Radio Polonia Węgierska – 5. odcinek podcastu/Tokaj

W najnowszym odcinku audycji mówię najbardziej polskiej części Węgier czyli regionie tokajskim.

Pełen program podcastu:

– Powitanie- 00:00
– Serwis informacyjny- 02:48
– Przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka- 05:22
– Jeż Węgierski w eterze czyta autor Jerzy Celichowski- 15:13
– Rozmowa tygodnia z Alicją Śmigielską z Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie- 23:31
– Książka na Głos- 51:43
– Matki Boskie Węgierskie- 01:00:25
– Pożegnanie- 01:02:56

Tegoroczne wakacje zapowiadają się skromniej niż zwykle. Wszyscy mamy mniej pieniędzy, w wielu miejscach w dalszym ciągu w mocy są niesprzyjające turystyce ograniczenia, obawiamy się obecnej wciąż zarazy, która zresztą może znów wybuchnąć. Będzie więc pewnie ostrożniej i bardziej lokalnie. Znakomita to okazja by odkryć dla siebie nieodległe a ciekawe miejsca, które w innych okolicznościach zwykle przegrywają z egzotyczniejszymi celami.

Jednym z takich miejsc będzie z pewnością najbardziej z Polską związana część Węgier czyli region tokajski. O jakim związku tu mowa? Rzecz jasna chodzi tu o wino. W swoim czasie – w XVI, XVII, XVIII wieku – wino tokajskie, węgrzyny właśnie, dominowało na polskim rynku. Tokaje były nie tylko artykułem spożywczym, ale stały się częścią obyczajowości polskiej, głęboko wbudowały się w kulturę. Jan Kochanowski w żartobliwej fraszce Do starosty muszyńskiego wspomina Uhry – Węgry – skąd przywozi on dla siebie wina, mowa jest bez wątpienia o nieodległym regionie tokajskim. Polacy byli więcej niż po prostu odbiorcami win, kupcy z Polski byli obecni w regionie, swoimi zamówieniami kształtowali produkcję, niejednokrotnie się tam osiedlali. Dość powiedzieć, że po rozbiorach, kiedy region tokajski stracił polski rynek, sam też doświadczył uwiądu.

Dziś nie ma wielu widocznych śladów tej wcześniejszej symbiozy. Jednym z nielicznych jest nazwa szamorodni, według tradycji ustnej to odniesienie do win robionych z niewyselekcjonowanych gron – takich, jakimi się same urodziły – na rynek polski. Drugim, jak mi się wydaje, jest szklanka w znanym dwuwierszu o bratankach.

Tym niemniej tradycja kontaktów odżywa i okolice Tokaju dziś także chętnie odwiedzane są przez turystów z Polski. Więcej jest tam aut z polską rejestracją niż z sąsiedniej przecież Słowacji. W wielu restauracjach oferowane są jadłospisy po polsku, wielu wytwórców wywiesza polskie flagi by okazać, że chętnie widzą u siebie Polaków.

Choć w tym roku mniej będzie pewnie imprez masowych, festiwali to i tak warto podokrywać dla siebie różnych wytwórców, piwnice, miejsca. Jeśli ktoś ma małe dzieci można, jak to jest tutaj praktykowane w ramach lokalnej tradycji, w trakcie wyjazdu zapolować na słodkie aszú zrobione w roku urodzenia dziecka i odłożyć je na jego osiemnaste urodziny albo na wesele.

Tym co lubią więcej wiedzieć polecam blog Blisko Tokaju, którego autor Gabriel Kurczewski w unikalnie kompetentny sposób opowiada o regionie, jego związkach z Polską no i samych winach.

Wojwodina – dzień 4

Ostatniego dnia pojechaliśmy do Hajdukowa (Hajdújárás) gdzie mieszka winiarz Oszkár Maurer. Przyjął nas w swoim domu, zeszliśmy degustować do piwnicy. Pierwsze zdziwienie: piwnica płytka, taka zwykła pod domem a nie taka jak na Węgrzech, gdzie zwykle piwnice sięgają wgłąb ziemi. Tak to jest na piaskowych glebach.

piwnica Maurera

Te piaskowe gleby mają zarazem swoje zalety: nie zagraża tam mszyca filoksera, która zniszczyła praktycznie uprawę winorośli w Europie w końcu XIX wieku. Ten mały szkodnik nie jest w stanie przeżyć w piasku, stąd to właśnie na glebach piaszczystych przeżyły natywne odmiany winorośli. Korzystając z nich Maurer odtwarza je teraz na innych terenach.

sam Oszkár Maurer

Degustacja była ciekawa z kilku powodów. Po pierwsze mieliśmy okazję spróbować kilku miejscowych odmian zöld szemersegi czy mézes fehér (sorry, nie znam polskich nazw). Po drugie były też wina wytwarzane – tradycyjną metodą – bez użycia siarki.

Wina sremskie, mimo wszelkich podobieństw Sremu do regionu tokajskiego, różnią się znacząco od win tokajskich. Fermentacja nie zatrzymuje się, w rezultacie więcej jest alkoholu a mniej cukru. Főbor, odpowiednik win aszu, nie jest słodkie, przypomina bardziej sherry.

Maurer pracuje nad przywróceniem dawnych metod – i dawnej jakości. Bardzo krytycznie wyraża się zarówno o innych winiarzach, którzy, według niego, kalkulują w perspektywie zaledwie jednego roku, o polityce państwa, która prowadzi do kontrselekcji wśród winiarzy a także o nowych winnicach zakładanych przy wielkich nakładach finansowych i z wielką pomocą państwową uzyskaną poprzez znajomości. Sam pracuje z aszu, co mało kto poza nim robi, eksperymentuje z przepisami na bermet, odtwarza dawne odmiany mimo, że nie ma na nie dopłat.

Po degustacji zakończonej esencją aszu tramini pojechaliśmy do winnicy Mauera zobaczyć słynne 130-letnie krzaki kadarki. I znów zdziwienie: tutaj tradycyjną formą uprawy jest nie prowadzenie winorośli na drucie a forma bezpienna z palikiem czy też wręcz wiązanie winorośli samej do siebie w serce. Przyczyną jest brak lasów i co się z tym łączy brak drewna na paliki czy słupy.

tak się tu uprawia winorośl

ten krzaczek ma 130 lat

Po Maurerze odwiedziliśmy zupełnie inną w stylu winnicę Zvonko Bogdana. Zbudowano ją z niczego koło Suboticy. Powiedziano nam, że jej właścicielem jest Lajos Csákány, natomiast popularny pieśniarz ludowy Zvonko Bogdan daje tylko swoje nazwisko (próbka tego co śpiewa tu).

 

to nie jest pałac – to winnica

Na środku winnicy stoi budynek mieszczący w sobie sale do degustacji oraz, z tyłu, pomieszczenia produkcyjne. Styl nawiązuje do dominującej w Suboticy architektury przełomu wieku. Widać, że nie pożałowano pieniędzy na wykonanie: są kryształowe żyrandole, różnego rodzaju marmury, pięknie belkowane stropy, dachówki z fabryki Zsolnay, wyszukane meble i obrazy. Ma być jak w pańskiej rezydencji – i niemal tak też jest, zgrzytem jest półka z książkami zebranymi najwyraźniej z powodu dekoracyjnych grzbietów, na której można znaleźć klasykę marksizmu, encyklopedię jugosłowiańską i inne tego typu perły. Budynek i tak robi wrażenie.

sala do degustacji

to można omówić z przyjaciółmi degustowane wina

Jemy jeszcze pożegnalny obiad w rustykalnym ośrodku Majkin Salaš i ruszamy do domu. Wieziemy wino i pudełko orzechowego eurocremu (jeśli chodzi o nazwy towarów spożywczych zajmuje on pierwsze miejsce ex equo z biszkoptami Plazma).

Do tej pory piękna, jesienna pogoda psuje się, zaczyna padać deszcz.

Wojwodina – dzień 3

Tego dnia pojechaliśmy na południe. Najpierw godzina autostradą do Nowego Sadu, gdzie obejrzeliśmy twierdzę nad Dunajem. Szereg razy służyła, z mniejszym lub większym sukcesem, do obrony przed Turkami. Po pierwszej wojnie światowej kiedy burzono takie przeżytki militarne, ją akurat oszczędzono, podobno ze względu na szczególne piękno. W lecie na jej terenie odbywa się festiwal Exit, konkurent węgierskiego Szigetu, tak jak Sziget europejski i liberalny w charakterze.

Citadel_Petrovaradin
twierdza petrowaradińska – tak nazywa się oficjalnie, śliczna, sam bym nie burzył, źródło: wikipedia

Z Nowego Sadu ruszyliśmy odkrywać Srem (po węgiersku to Szerémég) tam się zaczynający. Ten starożytny region winny (winorośl uprawiali tu już Rzymianie) ma specjalne związki z regionem tokajskim: to podobno właśnie stamtąd, uciekając przed Turkami, przynieśli do Tokaju kulturę winną sremscy winiarze. Mikroklimat w obu regionach jest podobny dzięki obfitości rzek, tu Dunaj, Cisa, Drawa i Sawa, tam Cisa i Bodrog. I tu i tu istnieje szlachetna pleśń botritis, dzięki której powstają jagody aszu. Oba regiony łączy też Cisa, kiedyś wina sremskie spławiano do Tokakju właśnie tą rzeką – by potem wywieźć je dalej, także do Polski. Ciekawy artykuł na temat można sobie przeczytać tu [HU].

Skierowaliśmy się do będących stolicą Sremu Karłowców (Sremski Karlovci po serbsku, Karlóca po węgiersku). W tym miasteczku kiedyś było 500 winiarzy, dziś jest tylko 50. I w ogóle nie bardzo się odczuwa, że to ośrodek winiarstwa. Mimo, że byliśmy niedawno po winobraniu to śladów tego nie było widać, jeśli nawet przejechał jakiś traktor to raczej wiózł stertę skrzynek z jabłkami a nie winogrona. Brakowało też charakterystycznego zapachu moszczu.

Uwagę zwracały raczej liczne budynki kościelne stojące przy rynku: pałac patriarchy, katedra, seminarium, gimnazjum. Do pierwszej wojny światowej Karłowce były centrum prawosławia na terenie monarchii i do dziś zachowały tu ważną rolę: seminarium jest drugie po względem wielkości na świecie (po kijowskim).

seminarium

drogowskazy w dużej mierze do różnych instytucji prawosławnych

By znaleźć winiarzy musieliśmy się udać poza centrum. Opierając się na radzie udzielonej nam w centrum informacji turystycznej poszliśmy odszukać winiarnię Kiš. Dziadek podobno był Węgrem ale teraz dogadywaliśmy się przy pomocy strzępków serbskiego, które gorączkowo wyszukiwałem w głowie. Kupić wino jednak się udało, między innym bermet czyli tutejszy rodzaj wermutu: słodkie wino wzmacniane czystym alkoholem i przyprawiane ziołami.

w winiarni Kišów

kaplica pokoju upamiętniająca podpisanie pokoju w Karłowicach negocjowanego w latach 1698-99, tu po raz pierwszy użyto okrągłego stołu do rozmów.

Po wizycie w Karłowicach ruszyliśmy zobaczyć górę Fruška, która po węgiersku nosi intrygującą nazwę góra Tarcal (Tarcal to miejscowość położona koło Tokaju). Na jej zboczach uprawia się winorośl. Na górę wjeżdza się samochodem, spróbowaliśmy to zrobić i … nie udało się nam to, górę przejechaliśmy, szczytu nie znaleźliśmy. Wróciliśmy by spróbować jeszcze raz i choć tym razem pytając gęsto drogę trafiliśmy bliżej to znów nie udało się go znaleźć, w międzyczasie zrobiło się ciemno. Sama góra to raczej pasmo niż pojedynczy szczyt, choć istnieje on w sensie geograficznym to jest tak prominentny jak tego zwykle się spodziewamy od gór.

w wielu miejscach spotykaliśmy bezpańskie psy – nieagresywne i przyjazne

żydzi a przyjaźń polsko-węgierska

Nieoceniony Rysiek z Konstancina przysłał mi dwa poniższe zdjęcia. Zrobił je w Muzeum Żydów Polskich, pochodzą z mapy szlaków winnych prowadzących z Węgier do Polski. Winem handlowali żydzi, stąd ta mapa w muzeum. Tak przyczyniali się do budowaniu przyjaźni polsko-węgierskiej. Mam nadzieję, że Gabriel z bloga Blisko Tokaju przyjrzy się tej sprawie i wrzuci na ten temat jakiś, jak zwykle niesamowicie kompetentny, i ciekawy wpis.

Terczal czyli niedawno Tarczal a obecnie po Tarcal. 

Dwa szokujące świąteczno-noworoczne zwyczaje węgierskie

Zwyczaj pierwszy: na święta je się rybę. Jest to szokujące bo poza świętami ryb się na Węgrzech je tylko minimalne ilości: 4-4.5 kilo rocznie wobec 55 kilogramów Portugalii (wiem takie rzeczy stąd). Tak więc zjadając porcja wigilijnej zupy rybackiej lub panierowanego karpia (karp rules) przeciętny Węgier spożywa 40% rocznej konsumpcji ryb.

Zwyczaj drugi: w okolicy świąt a zwłaszcza nowego roku na Węgrzech pije się szampana. Nie tyle zresztą pije ale w zasadzie wypija niemal całego szampana: w ciągu tego krótkiego okresu następuje konsumpcja 80% tego napoju. I to mimo tego, że na Węgrzech coraz więcej winiarzy produkuje szampana: niedawno miałem przyjemność uczestnictwa w degustacji 11 różnych wyłącznie tokajskich szampanów i win musujących a i ten wybór nie wyczerpywał asortymentu dostępnego w okolicach Tokaju, nie mówiąc już o innych regionach winnych.

tokajskie szampany

tokajskie szampany

Równie szokująca jest popularność szampana Sowieckoje igristoje (pisałem o tym wcześniej), co jest jedynym znanym mi przypadkiem kiedy określenie sowieckie pomaga w sprzedaży jakiegoś towaru.



hitchcockowski horror dla winiarzy

Gdyby ktoś chciał zrobić niszowy horror dla winiarzy to temat byłby oczywisty: szpaki. Te nieduże ptaki są zmorą winiarzy ponieważ są w stanie z ciągu paru minut zniszczyć całoroczny trud hodowli winorośli. Zjawiają się wielkimi stadami późnym latem i jesienią kiedy winorośl jest już dojrzała, spadają na winnicę i szybko ją objadają, a czego nie zjedzą to strącają na ziemię. Efekt ciemniejącego nagle nieba i pikujące wdół mrowia ptaków potrafi być przerażający.

szpaki nad winnicą, źródło Index.hu

formacje szpaków w locie

Dlatego winiarze bronią się jak mogą. Efekty tej obrony nadają charakterystyczną oprawę dźwiękową regionom winnym na jesieni, kiedy sytuacja staje się najgorętsza. Co jakiś czas słychać głuche strzały gazowego działa, jak ktoś ma dobre ucho to rozróżni dźwięki automatycznych odstraszaczy szpaków, zwykle imitacje drapieżników. Ale najczęstsze jest chyba walenie chochlą w stary garnek, które jest rozwiązaniem zdecydowaniem low-tech – robi to wynajęty człowiek za jakieś 3000 forintów dziennie – ale i pewnie dość skutecznym bo żywy człowiek lepiej potrafi odstraszyć ten inteligentne ptaszki niż jakiś automat, którego szybko uczą się nie bać. Pokrywanie winorośli siatką jest skuteczne ale drogie. Jeszcze skuteczniejsze ale i jeszcze droższe jest wynajęcie sokolnika z ptakiem, którego sylwetkę na niebie dla szpaki biorą, w przeciwieństwie do strachów ustawianych niekiedy w winnicach, poważnie.

szpaki uciękające przed sokołem drzemlikiem

Szpaki znane są ze swojej inteligencji. Zręcznie dają sobie radę z różnymi formami zabezpieczeń winnic i sadów – jedzą też inne owoce, przy migracjach niekiedy korzystają z pomocy statków płynących w dogodnym dla nich kierunku. W niewoli uczą się naśladować dźwięki, potrafią przyswoić sobie melodie i powtarzać całe słowa. Przywiązują się do swoich właścicieli.

ładny ptak szpak, źródło wikipedia

W sumie jednak szpaki są dla rolnictwa zdecydowanie pozytywne. Owoce to parę procent ich diety, głównie żywią się owadami, w większości szkodnikami. Tylko czy to wielka pociecha dla winiarza, któremu właśnie zniszczyły całe plony? Zdecydowanie temat na horror.

kupili beczki

Niedawno pisałem o zapowiadanej aukcji win tokajskich a teraz spieszę donieść: kupili beczki. Nie wszystkie ale w przypadku imprezy tego rodzaju organizowanej po raz pierwszy sprzedaż ponad połowy oferowanych win to sukces. Tak więc na cześć organizatorów a także całego regionu tokajskiego trzykrotne hip hip hura!

Jak podaje komunikat prasowy wydany przez organizatora czyli Tokaji Borlovagrend [EN HU]– o nich zaraz więcej za chwilę – sprzedano 60%spośród wystawionych na licytację 22 beczek pojemności 136 litrów (gönci). Najwyższą cenę udało się uzyskać za wino sześcioputowe aszú Tokaj Hétszőlő 2010: wystawiono je za 2 800 000 a sprzedano za 4 200 000 forintów. Sprzedano też wina z piwnic Demetervin, Kikelet, Szent Benedek, Royal, Szepsy, Füleky, Szent Tamás, Budaházy, Disznókő, Barta i Samuel Tinon. Pięknym gestem popisał się Samuel Tinon, który ofiarował niesprzedane 27 0,375 litrowych butelek swojej esencji na rzecz Tokaji Borlovagrend. Wśród kupców były restauracje, w tym chlubiąca się jedną gwiazdką Michelina Onyx, sklepy winne, starzy klienci piwnic, grupy kupujących, którzy zorganizowali się specjalnie na aukcję a także licytujący z zagranicy przez telefon. W sumie na aukcji uzyskano ponad 20 milionów forintów. Licytacja ma stać się corocznym głównym wydarzeniem Tokaji Borlovagrend, następna planowana jest za rok.

Parę dni po aukcji, która dla porządku dodajmy odbyła się w poprzednią sobotę 27 kwietnia, spotykam się z Hajnalką Szabó, która na codzień pracuje w piwnicy Füleky ale jako jedna z pięciu sekretarzy Borlovagrend była jedną z głównych organizatorów wydarzenia. Hajni widać, że wciąż jest na podwyższonych obrotach, mimo upływu paru dni nie miała czasu by ochłonąć. Rozmawiamy o aukcji i o Borlovagrend.

Dowiaduję się nieco szczegółów kuchni wydarzenia. Najpierw o cenach: ustalono je na poziomie 30% oszacowanej wartości rynkowej zabutelkowanego wina (choć sprzedawano beczki producenci są zobowiązani wino dostarczyć zabutelkowane). Oznacza to, że gdy wino poszło w cenie wywoławczej, a większość z beczek tak właśnie sprzedano, nabywca kupił je z gigantyczną zniżką! (tabelka podająca ceny wywoławcze i sprzedaży w komunikacie prasowym Borlovagrend) Nie jestem pewien czy sytuacja powtórzy się za rok.

Pytam czy w takim razie winarze, których wino nie zostało sprzedane lub też zostało sprzedane za stosunkowo niską cenę nie są rozczarowani aukcją. Nie! zapewnia mnie Hajnalka, wszyscy rozumieją długofalowe znaczenie imprezy, doceniają osiągnięte rezultaty i gotowi są do współpracy w przyszłości.

Pytam o uczestników aukcji: Hajnalka wyjaśnia, że pojawili się ci, na których liczono, czyli restauracje i sklepy winne, które chciały mieć w ofercie wina nie do dostania gdzie indziej. Ponadto wierni okazali się starzy klienci – i przyjaciele – niektórych piwnic. Znaczenie samoorganizujących się grup indywidualnych kupujących pewnie w przyszłości wzrośnie zwłaszcza jeśli pojawi się infrastruktura wspomagająca się ich tworzenie. W przyszłości można zapewne liczyć na wzrost zainteresowania zzagranicy. Ciekawostką jest, że sukces w aukcji zależał w dużej mierze od indywidualnych zabiegów promocyjnych danego producenta wina, promocja Borlovagrend miała mniejsze znaczenie, potwierdziły to inne moje źródła.

Przychód z aukcji, po odliczeniu VAT-u, bo wszystkie ceny podane były brutto, był podzielony pomiędzy producentów, którzy dostali 60% procent uzyskanej ceny i Borlovagrend, któremu przypadało jej 40%. Pytam Hajnalkę co planują zrobić z tymi pieniędzmi. Cele są trzy. Po pierwsze, działalność Borlovagrendu. Po drugie, ich przyszłoroczne imprezy: poza aukcją planują comiesięczne degustacje win z danej wsi organizowane w tejże wsi przy współudziale miejscowych restauracji i hoteli. Po trzecie, chcą postawić tabliczki z oznaczeniami stoków w całym regionie tokajskim.

Rozmowa przechodzi na Tokaji Borlovagrend. Czas przetłumaczyć tę nazwę: dosłownie chodzi o Tokajski Zakon Rycerzy Winnych. Nazwa brzmi trochę jak z Monty Pythona, w angielskim używana jest raczej nazwa francuska: Confrérie de Tokaj. Hajnalka objaśnia historię organizacji. Powstała w 1987 roku, rok temu została odnowiona, włącznie z rejestracją nowej formy prawnej, obecnie ma około stu członków, którzy w większości choć nie tylko są ludźmi z branży. Celem jest „przywrócenie należnego prestiżu winom tokajskim”.

Równolegle do struktury organizacyjnej (przewodniczący, zastępca, skarbnik, itp.) w Borlovagrend funkcjonuje struktura o nazewnictwie tradycyjnym: wielki mistrz, rada nadworna, itd. Nie wytrzymuję i pytam jak ludzie reagują na tę całą rycersko-dworską terminologię. Uśmieszki? Czy raczej poważne podejście? Okazuje się, że zdecydowanie to drugie. Ludziom podoba się taka wynaleziona tradycja. Hajnalka dodaje, że pojęcie Borlovagrend (zapewne raczej w tłumaczeniu) jest znane międzynarodowo i dlatego korzystanie z tej nazwy ma również korzyści praktyczne bo wszyscy od razu wiedzą o co chodzi.

Hajnalka wprowadza mnie trochę w historię aukcji. Obecna impreza korzenie swoje ma w Hospices de Beaune w Burgundii. Ten szpital, ufundowany jeszcze w 1443, dzięki darowiznom bogatych dobroczyńców w dziewiętnastym wieku dysponował sporymi winnicami. W 1859 po raz pierwszy zorganizowano aukcję beczek wytwarzanych tam win w celach dobroczynnych. Aukcje organizowane są po dziś dzień, zawsze w trzecią niedzielę listopada. Sprzedawane na nich jest około ośmiuset 226-litrowych beczek wina, które rzecz jasna musi dojrzewać przez następny rok zanim będzie się nadawać do konsumpcji. Od 2005 roku licytacje przeprowadza dom aukcyjny Christie, dzięki czemu mają one charakter międzynarodowy. Dochód ze sprzedaży wina przeznaczany jest na utrzymanie szpitala, jedną beczkę sprzedaje się zawsze na cele dobroczynne. Corocznie na aukcji sprzedaje się wino za około 5 milionów euro.

Confrérie to instytucja znana we Francji. Tam członkostwo, płatne rzecz jasna, zobowiązuje do promocji wina danego regionu. Jeśli członek na przykład organizuje przyjęcia dla przyjaciół powinien podać odpowiednie wina. Pomysł genialny: zbieramy grupę ludzi, którzy skłonni są płacić za możliwość marketingu naszego produktu. Coś takiego możliwe jest tylko w przypadku wina.

Zamysł confrérie zakłada odpowiedzialność zamożnych konsumentów wina za rozwój danego regionu. Ciekawa jest tutaj nieobecność państwa i brak oczekiwania na finansowanie z jego strony. Klasa średnia samoorganizuje się do tego zadania. Fascynujące jest obserwować narodziny podobnej inicjatywy na Węgrzech.

Warto dodać, że aukcję zauważono w Polsce. Pisali o niej zarówno Gabriel Kurczewski na blogu Blisko Tokaju (przed aukcją i po aukcji a także na temat niektórych wystawionych win – warto tu przeczytać również specjalistyczny komentarz jednego z czytelników) jak i Wojtek Bońkowski, który poza wpisemi zapowiadającymi aukcję (tu i tu EN) opublikował też swoje notatki z degustacji [EN]. Swoją drogą jest on podobno członkiem Tokaji Borlovagrend i ma zakładać pierwszą zagraniczną filię tego bractwa.

kup pan beczkę …

… wina. I to tokajskiego. Niedługo – 27 kwietnia – odbędzie się aukcja win tokajskich. Wystawionych jest 22 rodzajów świetnych win, szczegóły w katalogu tu. Wina kupuje się w postaci beczki poza esencją, która oferowana jest w butlach dziesięciolitrowych. A całość materiałów na temat aukcji dostępna jest po polsku dzięki nieocenionemu Gabrielowi Kurczewskiemu z bloga Blisko Tokaju. Jakby ktoś kupił sobie beczkę to proszę o recenzję!

 

Polskie wina na Węgrzech

Dwieście lat temu największe zapasy win tokajskich gromadziły piwnice Krakowa. Do 1939 roku Mekką, Kaplicą Sykstyńską i Kompostellą wszystkich miłośników tego trunku był dom pod numerem 27 na Rynku Starego Miasta w Warszawie, gdzie w składzie win Fukiera leżakowały wszystkie roczniki tokaja począwszy od 1610 roku!

Tego i innych ciekawostek z historii polsko-węgierskich stosunków winnych dowiedziałem się za artykułu Wojciecha Bosaka pt. Druga ojczyzna tokaja. O związkach tokajsko-polskich wiedziałem ale zawsze wydawało mi się, że miały raczej charakter sprzedawca-kupiec a tu okazuje się, że Polska odgywała istotną rolę także w rozwoju win tokajskich.

Zacznijmy od tego, że wina te dojrzewały właśnie w Polsce. Powód był prosty: tam były bezpieczne a na Węgrzech znajdujących się pod kontrolą turecką i dlatego poddawanych regularnym grabieżom już nie. Polscy kupcy kupowali towar na pniu czyli płacąc z góry za zbiór jaki by nie był a potem bez selekcji wyciskano winogrona wywożąc młode wino lub wręcz moszcz. Nazwa powstałego produktu zmieniła się z czasem z węgierskiego főbor na swojskie samorodni (węg. szamorodni) czyli wino, które powstaje samo bez selekcji winogron przez winiarza.

Dochodzi to do tego jeszcze inny powód a mianowicie istniejąca wciąż wyższa kultura winarska w ówczesnej Polsce. Tak, na ile to brzmi zaskakująco, w Polsce wówczas wiedziano jak zapobiec dalszej fermentacji słodkiego wina i ustabilizować je, co na Węgrzech było problemem nie do rozwiązania. Dzięki kontaktom z winarzami niemieckimi znano technikę konserwacji beczek poprzez wypalanie siarką, której na Węgrzech jeszcze nie stosowano. Zapomina się, że parę wieków temu w Polsce winiarstwo było stosunkowo dobrze rozwinięte, na przykład stosowano tam prasy do wyciskania winogron w czasie kiedy na Węgrzech robiono to jeszcze po prostu depcząc je nogami.

W ramach kontaktów winnych w okolicach Tokaju osiedlali się polscy handlarze winem. W artykule znalazłem informację o dwóch takich rodach: Lipóczy (Lipecki), którzy zbudowali dworek w Tállya oraz Florianie Bilickim, który dwieście lat temu zbudował rozległe piwnice i składy w Abaújszántó.

Niedawno swoją drogą zafrapowany szeregiem polskobrzmiących nazwisk wśród węgierskich winiarzy postanowiłem sprawdzić czy nie mają oni polskich korzeni a ich win nie można by, z przymrużeniem oka, traktować jako polskich win. Napisałem więc do Tamása Dúzsy’ego, Sándora Liszicy oraz Csaby Malatinszky’ego z pytaniem o ich związki z Polską. Wszyscy robią świetne wina więc miałem nadzieję, że odkrywając ich ewentualne polskie korzenie uda mi się szybko i łatwo wzbogacić kuchnię polską.

Okazało się, że rodzina Malatinszkych pochodzi z terenów obecnej Słowacji a Liszicowie przenieśli się na Węgry z Chorwacji jakieś 400 lat temu. Tamás Dúzsy (Duży?) jak dotąd nie odpowiedział. Póki co z „polskich win” pozostaje nam szamorodni.  

PS Dobra to okazja, żeby polecić niesamowicie kompetenty blog o tytule Blisko Tokaju. Jego autor, Gabriel Kurczewski (w nawiasie podaje zwykle Gabriel Łagan, czego nie rozumiem) pisze na temat win tokajskich, tutejszych winnic, lokalnej historii (są wątki polskie) a także ciekawostki turystyczne. Rzecz nie do pominięcia dla kogokolwiek szykującego się do wyjazdu w te okolice.

Polska a wina tokajskie aszú

No i dowiedziałem się, że za powstanie win aszú odpowiadają, niechcący, Polacy. Oto odnośny cytat za artykułu Attili Szalai pt. Gawęda o winie w Głosie Polonii numer 102 (strona 18).

Do końca XV wieku wina tokajskie nie wyróżniały się specjalnie. A potem i to za sprawą Polaków! Na jesieni 1490 roku, po śmierci Macieja Sprawiedliwego, czyli Korwina, polski książę Adalbert zaatakował Tokaj, lecz nie udało mu się zdobyć warowni. Niemniej zabrał z tamtejszych piwnic około 3000 hektolitrów wina. Działania wojenne opóźniły winobranie w okolicy. I stał się cud: zebrane z miesięcznym opóźnieniem winogrona dały nieznany przedtem gatunek wina – wspaniały tokaj samorodny i aszu.

W artykule jest zresztą sporo powiedzeń odnoszących się do stosunków polsko-winno-węgierskich takich jak "nie ma wina nad węgrzyna", "kto węgierskie wino pije, po śmierci nie zgnije", "stary węgrzyn dobry, ale stary kochanek diabła wart", "na
Węgrzech wino się rodzi, a w Polsce dojrzewa" (po łacinie "Hungariae natum, Poloniae educatum") – inna wersja "wino na Węgrzech się rodzi, a w Polsce umiera" czy też "w Polsce jeść, na Węgrzech pić, w Niemczech spać, we Włoszech się kochać".