instagram

Postanowienia noworoczne: otworzyłem profil na instagramie. Wrzucać tam będę zdjęcia rzeczy, które mnie zaciekawiły czy zdziwiły, z krótkim komentarzem – dla odmiany po angielsku. Na początek takie zdjęcie:

HofiGezaStopa

To mój ulubiony i najśmieszniejszy odcisk stopy na alei gwiazd na ulicy Nagymező (przed Instytutem Polskim). Tak, Géza Hofi był humorystą:)

Zachęcam do subskrybowania mojego instagrama – będzie świetnie!

Sałatka witaminowa

Sałatka witaminowa (vitaminsaláta) nie zalicza się do klasyków węgierskich tradycji kulinarnych. Ten kulinarny dysydent reprezentuje raczej próbę reformy kuchni węgierskiej poprzez zwiększenie w niej roli jarzyn.

Sałatka, a właściwie sałatki bo mowa jest o kategorii dań a nie konkretnej potrawie, oznacza po prostu surówkę lub też dowolną sałatkę, w której pojawią się jarzyny. Przykłady można sobie obejrzeć na popularnej węgierskiej społecznościowej plaformie kulinarnej NoSalty, nie potrzeba to tego znać języka.

Obrazki i przepisy miło pooglądać, mnie sałatka zaciekawiła jednak raczej ze strony językowej. Bo choć istnieje sałatka „witaminowa” to daremnie szukać „kalorycznego” kotleta czy ciastka – choć takie jak najbardziej istnieją. Tu się podkreśla ten dość techniczny aspekt żywienia, tam nie: skąd ten brak symetrii?

Wydaje mi się, że sałatka swym istnieniem niechcący potwierdza znany skądinąd fakt, że defaultem kuchni węgierskiej są dania ciężkie, niezdrowe, wysokokaloryczne – i ubogie w witaminy. Jedzenie jarzyn ma dla Węgrów posmak medyczny: jemy je w celach zdrowotnych, by pobrać witaminy lub też schudnąć (wyjątkiem są tu főzeléki, co do których jednak tylko z rzadka pada opinia o ich walorach zdrowotnych). To, co się je bezprzymiotnikowo („normalnie”) jest zdrowotnie nienajlepsze. Albo zdrowo albo smacznie – wybór należy do ciebie.

Typowa sałatka witaminka, źródło: NoSalty

To też sałata witaminka, źródło: NoSalty

I tak może być sałatka witaminka, źródło: Deliveri

dyskretna dyskryminacja

Niedawno podpisywałem jakieś dokumenty w pracy, czytam tekst a tam stoi „… (moje nazwisko) oświadcza, że potrafi czytać i pisać po węgiersku”. Obok „… (nazwisko kolegi cudzoziemca) oświadcza, że zaznajomiono go z tekstem dokumentu”. Rozmawiam z prawniczkami, pytam o co chodzi: jestem w końcu obywatelem węgierskim, czy naprawdę na podstawie mojego faktycznie niewęgierskiego imienia i nazwiska muszę składać takie osobne deklaracje? Kolega nie jest obywatelem węgierskim, odnośnie jego faktycznie nikt nie ma takich oczekiwań językowych ale ja, poza imieniem i nazwiskiem, nie różnię się od, powiedzmy, takiego Istvána Kovácsa.

Troszkę jestem uczulony na takie rzeczy. Parę lat temu w podstawówce Chłopaka musiałem przynieść węgierskie dokumenty tożsamości by udowodnić swoje obywatelstwo: dyrektor szkoły wzywał do siebie w tym celu rodziców o niewęgierskich nazwiskach. To znaczy, niewęgierskich w jego rozumieniu, rodzice koleżanki Chłopaka o nazwisko Sárközy takiego wezwania nie dostali mimo, że tak się właśnie nazywał ówczesny prezydent Francji (tyle, że bez akcentów nad „a” i „o”). Nie byłem w stanie mu wytłumaczyć, że nazwisko niekoniecznie musi się łączyć z obywatelstwem (w całej sprawie chodziło wówczas o to, że samorząd nie chciał finansować nauki dzieci nie-obywateli Węgier), bo możemy mieć przecież świeżych imigrantów węgierskich z Siedmiogrodu jeszcze z obywatelstwem rumuńskim albo też, dajmy na to, dziewczynkę nazywającą się Andrea Szerb a przy tym obywatelkę Wielkiej Brytanii – i tak dalej.

Tym razem jednak miałem do czynienia z prawnikami więc miałem nadzieję, że wyjaśnią co się dzieje.

Miłe prawniczki wyjaśniły mi, że jeśli w sądzie gospodarczym ktoś będzie miał wątpliwości czy faktycznie potrafię czytać i pisać po węgiersku, co jest konieczne do tego by podpisane przeze mnie dokumenty były ważne, bo mogę odesłać te dokumenty do poprawki, czego wszyscy chcielibyśmy uniknąć. Nota bene, to wyjaśnienie odnosi się tylko do dokumentów prawnych a nie do akcji dyrektora podstawówki Chłopaka.

Czyli niby wszystko gra ale jednak. Wątpliwości pojawić się mogą oczywiście wyłącznie na podstawie mojego nazwiska, taki István Kovács nie musi niczego deklarować, choćby był analfabetą nikt go o nic podejrzewać nie będzie. Wszystko to niby takie podszczypywanie, raczej irytujące niż faktycznie dokuczliwe, ale w sumie jednak jest to forma dyskryminacji: gdybym sobie zmienił nazwisko na bardziej węgierskie problemu nie byłoby mimo, że mój status prawny nic by się nie zmienił.

Jakoś skojarzyło mi się to z wiele częstszym, niż w przypadku białych, zatrzymywaniem czarnych przez policję w USA, co słusznie określa się jako rasizm. Miał rację Mrożek, że Polacy to murzyni tylko, że biali:)