Radio Polonia Węgierska 75 / Nieuznawany a znany

Nieuznawany przez oficjalne kręgi literackie a znany bardziej niż niejeden z pisarzy z programu szkolnego: Jenő Rejtő, mimo, że zmarł niemal 80 lat temu do dziś pozostaje zaskakująco popularny. O nim opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (25:15).

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd polskiej prasy
  5. Jeż Węgierski w eterze
  6. Pożegnanie

Lubię w księgarniach sprawdzać ile miejsca zajmują książki danego pisarza. W dość nienaukowy sposób daje to możliwość oceny na ile ważny on – lub ona – jest dla współczesnego czytelnika (zakładam, rzecz jasna, że wydawane są książki, które ktoś chce czytać).

I tak dowiedzieć się można, że popularni są Sándor Márai a także Albert Wass, ulubiony pisarz nacjonalistów. Obaj byli, bardziej lub mniej oficjalnie uznanymi, zawodowymi literatami. Inna jest jednak sytuacja ze zwykle równie bogato reprezentowanym w księgarniach Jenő Rejtő.

W uproszczeniu można powiedzieć, że był to autor literatury rozrywkowej. Pisał komedie teatralne, skecze kabaretowe a także, dziś najbardziej popularne, powieści przygodowe do gazet. Za tematykę mają głównie Legię Cudzoziemską, przez którą się przewinął, a także Dziki Zachód no i oczywiście historie kryminalne.

W tekstach zachowana jest konwencja literatury brukowej. Historie są niesamowite, co chwile przybierają nieoczekiwany obrót, niewiarygodne wydarzenia mają miejsce jedno po drugim. Czyta się to z wypiekami emocji, napięcie nie opada ani na chwilę.

Bohaterowie są przesadni. Legioniści są wytrzymali jak skała, złoczyńcy to geniusze zła, bogacze są bajecznie majętni, kobiety oszałamiająco piękne a awanturnicy nadzwyczajnie urokliwi. Wszyscy, nawet największe męty, potrafią wyrażać się w sposób wyszukanie uprzejmy, niejednokrotnie także w trakcie bójek.

I co jeszcze dodaje uroku tym niesamowitym ludziom uwikłanym w niesłychane przygody to humor z jakim Rejtő opowiada te swoje historie. I nie na darmo: kogokolwiek by nie spytać o niego – a znają go wszyscy – pierwszą reakcją jest zawsze uśmiech. Szereg powiedzeń, jak na przykład „dwa decylitry wina rozcieńczone trzema decylitrami rumu” weszło do języka potocznego, częste są też, także w prasie, odniesienia do postaci z jego opowiadań.

Jego życie było niemal tak kolorowe jak jego opowiadania. Ze szkoły wyleciał wcześnie, trenował boks, podobno jednocześnie w kilku klubach, próbował kariery teatralnej.

Wyjechał szukać szczęścia do Berlina, a stamtąd dalej do Europy i Afryki Północnej. Imał się różnych zajęć, podróżował na gapę, bywał aresztowany, biedował, wtedy właśnie spędził parę miesięcy w Legii Cudzoziemskiej, co wszystko dostarczyło mu wspaniałego materiału do jego późniejszych książek.

Po powrocie do Budapesztu rozpoczął życie literacko-kawiarniane. Zarobione pieniądze tracił regularnie na grę w karty, według legendy często płacił w kawiarniach stronami napisanych tekstów, które kelnerzy wymieniali później na gotówkę w jego wydawnictwie.

Zmarł z wyczerpania i zimna na Ukrainie na początku 1943 roku służąc w oddziałach pracy, do których posyłano wówczas Żydów. Podobno do ostatniej chwili zabawiał towarzyszy niedoli opowiadaniem z pamięcie fragmentów swoich książek.

Mimo upływu czasu Rejtő pozostaje niezmiernie popularny. Oprócz stert książek w księgarniach świadczy o tym ulica w siódmej dzielnicy, która została nazwana jego imieniem na skutek jednej z pierwszych petycji internetowych.

Nieistniejący już mural przedstawiający kelnera Rejtő: według legendy miejskiej pisarz płacił w kawiarniach kawałkami swoich najnowszych opowiadań, które potem kelnerzy wymieniali na gotówkę w odpowiednich redakcjach, źródło: cultura.hu

Radio Polonia Węgierska 74 / węgierski (świetny) kryminał z polskim wątkiem

W najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska zachęcam co czytania świetnych kryminałów Vilmosa Kondora (13:20). Póki co moje zachęty kieruję głównie do znających węgierski bo tylko jedną jego książkę przetłumaczono na polski – ale może na przekład kolejnych skusi się jakieś wydawnictwo? Dodam, że w jednej z nich pojawia się wątek polskich uchodźców na Węgrzech i to w zupełnie niemartyrologicznym wydaniu.

1. Ciekawostka o Węgrzech
2. Powitanie
3. Serwis informacyjny
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Wrzesień 1939 roku, granica polsko-węgierska. Tłum uchodźców stara się przejść na terytorium Węgier. Wśród tłumu pojawiają nagle trzy ciężarówki ze znakami Czerwonego Krzyża. Podchodzi do nich obecny tam reporter, który chce się dowiedzieć czy przewożą może rannych, ale kierowcy bez słowa dodają gazu i auta przejeżdzają granicę przez nikogo nie niepokojone: straż graniczna dostała rozkaz by je przepuścić. Później dopiero się okaże, że wiozły ładunek narkotyków używanych przez polskie wojsko, który potem znikł.

Od tej historii, która zresztą faktycznie miała miejsce, zaczyna się kryminał Vilmosa Kondora pt. Bűnös Budapest czyli Budapeszt, miasto winy. Rzecz jasna, nie będę streszczał akcji, ale opowiem nieco o jej autorze i jego innych książkach.

Dziennikarz, Zsigmond Gordon, jest bohaterem dłuższej serii książek. Pokrywają one okres od przedwojnia, poprzez samą wojnę, okres tużpowojenny aż do rewolucji 1956 roku. Choć wątek kryminalny jest kręgosłupem tych książek, to tło historyczne nadaje im szczególnego smaku. Ze szczegółami przedstawione są topografia miasta: z książką w ręku można podążać trasami, którymi przemieszczali się bohaterowie – o ile zna się dawne nazwy ulic tu pieczołowicie używane. Dowiedzieć się można gdzie mieściły się bary – wśród nich i istniejące wówczas bary mleczne, restauracje, redakcje czy też podejrzanie spelunki, opisywane są podawane tam dania i napoje, z cytowanych wiadomości widać co się akurat dzieje w polityce. Wśród fikcyjnych bohaterów pojawiają i prawdziwe postaci oraz wydarzenia – jak choćby i to wspomniane na początku zniknięcie ładunku narkotyków.

Sam Gordon, dziennikarz, który fachu uczył się między innymi w Stanach Zjednoczonych, gdzie spędził parę lat, to, mimo skłonności do przemocy, w sumie zdroworozsądkowa, sympatyczna postać.

Odróżnia się od niego inny bohater Kondora, Tibor Ferenczy, który boryka się z uzależnieniem od alkoholu i przeróżnych tabletek tak, że łańcuchowe palenie w zasadzie wydaje się przy tym już jedynie niegroźną przywarą. On działa współcześnie – jedna z historii z nim związanych ma miejsce obecnie, w 2020 roku. Tu, we współczesności, Kondor nie stroni od political fiction: w jednej z książek Ferenczy prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa premiera, w innej szuka szalonego mordercy działającego podczas rozgrywającej się właśnie rewolucji. W retrospektywie pojawiają się nadzwyczaj wiernie przedstawione – częściowo sam pamiętam ten okres – Węgry z roku 1990.

Te kryminały, które łączy atmosfera noir, czyta się je świetnie sprawdzając swoją znajomość Budapesztu i Węgier – bądź też ją w trakcie lektury rozwijając. Szkoda tylko, że jak dotąd przetłumaczono na polski zaledwie pierwszą z jego książek czyli Budapest noir. Chciałoby się ich widzieć więcej i to nie tylko ze względu na polskie wątki.

Nie wszystkie książki Kondora

Radio Polonia Węgierska 73 / Balaton przed turystami

Balaton zanim „odkryli” go turyści to zupełnie inne jezioro. Opowiadam o tym w najnowszym odcinku podcastu (38:15). Pełen program i mąj tekst poniżej.

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd prasy polskiej
  5. Rozmowa tygodnia – R. Rajczyk rozmawia z J. Krzykiem autorek książek o Górnym Śląsku
  6. Jeż Węgierski w eterze
  7. Pożegnanie

W lecie jeden z felietonów poświęciłem Balatonowi. Wzdychałem nad nadmierną eksploatacją tego cudownego jeziora, uważam, że masowa turystyka fatalnie się na nim odbija.

Dostało mi się w komentarzach. Dowiedziałem się, że napisałem głupoty bo sytuacja jest o wiele lepsza, niż jak ją przedstawiłem, i w ogóle, że „Balaton to dla mnie riwiera”, jak głosi popularna piosenka.

Sprowokowało mnie to do poszukania informacji na temat Balatonu i tak dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy na jego temat.

Z punktu widzenia turystyki historia Balatonu zaczyna się w 1702 roku kiedy lekarz András Flaskár kupił kawałek ziemi koło Balatonfüred, na którym planował zbudował ośrodek kąpielowy. Uwaga: chodziło o kąpiele termalne a nie kąpanie się w jeziorze. Dopiero w 1822 roku otworzono pierwsze kąpielisko w jeziorze, zresztą też w Balatonfüred.

Od tej pory datuje się też konflikt pomiędzy dotychczasowymi mieszkańcami a przybyszami, który w zmieniających się formach trwa w zasadzie do dziś. Początkowo chodziło o dostęp do jeziora: przed powstaniem kąpieliska lokalni chłopi korzystali z jeziora do pojenia zwierząt, prania czy moczenia wełny, tego im w okolicy wyznaczonego miejsca do kąpieli starali się zabronić właściciele kąpieliska. Dalsze lata przynosiły kolejne ograniczenia „odwiecznych” praw do korzystania z jeziora do celów gospodarczych, między innymi zakazywano chłopom przepędzanie bydła koło pensjonatów czy też poruszania się wozami z powodu hałasu oraz kurzu jakie się z tym łączyły.

Paradoksalnie z czasem ci, którzy skolonizowali kiedyś Balaton wypierając przy tym chłopów z ich naturalnego środowiska szybko znaleźli się w sytuacji, w której sami walczyli o zachowanie status quo z kolejną falą przybyszów, ostatnio inwestorami planującymi wyższą czy też bardziej intensywną zabudowę. Ktoś śledzi trochę lokalne protesty w nadbalatońskich miejscowościach znajdzie na to sporo świeżych przykładów.

Drugim trendem stała się walka o ustabilizowanie jeziora. W stanie naturalnym nie miało one stałych brzegów, a jego poziom wciąż się zmieniał. Nieprzypadkowo nadbalatońskie miejscowości istniały w pewnej odległości od jeziora. Budowniczowie nadbrzeżnych pensjonatów i domów kąpielowych szybko przekonali się dlaczego tak było kiedy ich budynki zmyła woda czy też kiedy nagle się okazywało, że od zbudowanego przy samym brzegu jeziora domu kąpielowego nagle trzeba iść sto metrów by móc wejść do wody. Wraz ze wzrostem ruchu turystycznego losem Balatonu w coraz większej mierze zaczął rządzić jeden jedyny priorytet: w jeziorze musi dać się kąpać. Dlatego też zaczęto regulować poziom wody, utwardzać brzegi jeziora, wycinać trzcinę czy też walczyć z pojawiającym się algami poprzez zarybianie nowymi gatunkami ryb a potem tych ryb tępieniem.

W efekcie tych dwóch trendów Balaton coraz bardziej zaczyna przypominać intensywnie zabudowywany gigantyczny basen. Nikt już pewnie nie jest sobie w stanie wyobrazić jak to jezioro wyglądało przed interwencją człowieka.

Tak było:

Zmiany linii brzegowej Balatonu od roku 1000 po dziś, źródło: szeretlekmagyarorszag.hu/
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Műszaki és Közlekedési Múzeum / BAHART Archívum
Balaton 1908, źródło: Fortepan / Magyar Földrajzi Múzeum / Erdélyi Mór cége

A tak się zrobiło:

Balaton 1981, źródło: Fortepan / Szalay Zoltán

Naddunajskie buty

Są pomniki, które nie wzbudzają żadnych emocji, które ledwie kto zauważa. Takim pomnikiem jest na przykład postać na koniu przed budapeszteńskim parlamentem. Dużą pizzę temu kto powie, kogo on przedstawia, małą pizzę temu, kto mu się choć raz przyjrzał. Gdyby go przeniesiono w inne miejsce, pewnie byśmy nawet tego nie zauważyli*.

Są też inne pomniki, które nie pozwalają przejść obojętnia a raczej pobudzają do reakcji. Najlepszym przykładem będzie tu jeden z najmniejszych pomników w Budapeszcie, może też jeden z najbardziej powściągliwych, czyli Buty nad Dunajem znajdujący się pomiędzy parlamentem a mostem Łańcuchowym.

Upamiętnia on Żydów – ofiary Holocaustu, którzy zginęli rozstrzelani w tym miejscu nad Dunajem przez strzałokrzyżowców na przełomie 1944 i 1945 roku. Tych ofiar było kilka tysięcy. Buty symbolizują to co pozostawało nieraz po zamordowanych, których ciała wpadały do rzeki.

Pomnik w tej formie zaproponował reżyser filmowy Can Togay. Wykonał go rzeźbiarz Gyula Pauer. Monument odsłonięto 16 kwietnia 2005 roku, tego dnia na Węgrzech obchodzi się upamiętnienie Holocaustu i miejsce ma Marsz Żywych, który wówczas rozpoczął się od butów.

Mimo, że w Budapeszcie stoi więcej pomników ofiar Holocaustu, i to w dodatku większych rozmiarem od Butów, to jednak to ten pomnik wywołuje reakcje. Podam parę przykładów.

Kiedy parę lat po odsłonięciu pomnika w 2009 roku brytyjska artystka Liane Lang, w ramach swoich działań mających na celu reinterpretację pomników w przestrzeni publicznej, umieściła rękę wykonaną z lateksu w dziobie turula w dwunastej dzielnicy (pisałem o tym tu – to swoją drogą też przykład pomnika prowokującego reakcje), parę dnia później ktoś umieścił w Butach świńskie nogi.

Turul z ręką w dziobie, źródło: Vastagbőr
Świńskie nogi koło butów, źródło: Vastagbőr

Z drugiej strony, a było to już w 2020 roku, kiedy dyrektor Muzeum Literatury Szilárd Demeter, w swoim felietonie zamieścił szereg szokujących sformułowań („Europa to komora gazowa Györgya Sorosa: z kapsułek multikulturalnego społeczeństwa otwartego sączy trujący gaz, który jest śmiertelną trucizną dla europejskiej formy życia. (…) György Soros jest liberalnym führerem” itd.) protestujący przeciwko tym słowom odwołali się do pomnika. W trakcie demonstracji przed muzeum recytowano wiersze przed rozstawionymi na chodniku butami.

Demontracja przed Muzeum Literatury, źródło: Magyar Narancs

Naddunajskie buty udowadniają, że nawet pomnik wykonany z kamieni i brązu, może być żywy.

*Franciszek Rakoczy II

Byłem nawet w Budapeszcie

Wszystkie węgierskie dzieci wiedzą, że kaczuszki mają swoje mamy w Polsce bo tak głosi popularna a przy tym, jak to bywa, bezsensowna i kiepsko zrymowana, piosenka dziecięca.

Kiskacsa uszik fekete tóban
Anyjához készül Lengyelországba

czyli

Kaczuszka pływa po czarnym stawie
Niedługo ruszy do mamy, do Polski

Rzecz jasna Polska, a także Węgry, pojawiają się również w piosenkach dla nieco starszych odbiorców. Postarałem się zebrać te, o których wiem.

Zacznijmy od Węgier i, od czegóż by innego niż piosenka Elektrycznych Gitar z frazą Byłem nawet w Budapeszcie. Zgorzkniały podmiot liryczny piosenki w niczym nie znajduje ukojenia – nie pomogła mu nawet wizyta w stolicy Węgier, kiedyś przedmiotu marzeń szczęściarzy, którym udało się dostać paszport.

Mniej znana jest piosenka Jacka Kleyffa pt. Dziad Kaczorowski. W tej dziadowskiej balladzie pojawia się fraza A tymczasem w barze Postiff gra węgierski Locomotiv. Przypomina ona o popularności tego zespołu w ówczesnej Polsce.

Meanwhile na Węgrzech taki alternatywny zespół Balaton nagrał piosenkę pt. Tudod, hogy soha … (Lengyelország) albo Lengyelországban is vannak még jó csajok… W Polsce też są fajne dziewczyny, głosi tekst. W tym czasie Polska była popularnym celem wypraw młodych Węgrów, którzy, jak widać czy też może raczej słychać, byli czuli na urok tamtejszych dziewczyn.

Motyw romansu z polskimi dziewczynami pojawia się również w innych utworach. W kawałku pt. Sehol sem talállak (Nigdzie nie mogę cię znaleźć) zespołu Quimby pojawia się ekspedientka z Warszawy ale niestety nie jestem ojczulkiem Bemem w nie całkiem zrozumiały sposób żali się wokalista. Ciekawostka: i w tej piosence pojawia się wyliczanka miejsc, które odwiedził – wszystko na darmo – podmiot liryczny tekstu.

Szczytowym przedstawicielem tego trendu jest piosenka zespołu Fonográf pod – polskim – tytułem Moja kochanka. Opowiada historię letniego romansu w Polsce. Cały tekst zasługuje na przedstawienie:

W ręku miałem słownik i tak cię pytałem
Nic nie rozumiałaś poza tym, że cię kocham
Uczenie się nawzajem swoich języków było z tobą takie proste
Czułem, że granica nie oddzieli nas od siebie

Moja kochanko nadmorska
Moja kochanko, nie zapomnij mnie nigdy
Dwa tygodnie kiedy tak dobrze było z tobą
Dwa tygodnie, które tak szybko przeleciały
Dwa tygodnie, a teraz żegnaj już.

Płakałaś, kiedy cię przytuliłem przy pożegnaniu
Pocałowałem twoje załzawione oczy koloru morza
Obiecałem pisać długie listy
Czułem, że granica nie oddzieli nas od siebie

Moja kochanko nadmorska
Moja kochanko, nie zapomnij mnie nigdy
Dwa tygodnie kiedy tak dobrze było z tobą
Dwa tDwa tygodnie, które tak szybko przeleciały
Dwa tygodnie, a teraz żegnaj już.

Jednak wyjazdy do Polski zapisały się w pamięci Węgrów (a także niektórych Polek) nie tylko z powodu nawiązywanych podczas nich romansów. Wielokrotnie wspominana fascynacja polską wolnością, zwłaszcza w okresie Solidarności, znalazła odbicie w niezwykłej piosence alternatywnego zespołu Kontroll Csoport pt. Polak Wenger, która mimo że w całości napisana po polsku była dla Węgrów w pełni zrozumiała. Piosenka była publicznym wyrazem poparcia dla Solidarności, które w latach 80-tych wymagało odwagi.

Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk, Gdańsk!
Polak-Węgier dwa bratanki
I do szabli i do szklanki

Dobzse, dobzse, dobzse, dobzse, dobzse
Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak

Péter Müller, członek zespołu, wykonywał też melorecytację tekstu poświęconego Lechowi Wałęsie. Oto jego tłumaczenie:

Nie pisze gazeta o tobie
Czy żyjesz jeszcze czy umarłeś
Nie puszczają, nie puszczają do ciebie
Nie puszczają
Zeszłoroczny człowiek roku
Kocham cię Lechu, Lechu, Lechu

Wspomnieć trzeba też sympatyzujący z polskimi nacjonalistami zespół Hungarica, przedstawiciel nurtu narodowego rocka, który często występuje w Polsce i nieraz występował razem z polskimi wokalistami. Hungarica wydała trzy płyty z polskimi wątkami (Przybądź wolności, Haza és Hűség – Ojczyzna i wierność, Hungarica – Radio Gdańsk live). Nagrał, między innymi – po polsku – piosenkę Rozkwitały pęki białych róż.

No i nie zapomnijmy o nieco bełkotliwym wykonaniu przez Kult najsłynniejszej chyba węgierskiej piosenki zepołu Omega pt. Gyöngyhajú lány.

Czy znacie więcej przykładów takich wzajemnych wpływów muzycznych? Będę za nie ogromnie wdzięczny!