legalne węgierskie filmy w internecie

Szok: wczoraj odkryłem, że indavideo ma swój kanał z pełnometrażowymi filmami, które zupełnie legalnie i oficjalnie można sobie tam oglądać. Nie tam jakieś jutjuby w dziesięciominutowych kawałkach ale normalnej jakości filmy do oglądanie bez przerwy. I to filmy w miarą świeże (choć nie najnowsze), niektóre z nich to nawet w swoim czasie szlagiery kinowe. I tak na przykład są tam

  • Nyócker czyli Dzielnica – pomnikowe dzieło węgierskiej animacji, o którym pisałem wcześniej
  • Pánik – kiepskawy film o lękach miejskich zawierający jednak niesamowity wątek dwóch komandosów-gejów swoją jakością zupełnie odstający od reszty filmu
  • Fehér tenyér – niezły film o gimnastyku i wogóle losie sportowców wyczynowych
  • Csinibaba – kultowy film o latach sześćdziesiątych z bezsensowną fabułą i świetną muzyką zespołu Kispál és a Borz
  • Állítsátok meg a Terézanyút – węgierska wersja Pamiętników Bridget Jones, przebój książkowy i kinowy

Itd. Plus krótkie filmy, filmy przyrodnicze, dokumentalne. Przebierać – wybierać.

Pojęcia nie mam jak to możliwe. Wiem, że rynek płyt DVD na Węgrzech siadł i wszystko co można obecnie sprzedać to płyty z pojemnika w Tesco za 1000 forintów, więc może się to pojawienie serwisu z tym się jakoś łączy. Jak się dowiem to napiszę, póki co przyjemnego oglądania! Poniżej Nyócker albo Dzielnica.

http://files.indavideo.hu/player/gup.swf

o BKV niepoważnie

Strajk BKV, ściślej mówiąc głównie autobusów, trwa. Ponieważ metro, trolejbusy a także część tramwaji a nawet niektóre autobusy jeżdzą miasto jakoś tam funkcjonuje i nastrój nie jest przygnębiający. Na ulicach nawet nieco humoru związanego ze strajkiem i samym BKV, oto dwa przykłady.

BKV1

okładka tygodnika HVG, tytuł Męka wśród skandali
 
BKV2
 
kreatywnie przetworzony znak koło dworca Nyugati. Napis na naklejce głosi Zakaz korumpowania, tabliczka pod spodem Nie dotyczy BKV. Miła aluzja do łańcucha skandali korupcyjnych, które ostatnio jeden po drugim wychodzą na światło dzienne.

autostrady czy pociągi

W lecie będąc w Polsce miałem pojechać z Poznania do Miałów. Wybierałem się samochodem aż ktoś mi powiedział, żebym pojechał pociągiem bo będzie szybciej. Zdziwiłem się ale faktycznie, pociągiem godzina a samochodem półtorej. Na Węgrzech byłoby dokładnie odwrotnie.

Pomyślałem trochę nad tym i zdaje mi się, że jest w tym pewna prawidłowość. W Polsce pociągiem w dalszym ciągu na ogół jeździ się szybciej niż samochodem podczas gdy na Węgrzech samochód jest zwykle szybszy. Głębiej zainteresowanym polecam porównania czasu przejazdu pociągiem na Węgrzech i w Polsce z czasem przejazdu między tymi samymi miejscowościami samochodem.

Główną przyczyną tego jest to, że na Węgrzech od lat systematycznie buduje się autostrady (ten rok będzie skurat pierwszym od dwudziestu kiedy premier nie otworzy ani kawałka autostrady) i do dziś powstała ich całkiem niezła sieć podczas gdy w Polsce – wiadomo.

Jednocześnie jednak sieć kolejowa na Węgrzech ulega stałej degradacji, poziom usług jest nędzny i co jakiś czas wyłącza się z eksploatacji kolejne setki kilometrów torów. W Polsce w tym samym czasie poziom usług kolejowych raczej się poprawia, pojawiła się konkurencja i walka o pasażera. Rzecz jasna ma to spory sens przy obecnym stanie dróg.

W efekcie ustrojowo Węgry stałem się krajem podporządkowanym klasie średniej, Polska natomiast pozostała bardziej demokratyczna. Jak to rozumieć? Ano autostrady buduje się w istotnej części z podatków płaconych przez biednych i zamożnych, korzystają z nich natomiast tylko osoby posiadające auto, czyli bogatsze. Biedni dalej będą się tłuc brudnymi, zimnymi, spóźniającymi się pociągami.

W Polsce ten efekt jest, przynajmniej dotąd, mniej odczuwalny. Moim zdaniem nie warto tego zmieniać, oczywiście nie poprzez zaniechanie budowy autostrad ale przez równoległe inwestowanie w sieć kolejową.

rowerzystom będzie łatwiej na Węgrzech

Przeczytałem artykuł na temat niebezpieczeństw zagrażających rowerzystom w Polsce i przyszło mi do głowy, że powiniem coś napisać na temat poprawek do kodeksu drogowego, kóre weszły w życie na Węgrzech 1 stycznia istotnie ułatwiając życie rowerzystom. Oto ich krótki przegląd (opieram się tu na wpisie z bloga TotalCar, pełen tekst – po węgiersku – do ściągnięcia stąd).

Zmiany drobne:

  • pojawił się znak malowany na jezdni oznaczający kierunek ruchu rowerowego

  • doprecyzowano pojęcia ścieżki rowerowej a także ścieżki rowerowo-pieszej
  • zakazane jest najeżdżanie ładunkiem nad pas dla rowerów i otwarty pas dla rowerów
  • zakazane jest parkowanie na ścieżce rowerowej i przy pasie dla rowerów i przy otwartym pasie dla rowerów
  • rowerom i motorowerom wolno jest parkować na chodniku gdy nie mogą tego zrobić gdzie indziej, nie wolno im przy tym zajmować więcej niż połowy szerokości chodnika i muszą zostawić dla pieszych co najmniej 1.5 metra
  • rowerzyści nie muszą zawsze jeździć po prawej stronie jezdni
  • pojawił się znak parkingu rowerowego

Do ważniejszych zmian należy zezwolenie na przewożenie osób na rowerze. Robić to może osoba co najmniej 16toletnia, a przewożona osoba nie może mieć więcej niż 10 lat.

Pojawiło się pojęcie otwartego pasa dla rowerów, z którego mogą korzystać również inne pojazdy, rowerzyści mają jednak na nim zawsze pierwszeństwo.

Rowerzyści mogą zajmować miejsce przed pojazdami stojącymi na światłach o ile na jezdni namalowany jest odpowiedni znak. Rowerom wolno wyprzedzać z prawej strony stojące pojazdy jeśli jest tam dość miejsca.

Rowerzyści mogą wjeżdżać w jednokierunkowe ulice pod prąd o ile pojawi się odpowiedni znak drogowy. Korzystać wówczas powinni z pasa rowerowego lub również skierowanego pod prąd buspasa, albo też powinni jechać trzymając się prawej strony.

W przypadku samochodów skręcających w prawo i przejeżdżających przy tym przez pas rowerowy, pierwszeństwo mają rowerzyści.

***

Na blogu Autobus czerwony pojawił się wpis Krzysztofa Vargi na temat autobusów na temat autobusów budapeszteńskich. Wszystko co pisze to prawda, nawet jutrzejszy strajk już nam ostatecznie potwierdzono. Pomija on jednak ważny aspekt polityczny obecnych problemów z parkiem autobusowym.

Otóż początek epidemii awarii autobusowych zbiegł się w czasie z załamaniem się negocjacji zarządu BKV ze związkami zawodowymi na temat układu zbiorowego. Obecnie obowiązuje w związku z tym kodeks pracy a pracownicy BKV bardzo demonstrują jak fatalny wpływ ma ta sytuacja na funkcjonowanie firmy.

Co więcej, podobno pojawiły się przypadki sabotażu pracowników BKV: jakiegoś kierowcę zatrzymano za przecięcie przewodów do mycia okien, dwóch innych wyrzucono z pracy ze skutkiem natychmiastowym za zbyt opieszałe zgłoszenie technicznej niesprawności ich pojazdów. 

Sytuacja się zaostrza, ciekaw jestem na ile jest/będzie rozgrywana w ramach zbliżającej się kampanii wyborczej.

jadłopis z automatycznego tłumaczenia

Dostałem właśnie e-mailem typowy żart internetowy: jadłospis z węgierskiej restauracji z okolic Tokaju (podobno) wyraźnie przetłumaczony przez jakiś automat do tłumaczeń typu translate.google.org

Rzecz szalenie zabawna, zwłaszcza dla osób znających zarówno polski jak i węgierski, tym bardziej, że w jadłospisach w ogóle najmniejsza zmiana potrafi brzmieć humorystycznie (weźmy choćby żabie uda zamiast żabich udek). Dlatego, notabene, uważam, że menu są jedną z najtrudniejszych rzeczy do tłumaczenia. 
Pomyślałem, że te popaczone niby-po-polsku jadłospisy mogłyby być świetnym materiałem dla uczących się węgierskiego. Weźmy na przykład taką potrawę karp szarpał. Odkrycie ukrywającego się za tą tajemniczą nazwą pospolitego panierowanego karpia (rántott ponyt) wymaga całego lingwistycznego śledztwa jednocześnie zabawnego i wyczerpującego. Muszę przyznać, że nazwy wielu z dań nie jestem w tej chwili w stanie rozszyfrować, tym więc, którzy tego spróbują życzę powodzenia!

węgierscy łącznicy

Fronda wydała książkę pod tytułem Węgierski łącznik. Zawiera ona pięć bardzo ciekawych wywiadów z Węgrami (Ákos Engelmayer, Csaba György Kiss, István Kovács, Attila Szalai, o którym pisałem już wcześniej, oraz Imre Molnár), którzy w latach 70tych i 80tych odgrywali rolę łączników między społeczeństwami polskim i węgierskim oraz grupami opozycyjnymi w obu krajach.

Wszyscy ci węgierscy łącznicy podzielają fascynację Polską i polskością. W taki czy inny sposób nauczyli się języka, często do Polski jeździli, nawiązywali kontakty, przewozili – przemycali na Węgry polskie książki i wydawnictwa, tłumaczyli różne teksty na węgierski. Są w pewien sposób reprezentantami pokolenia urzeczonego Polską i bardzo do niej pozytywnie nastawionego: książka zaczyna się stwierdzeniem, że w pierwszym wolnym parlamencie węgierskim 10% posłów znało polski.

Najważniejszym źródłem fascynacji Polską była dla bohaterów książki wolność tam panująca. Opisuje swoje zachłyśnięcie wolnością od strachu, której tam doświadczali i której się tam uczyli, przyzwoleniem na długie włosy czy brody, rozpowszechnionym autostopem – na Węgrzech wówczas zakazanym, obecnością jazzu i innych nowinek w sztuce, a także odwagą kościoła. W porównaniu z Węgrami wolność ta była szokująca.

To stwierdzenie jest tym ciekawsze, że Węgrzy często określają swój kraj jako "najweselszy barak w bloku" i chętnie opowiadają o swobodzie jaką mieli pod Kádárem. Chyba zaczynam rozumieć tę sprzeczność: dla większości Węgrów wolność oznaczała pewną swobodę podróżowania oraz możliwość dorabiania się podczas gdy dla naszych łączników wolność miała znaczenie bardziej polityczne ze szczególnym naciskiem na wolność wypowiedzi a także brak strachu.

Intrygująca jest wypowiedź Imre Molnára, którego zainteresowanie Polską rozpoczęło się od przedstawienia Teatru Pantomimy z Wrocławia pt. Ofiarowanie Izaaka. Spektakl powalił go, bo nie przypuszczał, że może istnieć teatr o tematyce metafizycznej poruszającej kwestie ze sfery sacrum.

Przyjaźń okazywana Węgrom to osobny motyw przewijający się przez całą książkę. Łapanie stopa na węgierską flagę było niezawodne a w dodatku zwykle owocowało karmieniem i pojeniem, ofertami noclegu i wszelką inną pomocą. Istán Kovács wspomina, że pieniędzy przygotowanych na dwa tygodnie nie zdołał wydać w półtora miesiąca bo za nic nie musiał przez ten czas płacić. Szokowała też bohaterów książki pamięć o 56 roku demonstrowana przez Polaków, z którymi się spotykali. Według nich Polacy więcej wiedzieli o tym powstaniu niż młodzi Węgrzy.

Opowiadają bohaterowie książki o kontaktach z polską opozycją, o nauce od polskich konspiratorów, o podziemiu, o papieżu. Mówią też o propagandzie kádárowskiej mającej na celu zniechęcić Węgrów do Polaków, która w wielu wypadkach okazywała się być skuteczną.

W sumie arcyciekawa lektura dla wszystkich, którzy interesują się stosunkami polsko-węgierskimi. Wadą książki jest, że skoncentrowała się tylko na osobach o poglądach prawicowych mimo, że takie same sympatie propolskie istniały wówczas wśród osób o innych poglądach. Żenująca jest okładka z odbijającą się w kałuży kolumną Zygmunta i współczesnym egzemplarzem gazety Magyar Nemzet. Ten obecnie prawicowy dziennik był w czasach socjalizmu częścią komunistycznych mediów i nie ma co retroaktywnie go gloryfikować.

Redaktorzy tomu Paweł Cebula i Grzegorz Górny w większości przypadków dobrze dali sobie radę z węgierskimi nazwiskami i nazwami miejscowości. Chwała im za podawania także słowackich i rumuńskich nazw w przypadku miejscowości znajdujących się poza granicami dzisiejszych Węgier.

W jednym miejscu jednak padają i jest to akurat ostatnia strona książki. Chodzi o nazwy tokajskich winnic o polskich korzeniach podawanych przez Imre Molnára. Poprawiam więc: są to Krakó a nie Krakkó, Betsek a nie Becsek, Dancka a nie Gdancka. Ale to naprawdę drobiazg i nie każdy ma przecież w domu mapę regionu tokajskiego z nazwami wszystkich winnic, którą my mamy.

PS Przyszła mi jeszcze jedna rzecz do głowy. Zastanawiam się mianowicie czy możliwa byłaby analogiczna książka napisana po węgiersku pt. Polski łącznik. Czy znalazłoby się tyle osób tak zauroczonych Węgrami jak bohaterowie powyższej książki Polską? Jeśli tak, to czym byliby zafascynowani? Osobiście nie wydaje mi się, żeby to byłoby możliwe. Tak, stosunki polsko-węgierskie nie są symetryczne.

krośnieński król wina

Znajomy niedawno zwrócił moją uwagę na jedną z tokajskich winnic o nazwie Portius. Dowiedziałem się z ulotki stamtąd pochodzącej, że nazwano ją na cześć Roberta Wojciecha Portiusa, największego bodaj w historii handlarza węgierskimi winami na terenie Polski. Kolejny interesujący przyczynek do historii stosunków polsko-węgierskich.

Sam Portius nie był Polakiem a Szkotem. Do Polski przesiedlił w XVII wieku i przeszedłszy na katolicyzm przyjął drugie imię Wojciech. Z wielkimi sukcesami zajmował się handlem, głównie tokajskimi winami. Z czasem stał się dostawcą wina na królewski dwór Zygmunta III Wazy a później Władysława IV Wazy i Jana Kazimierza, którzy kolejno potwierdzali nadane mu przywileje.

Za jego czasów Krosno, w którym się osiedlił, przeżyło okres swojej największej świetności. Do dziś Portiusa wspominają tam za odbudowę kościoła farnego po zniszczeniach spowodowanych pożarem.

Winnica Portius kultywuje tradycje polsko-węgierskich kontaktów winnych. Jej strona internetowa obok wersji węgierskiej i angielskiej posiada także pełną wersję polską (w sprawie kolorów na fladze polskiej napisałem już do nich).

A w samym Krośnie od 2002 roku działa Stowarzyszenie Portius. Za swoje cele stawia ono sobie kultywowanie kontaktów kulturalnych i handlowych między Polską a Węgrami, pielęgnację tradycji kontaktów winnych między tymi krajami a także propagowanie postaci Portiusa. Opis ich ciekawej działalności (niesamowity jest pomysł pociągu Portius-Express, który kursowałby między Krosnem a Tokajem) można znaleźć na stronie stowarzyszenia kolorystycznie nawiązującej do węgierskiego trikoloru.

Coraz lepiej rozumiem tę część "i do szklanki" z bratankowego powiedzenia.

„Wódkę na czołg chętnie zamienię!”

Pod takim tytułem Polonia Węgierska (2008/148, niestety nie udało mi się jej znaleźć w internecie, akurat tego numeru nie ma, kiepski skan do załadowania tu) publikuje intrygujący artykuł Stanisława M. Jankowskiego na temat wojennej broszury pt Kto są Węgrzy i jak się z nimi porozumieć wydanej w podziemiu.

Broszura, napisana prawdopodobnie przez Adorjana Divelyego, lektora języka węgierskiego i wykładowcy historii Węgier na UW w latach 1922-38, wygląda bardzo interesująco. Zawiera podstawowe informacje na temat Węgier i Węgrów (tradycyjna przyjaźń polsko-węgierska, pod przymusem w sojuszu z Hitlerem, pomoc dla polskich uchodźców w 1939, itd.), węgierskiego wojska (np. jak rozpoznać dane rodzaje broni), języka (akcent zawsze na pierwszą sylabę, parę podstawowych zwrotów – to tam pojawia się tytułowa oferta wymiany czołgu na wódkę) zestawione dla akowców.

Odczuwa się, że Węgrzy nie są traktowani jak okupanci ale jak potencjalni lub niemal sojusznicy. Dla mnie to kolejny przykład ilustrujący dość szczególne stosunki polsko-węgierskie w czasie drugiej wojny (pisałem o tym wcześniej tu i tu). Chciałoby się jakieś opracowanie na ten temat kiedyś przeczytać. Wydaje mi się, że te stosunki to dla Węgrów bodaj najjaśniejsza strona drugiej wojny.