halę zapytałem, jej nie lubi. Mimo, że hali przyznano szereg nagród architektonicznych, między innymi nagrodę specjalną w konkursie Prix d’excellence Międzynarodowej Federacji Nieruchomości FIABCI także wielu przedstawicieli środowiska architektów odnosi się do hali krytycznie. Mniej się jednak ona podoba.

Hala w całj okazałości
Charakterystyczna flaga
Wjazd na parking na dachu
Róg budynku
Zadrzewiony balkon
Ściana, jest nieregularność, są kolory
Budka na dachu, kolejna flaga
Odciąg na dachu
Klatka schodowa z zewnątrz
Widok z boku
W środku, dach jak w innych halach
Klatka schodowa widziana od wewnątrz
Przeszklone ściany
Wewnętrzna klatka schodowa
Kolory, konstrukcje
W środku, nie tylko architektura ale i sprzedający oraz kupujący
Kwaszonki jak w każdej szanującej się hali

(Tak na marginesie, halę polecam odwiedzającym Budapeszt. To świetny rynek z szerokim wyborem świeżych towarów, niewysokie ceny, autentyczna węgierska atmosfera a przy tym zero turystów. Coś mniej banalnego niż centralna hala targowa.)

Hala, którą w nawiązaniu do nautystycznego kształtu potocznie nazywa się Statkiem przekupek (Kofahajó), jest nie tylko jest zdolna do wzbudzania estetycznych emocji ale stoi za nią szereg interesujących historii.

Oddano ją do użytku w 2002 roku na miejscu otwartego rynku, który funkcjonował tu od końca XIX wieku. Jej twórcą był László Rajk, architekt, scenograf, ważna postać węgierskiej opozycji demokratycznej, polityk.

Hala była bodajże najważniejszym, a z pewnością najwiekszym, budynkiem, który zaprojektował. Do jego głośnych prac należy również instalacja na Műcsarnok stworzona razem z Gáborem Bachmanem na powtórny pogrzeb Imre Nagya w 1989 roku.

źródło: Fortepan, autor: tm

Był autorem wielu scenografii teatralnych, prac graficznych, okładek książek wydanych w podziemiu, między innymi fragmentów Dzienników Gombrowicza.

Dzienniki Gombrowicza, okładka Rajka, źródło: László Rajk Missing Series

Rajk był aktywnym członkiem opozycji demokratycznej, współzałożycielem podziemnego wydawnictwa AB. W jego mieszkaniu na ulicy Galamb w latach 1981-1983 działał tak zwany Butik Rajka czyli sklepik z bibułą. W określonych porach można było tam kupić nielegalne wydawnictwa. Działalność butiku skończyła się konfiskatą mieszkania.

Później Rajk był działaczem Związku Wolnych Demokratów, partii, która wyłoniła się z kręgów opozycji demokratycznej. W jej ramach dwukrotnie wybrano go jako posła do parlamentu.

Nie był to pierwszy László Rajk w węgierskiej polityce. Jego ojciec, który tak samo się nazywał, był prominentnym komunistą. Walczył na wojnie w Hiszpanii, aresztowany w Budapeszcie w czasie wojny śmierci uniknął dzięki interwencji brata Endre Rajka, prominentnego strzałokrzyżowca, który w mundurze galowym pojawił się na jego procesie w 1944 roku (wtedy strzałokrzyżowcy byli u władzy) ratując go z opresji.

Po wojnie w 1946 roku został ministrem spraw wewnętrznych. W oparciu o prowokacją polityczną organizował pierwszy proces pokazowy, brał udział w fałszowaniu wyborów, likwidował niezależne organizacje społeczne. Na skutek napięć wewnątrz partii stanowisko stracił w 1949 otrzymując dużo mniej ważne stanowisko ministra spraw zagranicznych.

Nazwisko jego zapisało się w historii jednak nie z powodu tych osiągnięć ale z powodu procesu zwanego od jego nazwiska procesem Rajka. Zaaresztowano go w maju 1949 roku pod zarzutami szpiegostwa dla Amerykanów oraz współpracy z policją Horthyego. Ponieważ, mimo tortur i innych form nacisku, Rajk nie był skłonny przyznać się do winy w końcu oskarżono go o kontakty z Jugosławią, która wówczas była uznawana za wrogie państwo. (Jedną z osób próbujących namówić Rajka do przyznania się do winy był János Kádár, który po nim objął stanowisko ministra spraw wewnętrznych, sam zresztą później został aresztowany i spędził dłuższy czas w więzieniu).

Proces Rajka był pokazowy. Cały kraj zmuszony był słuchać w radio transmisji. György Faludi (pisałem o nim tu), który wówczas pracował jako dziennikarz tak opisywał jak wyglądało to w jego redakcji:

Kiedy wszedłem do biblioteki Rajk w długim monologu wyznawał akurat winy, o których nawet ÁVO [węgierski odpowiednik UB] nie miało pojęcia. Almássi, policyjny donosiciel siedział za biurkiem plecami do pozostałych. Pozornie zatopiony był w jednym z tomów zebranych prac Stalina. Co jakiś czas oglądał się do tyłu i przyglądał się bacznie siedzącym tam trzydziestu osobom czy z odpowiednio wrogim wyrazem twarzy słuchają zeznań Rajka, czy może przypadkiem jakimś gestem nie zdradzają sympatii dla niego. Pokolbeli víg napjaim, str. 300

Rajk przyznał się w końcu do winy, wydano wyrok śmierci, który wykonano 15 października 1949 roku.

Zrehabilitowano go w ramach rozliczeń ze stalinizmem w 1955 roku. Jego ponowny pogrzeb odbył się 6 października następnego roku. Wzięło w nim udział dwieście tysięcy ludzi, była to przygrywka do rewolucji, która wkrótce miała się rozpocząć. Według anekdoty jeden ze znajomych Rajka widząc zebrany tłum miał powiedzieć „Biedny Laci, gdyby żył to kazałby do nas strzelać”.

Júlia Rajk i László Rajka junior na pogrzenie László Rajka seniora, źródło: Fortepan, ofiarodawca: Pál Berkó

To co się stało z Rajkiem seniorem silnie dotknęło jego rodzinę. Błyskawicznie wyrzucono ich z zajmowanej willi, żonę Rajka aresztowano i skazano na pięć lat więzienia. Kilkumiesięcznego wówczas László Rajka juniora oddano pod nazwiskiem István Kovács do domu dziecka, gdzie przebywał przez dwa lata. Przekazano go rodzinie jego matki wystawiając go z samochodu na rogu ulic Váci i Bulcsú, tam czekała na niego uprzedzona babcia. Także żonie Rajka zmieniono nazwisko: Júlia Lászlóné Rajk zmieniła się w Júlię Lászlóné Györk. Nazwisko Rajk miało zniknąć z powierzchni ziemi. Proces jego odzyskiwania dla ich obojga nie był ani łatwy ani szybki.

Po wyjściu z więzienia urosła pozycja Júlii Rajk, bo zaczęła się nazywać (na Węgrzech formalnie nazywała się, jako mężatka, Lászlóné Rajk). Wywalczyła publiczny pogrzeb dla swojego męża, brała udział w publicznych dyskusjach poprzedzających rewolucję. Po interwencji armii radzieckiej schroniła się z synem w ambasadzie Jugosławii, skąd wywieziono ich do Rumunii na internowanie. Po powrocie nie była poddana represjom – chodziły plotki o cichej umowie z Kádárem, która miała to zagwarantować.

Zachowywała się odważnie interweniując w wielu sprawach wśród najwyższych władz, których członków znała przecież osobiście, niejednokrotnie jeszcze z okresu nielegalnej działalności komunistycznej. Kádár, który nie miał czystego sumienia z powodu udziału w procesie i morderstwie jej męża, nie raz jej ustępował.

Kiedy raz milicja zatrzymała jej syna – to akurat nie była polityczna sprawa – Júlia zwróciła się o interwencję do władz i Kádár miał wówczas oświadczyć „drugiego procesu Rajka nie będzie”, co ilustruje znaczenie tego nazwiska w polityce.

Júlia brała udział w działaniach opozycyjnych. Podawała informacje do zagranicznych agencji prasowych, podpisała list w obronie czechosłowackiej Karty 77 („Júlia Rajk, emerytka”). Wraz z wdową po Mihályu Károlyim założyła schronisko dla psów. Była to pierwsza od 1951 roku organizacja społeczna na Węgrzech. W latach 40-tych to jej mąż likwidował podobne istniejące wówczas stowarzyszenia.

W 1980 roku zdiagnozowano u niej raka. Próbowano leczyć ją między innymi we Francji. Wracając stamtąd już na noszach pod kocem przemyciła węgierskie publikacje emigracyjne dla butiku z samizdatem syna. Kiedy w lipcu odbyły się kolonie dla dzieci z Polski zorganizowane przez tutejszą opozycję demokratyczną miała się z nimi spotkać ala z powodu jej choroby nie doszło to do skutku. Zmarła 6 września 1981 roku.

Mimo tego wszystkiego co przeszła nigdy nie zdobyła się na jednoznaczne odrzucenie komunizmu. Systemu, który zamordował jej męża, ją natomiast wtrącił do więzienia odrywając od kilkumiesięcznego dziecka.

Od systemu odciął się jej syn. Sam nie miał dzieci a że zmarł w 2019 historia tej gałęzi rodziny Rajków się skończyła.

To wszystko przychodzi mi głowy gdy widzę kontrowersyjną halę na placu Lehela.

Pomnik ofiar gwałtów wojennych powstanie w Budapeszcie

Latem tego roku samorząd Budapesztu jednogłośnie zdecydował, że w mieście powstanie pomnik ofiar gwałtów wojennych. Upamiętni on pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet, które padły ofiarą gwałtów dokonanych przez żołnierzy Armii Czerwonej działającej na terenach Węgier pod koniec drugiej wojny światowej. Samo odsłonięcie planowane jest na początek 2023 roku kiedy Budapeszt będzie obchodzić swoje 150-lecie.

Żołnierze radzieccy zaczepiający kobietę w Berlinie, źródło New York Times

Proces prowadzący do powstania pomnika ma być tak sam ważny jak i sam monument. Gwałty wojenne przez długi czas były a w znacznym stopniu i teraz są tematem tabu. Chodzi więc o to by to tabu przełamać, by więcej ludzi się o nich dowiedziało, by ludzie nauczyli się o nich mówić.

I tak rozpoczął się już cykl wykładów (do oglądania tu), uruchomiono zbiórkę źródeł historycznych (dokumenty, pamiętniki, itp.), stworzono tematyczną stronę internetową (elhallgatva.hu, elhallgatva znaczy przemilczane) a w jej ramach internetową kolekcję tematyczną, planowane są wystawy i międzynarodowa konferencia. W działania te zaangażowana jest między innymi Andrea Pető, autorka pionierskiej książki na ten temat pt. Elmondani az elmondhatatlant, o której pisałem wcześniej. Sam konkurs na pomnik ma być ogłoszony w lecie przyszłego roku a zwycięski projekt wybrany do października. Budżet to 31 milionów forintów czyli 100 000 euro.

Wyzwanie dla autorów projektów jest spore z kilku powodów. Przede wszystkim brak jest konwencji wizualnej do przedstawiania dramatu gwałtów wojennych. Mało jest pomników o tej tematyce na świecie by z nich czerpać wzorce lub inspiracje. Wiem o dwóch w Stanach Zjednoczonych upamiętniające koreańskie ofiary japońskich gwałtów z okresu II wojny światowej a także o pomniku oraz instalacji w Prisztinie.

Pomnik z San Francisco, po jego odsłonięciu miasto partnerskie Osaka zerwało stosunki z SF. Trzy postaci to Chinka, Koreanka i Filipinka reprezentujące ofiary z tych narodów, źródło: Smithsionian Magazine
Pomnik z Glendale podobnie jak w przypadku San Francisco atakowany w Japonii, źródło: Los Angeles Review of Books. Blog
Stojący w Prisztinie pomnik ofiar gwałtów w trakcie wojnie w Kosowie 1998-99. Utworzony przez 20 000 prętów symbolizujących tyleż ofiar, źródło: wikipedia\
Instalacja z 2015 roku na stadionie w Prisztinie autorstwa Alkety Xhafa-Mripy, na sznurach rozwieszono sukienki symbolizujące ofiary gwałtów, źródło: Open Democracy
Fragment instalacji, źródło: Voice of America News

Dosłowność jest nie do przyjęcia bo oznacza pornografię, nieprzypadkowo niektórzy badacze odmawiają publikacji, bardzo rzadkich zresztą, fotografii ofiar takich gwałtów uważając, że naruszają one godność martwych ofiar. Przykładem takiego podejścia jest gdański kontrowersyjny właśnie z powodu swojej dosłowności pomnik Komm, Frau, który przez zaledwie kilka godzin stał koło pomnika żołnierzy radzieckich.

pomnik Komm, Frau autorstwa Jerzego Bohdana Szumczyka, źródło: The Daily Mail

Ważną kwestią jest podejście do gwałtów wojennych. Istnieją dwie dominujące interpretacje zjawiska. Intencjonalistyczna uważa te gwałty za rodzaj działań wojennych, cios wymierzony w jakiś naród, do którego należą zgwałcone kobiety. Strukturalistyczna interpretuje gwałty jako przypadek szerszej przemocy mężczyzn wobec kobiet tym razem mający miejsce w kontekście wojennym. Nie jest obojętne podejście będzie reprezentował zrealizowany monument.

Ciekawe jaki będzie rezultat projektu, mam tu na myśli zarówno sam pomnik jak i zmianę świadomości gwałtów wojennych, na Węgrzech a może i poza nimi. Zważywszy na gwałtowne reakcje w Japonii na pomniki koreańskich ofiar gwałtów a także na protesty rosyjskie wobec rzeźby Komm, Frau interesujące będzie też będzie zobaczyć jakie tym razem będą reakcje rosyjskie, zarówno na poziomie rządowym – jak i społecznym.

Radio Polonia Węgierska 23/ musical o Józefie Bemie

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o musicalu, którego nie widziałem, ale który chciałbym obejrzeć. Mowa jest o musicalu pt. Bem! Musical o patriotach i renegatach.

Pełen program podcastu:

1.  Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Robert Rajczyk – 05:50
3. Przegląd polskich tygodników – przyg. Robert Rajczyk – 11:32
4. Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerzy Celichowski – 22:23
5. Rozmowa z J.. Urbańską i M.Takács z Instytutu Polskiego – 30:32
6. Urywki historii – 01:05:18
7. Pożegnanie – 01:10.06

Józej Bem, Bem Apó – Ojczulek Bem, wielki bohater narodowy Polaków i Węgrów – a także bohater niezliczonych mniej lub bardziej schematycznych obchodów, składania kwiatów, akademii, itd. Postać pomnikowa czyli jednoznacznie określona i rozumiana, niebudząca już specjalnych emocji.

I tu, w ramach obchodów setnej rocznicy niepodległości Polski („Sto wskrzeszeń na 100-lecie Polski”), pojawia się spektakl pt. Bem! Musical o patriotach i renegatach. Stworzyły go kabaret Pożar w Burdelu, Teatr Syrena w Warszawie oraz Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, reżyserem jest Michał Walczak a scenarzystą Maciej Łubieński.

Nie widziałem – bo nie miałem jak – ale chętnie bym zobaczył. Pożar w Burdelu to najciekawszy chyba obecnie kabaret literacko-polityczny. Już samo to, że na warsztat wzięli sobie najbardziej znanego Polaka w historii Węgier, tworząc przy tym swój pierwszy musical, jest warte zainteresowania.

Z artykułów prasowych dowiaduję się co jest treścią spektaklu. Tak piszą o nim Kulturalne Media: Generał Bem, który umarł jako muzułmanin (przeszedł dobrowolnie na islam po to, aby w armii tureckiej walczyć z Rosją) zażywa zasłużonego szczęścia w islamskim raju. Niestety jego dusza opuszcza raj, gdy polska ekspedycja rządowa przeprowadza ekshumację w Aleppo i ściąga jego szczątki do Polski. Okazuje się jednak, że nastąpiła pomyłka i nie są to szczątki Bema, a Araba Aziza.” I dalej Wymogiem musicalu jest opowiadanie o miłości. Bem nie miał żony, ani kochanki, więc w spektaklu jego wybranką serca jest Polska.

Przedstawienie pełne jest nawiązań do historii Polski, współczesności, odniesień do innych utworów literackich. Pojawiają się kwestie między innymi pozycji Polski na arenie międzynarodowej, planów zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, problemu uchodźców.

Wiele recenzji chwali muzykę Wiktora Stokowskiego i poszczególnych aktorów. Niektóre krytykują zbytnio kabaretowy styl, który nie jest najlepszą alternatywą dla „wyśmiewanego nadęcia, wielkich słów i grzebania się w prochach przeszłości.” Znalazłem też słowa oburzenia nad „niesmaczymi żartami kojarzącymi się z katastrofą smoleńską.”

Musical nie jest kolejną nużąca akademią na cześć Bema ale przykładem jak żywy może być odbiór tej niecodziennej postaci. Ciekaw jestem tego spektaklu, ciekawych jest jego zapewne sporo tutejszych Polaków a na pewno i wielu Węgrów. Świetnie byłoby ten musical tutaj ściągnąć – albo przynajmniej zaaranżować jego pokaz przez internet.

Radio Polonia Węgierska 20/ Demonstracje kobiet na Białorusi dziś i na Węgrzech w 1956 roku

W najnowszym odcinku audycji mówię o demonstracjach kobiet – na Białorusi dziś i na Węgrzech w 1956 roku.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Robert Rajczyk
3. Autorski przegląd polskich tygodników – przyg. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – felieton radiowy Jerzego Celichowskiego
5. Książka na Głos
6. Urywki historii – przyg. Izabela Gass
7. Referat Bence Bari
8. Pożegnanie

Kto śledzi wiadomości z Białorusi z pewnością słyszał o roli kobiet w mających tam miejsce wydarzeniach, między innymi o demonstracji ubranych na biało kobiet, którą zorganizowano po fali przemocy w wykonaniu OMON-u. Zakładano, że pałkarze powstrzymają się przed biciem kobiet. W konserwatywnym społeczeństwie, nawet jeśli rządzi dyktatura, przemoc wobec kobiet jest pewnego rodzaju tabu.

Ciekawe, że ta demonstracja na Białorusi w zasadzie była powtórką tego, co stało się na Węgrzech w 1956 roku. Tam grupa oporu kierowana przez Gyulę Obersovszkyego, zresztą składająca się z mężczyzn, wydała wezwania do kobiet by te 4 grudnia, w miesięcznicę interwencji radzieckiej, zebrały się na placu Bohaterów by niemo zademonstrować przeciwko zdławieniu rewolucji.

Tekst nieco patriachalnego apelu brzmiał następująco (fragment):

Naszą wspaniałą rewolucję utopiono w krwi. Na ulicach i placach świeże groby […]
Węgierskie matki! To Wasi synowie tu leżą!
Węgierki! Sumienia Waszych mężów zbuntowane przeciwko tyranii zamyka się we wiecznym więzieniu.
Czyż daremnie umarli? […]
Nie, nie, nie!
Węgierskie matki! Węgierki! Teraz na Was kolej! Wielka jest Wasza siła! Nawet kula Was nie zatrzyma! Wasz niemy, pełen godności protest zmusi do złożenia broni i szacunku dla naszej świętej sprawy tych, także tych, którzy ośmielili się podnieść broń przeciwko prawdzie i najświętszym pragnieniom ludu!

Na wezwanie odpowiedziała dużo kobiet. Na plac Bohaterów przyszło ich wiele tysięcy, niektóre z dziećmi w wózkach. Przyniosły flagi i kwiaty, które złożyły na grobie nieznanego żołnierza. Śpiewano pieśni patriotyczne. Drogę zagradzali im żołnierze radzieccy, na plac przybył sam minister spraw wewnętrznych Münnich ale koniec końców przepuszczono je i do przemocy tego dnia nie doszło.

Źródło: Gyula Nagy, Fortepan
Źródło: Gyula Nagy, Fortepan
Źródło: Kettős Mérce

Demonstracje odbyły się też w innych węgierskich miastach, między innymi w Peczu, Gyuli, Székesfehérvárze, Ostrzyhomiu, Veszprém, Tatabányi, Miskolcu, Egerze czy Sajgótarjánie.

Sukces demonstracji stał się zachętą do ich powtórki: następnego dnia kobiety demonstrowały koło pomnika Petőfiego, gdzie skandowano już hasła. Kolejna próba szóstego grudnia spotkała się już jednak z brutalną odpowiedzią władz: do tłumu oddano strzały i były ofiary.

Pamiętajmy o odwadze Węgierek, pamiętajmy o odwadze Białorusinek. Mam nadzieję, że rewolucja na Białorusi lepiej skończy się niż tutejsze powstanie 1956 roku.