Radio Polonia Węgierska 23/ musical o Józefie Bemie

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o musicalu, którego nie widziałem, ale który chciałbym obejrzeć. Mowa jest o musicalu pt. Bem! Musical o patriotach i renegatach.

Pełen program podcastu:

1.  Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Robert Rajczyk – 05:50
3. Przegląd polskich tygodników – przyg. Robert Rajczyk – 11:32
4. Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerzy Celichowski – 22:23
5. Rozmowa z J.. Urbańską i M.Takács z Instytutu Polskiego – 30:32
6. Urywki historii – 01:05:18
7. Pożegnanie – 01:10.06

Józej Bem, Bem Apó – Ojczulek Bem, wielki bohater narodowy Polaków i Węgrów – a także bohater niezliczonych mniej lub bardziej schematycznych obchodów, składania kwiatów, akademii, itd. Postać pomnikowa czyli jednoznacznie określona i rozumiana, niebudząca już specjalnych emocji.

I tu, w ramach obchodów setnej rocznicy niepodległości Polski („Sto wskrzeszeń na 100-lecie Polski”), pojawia się spektakl pt. Bem! Musical o patriotach i renegatach. Stworzyły go kabaret Pożar w Burdelu, Teatr Syrena w Warszawie oraz Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, reżyserem jest Michał Walczak a scenarzystą Maciej Łubieński.

Nie widziałem – bo nie miałem jak – ale chętnie bym zobaczył. Pożar w Burdelu to najciekawszy chyba obecnie kabaret literacko-polityczny. Już samo to, że na warsztat wzięli sobie najbardziej znanego Polaka w historii Węgier, tworząc przy tym swój pierwszy musical, jest warte zainteresowania.

Z artykułów prasowych dowiaduję się co jest treścią spektaklu. Tak piszą o nim Kulturalne Media: Generał Bem, który umarł jako muzułmanin (przeszedł dobrowolnie na islam po to, aby w armii tureckiej walczyć z Rosją) zażywa zasłużonego szczęścia w islamskim raju. Niestety jego dusza opuszcza raj, gdy polska ekspedycja rządowa przeprowadza ekshumację w Aleppo i ściąga jego szczątki do Polski. Okazuje się jednak, że nastąpiła pomyłka i nie są to szczątki Bema, a Araba Aziza.” I dalej Wymogiem musicalu jest opowiadanie o miłości. Bem nie miał żony, ani kochanki, więc w spektaklu jego wybranką serca jest Polska.

Przedstawienie pełne jest nawiązań do historii Polski, współczesności, odniesień do innych utworów literackich. Pojawiają się kwestie między innymi pozycji Polski na arenie międzynarodowej, planów zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, problemu uchodźców.

Wiele recenzji chwali muzykę Wiktora Stokowskiego i poszczególnych aktorów. Niektóre krytykują zbytnio kabaretowy styl, który nie jest najlepszą alternatywą dla „wyśmiewanego nadęcia, wielkich słów i grzebania się w prochach przeszłości.” Znalazłem też słowa oburzenia nad „niesmaczymi żartami kojarzącymi się z katastrofą smoleńską.”

Musical nie jest kolejną nużąca akademią na cześć Bema ale przykładem jak żywy może być odbiór tej niecodziennej postaci. Ciekaw jestem tego spektaklu, ciekawych jest jego zapewne sporo tutejszych Polaków a na pewno i wielu Węgrów. Świetnie byłoby ten musical tutaj ściągnąć – albo przynajmniej zaaranżować jego pokaz przez internet.

Radio Polonia Węgierska 20/ Demonstracje kobiet na Białorusi dziś i na Węgrzech w 1956 roku

W najnowszym odcinku audycji mówię o demonstracjach kobiet – na Białorusi dziś i na Węgrzech w 1956 roku.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Robert Rajczyk
3. Autorski przegląd polskich tygodników – przyg. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – felieton radiowy Jerzego Celichowskiego
5. Książka na Głos
6. Urywki historii – przyg. Izabela Gass
7. Referat Bence Bari
8. Pożegnanie

Kto śledzi wiadomości z Białorusi z pewnością słyszał o roli kobiet w mających tam miejsce wydarzeniach, między innymi o demonstracji ubranych na biało kobiet, którą zorganizowano po fali przemocy w wykonaniu OMON-u. Zakładano, że pałkarze powstrzymają się przed biciem kobiet. W konserwatywnym społeczeństwie, nawet jeśli rządzi dyktatura, przemoc wobec kobiet jest pewnego rodzaju tabu.

Ciekawe, że ta demonstracja na Białorusi w zasadzie była powtórką tego, co stało się na Węgrzech w 1956 roku. Tam grupa oporu kierowana przez Gyulę Obersovszkyego, zresztą składająca się z mężczyzn, wydała wezwania do kobiet by te 4 grudnia, w miesięcznicę interwencji radzieckiej, zebrały się na placu Bohaterów by niemo zademonstrować przeciwko zdławieniu rewolucji.

Tekst nieco patriachalnego apelu brzmiał następująco (fragment):

Naszą wspaniałą rewolucję utopiono w krwi. Na ulicach i placach świeże groby […]
Węgierskie matki! To Wasi synowie tu leżą!
Węgierki! Sumienia Waszych mężów zbuntowane przeciwko tyranii zamyka się we wiecznym więzieniu.
Czyż daremnie umarli? […]
Nie, nie, nie!
Węgierskie matki! Węgierki! Teraz na Was kolej! Wielka jest Wasza siła! Nawet kula Was nie zatrzyma! Wasz niemy, pełen godności protest zmusi do złożenia broni i szacunku dla naszej świętej sprawy tych, także tych, którzy ośmielili się podnieść broń przeciwko prawdzie i najświętszym pragnieniom ludu!

Na wezwanie odpowiedziała dużo kobiet. Na plac Bohaterów przyszło ich wiele tysięcy, niektóre z dziećmi w wózkach. Przyniosły flagi i kwiaty, które złożyły na grobie nieznanego żołnierza. Śpiewano pieśni patriotyczne. Drogę zagradzali im żołnierze radzieccy, na plac przybył sam minister spraw wewnętrznych Münnich ale koniec końców przepuszczono je i do przemocy tego dnia nie doszło.

Źródło: Gyula Nagy, Fortepan
Źródło: Gyula Nagy, Fortepan
Źródło: Kettős Mérce

Demonstracje odbyły się też w innych węgierskich miastach, między innymi w Peczu, Gyuli, Székesfehérvárze, Ostrzyhomiu, Veszprém, Tatabányi, Miskolcu, Egerze czy Sajgótarjánie.

Sukces demonstracji stał się zachętą do ich powtórki: następnego dnia kobiety demonstrowały koło pomnika Petőfiego, gdzie skandowano już hasła. Kolejna próba szóstego grudnia spotkała się już jednak z brutalną odpowiedzią władz: do tłumu oddano strzały i były ofiary.

Pamiętajmy o odwadze Węgierek, pamiętajmy o odwadze Białorusinek. Mam nadzieję, że rewolucja na Białorusi lepiej skończy się niż tutejsze powstanie 1956 roku.

Radio Polonia Węgierska – 19 odcinek podcastu/ Węgrzy wobec Powstania Warszawskiego

W najnowszym odcinku audycji przytaczam wspomnienia mojej Mamy, która zetknęła się z Węgrami pod Warszawą w czasie Powstania Warszawskiego .

Pełen program podcastu:

  1. Powitanie – 00:00
  2. Serwis informacyjny – przyg. Robert Rajczyk
  3. Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerzy Celichowski
  4. Książka na Głos
  5. Urywki historii – przyg. Izabela Gass
  6. Wykład Erika Turnara z Uniwersytetu Pecs

Historia Węgier w okresie drugiej światowej jest dość przygnębiająca ale są tam i jaśniejsze momenty. Dwa z nich łączą się z Polakami: pierwszy to pomoc uchodźcom w 1939 roku a drugi to postawa wojska węgierskiego wobec powstania warszawskiego.

Tak się składa, że moja mama, Krystyna Celichowska, wówczas Rostafińska lub Chomiczówna bo z rodziną używali fałszywycyh papierów, mieszkała koło Warszawy w czasie powstanie i zetknęła się z Węgrami. W swoim czasie nagrałem jej wspomnienia. Nie ma tam jakiś historycznie istotnych szczegółów, raczej anegdoty potwierdzające to, co wiemy. Jest to jednak o tyle ważne, że opowiada to osoba, która, choć jako nastolatka, przeżyła to wszystko osobiście.

-A co było z Węgrami?

-Węgrzy byli właśnie w Młochowie. W Młochowie był oddział węgierski i oni byli sympatyczni, byli traktowani zupełnie inaczej jak Niemcy, tak że byli zapraszani do stołu oficerowie, bardzo mili. Pani Januszewska to była taka ładna pani bardzo, bardzo ją adorowali w tym dworze i wszystko było bardzo dobrze. Któregoś dnia pułkownik przychodzi to taty i mówi „Bezczelność Polaków przechodzi wszelkie granice”. Więc tata się napuszył – co to za gadanie: „O co chodzi?”

-W jakim języku rozmawiali?

-Po niemiecku. „Bo przyszło do mnie dwóch takich”, chodzili wówczas w płaszczach prochowcach luźnych „tacy w prochowcach, widać pod spodem koalicyjkę i przychodzą do mnie, żebym im broń sprzedał”. No i tata struchlał i pyta „Co Pan z nimi zrobił?” „Odesłałem do żołnierzy, czy ja mam, oficer, broń sprzedawać?

Więc to było jedno takie niesłychanie sympatyczne a drugie to właśnie ci z naszego oddziału, oni bardzo chcieli wrócić do Warszawy. Już tam zdobyli broń bo oni, jak to się wyrażali, obrabiali reflektory, które były dookoła Warszawy, stały takie reflektory przeciwlotnicze, załoga było stosunkowo nieliczna i im się udało raz czy drugi tę załogę sterroryzować, zabrać broń, i już byli uzbrojeni i chcieli wrócić. Kombinowali jak, bo ta Warszawa była obstawiona pierścieniem wojsk bardzo solidnie.

Kiedy tam nocowali w takiej gajówce gdzie byli także Węgrzy i rano, jeden z naszych znajomych opowiadał, wychodzi na ganek i stoi tam taki oficer węgierski i mówi tak po polsku „Pan … ty … dużo drzew … ale ty nic nie rozumiesz! Idzie … Niemiec … a ty pif-paf! Ale ty nic nie rozumiesz!” Tak się dogadali, znaczy że wie kim on jest i oni przekazali mapy, na których było zaznaczone gdzie stoją wojska niemieckie i węgierskie, i że właśnie tam gdzie Węgrzy tam można by było przejść.

Warto pamiętać co w czasie wojny Węgrzy zrobili dla Polaków i im samym o tym przypominać bo często nie wszyscy są tego świadomi.

Pomnik Trianonu

Tego pomnika byłem bardzo ciekaw. Setna rocznica Trianonu zdarza się raz, co będą miały wtedy władze do powiedzenia? Czy będzie to to, co zawsze, czy też może coś nowego (na to raczej jednak nie miałem nadziei)?

Pomnik budowano, był już niemal gotów kiedy ogłoszono, że w powodu koronawirusa jego planowane odsłonięcie dokładnie w rocznicę Trianonu zostanie przełożone na 20 sierpnia. Przed tą drugą datą zacząłem szukać informacji odnośnie uroczystości ale, ku mojemu zdziwieniu, nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Wyjaśnienie problemu było pouczające: szukając informacji używałem frazy Pomnik Trianonu podczas gdy jego oficjalna nazwa to Miejsce Pamięci Jedności Narodowej (Nemzeti Összetartozás Emlékhelye).

Wybrałem się na odsłonięcie pomnika. Było ono połączone z uroczystością przysięgi oficerskiej na placu Kossutha. Nagłośnienie było fatalne więc połowy mowy Orbána nie słyszałem ale potem byłem blisko kiedy trójka najważniejszych polityków węgierskich czyli Viktor Orbán (premier), János Áder (prezydent) i László Kövér (marszałek parlamentu) podeszła by przeciąć wstęgę. Nigdy nie widziałem ich z tak małej odległości więc nie mogę sobie odmówić przytoczenia tej historyjki:)

Z powodu zamieszania przy odsłonięciu pomnik obejrzałem przy innej okazji. Pierwsze wrażenie to miłe zaskoczenie, że nie powstał kolejny emocjonalny, ponury potworek z obowiązkowym kształtem wielkich Węgier, turulem, pełnym religijnych i nie tylko symboli wyrażających węgierskie cierpienie jak choćby ten.

Pomnik mieści się pod poziomem ulicy Alkotmány – chodziło o to, by nie naruszać wyglądu placu Kossutha z lat 30-tych, który został ostatnio odtworzony. Monument ma postać opadającej rampy, która zaczyna się przy placu. Na ścianach umieszczono tabliczki z nazwami miejscowości, które znajdowały się na terenach przedtrianońskich Węgier. Na końcu rampy znajduje się wieczny płomień a także cytat z księgi Izajasza (32:17):

Dziełem sprawiedliwości będzie pokój, a owocem prawa – wieczyste bezpieczeństwo.

Oficjalna tablica przy wejściu: Miejsce Pamięci Jedności Narodowej. Rząd węgierski ustanowił je na cześć Węgier świętego Stefana, które przez tysiąc lat dawały Węgrom oraz żyjącym wraz z nimi ludom dom i ojczyznę.
Wejście – a może raczej zejście – do pomnika
Już w środku
Wieczny ogień
Cytat z proroka Izajasza

Najważniejsze są tabliczki. Jest ich 13 tysięcy i są wśród nich zarówno miejscowości z terenów utraconych jak i z terytorium obecnych Węgier. W ten sposób symbolicznie wyrażono ich jedność.

O rozmieszczeniu tabliczek zdecydował losowy algorytm tak więc by znaleźć daną miejscowość należy skorzystać z wyszukiwarki, do której link można dostać skanując kod QR przy wejściu do rampy.

Ze wszystkich elementów pomnika to te tabliczki w pełni oczarowują odwiedzających. Wyszukują oni miejscowości, z których pochodzą, lub te, które są dla nich z innych powodów ważne, pokazują sobie nawzajem, robią zdjęcia czy selfie. Dowcipnisie szukają nazw, których znaczenie pozwala na żarty językowe (przykłady tu [HU]).

Zdjęcia
Coś na Instagram.

Te tabliczki stanowią o interaktywnym charakterze pomnika, dzięki nim ma on, paradoksalnie, raczej pozytywny niż, typowo dla tematyki Trianonu, smętnawy charakter.

Będące centralną częścią pomnika tabliczki są zarazem najważniejszym elementem jego przekazu. Ciekawe jest, że upamiętnienie jedności narodowej odbywa się przez odniesienie do jedności terytorialnej. W dyskursie Trianonu w zależności od kontekstu podnosi się oderwanie Węgrów od ojczyzny, lub utratę terytorium czy też przesunięcie „tysiącletnich”, „naturalnych” granic. Pomnik miesza te dwa pierwsze argumenty sugerując, że całość przedtrianońskich Węgier była tożsama z narodem węgierskim.

Dla kogokolwiek kto choć trochę wie o składzie narodowościowym Węgier przed pierwszą wojną światową, o tym ilu żyło tam Węgrów a ilu nie-Węgrów, jak wyglądały te proporcje w poszczególnych częściach państwa jest to sugestia, hmm, zaskakująca. Interesujące jest też mówienie o jedności narodowej przy całkowitym pominięciu sporej przecież obecnie diaspory węgierskiej w Europie zachodniej czy też, starszej nieco, w Ameryce. Tak jakby naród węgierski nadal zamieszkiwał każdy zakątek Wielkich Węgier a poza tym nigdzie więcej go na świecie nie było.

Jak się okazało, same nazwy nie są też neutralne. Wzięto jest z oficjalnego spisu miejscowości opublikowanego w 1913 roku.

Zdawałoby się, cóż może być w tym politycznego ale jednak. Jak wyczytałem w pewnym artykule spis powstał formalnie po to by zapewnić, że każda miejscowość ma unikalną nazwę, było to ważne dla funkcjonowania poczty i kolei. Tak powstały na przykład Bátaapáti, Gyöngyösapáti i Somogyapáti, czy też Bakonyszentiván, Cserhátszentiván, Győrszentiván oraz Pilisszentiván. Przy okazji jednak skodyfikowano dokonywaną w tym czasie madziaryzację nazw miejscowości, które z węgierskim nie miały nic wspólnego, gdyż zamieszkałe były przez mniejszości. Jak pisze autor, stworzono wrażenie, jakby na całym terytorium Basenu Karpackiego od zawsze dominującą grupą etniczną byli Węgrzy.

Element polski: Nedec na prawo od Monoru to Niedzica

Widząc identyczne w formacie tabliczki z nazwami takimi jak Monor czy Újterebes zwiedzający uzna zapewne, że obie miejscowości były w takim samym stopniu węgierskie, tyle tylko, że Monor leży niedaleko Budapesztu a Újterebes to polski Trybsz ze Spisza. Tak więc monument upamiętnił zarazem politykę madziaryzacji, która była jednym z czynników odpychających mniejszości od ówczesnego państwa węgierskiego.

Wracając do cytatu biblijnego, zastanawia co chciano przez niego wyrazić. Odwołanie religijne to częsta rzecz w dyskursie trianońskim, z prorokiem Izajaszem jednak dotąd się nie spotkałem. Ponieważ Węgrzy często podkreślają „niesprawiedliwość” Trianonu można zaryzykować następującą interpretację: kiedy Węgrzy zostaną zjednoczeni w jednym państwie nastąpi pokój i bezpieczeństwo, dopóki jednak to się nie stanie nie liczcie na to.

Budapeszt – Węgry – zyskały znaczący monument. Wszyscy junkie duszy węgierskiej jak ja powinni go sobie obejrzeć.

Zakazane kontakty

Książka Miklósa Mitrovicsa pod tym tytułem (Tiltott kapcsolat) nie jest pierwszą pozycją zajmującą się tematyką współpracy polskiej i węgierskiej opozycji demokratycznej w czasie socjalizmu (mam tu na myśli przede wszystkim książkę pt. Węgierski łącznik) ale jest to zdecydowanie pierwsze profesjonalne, niewybiórcze opracowanie tego zagadnienia. Dodam od razu, dla mnie bardzo udane.

Okładka książki, ciekawostka: zdjęcie pochodzi z fortepanu.

Okresem, którym zajmuje się autor są lata 1976-89 kiedy to po podpisaniu w Helsinkach Aktu końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w roku 1975, w Europie wschodniej pojawiły się próbujące oficjalnie działać opozyjne organizacje.

Pod tym względem Polska przez cały ten czas wyprzedzała Węgry pod wieloma względami: opozycja była lepiej zorganizowana, miała silną ofertę programową, operowała lepszą techniką no i rzecz jasna, zwłaszcza po sierpniu 1980 roku, cieszyła się dużo bardziej masowym poparciem. Nic dziwnego, że dla opozycyjnie nastawionych Węgrów stanowiła wówczas model do naśladowania.

Pierwszym zapewne aktem współpracy był udział Tibora Pakha w głodówce w kościele w Podkowie Leśnej, która miała miejsce jeszcze przed strajkami sierpniowymi w 1980 roku. W tym kościele zresztą parę lat później odsłonięto tablicę upamiętaniającą powstanie 1956 roku.

Węgrzy jeździli do Polski by odetchnąć wolnością, odwiedzali biura Solidarności, kiedy ta działała jeszcze legalnie, brali udział w pielgrzymkach do Częstochowy czy też mszach podczas wizyt Jana Pawła II. Grupa Węgrów wzięła też udział w pogrzebie księdza Popiełuszki.

Nawiązywali kontakty, uczyli się polskiego. Uczyli się też praktycznych technik opozycyjnych czyli przede wszystkim drukarstwa. Historia węgierskiej bibuły zaczyna się w zasadzie od wizyty Gábora Demszkyego w Polsce w 1981 roku, kiedy nauczył się on różnych technik drukarskich. Przedtem nieregularne publikacje przepisywane na maszynie zastąpiły wówczas wyższe nakłady oraz regularne wydawnictwa.

W niezależnych węgierskich publikacjach często pojawiała się tematyka polska. Pisano o tym co się w Polsce dzieje, na przykład po śmierci księdza Popiełuszki pojawiło się dużo materiałów z tym związanych, pojawiały się sprawozdania odnośnie polskich debat w kręgach opozycji, wiele tekstów, w tym i książek, tłumaczono. Gazetka Hírmondó (Wiadomości) miała tytuł pisany solidarycą z flagą węgierską nad literami.

Ważny był wpływ programowy z Polski. Tekst Adama Michnika pt. Nowy ewolucjonizm, który nawoływał do budowania niezależnych instytucji społeczeństwa obywatelskiego zamiast prób obalania władzy komunistycznej głęboko wpłynął na sposób myślenia i działania węgierskiej opozycji.

Z Polski tutejsi opozycjoniści czerpali konkretne pomysły do działalności takie jak poniedziałkowy wolny uniwersytet, którego spotkania odbywały się po domach na wzór latającego uniwersytetu w Polsce czy też niezależne związki zawodowe, które tworzono tu pod koniec lat 80-tych.

Warto pamiętać o roli polskiego przykładu w powstaniu Fideszu. Viktor Orbána napisał pracę dyplomową z polskiej Solidarności, Mitrovics zresztą ją w książce szczegółowo omawia. Wacław Felczak zachęcał młodych działaczy skupionych wobec obecnego premiera Węgier do założenia partii opozycyjnej. Nie raz odwiedzali oni zresztą Polskę a na swoich kongresach podejmowali gości z Polski.

Negatywem kontaktów opozycji była współpraca na poziomie władz. Ekipa Jaruzelskiego wypytywała węgierskie oficjalne delegacje o ich doświadczenie kadarowskiej normalizacji. Polska bezpieka, na prośbę swoich węgierskich odpowiedników, śledziła węgierskich opozycjonistów podczas ich wizyt w Polsce. Kiedy trzeba poddawała ich szykanom, na przykład wydalając z kraju. Działało też w drugą stronę: Wojciecha Maziarskiego wydalono z Węgier po niezależnych koloniach dla dzieci z Polski zorganizowanych przez tutejszych opozycjonistów.

Na tych koloniach chciałbym się na chwilę zatrzymać. Zorganizowano je w 1981 roku jako gest solidarności z Polakami, niejako w nawiązaniu do pomocy udzielanej przez Polaków w 1956 roku a także kolonii dla węgierskich dzieci, które odbyły się w Polsce w 1957 roku. Początkowo organizatorzy zwrócili się do węgierskiego Czerwonego Krzyża by ten otworzył konto do wpłat na rzecz Polaków w potrzebie. Gdy ta organizacja odmówiła powołując się na to, że nie dyskryminuje nikogo na podstawie pochodzenia, opozycjoniści sami wzięli się za organizację kolonii.

Przez zbiórkę społeczną zebrano 80 000 forintów, co było wówczas znaczną kwotą. Prowadzących zbiórkę zaskoczył pozytywny odzew, obawiano się niechęci do Polaków spowodowanej przez antypolską propagandę rządową.

Nawiązano kontakty z regionem Solidarności Mazowsze. Tam wybrano ubogie dzieci, które miały pojechać na kolonie. Zwykle nie były one dotąd nigdzie na wakacjach. Przed samym wyjazdem okazało się, że potrzebne są dla nich imienne zaproszenia od prywatnych osób, udało się je zdobyć. Na Węgrzech spędziły one okres 10-16 czerwca.

Kolonie odbyły się w letnim domu Tamása Erőssa i Jánosa Kende w leżącej nad Balatonem wsi Kékkút. W ich trakcie regularnie odbywały się kontrole węgierskiego sanepidu. Mimo tych szykan dzieci chodziły na plażę, grały w piłkę, brały udział w wycieczkach. Węgierski bard Tamás Cseh dał dla nich minikoncert. Na koniec dzieci odwiedziły Budapeszt.

W organizację kolonii najbardziej zaangażowani byli Gábor Demszky, György Krassó, Ottilia Solt, Grácia Kerényi, Miklós Haraszti i Katalin Gyarmati. W ich trakcie dla dzieci gotowali Miklós Sulyok, Géza Buda oraz György Petri (Miklós Sulyok i dziś zajmuje się gastronomią, prowadzi znakomitą restaurację M na ulicy Kertész).

Drugą próbę zorganizowania kolonii podjęto po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Tę próbę storpedował węgierski Czerwony Krzyż, udało się natomiast zebrać znaczną pomoc materialną (pieniądze, odzież, żywność, środki czystości), którą przesłano do Polski koleją.

Kolejna próba, podjęta w lecie 1982, zakończyła się niepowodzeniem: wybrano grupę ubogich polskich dzieci, w gotowości były czekające na ich przyjęcie rodziny węgierskie ale w ostatniej chwili władze polskie przeszkodziły wyjazdowi uniemożliwiając kupno biletów. Następną próbę wyjazdu zablokowano zatrzymując studentkę, która wiozła ze sobą imienne zaproszenia dla dzieci. W końcu zebrano środki wykorzystano na kolonie dla dzieci zorganizowane na Mazurach.

Co ciekawe i ważne, współpraca opozycji demokratycznej w obu krajach nie opierała się na tradycyjnej przyjaźni polsko-węgierskiej ale na wspólnocie wartości. Tym niemniej ta współpraca wpisała się w historię polsko-węgierskich stosunków nie mniej niż te wydarzenia, które z przyjaźnią między dwoma narodami zwykle kojarzymy. I to mimo tego, że cała opozycja węgierska liczyła wówczas wszystkiego kilkaset osób – tym większy szacunek dla nich.

Orgia

Kiedy parę miesięcy temu burmistrz XII dzielnicy Zoltán Pokorni publicznie przyznał, że jego dziadek był strzałokrzyżowcem (nyilasem), który brał udział w masowych morderstwach to wyznanie odbiło się szerokim echem. Powiedział wtedy:

Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Nieprzypadkowo te słowa zrobiły wrażenie. Do takiego podejścia do tego, co robili tu strzałokrzyżowcy ani wśród nich samych ani wśród ich potomków nie jesteśmy przyzwyczajeni. Tu na ten temat panuje cisza, brak wyrazów skruchy czy też poczucia winy.

To stało się jednym z powodów, dla których Gábor Zoltán napisał Orgię. Ta powieść dokumentalna opisuje działalność organizacji nyilasów w XII dzielnicy Budapesztu – tej właśnie gdzie burmistrzem jest Pokorni – pod koniec 1944 i na samym początku 1945 roku. Tytułowa orgia to amok nienawiści i przemocy, także seksualnej.

W szeregu wywiadów autor tak opsiywał inspiracje do napisania powieści. „Wciąż mam to poczucie, że nic nie zostało zamknięte w 1945 roku, i że od jakiegoś czasu wracają z coraz większą mocą tendencje lat 20-tych, 30-tych, 40-tych.” „Trzeba powiedzieć, że terror strzałokrzyżowców czy też nawet Auschwitz nie spowodowały traumy u Węgrów.” Podkreśla, że nawet po upływie wielu lat nyilasowie nigdy nie wyrażli skruchy za swoje czyny.

Choć nie mówi tego wprost to czuje się, że Orgię napisał by wstrząsnąć społeczeństwem, szokiem obudzić zmusić je do spojrzenia w lustro. I chyba mu się to częściowo przynajmniej udało, o czym świadczy popularność książki.

W powieści strzałokrzyżowcy występują pod swoimi nazwiskami. Wspomniany jest tam też dziadek Pokorniego (na stronach 66, 101, 267, 272 i 277). To co robią i mówią oparte jest na dokumentach. Zoltán mówi, że wszystko pisał tak by mógł to potem bronić w sądzie choć do tej pory nikt go za książkę nie pozwał.

A opisuje rzeczy straszne. Nyilasowie w tym okresie, mimo że trwało oblężenie Budapesztu i odgłosy walk było nieustannie słychać, zajmowali się łapaniem Żydów i innych podejrzanych jednostek oraz rabunkiem, wszystko w patriotycznej otoczce.

Złapane osoby torturowano, istniała reguła dwudziestu minut, którym, co najmniej, miano poddać wszystkich, wliczając w to i dzieci. Tortury były wymyślne, szacunek wewnątrz grupy zdobywało się tworząc nowy sposób męczenia. Regułą były udręka z elementami seksualnymi, gwałty były normą. Celem było odebranie ofiarom godności, poniżenie ich w maksymalnym stopniu.

W torturach udział brali nie tylko mężczyźni ale i kobiety. A także były zakonnik, który w dalszym ciągu chodził we franciszkańskim habicie i wygłaszał płomienne, zagrzewające do walki kazania w kościele, perwersyjny ojciec András Kun.

Żydów zwykle na końcu mordowano. Prowadzono ich nad Dunaj i tam rozstrzeliwano, ciała wpadały do wody, bywało, że mordowano ich blisko miejsca ich uwięzienia i tortur. „Ciotka Erzsi czekała na nich z kolacją, tam ich zawieźliśmy”, tak brzmi typowy dowcip strzałokrzyżowców nawiązujący do mostu Elżbiety (Erzsébet – Erzsi), skąd zrzucano trupy. Autor zresztą włożył wiele wysiłku w jak najdokładniejsze odtworzenie języka nyilasów.

Pomnik Żydów rozstrzeliwanych na brzegu Dunaju przez strzałokrzyżowców

Nie-Żydom niekiedy składano propozycję nie do odrzucenia: mogą przyłączyć się do strzałokrzyżowców i „walczyć o Węgry” albo … Taki los przypadł głównemu bohaterowi książki, Rennerowi. Właściciel małej fabryki wyrobów metalowych ma żonę Żydówkę, kochankę Żydówkę i pomaga Żydom. Zostaje aresztowany, po strasznych torturach zgadza się przyłączyć się do swoich oprawców. To również prawdziwa historia choć zmyślone nazwisko: Zoltán ofiarom zapewnił w książce anonimowość a Rennera, mimo wszystko, za jedną z takich ofiar uznał.

Kim są strzałokrzyżowcy przedstawieni w książce? W większości to niższa klasa średnia, dla nich obecna sytuacja oznacza możliwość rewanżu za poniżenia wynikające z ich pozycji społecznej. Warto przytoczyć tu scenę uroczystego zebrania nyilasów kiedy zaproszona historyczka wygłasza wykład o następującej treści. Przywódca strzałokrzyżowców Ferenc Szálasi wypełnia przesłanie Györgya Dózsy, który w XVI wieku przewodził rewolcie chłopskiej skierowanej przeciwko magnaterii. Osiemnastowieczni Kurucowie walczyli przeciwko panom szkodzącym swojemu narodowi i barbarzyńskim wrogom. Franciszkanie zagrzewali lud do walki – inne zakony daleko były od prostych ludzi. Tak jest i dziś, to franciszkanie najgorliwiej przyjęli Szálasiego gdy ten ruszył na objazd kraju. Ukoronowaniem tego jest jego przyjaźń z ojcem Kunem.

W wywiadach Zoltán podkreśla, że uproszczeniem byłoby zrównywać nyilasów z plebsem. Mieli poparcie w różnych kręgach społecznych. W relatywnie wolnych wyborach w 1939 roku strzałokrzyżowcy zdobyli 15% głosów stając się największą partią opozycyjną. Szereg innych partii zresztą reprezentowało podobnie skrajnie prawicowe poglądy. To nie było ciało obce w społeczeństwie.

Mimo tego, że to książka ważna dla zrozumienia najnowszej historii Węgier, nie doczekała się tłumaczeń na obce języki. Wyjątkiem jest polski: jej fragment ukazał się w Zeszytach Literackich.

Jednym z tego powodów mogą być przerażająco szczegółowe opisy okrucieństwa nyilasów niebezpiecznie zbliżającej się do pornografii przemocy. Problemem może też być bezkrytyczne oparcie książki na dokumentach sądowych, których wiarygodność, jak to wyjaśniła mi zapytana o książkę znajoma historyczna zajmująca się tym okresem, zostawia często dużo do życzenia.

Warto wspomnieć o drugiej książce Zoltána, którą napisał on w zasadzie równolegle z Orgią, chodzi mi o jego Sąsiada (Szomszéd). Jest to w zasadzie duży esej, w którym, z niezwykłą erudycją, opisuje on część XII dzielnicy, w której dorastał a potem mieszkał a która też była terenem działalności grupy strzałokrzyżowców opisanej w Orgii. Autor przedstawia kolejne budynki, ich historię, ich twórców, ich mieszkańców. Opisuje przedstawicieli elit – pisarzy, polityków, architektów – wskazuje na powiązania między nimi. Wyszukuje wśród nich bogato reprezentowanych nyilasów i ich zwolenników (choć nie tylko – tu miał niektóre ze swoich domów dziecka ratujący Żydów Gábor Sztehlo). Przywodzi wydarzenia, w których brali udział. Łączy współczesność z okołowojenną przeszłością.

Odręcznie narysowany plan okolicy, o której mówi książka – to wszystkiego kilka ulic i miejsc

Ciekawostką jest, że pojawia się w niej wątek polski w postaci o. Maksymiliana Kolbego. Przeciwstawiona jest wspomnianemu byłem franciszkaninowi, Andrásowi Kunowi. Najwyraźniej autot nie jest świadom kontrowersji związanych z zarzutami antysemityzmu, które Kolbemu czyniono.

Obie książki konfrontują czytelnika z kwestią roli strzałokrzyżowców w historii Węgier. Zoltán argumentuje, że nie był to przypadkowy epizod, pokazuje ich zakorzenienie w społeczeństwie, wskazuje na poprzedników w postaci oddziałów siejących biały terror po krótkotrwałym okresie komunizmu na Węgrzech zaraz po pierwszej wojnie światowej, przypomina powierzchowne tylko rozliczenia, brak skruchy u zbrodniarzy i społeczną amnezję w odniesieniu do tych wydarzeń. To nie był margines, argumentuje. Wydźwięk jest pesymistyczny, autor cytuje Máraia, który w odniesieniu do tego okresu napisał „społeczeństwo pokazało swoją prawdziwą twarz”.

Paradokslanie, może te książki jednak, choćby w niewielkim stopniu, przyczynią się do tego, by Węgrzy zaczęli konfrontować ten fragment swojej historii.

Radio Polonia Węgierska – 8. odcinek podcastu/Przemyśl

W najnowszym odcinku audycji mówię o pomniku Przemyśla w Budapeszcie.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Iga Kolasińska – 05:20
3. Autorski przegląd prasy polskiej Roberta Rajczyka – 06:19
4. Jeż Węgierski w eterze czyli opowieść Jerzego Celichowskiego – 15:40
5. Rozmowa z dziennikarzem Polsatu Markiem Sygaczem – 22:18
6. Książka na Głos – 53:13
7. Urywki historii czyli opowieści Izabeli Gass – 01:01:25
8. Pożegnanie – 01:05:45

Stojący po budańskiej stronie mostu Małgorzaty pomnik z lwem ma na sobie napis Przemyśl. Nie jest to rzecz jasna wołacz ale nazwa miasta. Pod napisem są daty: 1914-1915. Ta oszczędność opisu sugeruje, że sprawa powinna być oczywista dla każdego.

Nie jest. Ten pomnik jest jednym z tych “niewidzialnych” pomników, które mimo prominentnej lokalizacji często nieobecne są w świadomości budapeszteńczyków. Co więcej, nawet ci, którzy istnienia pomnika są świadomi nieraz nie mają pojęcia co on upamiętnia.

Śpieszę z wyjaśnieniem: Chodzi o walki wokół twierdzy Przemyśl w okresie pierwszej wojny światowej. Ta niezwykle ważna fortyfikacja – zamykała drogę do monarchii Austro-Węgierskiej od wschodu, oblegana była wówczas trzy razy.

Po raz pierwszy, pomiędzy 17 września a 10 października 1914 roku, przez wojska rosyjskie, siły monarchii twierdzę utrzymały. Po raz drugi, między 2 listopada 1914 roku a 23 marca 1915 roku, tym razem wojskom rosyjskim udało się po wyczerpującym oblężeniu twierdzę zdobyć. Po raz trzeci twierdzę oblegały połączone siły monarchii i Niemiec a bronili jej Rosjanie. Oblężenie trwało od 31 maja do 3 czerwca 1915 roku i zakończyło się sukcesem oblegających.

Pomnik odnosi się do drugiego oblężenia, w trakcie którego broniącym go wojskom monarchii zajrzał w oczy głód. Próba wyrwania się z oblężenia zakończyła się śmiercią ponad pięciu tysięcy żołnierzy. Przed poddaniem twierdzy wysadzono część umocnień oraz broni. Do niewoli trafiło ponad sto tysięcy żołnierzy, wywieziono ich wgłąb Rosji.

Pomnik, mimo tego, że podpisany jest nazwą polskiego miasta, w której nawet troskliwie umieszczono kreseczkę nad literą “ś”, nie jest odbierany jako polski w charakterze. Bo choć twierdza znajdowała się na terenie dzisiejszej Polski a wśród walczących i poległych, zarówno wśród obrońców jak i oblegających, byli zapewne Polacy, to jednak to oblężenie nie jest uważane za część historii naszego kraju.

Dla mnie to fascynujący przykład jak historia terytorium i historia jakiegoś państwa czy narodu mogą się rozmijać. Przemyśl leży w Polsce ale jego obrona jest dla Polaków czymś dość abstrakcyjnym, turystycznym może dzięki interesującym ruinom ale niczym więcej. Co innego dla Węgrów: mimo, że miasto nawet nie ma węgierskiej nazwy przez swą obronę wspisało się silnie w węgierską pamięć historyczną, czego wyrazem jest ten pomnik.

Węgrzy o Trianonie dziś – trochę statystyk

Mija właśnie setna rocznica Trianonu, z tej okazji grupa badawcza Węgierskiej Akademii o nazwie Trianon 100 przeprowadziła badania na temat stosunku Węgrów do tego wydarzenia. Były to klasyczne badania opinii publicznej przeprowadzone na reprezentatywnej próbce ludności [HU]. Oto najciekawsze ustalenia:

  • Ponad 40% respondentów za najtragiczniejsze wydarzenie w historii węgierskiej uznała właśnie Trianon.
  • Dwadzieścia osiem procent respondentów ma w rodzinie kogoś, kto przeprowadził się na Węgry z utraconych terenów. Obecnie 18% Węgrów na krewnych mieszkających w granicach Wielkich Węgier ale poza obecnymi Węgrami. Znajomych mieszkających na utraconych terenach ma 37% respondentów.
  • Co dwudziesty Węgier regularnie porusza temat Trianonu w rozmowach ale co drugi nigdy tego nie robi.
  • Datę podpisania traktatu poprawnie potrafi podać 27% zapytanych, 31% wie ile ziem utracił wówczas kraj a 20% ile ludności. Zaledwie 9% respondentów zna stosunki ludnościowe w przedtrianońskich Węgrzech.
  • Za najważniejsze powody, które doprowadziły do Trianonu uznawane są geopolityczne dążenia zwycięskich potęg, dążenia do powiększenia terytorium przez sąsiednie kraje oraz przegrana wojna (70-80%). Za ważne czynniki uznano też osobistą niechęć do Węgrów przejawianą przez premiera Francji, nieskuteczność węgierskiej dyplomacji, politykę premiera Mihály Károlya i izolację dyplomatyczną kraju (40-50%). Politykę wobec mniejszości, działalność masonerii, Rewolucję Astrów, Republikę Rad, działalność wrogich wobec Węgier dziennikarzy w mniejszym ale też istotnym stopniu zostały uznane za czynniki odpowiedzialne za traktat.
  • Niemal wszyscy respondenci (94%) uważają, że Trianon był niesprawiedliwy wobec Węgier. „Węgrem jest ten, kogo boli Trianon” – ten pogląd podziela 84% Węgrów. Ponad trzy czwarte ich (77%) uważa, że kraj dotąd nie poradził sobie z tą traumą a 71% zapytanych widzi w traktacie przyczynę roli odegranej przez Węgry w drugiej wojnie światowej oraz napięcia w stosunkach z sąsiadami. 55% respondentów odrzuca pogląd, że członkostwo w EU niweluje skutki traktatu, 61%; że Trianon był wynikiem konieczności dziejowej.
  • Jedna trzecia zapytanych wierzy, że traktat traci moc 100 lat po podpisaniu, czyli teraz (!).
  • Przyjaciół wśród innych krajów Węgrzy widzą w pierwszym rzędzie w Polsce, drugie miejsce zajmują – zaskoczenie – Chiny. Najmniej popularne są Rumunia i Ukraina.
  • Sześćdziesiąt procent Węgrów odwiedziła kiedyś utracone tereny w Słowacji, 51% w Rumunii (Siedmiogród). Najrzadziej odwiedzane jest Zakarpacie – była tam tylko jedna piąta Węgrów. 27% nigdy nie było na utraconych terytoriach.
  • Zdecydowana większość respondentów (80%) uważa, że Węgrze żyjący poza krajem są tak samo dobrymi Węgrami jak ci, którzy w nim mieszkają. 70% popiera nadanie im obywatelstwa węgierskiego ale 58% negatywnie się odnosi do umożliwienie im udziału w wyborach.
Pałac Grand Trianon, źródło: Fortepan

***

A na zakończenie ciekawostka: film animowany dla dzieci o Trianonie [HU]. Peti mieszka w Budapeszcie, jego kuzynka Panka w Kolozsvárze (Kluż). Idylliczny świat wielkich Węgier jak grom z jasnego nieba przerywa Trianon. Rumuński policjant jest nieogolony. I tak dalej.

Sporo jest w nim nieścisłości, błędów historycznych a także ordynarnych przekłamań dlatego zaciekawiło mnie kto jest jego twórcą, nie udało mi się tego niestety ustalić.

Radio Polonia Węgierska – 7. odcinek podcastu/Trianon

W najnowszym odcinku audycji mówię o tym co mnie dziwi w węgierskim stosunku do Trianonu.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie- 00:00
2. Serwis polonijny- 06:58
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka- 08:41
4. Jeż Węgierski w eterze czyli felieton Jerzego Celichowskiego- 17:38
5. Rozmowa tygodnia- gościem dr Robert Rajczyk- 23:52
6. Książka na Głos- 53:56
7. Matki Boskie Węgierskie-58:44
8. Pożegnanie- 01:01:23

Zbliża się setnia rocznica Trianonu. Tak to się tutaj skrótowo nazywa ten kończący dla Węgier I Wojnę Światową traktat pokojowy (przez Węgrów często określany jako dyktat) podpisany w wersalskim pałacyku Trianon. Wszyscy wiemy jak ważna i jak żywa, można niemal powiedzieć, jak aktualna to dla Węgrów sprawa.

Skutki Trianonu dotknęły Węgry na wielu poziomach. Państwo straciło terytoria. Zmniejszyła się też jego ludność a wielu Węgrów znalazło się poza granicami państwa. Wszystko to doprowadziło do kryzysu humanitarnego a także wielu indywidualnych tragedii.

Nie o samym bez wątpienia tragicznym dla Węgier Trianonie chcę jednak teraz mówić ale o stosunku Węgrów do niego, w którym wiele rzeczy nie przestaje mnie zadziwiać. Oto parę z nich.

Do dziś o Trianonie mówi się jako o akcie „niesprawiedliwości.” Tak jakby przedtem nie było wojny, którą Węgry, jako część monarchii przegrały – a nie zapominajmy, że to monarchia tę wojnę rozpoczęła. Jakby nie było węgierskich polityków, którzy ponoszą odpowiedzialność za doprowadzenie do sytuacji, w której inne państwa mogły swobodnie określać kształt granic kraju. Nie wiadomo przy tym jak miałoby wyglądać „sprawiedliwe” potraktowanie Węgier po tej wielomilionowej hekatombie.

Żywa jest religijna narracja trianońska. Przykład: węgierska kalwaria w Sátoraljaújhely. Zawiera ona, jak każda porządna droga krzyżowa, 14 stacji, upamiętniają one utracone na mocy Trianonu miasta. Ta kalwaria to przykład narracji męki i śmierci państwa, której częścią jest wizja zmartwychwstania czyli odtworzenia Wielkich Węgier. Choć zbudowano ją w 1936 roku to na początku lat 2000-nych lokalny samorząd odremontował ją najwyraźniej uznając jej przekaz za aktualny.

Częste jest też traktowanie Trianonu jako „największej tragedii w historii Węgier”. Największej, czyli nie umywają się do niej najazd tatarski (zginęła niemal połowa ludności kraju), półtorawiekowe rządy tureckie czy też, by wziąć bliższe przykłady, pierwsza wojna światowa (ponad 650 tysięcy zabitych), druga wojna światowa (900 tysięcy zabitych, z czego niemal połowa to Żydzi, ofiary Holocaustu), oraz masowe gwałty zaraz po wojnie, których ofiarą padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet.

Od traktatu mija właśnie sto lat. Być może rewizjonizm, który zrodził, i który był głównym motorem napędowym węgierskiej polityki zagranicznej w okresie międzywojennym, zredukował się do poziomu naklejek z Wielkimi Węgrami oraz przyśpiewek na meczach piłkarskich, to jednak ta żałoba po Trianonie, jego perwersyjny kult w dużej mierze ciągnie się dalej. Ciekaw jestem co mogłoby to zmienić.

Radio Polonia Węgierska – 6. odcinek podcastu/Gábor Sztehlo

W najnowszym odcinku audycji mówię małoznanym węgierskim bohaterze Gáborze Sztehlo.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Wiadomości polonijne – 04:06
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 07:42
4. Cykl Jerzego Celichowsiego „Jeż Węgierski w eterze” – 17:14
5. Rozmowa z Łukaszem Malczykiem, prezesem Unii Polskich Przedsiębiorców – 20:43
6. Książka na Głos – 47:00
7. Matki Boskie Węgierskie – 58:06
8. Pożegnanie – 01:00:01

Często zabawiam się pytaniem znajomych, Polaków jak i Węgrów, czyj to pomnik stoi na środku placu Deáka. To jest tam w ogóle jakiś pomnik? to najczęstsza odpowiedź. Ci, którzy jakoś mgliście sobie coś na ten temat przypominają zwykle nie wiedzą o kogo chodzi.

Fakt, że pomnik swoją niedosłownością nie ułatwia zadania. Masywna, zarysowana kubistycznie postać chroni schowane z tyłu kruche w porównaniu dziecko. Nieco wyjaśnia dopiero napis z tyłu rzeźby „Gábor Sztehlo 1909-1974, pastor ewangelicki z bożą pomocą ocalił około 2000 dzieci i dorosłych w czasie koszmaru strzałokrzyżowców a później osieroconym ocaleńcom dał dom, wiarę i godność.” Z jakiś powodów nie jest wspomniane, że ocalonymi byli Żydzi.

Sztehlo zorganizował i potem prowadził 32 domy dziecka w okresie od marca 1944 roku do końca wojny. Nie tylko dzieci ale i większość personelu była Żydami. W ich utrzymaniu pomagał mu szwajcarski Czerwony Krzyż. Warto dodać, że w przeciwieństwie do bardziej znanego Wallenberga Sztehlo za swoją działalność ratowniczą mógł łatwo zapłacić głową.

Jednym z ocalonych dzieci był późniejszy zdobywca nagrody Nobla z chemii György/George Oláh.

Po wojnie dla ośmiuset żydowskich sierot oraz dzieci oficerów, wysiedlonych czy więźniów – w tym i strzałokrzyżowców, zorganizował Gaudiopolis. Ta dziecięca republika miała dziecięcy rząd, ustawy, własną walutę a nawet czasopismo satyryczne. Mieszkańcy uczyli się zawodów, uprawiali ogród, organizowali wydarzenia kulturalne. Kiedy instytucję odebrano mu nacjonalizując ją w 1950 roku zaczął zajmować się porzuconymi, przez nikogo nie chcianymi dziećmi z różnymi problemami.

Zmarł w Szwajcarii dokąd pojechał odwiedzić rodzinę, która opuściła Węgry w 1956 roku.

Zadziwiające dla mnie jest, że postać takiego formatu, przywodząca na myśl zarówno Irenę Sendlerową jak i Janusza Korczaka, jest tak słabo znana na Węgrzech. Wydawałoby się, że niewiele jest bardziej bezdyskusyjnych rzeczy niż ratować dzieci ale jednak Sztehlo nie trafił do kanonu wielkich Węgrów. Choć zdecydowanie ma tam swoje miejsce.