Radio Polonia Węgierska 20/ Demonstracje kobiet na Białorusi dziś i na Węgrzech w 1956 roku

W najnowszym odcinku audycji mówię o demonstracjach kobiet – na Białorusi dziś i na Węgrzech w 1956 roku.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Robert Rajczyk
3. Autorski przegląd polskich tygodników – przyg. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – felieton radiowy Jerzego Celichowskiego
5. Książka na Głos
6. Urywki historii – przyg. Izabela Gass
7. Referat Bence Bari
8. Pożegnanie

Kto śledzi wiadomości z Białorusi z pewnością słyszał o roli kobiet w mających tam miejsce wydarzeniach, między innymi o demonstracji ubranych na biało kobiet, którą zorganizowano po fali przemocy w wykonaniu OMON-u. Zakładano, że pałkarze powstrzymają się przed biciem kobiet. W konserwatywnym społeczeństwie, nawet jeśli rządzi dyktatura, przemoc wobec kobiet jest pewnego rodzaju tabu.

Ciekawe, że ta demonstracja na Białorusi w zasadzie była powtórką tego, co stało się na Węgrzech w 1956 roku. Tam grupa oporu kierowana przez Gyulę Obersovszkyego, zresztą składająca się z mężczyzn, wydała wezwania do kobiet by te 4 grudnia, w miesięcznicę interwencji radzieckiej, zebrały się na placu Bohaterów by niemo zademonstrować przeciwko zdławieniu rewolucji.

Tekst nieco patriachalnego apelu brzmiał następująco (fragment):

Naszą wspaniałą rewolucję utopiono w krwi. Na ulicach i placach świeże groby […]
Węgierskie matki! To Wasi synowie tu leżą!
Węgierki! Sumienia Waszych mężów zbuntowane przeciwko tyranii zamyka się we wiecznym więzieniu.
Czyż daremnie umarli? […]
Nie, nie, nie!
Węgierskie matki! Węgierki! Teraz na Was kolej! Wielka jest Wasza siła! Nawet kula Was nie zatrzyma! Wasz niemy, pełen godności protest zmusi do złożenia broni i szacunku dla naszej świętej sprawy tych, także tych, którzy ośmielili się podnieść broń przeciwko prawdzie i najświętszym pragnieniom ludu!

Na wezwanie odpowiedziała dużo kobiet. Na plac Bohaterów przyszło ich wiele tysięcy, niektóre z dziećmi w wózkach. Przyniosły flagi i kwiaty, które złożyły na grobie nieznanego żołnierza. Śpiewano pieśni patriotyczne. Drogę zagradzali im żołnierze radzieccy, na plac przybył sam minister spraw wewnętrznych Münnich ale koniec końców przepuszczono je i do przemocy tego dnia nie doszło.

Źródło: Gyula Nagy, Fortepan
Źródło: Gyula Nagy, Fortepan
Źródło: Kettős Mérce

Demonstracje odbyły się też w innych węgierskich miastach, między innymi w Peczu, Gyuli, Székesfehérvárze, Ostrzyhomiu, Veszprém, Tatabányi, Miskolcu, Egerze czy Sajgótarjánie.

Sukces demonstracji stał się zachętą do ich powtórki: następnego dnia kobiety demonstrowały koło pomnika Petőfiego, gdzie skandowano już hasła. Kolejna próba szóstego grudnia spotkała się już jednak z brutalną odpowiedzią władz: do tłumu oddano strzały i były ofiary.

Pamiętajmy o odwadze Węgierek, pamiętajmy o odwadze Białorusinek. Mam nadzieję, że rewolucja na Białorusi lepiej skończy się niż tutejsze powstanie 1956 roku.

Orbán najbardziej wpływową kobietą na Węgrzech

Forbes niedawno opublikował listy najbardziej wpływowych kobiet na Węgrzech. W odniesieniu do osób publicznych lista ta wygląda tak:

1. Katalin Novák, wiceminister do spraw rodziny

2. Ráhel Orbán, córka Orbána, aktywna, mimo, że nie zajmuje tam żadnej pozycji, w sektorze turystyki i mody

3. Judit Varga, minister sprawiedliwości

4. Andrea Bártfai-Máger, minister majątku narodowego

5. Mária Schmidt, wpływowa historyk zajmująca się polityką historyczną

6. Anikó Lévai, żona Orbána

7. Klára Dobrev, wiceprzewodnicząca parlamentu europejskiego z ramienia patii Demokratyczna Koalicja

8. Kata Tüttő, wiceburmistrzyni Budapesztu z ramienia partii socjalistycznej

9. Monika Karas, przewodnicząca Rady Mediów oraz Krajowy Urząd do spraw Mediów i Komunikacji

10. Márta Pardavi, przewodnicząca Komitetu Helsińskiego

Lista zawiera więc dwie osoby z rodziny Orbána, pięć przedstawicielek obozu Fideszu, dwie polityczki opozycyjne i jedną aktywistkę sfery pozarządowej. Te pierwsze siedem osób, zajmujące pozycja na pierwszych miejscach listy, swoje wpływy w dużej mierze zawdzięcza premierowi, stąd właśnie tytuł tego postu. (Wdzięczny jestem 444.hu za zauważenie tego ciekawego zjawiska)

Nie używam tu swoją drogą feminatywów (ministerka, historyczka) bo w odniesieniu do tych kobiet wysiłki feministyczne nie wydają się być adekwatne.

Inna ciekawostka związana z kobietami: organizująca przechadzki miejskie ekipa Hosszúlépés zauważyła, że w Budapeszcie kobiety mają mniej pomników (mowa tu o upamiętnieniach konkretnych osób a nie ornamentalnym ich przedstawieniu) niż zwierzęta choć zapewne i tu chodzi raczej o ich proste rzeźby niż pomniki (wiadomo mi tylko o jednym pomniku konkretnego zwierzęcia to jest niezapomnianej klaczy Kincsem). Hosszúlépés ogłosił konkurs na listę kandydatek na cokoły (szczegóły tu [HU], trzymam kciuki.

A na koniec tego okolicznościowego bądź co bądź wpisu (mamy dzień kobiet) rzućmy okiem na pomnik dziewiętnastowiecznego lingwisty Gábora Szarvasa, który stoi przed budynkiem Węgierskiej Akademii Nauk przy przystanku autobusowym niedaleko Mostu Łańcuchowego.

Ten powstały w 1899 roku monument (autorem był Gyula Jankovits) ekipa Hosszúlépés zapewne nie zaliczyła do pomników kobiet. Cała kompozycja – ubrany odświętnie mężczyzna uwielbiany przez półnagą kobietę, która podaje mu wieniec laurowy – co by ta postać kobieca nie miała symbolizować, mówi nam dużo więcej o pozycji kobiet w społeczeństwie niż o samym Gáborze Szarvasu. Zachęcam do obejrzenia tej perełki i tu na blogu i w realu.

Opowiedzieć to, do czego brakuje słów: gwałty wojenne na Węgrzech

Andrea Pető w swojej książce pt. Elmondani az elmondhatatlant. A nemi erőszak Magyarországon a II. Világháború alatt czyli, w wolnym tłumaczeniu, właśnie Opowiedzieć to, do czego brakuje słów. Przemoc seksualna na Węgrzech podczas II Wojny Światowej podjęła podwójne wyzwanie. Z jednej strony było to opowiedzieć przemilczaną w dużej mierze do tej pory kwestię gwałtów wojennych a z drugiej stworzyć ramy i język dla narracji odnoszącej się do tej kwestii. Jest to więc praca pionierska.

Gwałty wojenne dokonywane przez Armię Czerwoną na Węgrzech były przemilczane z wielu powodów. W okresie gdy występowało ich największe nasilenie nie było instacji, do której można było się zwracać o interwencję i wymierzenie sprawiedliwości. W rodzinach o tym nie mówiono by ofiary mogły zachować status „porządnej kobiety” – bywało, że to je obwiniano za gwałt („czemu to akurat ciebie zgwałcono? Inne potrafiły się jakoś ukryć”) – a mężczyznom by oszczędzić wstydu. Tematu unikano też na poziomie narodowym gdyż potęgował poczucie przegranej i poniżenia. Kobiety o poglądach lewicowych dodatkowo nie potrafiły mówić o czymś co było sprzeczne z ich przekonaniami. W przypadkach gdy zgwałcone zmuszone były zdać relację z tego, co się stało (na przykład w szpitalu) doświadczały one braku języka uciekając się do oględnych, wiele nie mówiących fraz. A w oficjalnym dyskursie miejsce było tylko dla bohaterstwa żołnierzy radzieckich, którzy przynieśli wyzwolenie.

Taka sytuacja była charakterystyczna zresztą nie tylko dla Węgier. Andrea Pető w książce wielokrotnie wychodzi poza doświadczenie węgierskie sięgając po przykłady z innych krajów i innych wojen. Sporo nawiązań jest do Polski, co czyni książkę potencjalnie ciekawą i dla polskiego czytelnika. To wszystko podnosi wartość tej pracy i nadaje je uniwersalny charakter.

Na ogół pierwszym pytaniem, które pada w odniesieniu do gwałtów wojennych jest ile ich było. Licytacja na liczby jest jednak często elementem współzawodnictwa o to, kto wycierpiał najwięcej a także służy do stymulacji nienawiści do narodu sprawców.

Autorka odrzuca to podejście jako zbyt powierzchowne. Bez analizy głębszych przyczyn przemocy seksualnej ta historia staje się pornografią, pisze. W odniesieniu do gwałtów wojennych istnieją dwa podejścia. Jedno je etnicyzuje: „sowieccy żołnierze” zgwałcili „węgierskie kobiety” (intencjonalizṃ̣**), druga podkreśla widzi w nich element przemocy skierowanej przeciwko kobietom, część spektrum, w którym mieści się także przemoc domowa (strukturalizm). Andrea Pető skłania się ku tej drugiej narracji.

To wszystko nie oznacza jednak, że w książce omawiane są jedynie kwestie metodologiczne. Autorka podaje wiele faktów, w tym i wspomniane liczby, choć podkreśla, że to grube szacunki bo obok braku danych nie wiadomo jak oceniać dane przypadki. Na przykład, jak liczyć gwałt popełniony przez kilku żołnierzy na jednej kobiecie? Jako jeden czy kilka gwałtów?

Poczyniwszy te zastrzeżenia możemy podać, że na Węgrzech według szacunków ofiarami gwałtów padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet. W Niemczech szacunki wynoszą 20-500 tysięcy ofiar żołnierzy radzieckich, choć szeroko przyjęła się liczba dwóch milionów. Gwałtów dokonanych przez żołnierzy amerykańskich miało być 14 tysięcy.

W porównaniu do innych krajów wschodnioeuropejskich (Jugosławii, Bułgarii, Czechosłowacji) szacuje się, że na Węgrzech do gwałtów dochodziło częściej. Powodem miało być to, że dowództwo radzieckie mniej zachęcało do tej formy przemocy w innych krajach uznając je za państwa przyjazne, Węgry traktowane były natomiast jako wrogie terytorium. Gdzie indziej dodatkowo słowiańskie języki ułatwiały komunikację.

Na Węgrzech walczyło więcej żołnierzy (jeden milion) niż w Jugosławii (300 000), więcej też zginęło (140 000 wobec 7 889 w Jugosławii i 26 000 w Austrii), w końcu też walki trwały dłużej (na Węgrzech dziesięc miesięcy, w Austrii trzy). Silny więc był też motyw zemsty, który obok motywu rekreacyjnego („żołnierze po wyczerpujących walkach muszą się zabawić”, tłumaczył Stalin protestującemu przeciwko zachowaniu żołnierzy radzieckich Dżilasowi) jest jednym z głównych czynników przyczyniających się do intensywności zjawiska wojennej przemocy seksualnej kobiet.

Fala gwałtów miała wielorakie skutki. Wiele kobiet zmarło, miały miejsce przypadki samobójstw a także zabójstw dokonywanych przez członków rodziny, którzy te gwałty uważali za utratę honoru. Te kobiety, które przeżyły doświadczały urazów fizycznych i psychicznych a także chorób wenerycznych. Według różnych badań wynika, że pomiędzy 30% (okolice Melku w Austrii) do 50% (Mazury) zgwałconych kobiet zostało nimi zakażonych. Szacuje się, że w Niemczech około 10-20% ofiar gwałtów zaszło w ciążę, 5% urodzonych w tym okresie dzieci było ich skutkiem.

Kryzys związany z masowymi gwałtami spowodował zmianę nastawienia do aborcji. Na Węgrzech zawieszono na kilka miesięcy prawo, które jej zakazywało. Podobnie było w Austrii. W Polsce list biskupów przestrzegający przez „rozpowszechnieniem się grzechu aborcji” wskazuje na to, że i tu jej skala się zwiększyła. Wzrosła też liczba znajdowanych nieżywych niemowląt.

Tymczasowa de facto legalizacja aborcji, oraz fakt, że kobiety mogły same decydować o swoim ciele stały się ważnymi precedensami.

Po wojnie na temat gwałtów zapadło długie milczenie, które przerwał w zasadzie dopiero koniec zimnej wojny. Ciekawa jest porównanie jakie przeprowadza autorka odnośnie sytuacji w tym okresie w Korei i na Węgrzech, gdzie na początku lat dziewięćdziesiątych nastąpiły istotne zmiany. W tym pierwszym poluźnił się zimnowojenny sojusz z Japonią, w drugim skończyła się dominacja radziecka.

Jednak tak jak w Korei ruch kobiecy przeprowadził kampanię mającą na celu upamiętnienie kobiet-ofiar wojennej przemocy seksualnej a także zdobycia dla nich kompensacji za ich cierpienia (przypomnijmy: 80-200 tysięcy Koreanek trzymano jako niewolnice seksualne wykorzystywane przez żołnierzy japońskich), tak na Węgrzech z powodu słabości tego ruchu do niczego takiego nie doszło.

W Korei powstały pomniki i muzeum, które wywołały protesty ze strony Japonii. Ostatnie żyjące ofiary uzyskały odszkodowania. Kwestia gwałtów została połączona z dyskursem kolonizacji, co oddało kobietom godność. Na Węgrzech zbrodnie wojenne popełniane przez wojska węgierskie na terenie Białorusi i Ukrainy uniemożliwiły stworzenie takiego dyskursu.

Andrea Pető uważa, i jest jedyny moment w książce, w którym formułuje jakieś postulaty, że na Węgrzech potrzebne byłyby komitety sprawiedliwości, które organizowałyby się oddolnie i działały poza strukturami prawnymi jako, że nie ma już możliwości na formalne zadośćuczynienie. Najważniejszym ich zadaniem byłoby stworzenie nowych ram dyskursu odnośnie gwałtów wojennych. Opierałyby się na formach działania dziennikarstwa śledczego. Autorka uważa jednak, że ich powstanie jest mało prawdopodobne ze względu na słabość ruchu kobiecego.

Choć na Węgrzech niewiele się stało by przerwać milczenie wokół tego tematu, trzeba jednak wspomnieć poruszającą książkę Alaine Polcz pt. Kobieta na froncie, która jest unikalną relacją ofiary wielokrotnych gwałtów. Ukazała się ona na Węgrzech w 1991, a potem w szeregu innych języków (po polsku dwukrotnie), a nawet w Rosji, w 2004 roku.

Ważny jest ostatni rozdział traktujący o „brakującej stronie tej historii” czyli Rosji. Archiwa w tym kraju są zamknięte dla badaczy, pozostaje więc śledzić internetowe publikacje w tym temacie. Autorka analizuje zarówno je same jak i komentarze zamieszczane pod nimi. Choć wokół gwałtów popełnianych przez Armię Czerwoną dominuje cisza, widać, że powoli pojawia się zainteresowanie tematem. *

„Możemy powtórzyć” – ta popularna w Rosji naklejka samochodowa sugeruje, że świadomość gwałtów Armii Czerwonej nie jest tak ograniczona jak by się mogła wydawać – i że nie ma specjalnie negatywnych konotacji. Źródło: avtonaklejki.ru

Dla polskiego czytelnika ciekawe będą informacje odnośnie nawiązań do gwałtów wojennych w polskiej kulturze. Są to filmy Róża Wojtka Smarzowskiego i Niewinne Anne Fontaine. Tematyka pojawia się też w książkach, Janiny Surynowej-Wyczółkowskiej (Teresa, dziecko nieudane), Zofii Posmysz (Do wolności, do śmierci, do życia) czy też autobiografii Budzimiry Wojtalewicz-Winke. Okazuje się, że kontrowersyjna rzeźba Jerzego Bohdana Szumczyka Frau, komm, która przez parę dni stała w Gdańsku była dotąd jedynym pomnikiem ofiar przemocy seksualnej w Europie.

Tę książkę warto wydać po polsku. I w Polsce pomogła przełamywać milczenie.

Dodane 2 lipca 2019:

* Autorka zwraca uwagę, że to tabu kontrastuje w Rosji w podejściem do Katynia. Memoriał zrobił ogromnie dużo by jak najwięcej informacji na ten temat zostało opublikowane a sama zbrodnia przebiła się do świadomości społecznej, sprawa gwałtów wojennych nie doczekała się podobnych działań ze strony żadnej z organizacji rosyjskich.

** Etnicyzacja przemocy wobec kobiet znakomicie jest pokazana w skeczu Grzegorza Halamy W obronie kobiety.

czarny protest w Budapeszcie

Kiedy dostałem dowiedzialem się z faceboooka, że i w Budapeszcie zapowiedziano demonstrację w ramach Czarnego Protestu pomyślałem, że pojawi się może jakieś pięćdziesiąt osób – licząc mnie. Zdziwiłem się kiedy przyszedłem na miejsce i zobaczyłem liczbę uczestników: było ich w szczycie pewnie do 250-300. Większość, jakieś 90%, kobiet, niemal wszystkie ubrane na czarno, najwięcej młodych ale także nieco starszych. Pół na pół Polaków – może raczej Polek – i Węgierek, trochę, ale niewiele, cudzoziemców. W sumie więcej ludzi niż na demonstracji KODu w tym samym miejscu niecały rok temu.

 

Poza tłumem wrażenie robiły płotki przed ambasadą, Nie wiem czyja to inicjatywa, policji czy ambasady, ale chodziło przecież o pikietę kobiet a nie zadymę kibiców. Ktoś się wystraszył.

 

Na proteście pojawiła się ekipa bębniarek manifestacyjnych, które podgrzewały atmosferę.



Przemówienia wygłosiły wyłącznie kobiety. Mimo, że przyjęto model otwartego mikrofonu nie pojawiły się żadne dziwolągi demonstracyjne, które zwykle z takich okazji skwapliwie korzystają. Wystąpiena, mimo, że czasami ostro feministyczne w retoryce („siostry”) nie były jednak radykalne. Przemawiające podkreślały, że nie są zwolenniczkami aborcji ale tylko chcą mieć wybór. Pojawił się głos domagający się edukacji seksualnej. 

Przemawiające kobiety się niestety nie przedstawiały. O niej wiem tylko tyle, że jest aktywistką partii Razem.



Przemówienia były po angielsku a także po polsku. Wszystkie wywoływały taki sam aplauz, widać było, że dla uczestniczki nawet nie rozumiejąc języka i tak wiedzą o co chodzi.



Wiele wystąpień nie było przygotowanych z góry, część osób mogła zdecydować się przemówić już na miejscu.



Na plakatach polski, węgierski i angielski. Pojawiły się wieszaki.



Ktoś przyniósł czarne balony



Wiele uczestniczek umocowało na ubraniach symbole protestu.    



Największy transparent: Demokracji a nie teokracji. Flag narodowych wogóle nie było.

Tłum



#czarnyprotest to po węgiersku #feketetiltakozas



Gdzie Jarek nie może …

cmentarna anonimowość

Przechadzając się niedawno listopadowo po cmentarzu kolejny raz zwróciłem uwagę na niektóre napisy nagrobne. W Polsce standardem jest imię-nazwisko, data urodzenia i śmierci. Niekiedy pojawia się tytuł („artysta malarz” lub „prof. dr.” tak na przykład) lub bardziej osobistego jak „ukochany ojciec”. To taki indywidualny pomnik dla zmarłego, często tyle się o nim pamięta.

Nie tutaj. Pierwsza różnica to wiek, niejednokrotnie zamiast dat urodzin i śmierci pojawia się tylko „żył lat XX”. Szkoda, bo traci się na tym możliwość utrwalenia pamięci czy wręcz zachowania momentu początku i końca życia danego człowieka.

Gorzej jest jak podobny zabieg uproszczenia stosowany jest do imienia i nazwiska. Bywa to przerażające, spotkać można napis w stylu „ukochana mama”: dana kobieta nie była autonomiczną osobą wartą upamiętnienia jako sama w sobie a tylko w odniesieniu do roli jaką odgrywała do stawiającego ten nagrobek.

cmentarzNy6

Mama, żyła 92 lata, Lajcsika, żył 8 lat

cmentarzNy3

Nasza mama
Pál Kruták, syn
Pál Kruták

Jest też opcja z podaniem nazwiska po mężu, co w przypadku Węgrów wygląda tak: nazwiskomęża, imięmężazkońcówką”né”, na przykład Kowalski Janné. Wiemy więc, że dana kobieta była mężatką, wiemy jak się nazywał jej mąż ale jak sama miała choćby na imię nie wiadomo.

cmentarzNy2

György Hudák i jego anonimowa żona, nie wiemy naet jak długo żyli, o datach urodzenia i śmierci nie mówiąc

cmentarzNy1

Wdowa po Jánosu Magyarze (özv. to skrót od ozvégy czyli wdowa, co jest tu tytułem używanym na wizytówkach na drzwiach czy, jak widać, i grobach)

Smutna nieco ta cmentarna anonimowość.

Chodząc jako kobieta po Budapeszcie

W końcu zeszłego roku popularnością w internecie cieszyły się filmiki 10 Hours of Walking in NYC as a Woman oraz Four Hours of Walking in Cairo as a Woman. Zrobione zostały ukrytą kamerą nagrywającą, przedstawiały zaczepki, których ze strony obcych mężczyzn doświadczał’a chodząca po mieście młoda kobieta.

Nie powstał, o ile wiem, podobny filmik dotyczący Budapesztu ale za to służę zdjęciem o podobnej tematyce.

Przestawia ono rentgena stopy Śliwki po operacji skręcenia śrubami pękniętej kości stopy co było koniecznie po jej spotkaniu z grupą facetów na ulicy. Śliwka przechodziła przejściem pod torami pchając skuter i miała to nieszczęście, że akurat przechodziła tam grupy robotników z pobliskiej budowy. Posypały się uwagi typu “złotko, co to za motor”, zaczęli dotykać jej i skutera, i gdy próbowała ich odgonić straciła równowagę i skuter upadł jej na stopę z wiadomym rezultatem. Dowcipkowali nawet wtedy gdy mocowała się z tą stupięćdziesięciokilogramową maszyną próbując ją podnieść.

Dla porządku dodam, że Śliwka nie miała miniówy ani dekoltu do pępka, na głowie miała hełm, spod którego nic nie widać. W zasadzie widać było tylko tyle, że to kobieta – i to już naszym bohaterom wystarczyło.

Z pewnością uważali to – a i pewno teraz też uważają – za niewinny żart. Doprowadzenie do uszczerbku na zdrowiu, który goi się po ponad ośmiu dniach to przestępstwo na Węgrzech ale dojść do tego, kto to był nie ma jak, Śliwka ze zrozumiałych powodów nawet nie pamięta ilu ich było. Dla nich nie będzie więc konsekwencji, ten wpis niech jednak nie pozwoli zapomnieć o tym co zrobili. Tym bardziej, że to niestety tylko jeden z wielu przypadków takiego rodzaju.

męski parlament 2

Weź udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego

Pisałem jakiś czas temu, że szykuje się nam bardzo męski parlament. Stało się, posłanek jest mniej niż 10%. Niedawno zobaczyłem zdjęcie frakcji Fideszu przed parlamentem podczas wiecu: czarne morze garniturów i pięć kobiet w pierwszym rzędzie. Rzecz jasna to nie cały parlament ale i tak to zdjęcia pomaga uzmysłowić sobie jak taki męski parlament wygląda. Niesamowite.

źródło: fidesz.hu

męski parlament

W wybranym w 2006 roku parlamencie było – na 386 – 43 posłanek (11%). Cztery lata później było ich już tylko 35 (9%). W nadchodzących wyborach ich liczba zapewnie będzie podobna.

Dla porównania: w ostatnich wyborach do parlamentu europejskiego trafiło 35% kobiet [HU] – i liczba ta od lat rośnie. W Szwecji posłanek jest niemal 45%, w Polsce 23,7%. Ze wszystkich krajów-członków EU najmniej kobiet w parlamencie mają właśnie Węgry.

liczba kobiet w parlamentach krajów członkowskich EU, źródło: Hol vannak, hol lesznek női képviselők? Intézet a Demokratikus Alternatíváért

Analizę kandydatów ze względu na płeć przeprowadzili niedawno Index [HU] oraz instytut Policy Solutions [HU]. Według Indexu w nowym parlamencie możemy oczekiwać pomiędzy 14 (7%) a 27 (13,5%) posłanek, realistycznie 16 czyli 8% (liczba parlamentarzystów zmniejszy się po tych wyborach do 199).

Z analizy Policy Solutiony wynika, że posłanek będzie 20, czyli 10%. Najwięcej procentowo wśród koalicji Összefogás (Współpraca), najmniej w Fideszie.

Ciekawostką w analizach jest to, że liczba kandydatek jest wyższa niż liczba oczekiwanych posłanek. Wystawiane są one po prostu w okręgach gdzie nie mają wielkiej szansy na zwycięstwo lub też na odległych miejscach na listach.

Kandydatka Fideszu w moim rejonie. Wejdzie? Nie wejdzie?

Index przypomina, że kobiet na Węgrzech jest 52,4%. Wesołego Dnia Kobiet!

Nacjonaliści i feministki

Jedenastego listopada grupa aktywistów Jobbiku wzięła udział w Marszu Niepodległości a inna grupa węgierska związana z CÖF (Civil Összefogás czyli Współpraca Obywatelska) organizatorem prorządowych Marszów Pokoju pojawiła na organizowanych przez PiS obchodach święta w Krakowie.

Były to rewizyty, podobne grupy odwiedzały się już w przeszłości, najbardziej spektakularna z nich była wizyta paru tysięcy członków klubów Gazety Polskiej na Węgrzech w święto narodowe 15 marca zeszłego roku. Akcentu polsko-węgierskiego doczekała się nawet spalona tęcza: na fejsbuku, z dochodzącym obecnie do trzydziestu tysięcy poparciem, powstała grupa Odbudujmy tęczę w barwach Polsko-Węgierskich.

Powstaje wrażenie, że stosunki polsko-węgierskie całkowicie zdominowane są przez nacjonalistycznął prawicę. Nie jest tak do końca: tegoż 11 listopada inspirowany przez polski Kongres Kobiet w Budapeszcie miał miejsce Nőkongresszus czyli właśnie Kongres Kobiet.

Był to pierwszy taki kongres na Węgrzech. Z Polski przyjechały na niego Ewa Woydyłło-Osiatyńska oraz Katarzyna Zwolak, dyrektorka biura Stowarzyszenia Kongres Kobiet. Przekaz w formie wideo przesłała Danuta Hübner. Pojawił się też ambasador Roman Kowalski.

Rozmawiam z jedną z organizatorek Enikő Pap. Mówi o sukcesie: oddźwięk, zarówno ze strony uczestników jak i w mediach, był pozytywne Na kongresie pojawiło się ponad 630 osób (tyle się zarejestrowało), czyli sporo. Bardzo dobrze przyjęta była Eve Ensler, autorka Monologów waginy. Wystawę o równouprawnieniu kobiet w Norwegii otworzył ambasador tego kraju.

Rozmawiano o przemocy wobec kobiet, prawach kobiet w Europie, udziale kobiet w polityce, ekonomicznej niezależności kobiet, prawach reprodukcyjnych, dyskryminacji kobiet należących do jakiejś mniejszości np. lesbijek czy Romek, i o miejscu kobiet w społeczeństwie.

Kongres zakończyła degustacja win z piwnicy Nyilas robionych przez winiarki (rodzaj żeński słowa winiarz:) oraz koncert piosenkarki Bei Pálya. Pełen program po angielsku tu.

***

Niesamowite są te równoległe fascynacje: polskich nacjonalistów ich węgierskimi odpowiednikami („będzie jeszcze Budapeszt w Warszawie”), węgierskich kibiców polskim kibolstwem a teraz węgierskich feministek polskim działaczkami.

Post opublikowany również na stronie Blogerzy ze świata. 

trudno być bogiem

Momenty byli? Masz! Są tacy, co pamiętają jeszcze, że tak zaczynały się kiedyś omówienia filmów w niezapmnianym kabarecie 60 minut na godzinę. Jeśli chodzi o przedstawienie pt. Trudno być bogiem (Nehéz istennek lenni) Kornéla Mundruczó i Yvette Bíró to odpowiedź na to pytaniem brzmi „i to jakie!” Bo aktorki biegają na scenie całkiem nagie z wygolonymi cipkami a pokazuje się i męski organ.

Aczkolwiek żadna z recenzji spektaklu, które czytałem nie wspomina tych faktów sądzę, że przyczyniają się one do jego sporej popularności. Ale do rzeczy.

Przedstawienie powstało na podstawie powieści braci Strugackich pod tym samym tytułem. Opisuje ono sytuację, w której na obcą planetę trafia w roli zakamuflowanego obserwatora człowiek. Na planecie panują okrutne stosunki a naszemu obserwatorowi nie wolno się w nic angażować. Nie wytrzymuje on jednak tego, buntuje się przeciwko swym mocodawcowm i wszczyna walkę przeciwko tej sytuacji.

W spektaklu obcą planetą jest nasza ziemia. Obserwator trafia do ośrodka handlu kobietami, gdzie odgrywa rolę lekarza. Ośrodkiem kieruje okrutna burdelmama, zatrudnia zmuszone biedą do prostytucji dziewczyny z Zakarpacia. Pojawiają się też psychopatyczny syn polityka pragnący zdemaskować kazirodctwo ojca, syn urodzony z tego związku, cyniczny wspólnik, robiący na boku film pornograficzny dla sadystów oraz nieangażujący się kierowca TIRa.

Rzecz dzieje się w dwóch TIRach, w jednym mieszkają burdelmama i dziewczyny a w drugim odbywają się sesje, które widzowie oglądają na ekranie w transmisji wideo.

Spektakl jest koszmarem. Dziewczyny boją się a jednak poddają się losowi, który przynosi im śmierć. Umierają zresztą nie tylko one i całość kończy się szekspirowską kupą trupów.

Samo przedstawienie pokazywane jest nie w teatrze a w podmiejskiej hali fabrycznej. Złowróżebne TIRy to TIRy a nie jakieś dekoracje teatralne. Wszystko to daje efekt szorstkości i niepokojącej niemal autentyczności.

Trudno być bogiem nie powstało na Węgrzech, zawitało tutaj dopiero niedawno na zaproszenie ośrodka Trafó. Przedtem pokazywano go w Portugalli, Estonii, Belgii, Holandii, Francji i Niemczech. Mimo, że przedstawienia reklamowano jako jedyną okazję do zobaczenia przedstawienia na Węgrzech na stronie internetowej Trafó zobaczyłem, że będzie je znów można obejrzeć 18-22 września. Warto.