Via Carpatia

Jakiś czas temu napisałem omówienie tej książki dla Polonii Węgierskiej. Mimo, że mówiłem o niej kiedyś w podcaście, przyszło mi do głowy, że może warto je też tutaj, for the record, zamieścić.

Via Carpatia

Nie wiem, co takiego Węgry mają w sobie, że przyciągają – często niezłych – pisarzy, by pisali o tym kraju. I tak w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat ukazało się w Polsce co najmniej pięć książek o współczesnych Węgrzech: trylogia Krzysztofa Vargi Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą oraz Langosz w jurcie, napisana przez Igora Janke biografia Viktora Orbána pt. Napastnik oraz Via Carpatia Ziemowita Szczerka. Wszystkie one, w taki czy inny sposób, opowiadają o Węgrzech polskim czytelnikom.

Książka Szczerka, którą chcę przybliżyć w tym artykule, traktuje zresztą nie tylko o Węgrzech, to zapis podróży po Węgrzech i Basenie Karpackim autora. Czuje się w niej wpływ kwitnącego w Polsce reportażu literackiego. Tak na przykład opisuje autor Arad:

W pogranicznym Aradzie było nadal węgiersko, ale jakoś inaczej. Plac przed dworcem wyglądał, jakby jakiż tajfun zdarł cały asfalt i porył klepisko bruzdami. Zaparkowane samochody nie stały w równym szyku, tylko jeden wyżej, drugi niżej. (…) Płaskorzeźbie lwa sterczącej z frontonu rozkładającej się w upale kamienicy ktoś dosprejował psychodeliczne jaskrawozielone oczy. Na ławce w centrum miasta przysiadł starszy mężczyzna w czapce mimo upału naciągniętej na czubek głowy. Zdjął buty i wyciągnął przed siebie bose stopy. Zaczęły je obdziobywać gołębie. Zaczynałem podejrzewać, że jestem w jakiejś innej, dziwnej rzeczywistości.

Nie jest to jednak zwykły dziennik podróżnika. Szczerka interesuje przede wszystkim polityka oraz jej kulturowe korzenie. Nie udaje przy tym obiektywności. Pisze o sobie: Jestem wampirem chłepcącym nacjonalistyczne pieśni jak krew z alkoholem i faktycznie widać, że najbardziej fascynują go wszystkie przejawy nacjonalizmu, resentymentów narodowych, pojawiający się między wierszami rewizjonizm, wspomniany nemzeti rock, czy też dziwaczne teorie jak ta, w myśl której Jezus był w zasadzie Węgrem. Potrafi pozwolić sobie na małe złośliwości, na przykład, kiedy pisze właśnie o narodowym rocku: Zamykałem oczy i zastanawiałem się, jak musi wyglądać życie muzyków Kárpátii. Święta Korona, Trianon, męka uciśnionych Węgrów od rana do wieczora, od porannej jajecznicy, przy cały boży dzień, po kolację, piwo, pewnie jakiś dramatyczny film historyczny o cierpieniu Transylwanii, i do łóżka. I od rana to samo.

Te fascynacje prowadzą go w okolice zwykle omijane przez turystów. Zagląda do takich miejsc jak: Felcsút, Oroszlány, Várpalota, Ózd, osławione osiedle Luník IX w Koszycach, Oradea, Timisoara, Targu Mures, Chust, Mukaczewo, Czop, Subotica oraz Nowy Sad, choć w książce pojawiają się również Gruzja, Macedonia, a także Austria – cały nasz region. Ogląda te miejsca, opisuje, relacjonuje rozmowy z napotkanymi ludźmi oraz mniej lub bardziej prominentnymi politykami.

A krąg jego rozmówców jest szeroki. Jest tam mechanik samochodowy z Oroszlány, napotkany przypadkowo w barze w Satu Mare Węgier, zatrudniona przy robotach publicznych Romka w Ózd, liberalny blogger z Budapesztu, ale też Zsolt Németh, polityk Fideszu z górnej półki, Dávid Janicsák, jobbikowski burmistrz Ózdu, zresztą częściowo polskiego pochodzenia, albo autor krytycznej analizy rządów Orbána pt. Państwo mafijne Bálint Magyar.

Często wychodzi poza reportaż i – niejednokrotnie barwnym językiem – tłumaczy węgierską rzeczywistość. Fideszowskie Węgry nie są już zwinnym tygrysem – raczej leniwym, przejedzonym, cynicznym i kombinującym Garfieldem – tak opisuje na przykład konsolidację wiodącej partii w państwie.

Szczerek jest liberałem. Krytycznie zapatruje się na politykę Orbána. Jednocześnie jednak nie unika rozmówców reprezentujących obce mu poglądy, wysłuchuje ich – relacjonuje ich słowa, bywa, że przyzna im rację, wykazuje empatię, nie stroniąc jednak przy tym od dyskusji. W rozmowie ze znanym ze skrajnie prawicowych poglądów Janicsákiem na wysoce drażliwy temat Romów, na jego argument, że zagraniczna prasa krytykuje go za to, jak z nimi postępuję, ale oprócz napiętnowania nie podaje pomysłów na rozwiązanie problemu, odpowiada: To akurat prawda. Gdy Romowie wyjeżdżają z Węgier, Rumunii czy Słowacji na Zachód, tamtejsze władze nie zastanawiają się zbytnio nad tym, co robić, tylko deportują ich ciupasem na Wschód. Pomysłów zbyt wielu nie ma. Po czym jednak, zwracając się do Janicsáka, zaraz dodaje: A jaki macie wy?

Nieraz krytykuje pozycje bliskich mu ideowo osób. Często po prostu zdaje sprawozdanie z rozmowy, nie zajmując stanowiska wobec tego, co słyszy. Czuje się, że to brat-łata, który dogada się z każdym – osiedlowym „gopnikiem”, facetem spotkanym na stacji kolejowej, czy też wielkomiejskim blogerem – nawet, jeśli nie całkiem zna ich język. W jednym przypadku rozmowę przeprowadza za pomocą tłumacza Google. Szczerek śpi w tanich pensjonatach, je na stacjach benzynowych, spotyka się ludźmi w kiepskich barach. Węgry i Europę wschodnią zna od dołu, obca mu jest perspektywa luksusowego hotelu położonego w śródmieściu stolicy.

We wszystkim tym Szczerek szuka duszy węgierskiej. Próbuje ją opisać i zrozumieć, zauważyć, jak przejawia się w decyzjach codziennej polityki.

Tym, co dostrzega przede wszystkim, jest resentyment narodowy. Poczucie poniżenia, od Trianonu aż po członkostwo w Unii Europejskiej, a także będące reakcją na nie „wstawanie z kolan”. Pokazuje, że nie są one ani węgierską, ani polską specjalnością, a raczej bardziej uniwersalnym przejawem napięcia między peryferiami – Europą Wschodnią a centrum – Europą Zachodnią. Z tą ostatnią, pomimo rozszerzenia na wschód, do dziś w dużej mierze utożsamiana jest Unia Europejska.

Ten resentyment – to „wstawanie z kolan” – łączy kraje regionu. Węgry nie są więc tak unikalne, jak często Węgrzy o swoim kraju myślą.

Mimo tych podobieństw poczucie – prawdziwego czy wyimaginowanego – poniżenia nie zawsze jest wynikiem relacji z Zachodem. Nieraz za ból jednego kraju winiony jest inny kraj również akurat „powstający z kolan”. Podzielany resentyment nie wystarczy więc do budowania wspólnoty.

Jeśli coś daje nadzieję, to tytuł książki. Autostrada Via Carpatia, prowadząca przez Litwę, Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Grecję, to inicjatywa krajów Europy Wschodniej, łączy je. Czy pomoże budować więzi między nimi? Czy to, że współfinansuje ją Unia Europejska pomoże przezwyciężyć wschodnioeuropejskie poczucie krzywdy?

To pytania, na które każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. Jeśli ktoś wyda książkę po węgiersku, to zastanowić się nad nimi będą mogli także tutejsi czytelnicy.

Słowo “migrant” to obelga – to już oficjalne

Szalenie ciekawy wyrok wydał właśnie sąd najwyższy w sprawie felietonu Árpáda W. Tóty. Ale zacznijmy od początku.

Rzeczony publicysta w swoim tekście pt. Magyar ember nem lop, csak kalandozik (Węgrzy nie kradną tylko oddają się przygodom – „przygodami” w historiografii węgierskiej nazywa się wyprawy łupieżcze, które Węgrzy podejmowali po osiedleniu się w Kotlinie Karpackiej) napisał następujące słowa:

Książę Árpád nie postawił przed sądem wojennym swoich bohaterów plądrujących Europę, ale uhonorował ich. Rabunek, podpalenie i przemoc – „przygody” – nie zostały powstrzymane przez prawne akty, ale przez bitwę pod Augsburgiem. To tam właśnie parszywi(dosłownie: śmierdzący) węgierscy migranci, niezmiennie utrzymujący, że pustoszenie wsi i klasztorów nie nosi znamion przestępstwa, że do niego tam w ogóle nie dochodzi, zetknęli się z europejskimi rycerzami, którzy srali na takie argumenty i na nieliberalny światopogląd, i od dupy po głowę ponadziewali ich na miecz. Po tym wszystkimwęgierscy bandyci dzielniepopędzili do domu i ogłosili, że za udział w przygodach dostaje się teraz cholernie wielkie bicie.

Tekst zaskarżono zarzucając mu obrazę godności narodu. Sąd pierwszej instancji wydał wyrok przyznający rację oskarżeniu. Godność narodu węgierskiego obraziły wyrażenia „parszywi węgierscy migranci” oraz „węgierscy bandyci”. Oskarżony został zobowiązany do usunięcia tych wyrażeń z tekstu, opublikowania przeprosin oraz wypłaty 400 000 forintów (5 100 złotych) dotkniętym tymi wyrażeniami dwóm osobom, który wszczęły sprawę.

Sąd drugiej instancji skasował ten wyrok, natomiast sąd najwyższy go dopiero co przywrócił. Z tekstu uzasadnienia:

Sąd najwyższy zgodził się ze zdaniem sądu pierwszej instancji, że publiczne używanie w odniesieniu do przedstawicieli narodu węgierskiego określeń „parszywy” czy też, obecnie w dyskursie publicznym pejoratywnego, słowa „migrant” a także wyrażenia „węgierscy bandyci” narusza godność węgierskiej wspólnoty narodowej. Sąd zwrócił uwagę, że formułowanie krytyki w debacie publicznej jest wartością chronioną przez wolność słowa, jednak narzędzia językowe użyte do tego celu a także specyfika gatunku ironii nie zwalnia od odpowiedzialności za naruszenie godności innych ludzi czy też społeczności.

Wykonany wyrok – inkryminowane wyrażenia zastąpione są gwiazdkami

Wyrok jest wart zauważenia dla dwóch powodów. Po pierwsze, co oczywiste, można się spodziewać, że będzie miał efekt kneblujący i że doprowadzi do autocenzury autorów i wydawców.

Po drugie, uznanie w wyroku sądowym, że słowa „migrant” jest obelgą a nie technicznym opisem człowieka, który zmienił miejsce gdzie żyje (migrantem jestem na przykład ja przeprowadziwszy się z Polski na Węgry czy też Viktor Orbán, który przeniósł się ze wsi do miasta) pokazuje jak rządowa propaganda nienawiści od lat szczująca na „migrantów” zmieniła język – albo przynajmniej jego oficjalną wykładnię. Ten wyrok na pewno trafi do publikacji analizujących związki między polityką a językiem.

Przykładowy plakat antymigrancki: Od początku kryzysu immigracyjnego w Europie ponad 300 osób zginęło w atakach terrorystycznych, źródło: HVG
Ściany billboardów: tak wygląda rządowa kampania propagandowa na Węgrzech, źródło: Népszava

Radio Polonia Węgierska 43 / Chłopcy z placu Broni

W najnowszym podcaście opowiadam (25:30) o najbardziej znanej węgierskiej książce czyli o Chłopcach z placu Broni. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd prasy
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Program przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Będąc w szkole podstawowej czytaliśmy wszyscy Chłopców z placu Broni Ferenca Molnára. Okazuje się, sprawdziłem to właśnie , że ta książka, której węgierski tytuł brzmi Pál utcai fiúk, i dziś jest lekturą, bodaj jako jedyna pozycja z węgierskiej literatury.

Nie jest to przypadkiem. Ta powieść, mimo że powstała ponad sto lat temu (pierwszy raz opublikowana została w odcinkach w gazecie w latach 1905-1906) nie straciła na świeżości. Nieprzypadkowo jest najbardziej znaną na świecie pozycją z literatury węgierskiej: wikipedia wylicza jej tłumaczenia na 32 języki, które ukazały się w niezliczonych wydaniach. Książkę sześć razy sfilmowano, po raz pierwszy w 1917 roku – ta wersja jednak się niestety nie zachowała.

Jako chłopiec książkę czytałem z wypiekami na twarzy choć nie rozumiałem czemu Nemecsek musiał umrzeć a jego ofiara miała być daremna. Kiedy do książki powróciłem jako dorosły odebrałem ją zupełnie inaczej. Uderzyło mnie, jak przenikliwie opisała ona ówczesną mentalność, obecną zapewne nie tylko na Węgrzech, która umożliwiła pierwszą wojnę światową. Potrzeba przynależenia i strach przed odrzuceniem, gotowość złożenia ofiary za grupę, wszelakie formalizmy i rytuały, natchniony język to wszystko cechy prowadzące do chętnego i karnego udziału w tej rzezi. Niewiele książek tak pięknie się starzeje.

Na WęgrzechPál utcai fiúkgłęboko wrosli w kulturę. Na ulicy Práter, oczywiście w ósmej dzielnicy stoi pomnik przedstawiający chłopców grających w kulki. Przy ulicy Nagy Templom w tejże dzielnicy mieści się kawiarnia i ośrodek kulturalny Grund co po węgiersku oznacza właśnie tytułowy plac. Funkcjonuje zespół rockowy o nazwie Pál utcai fiúk – ciekawostka, w Polsce mamy Chłopców z placu Broni. Szereg wyrażeń z książki zadomowiło się w języku potocznym jak einstand, gittegylet (Stowarzyszenie Przeżuwaczy Kitu) czy też właśnie grund.

Pomnik na ulicy Práter, źródło: wikipedia

W 2016 roku teatr Víg wystawił musical oparty na książce. Spektakl odniósł wielki sukces, do dziś jest grany (na ile na to pozwala pandemia). Musical wystawiono też w czterech innych teatrach.

Muzeum literatury, które kilkanaście lat temu zorganizowało poświęconą książce wystawę, obecnie utrzymuje tę ciekawą ekspozycję w internecie.

Książka jest autentycznie popularna także wśród zwykłych ludzi. Dwa lata temu sam brałem udział w karnawałowej zabawie odbywającej się na wsi, której tematem byli właśnie Chłopcy z placu broni. Wszycy mieliśmy krótkie spodnie, podkolanówki i czapki z daszkiem.

Jeśli kogoś interesuje węgierska kultura to książkę powinien koniecznie przeczytać. Nawet jeśli ją kiedyś przerabiał w szkole, choć formalnie to powieść młodzieżowa uważam, że dopiero dorośli są w stanie ją docenić.

Radio Polonia Węgierska 42 / Jezus z Tarcalu

W najnowszym odcinku podcastu opowiadam o figurze Jezusa z Tarcalu i o cudzie, za który odpowiada (24:00).

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Niedługo szóste urodziny Jezusa. To znaczy Jezusa z Tarcalu, zbliża się mianowicie szósta rocznica postawienia jego figury w tej wsi.

Ma ona osiem i pół metra i wykonana jest z granitu. Składa się z pięciu kamiennych bloków ważących w sumie 50 ton. To największa figura Jezusa na Węgrzech. Choć Jezus ze Swiebodzina jest niemal cztery razy wyższy, to jednak jego węgierski odpowiednik to lity kamień a nie siatkobeton jak w Polsce.

Figurę ofiarował wsi lokalny przedsiębiorca branży kamieniarskiej Attila Petró. Warunkiem było postawienie jej w odpowiednim dla niej miejscu. Wybrano wzgórze górujące nad centrum wsi, stała tam poprzednio olbrzymia butelka reklamująca tokajskie wina.

I tu stał się cud. Do Jezusa zaczęło przyjeżdżać coraz więcej ludzi. Rozochocona tym zainteresowaniem wieś urządziła za unijne pieniądze na wzgórzu gustowny park a na początku drogi prowadzącej do figury zbudowała parking. Parking jest zawsze pełen, na wzgórze, do Błogosławiącego Jezusa, bo tak oficjalnie nazywa się figura, niemal bez przerwy ciągną ludzie. Odwiedzenie Jezusa stało się obowiązkowym a dla wielu głównym punktem wizyty w Tarcalu.

Cud nie miał do końca religijnego charakteru. Mimo, że figura nominalnie należy do sfery wiary, nie widziałem jeszcze nigdy by ktoś się przy niej modlił, wśród odwiedzających widać turystów raczej niż pielgrzymów. Nie ma grup z księdzem, śpiewów religijnych, procesji z chorągwiami i feretronami.

Sama figura jest poprawna, ale schematyczna. Lepiej wygląda z daleka niż z bliska. Wrażenie robi wielkością i wspaniałym położeniem. Jest widoczna z wielu miejsc, często odległych – nawet z pociągu przejeżdżającego przez wieś, i niemal z każdej strony prezentuje się inaczej, co czyni ją interesującą.

Zamiana butelki na Jezusa nie jest może wyrazem wewnętrznej przemiany tarcalan, zewnętrznie jednak wieś zdecydowanie się zmieniła.

Trudni przyjaciele Polaków

Niedawno zmarł biskup pomocniczy György Snell, sufragan archidiecezji ostrzyhomsko-budapeszteńskiej, proboszcz Bazyliki św. Stefana. Taki pożegnalny tekst o nim można było przeczytać na stronie polonia.hu:

Ksiądz Biskup György Snell był wyjątkową postacią, Wielkim Przyjacielem Polski i Polaków, niezwykle oddanym sprawie przyjaźni naszych narodów.

[…] Jak wielokrotnie podkreślał: „gdyby kiedyś przyszło mi zmienić Ojczyznę, to mogłaby być to tylko Polska”. Od lat młodzieńczych regularnie odwiedzał Polskę, z którą łączyła Go prawdziwa, emocjonalna więź. Więź, którą traktował jako swój obowiązek niesienia pomocy i wspierania wszelkich inicjatyw, które umacniały przyjaźń Polaków i Węgrów.

Zwykł podkreślać, w Polsce, a szczególnie w Częstochowie, „napełnia swoje duchowe akumulatory”. […] Był jednym z inicjatorów pomysłu, by duchowym wymiarem przekazania przez Węgry Polsce przewodnictwa w RUE w 2011 r. było też przekazanie z Częstochowy kopii obrazu Czarnej Madonny i utworzenie w budapeszteńskiej Bazylice św. Stefana Kaplicy Matki Jasnogórskiej, której ikona dzięki współpracy Księdza Biskupa z ówczesną rzecznik narodowości polskiej w Zgromadzeniu Narodowym Węgier Haliną Csúcs Lászlóné w roku 2017 doczekała się koronacji. Z Klasztorem Jasnogórskim łączyła ks. bp. Györgya Snella więź szczególna tak jak szczególna więź łączyła Go ze św. Janem Pawłem II. […]

Wspaniałe koncerty muzyki polskiej w Bazylice, msze za ofiary katastrofy smoleńskiej, msze dla uświetnienia naszych świąt, spotkania,  Jego osobisty udział w życiu węgierskiej Polonii, udział w życiu Polskiego Kościoła na Kőbányi, polskie flagi na bazylice w 100-lecie naszej niepodległości, zawsze życzliwe Polsce i Polakom wypowiedzi o naszym kraju i historii to tylko niektóre przejawy ogromnej empatii, jakiej Polacy na Węgrzech doświadczali od Księdza Biskupa. Prezydent RP w 2019 r. odznaczył Księdza Biskupa Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP, Polonia w podziękowaniu za duchową opiekę uhonorowała ks. bp. Gy. Snella nagrodami: św. Władysława ( 2015 r.) i Medalem ks. W. Danka ( 2020 r.).

I tak dalej. Tak się składa, że jego nazwisko wśród Węgrów ostatnio kojarzy się nie tyle z przyjaznymi uczuciami wobec Polaków czy też kultem częstochowskiej Czarnej Madonny ale z jego rolą w tuszowaniu pedofilskiego skandalu. Jak opisał to w serii artykułów portal 444.hu kiedy zgłosiła się do niego ofiara księdza-pedofila z prośbą o pomoc biskup uciekł się do spychologii i unikania tej osoby nie reagując na kolejne próby kontaktu. Co więcej, nie tylko sprawą się nie zajął i w żaden sposób nie pomógł, ale złożył na policji skargę na tego człowieka z zarzutem … nękania: czlowiek ten miał posłać biskupowi ponad 20 smsów w ciągu jednego miesiąca oraz dwa e-maile. Miał on też, w przypadku braku odpowiedzi na próby kontaktu, grozić zakłóceniem ceremonii religijnych. Warto przypomnieć, że ta ofiara księdza pedofila chciała się spotkać z biskupem z powodu jego pozycji w kościele, nie chodziło tu to kontakty prywatne. Policja zareagowała błyskawicznie i gorliwie: przed 20 sierpnia w 2019 człowieka tego zatrzymano na ulicy siłami kilku policjantów w poniżający sposób prowadząc go na policyjnej smyczy, tak by nie mógł „zakłócić obchodów święta”.

Bp. György Snell, przyjaciel Polaków ale nie ofiar kościelnej pedofilii, źródło: 444.hu

To tylko jeden z przykładów – zaraz podam następne – ciężkostrawnych przyjaciół Polaków czyli takich osób, u których przyjaźń wobec Polski i Polaków łączy się z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi przymiotami.

Idźmy dalej: Pál Teleki. Tak jego zasługi dla Polski opisuje przy okazji niedawnego odsłonięcia pomnika w Krakowie tekst IPN-u:

Pálowi Telekiemu zawdzięczamy m.in. transporty z amunicją i wyposażeniem wojskowym, które Wojsko Polskie otrzymało od rządu węgierskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Gdy po raz drugi sprawował urząd premiera, latem 1939 r. nie wahała się odmówić Hitlerowi udziału w zbrojnej agresji na Polskę. Po ataku Niemców i Sowietów, to za sprawą Telekiego, Węgry przyjmowały uciekających polskich żołnierzy i ludność cywilną.

W 2001 r. hrabia Teleki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszystko to prawda, ale zarazem ten sam Pál Teleki, dwukrotny premier Węgier, ma też w swoim życiorysie także uchwalenie ustaw żydowskich. Pierwsza z nich, przyjęta już w 1920 roku, wprowadzała numerus clausus traktując Żydów nie, jak to było do tej pory, jako grupę wyznaniową ale narodową. Drugą przyjęto w 1939, na jej mocy Źydzi, w rasistowskim rozumieniu ustawy, nie mogli być urzędnikami państwowymi, nauczycielami, redaktorami naczelnymi gazet i wydawnictw, dyrektorami teatrów, ograniczono ich dostęp do szeregu zawodów, uniwersytetów, itd. Wielu ludzi ucierpiało w efekcie tych rozporządzeń.

Inny przykład: kilkanaście lat temu Laszlóné Csúcs, przewodnicząca mniejszościowego krajowego samorządu polskiego, w liście napisanym do Viktora Orbána, przewodniczącego Fideszu prosiła by ten nie karał Oszkára Molnára, burmistrza Edelény z ramienia tej partii, za słowa, które „rozgoryczony wypowiedział w obecnej trudnej sytuacji”.

O jakie to słowa chodziło? O jego wypowiedzi na temat różnych mniejszości. O Cyganach: że ciężarne Cyganki gumowymi młotkami biją się po brzuchach by urodzić upośledzone dziecko, bo na takie jest większy zasiłek (nie poparł tego żadnymi dowodami). O Żydach: „kocham Węgry, kocham Węgrów, i przedkładam interes węgierski nad interes światowego kapitału, nazwijmy to jasno: żydowskiego kapitału, który chce opanować cały świat a przede wszystkim Węgry”. O Gábor Szeteyu, członku rządu, który wówczas ujawnił się jako gej: „już się on tam w więzieniu dowie jak to jest kiedy homoseksualiści zawierają małżeństwa”.

Pani Csúcs tłumaczyła, że działacze lokalnych samorządów polskich w województwie Borsod-Abaúj-Zemplén w pełni popierali Molnára, który sam absolutnie miał nie być wrogiem mniejszości, co więcej, miał zawsze Polakom pomagać.

No i ostatni przykład, choć oczywistym jest, że można by podać ich więcej: zespół Hungarica. Ta gwiazda narodowego rocka mocno podkreśla swoje uczucia wobec Polski i Polaków. Koncertowali w Polsce, m.in. w ramach festiwalu w Bornem Sulinowie, grali razem z polskimi wykonawcami, na przykład z Andrzejem Nowakiem z TSA, nagrywali, także po polsku, polskie piosenki, choćby Rozkwitały pąki białych róż. W 2015 zespół wydał calkowicie polską płytę Przybądź wolności, zjeździli z nią, z sukcesem, całą Polskę. W 2017 roku koncertowali w Csopaku na pikniku polsko-węgierskim przy wsparciu szeregu samorządów polskich wliczając w to i samorząd krajowy. W zeszłym roku o mało co nie wystąpili w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie na koncercie z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej z 1920 roku – do koncertu nie doszło tylko ze względu na liczne protestu i zapowiedzi bojkotu przez inne zespoły.

Jednocześnie w ich tekstach znaleźć można typowy dla skrajnej prawicy szowinistyczny, ksenofobiczny język, nacjonalistyczne i rewizjnistyczne hasła. (Tak na marginesie, zawsze mnie ciekawi jak z tą deklarowaną przyjaźnią do Polski da się pogodzić trianońskie hasło Oddać wszystko! Mindent vissza! tytuł jednej z ich piosenek: czy Polska ma oddać niegdyś należące do Węgier Spisz i Orawę czy też jednak nie trzeba wszystkiego oddawać?)

Można sobie tylko wyobrazić jak reagują na peany pod adresem biskupa Snella ofiary kościelnej pedofilii, co sobie myślą Żydzi na wiadomość, że w Polsce postawiono pomnik twórcy ustaw żydowskich, co przychodzi do głowy Romom czytającym o obronie Oszkára Molnára przez polski samorząd mniejszościowy czy też jak odbierany jest fakt występu skrajnie prawicowej grupy rockowej na polskiej imprezie mniejszościowej, która zresztą niemal daje koncert i w Polsce w ramach państwowych obchodów ważnej historycznej rocznicy. Napisałem: ofiary kościelnej pedofilii, Żydzi, Romowie ale odnosi się to przecież do wszystkich osób, które odrzucają instytucjonalne krycie pedofilów, dyskryminację, rasizm czy też szowinizm.

Rzecz jasna nie od nas zależy zwykle kto zapała gorącymi uczuciami wobec Polski czy ten nawet wykaże swoją życzliwość czynami. Słusznym jest być za nie wdzięcznym. Dobrze jednak przy tym zawsze pomyśleć o tym na ile warto się, i w jaki sposób, z niektórymi – bo zdecydowanie nie wszystkimi – przyjaciółmi Polski publicznie obnosić, oraz nie zapominać o ich mniej sympatycznych stronach i o wrażliwości tych, których te mniej sympatyczne strony mogą odpychać.

Radio Polonia Węgierska 41 / nieobecne kobiety w przestrzeni publicznej

W najnowszym odcinku podcastu mówię (20:55) o ograniczonej reprezentacji kobiet na budapeszteńskich pomnikach i wśród nazw ulic – koniec końców dopiero co mieliśmy dzień kobiet. Program podcastu oraz móg tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Autorski Przegląd Polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki Historii
6. Pożegnanie

Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, I.Gass, P.Piętka

Jakiś czas temu portal Átlátszó opublikował analizę budapeszteńskich pomników pod kątem płci przedstawianych na nich osób. Wyniki są mało zaskakujące: spośród 1173 stołecznych pomników 150 przedstawia kobiety a 45 jednocześnie mężczyzn i kobiety. Wśród 150 pomników z kobietami zaledwie 35 przedstawia konkretne osoby. Dla porównania 618 pomników przedstawia “z nazwiska” konkretnych mężczyzn – niemal dwadzieścia razy więcej. Na pozostałych pomnikach kobiety pełnią role alegoryczne symbolizując wolność, spokój, lato czy wiosnę lub dekoracyjne, mam na myśli tu siedzące, tańczące, opalające się, grające na instrumentach czy też kucające, często nagie, postaci.

Ciekawostka: wśród analizowanych pomników więcej przedstawień mają zwierzęta takie jak turul, gołąb czy pies, niż konkretne kobiety.

Podobna jest sytuacja z nazwami ulic i placów. Wśród nazw nawiązujących się do osób (a nie weźmy na to miejscowości, zawodów, drzew, itp.) 89% odnosi się do mężczyzn. W przypadku tych 11% procent nazw pochodzących od kobiet tylko nieco ponad połowa upamiętnia konkretne osoby, reszta to postaci z literatury czy też po prostu kobiece imiona.

Dodam, że obecność kobiet w miejscach publicznych dodatkowo ogranicza węgierski zwyczaj przyjmowania nazwiska od męża, w ramach którego całkowicie znika imię kobiety. Konia z rzędem na przykład temu kto wie jak miała na imię Veres Pálné, pionierka edukacji kobiet (pomogę: Hermin, jej panieńskie nazwisko natomiast to Beniczky). Obecnie nazwane od niej ulica, pomnik oraz gimnazium utrzymują w pamięci raczej imię i nazwisko jej męża niż nią samą.

Pojawiają się próby zmiany tego stanu rzeczy.

W tym roku druga dzielnica, z okazji dnia kobiet, wystąpiła z inicjatywą mającą choć trochę zmienić tę sytuację. W internecie podała listę czterech dotąd nie nazwanych uliczek zapraszając do zgłaszania nazwisk kobiet, którymi można by jej nazwać.

Dwa lata temu zespół Hosszúlépés, firmy organizującej tematyczne przechadzki po mieście, również z okazji dnia kobiet, zorganizował happening, w ramach którego wystawiono trzy papierowe pomniki kobiet. Upamiętniono tak śpiewaczkę operową Kornélię Hollósy, zarządzającą kawiarnią Gerbeau Eszter Ramseyer oraz pianistkę Annie Fischer z nadzieją, że doczekają się kiedyś trwalszego upamiętnienia.

Kibicuję tym wszystkim wysiłkom.

Nie do końca o taką obecność kobiet na pomnikach mi chodzi
Marek Raczkowski wyjaśnia czemu mężczyznom należy się więcej miejsc na pomnikach

Radio Polonia Węgierska 40 / Mundruczó w Netflixie

W najnowszym odcinku podcastu mówię (28:00) o filmie Mundruczó w Netflixie a mowa jest o jednym z najciekawszych współczesnych reżyserów węgierskich.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd polskiej prasy tygodniowej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenia
6. Pożegnanie
Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, P.Piętka

Obejrzawszy w Netflixie seriale Rojst czy 1983 zastanowiłem się czy jest tam może coś węgierskiego. Jedną rzecz znalazłem ale nie byle jaką a mianowicie kanadyjski film pt. Pieces of a Woman węgierskiego reżysera Kornela Mundruczó.

Film opowiada o kobiecie, której dziecko umiera chwilę po porodzie. Ta tragedia powoduje rozpad jej związku, zrozumienia nie znajduje także u manipulującej matki, która zarzuca jej, że decydując się na poród domowy doprowadziła do dramatu. Jest zupełnie sama i inaczej być nie może bo tym co przeżywa nie ma jak się z kimś innymi podzielić.

Choć film dzieje się gdzieś w Ameryce Północnej postać pomagającej przy porodzie domowym duli węgierskim odbiorcom jednoznacznie kojarzy się z Ágnes Geréb, promotorką porodów domowych na Węgrzech bezlitośnie tępioną przez medyczny establishment. To popularna postać, w obronie której odbywały się manifestacje uliczne. Kiedy siedziała w areszcie w dniu jej urodzin pod więzieniem ludzie śpiewali dla niej piosenki.

Mundruczó nie unika ciężkich tematów. Zrobił przedstawienia teatralne na temat eutanazji oraz prostytucji. Wyreżyserował film o uchodźcach oraz film o rewolcie psów ze schroniska – wielką alegorię buntu uciśnionych. W węgierskiej kinematografii nader często pojawiają się filmy rozrywkowe czy też subtelnie artystyczne, na ich tle Mundruczó mocno się wyróżnia.

W jego filmach czy spektaklach nie ma taniego moralizowania. Pokazuje ludzkie, bardzo współczesne, dramaty, konfrontuje odbiorcę z nimi. Niepokoi, zmusza do przyjrzenia się sprawom, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy, bywa, że z wyboru, bywa, bo brak nam do tego odwagi albo też nie potrafimy o nich myśleć. Choć zdawać się może, że to wydumane tematy to jednak kto może powiedzieć, że nigdy nie dotknie go tragedia śmierci nowonarodzonego dziecka? Filmów i przedstawień teatralnych Mundruczó się nie zapomina.

Film zresztą ma pewien aspekt polski. W teatrze TR Warszawa Mundruczó, który i wcześniej tam pracował, wyreżyserował niedawno spektakl pt. Cząstki kobiety, który, można przypuszczać, jest teatralną wersją filmu.

Mundruczó to jeden z najciekawszych współczesnych węgierskich reżyserów. Warto dodać, że swoje filmy i przedstawienia teatralne robi razem z Katą Wéber, która jest w zasadzie ich współautorką. Szkoda, że na Netflixie nie ma do ich filmu polskich napisów – są węgierskie – ale i tak dla wielu jest to możliwość wielkiego przeżycia fimowego – a także bycia na bieżąco z kulturą węgierską.

Radio Polonia Węgierska 39/ przedwojenny węgierski światowy przebój

W ostatnim odcinku podcastu opowiadam (24:00) o węgierskim szlagierze, który – przed wojną – podbił cały świat. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Autorski przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenie
6. Pożegnanie

Jeśli ktoś myśli, że szczytem osiągnięć węgierskiej muzyki rozrywkowej są sukcesy LGT, Omegi czy też może dua Szörényi-Bródy to się myli. Ich niepodważalne osiągnięcia nie umywają się do sukcesu Rezső Seressa, autora światowego przeboju Szomorú vasárnap czy też po polsku Smutna niedziela z 1935 roku.

Ta piosenka o smętnej melodii zyskała ponurą sławę nieformalnego hymnu samobójców. Podobno pewien samobójca obok listu pożegnalnego miał przy sobie nuty do niej. Podobno służąca, która wypiła truciznę została znaleziona z nutami ręku. I tak plotka ruszyła w świat.

Sensacja stała się dla piosenki świetną reklamą. Artykuły na jej temat pojawiły się najpierw w prasie węgierskiej a następnie światowej – szwajcarskiej, włoskiej, francuskiej, niemieckiej. New York Times napisał, że pod jej wpływem Węgrzy masowo popełniają samobójstwo skacząc do Dunaju.

Seress, dotąd mało znany, zaczął być popularny. Piosenkę nagrano w czterdziestu językach, w tym i po polsku (wykonywał ją między innymi Mieczysław Fogg), doczekała się ponad setki wydań płytowych. Był to przebój światowy pierwszej klasy.

2c0896ef8d7af17e71d5e90bd3012076d72bfc4c48abb518af62eef243f391b1678bc7ca562bf13f916ecaf4a88dcb2417d5cb5799e9d0c3b5c050ebcd160a82f3aa7074d835c1e10694942e5fddeb19

Mimo tego sam Seress nie zmienił trybu życia. Nie opuszczał w zasadzie siódmej dzielnicy Budapesztu gdzie mieszkał, grywał w tamtejszej restauracji Kulács. Dostał zaproszenie by dać koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale odmówił. Podobno dlatego, że grać na pianinie nauczył się sam i uważał, że nie umie tego robić dobrze. Nigdy nie nauczył się zapisu nutowego, swoje kompozycje gwizdał a spisywali je inni.

W czasie wojny jako Żyda wysłano go do służby w batalionach pracy. Przeżył bo podobno rozpoznał go niemiecki oficer, który przed wojną słyszał go jak gra w Kulácsu.

Po wojnie, mimo sporego sumy na koncie w USA, do której nie miał dostępu, klepał biedę. Mieszkał w domu, w którym żyło wielu muzyków i aktorów. Gábor Presser, członek zespołów Omega i LGT, który był sąsiadem Seressa, wspominał potem, że każdego dnia w określonej kolejności odsłuchiwał on różnych nagrań Szomorú vasárnap.

Swoje życie zakończył samobójstwem skacząc z okna.