graficiarze malują mury, samorząd im płaci a wszyscy się cieszą

Chodzi o grupę Neopaint (szefem jest Barnabás Jankovits) złożoną z (byłych) graficiarzy, którzy zajmują się malowaniem zwykle dotąd odrapanych ścian budynków. Zaczęło się od ściany przy placu zabaw na rogu ulic Kisdiófa i Király. Wygląda to tak.

Neopaint, Kiraly utca

Polecam zwłaszcza namalowane drzewo, któremu trzeciego wymiaru dodaje drzewo stojące akurat tu przy murze.

Neopaint, Kiraly utca

Ciekawostką jest, że, jak widać powyżej, graficiarze zostawili malunek w spokoju. O tym, że nie jest to przypadek świadczy ściana obok, która zdrowo jest zasmarowana.

grafitti, Kiraly utca

Wtedy jeszcze grupa pracowała bezpłatnie i cieszyła się kiedy, zwykle po dłuuuuuuugich staraniach, dostawała zgodę na pomalowanie jakiegoś muru. Obecnie jest już im łatwiej, poza sponsorem (Trilak) samorządy płacą im honoraria za ich pracę.

Niedawno Neopaint zawitał w bliższe nam okolice malując ścianę przy ulicy Dob niedaleko placu Klauzála. Jest tam warzywniak, robotnik naprawiający dach, państwo na balkonie, rowerzystka, pies oraz kot polujący na gołębia.

Neopaint, Dob utca

Kiedy malowali jeszcze ścianę pani na balkonie i odpoczywający na rusztowaniu malarze zlewali się z elementami malunku.

Neopaint, Dob utca

A oto parę szczegółów. Państwo na balkonie.

Neopaint, Dob utca

Hiperrealistyczny pies i skrzynka na listy.

Neopaint, Dob utca

Sklepikarka z warzywniaka. Ona jest świetna bo wygląda zupełnie jak…

Neopaint, Dob utca

… pani Zsuzsa z warzywniaka (prawdziwego tym razem) naprzeciw. Warzywniak nazywa się Lumen i jest super. Niekiedy wieczorami jarzyny są chowane i odbywają się tam wernisaże. A w weekendy otwierają się niekiedy jednodniowe restauracje.

Lumen Klauzal ter

Do października Neopaint ma pomalować jeszcze pięć ścian w naszej dzielnicy. Największą ochotę mieliby na mur przy rondzie Ádáma Clarka, ale jak dotąd nie udało się im uzyskać na to zgody.

mofeta

Do mofety, o której dowiedziałem się z komentarza Przemka pod wpisem Balaton z góry (dzięki raz jeszcze!) wybraliśmy się ze strojami kąpielowymi, co jasno dowodzi naszej ignorancji w sprawie mofet. Ale po kolei.

Mofeta to miejsce, w którym na powierzchnię ziemi wydobywają się zimne gazy wulkaniczne zawierające przede wszystkim dwutlenek węgla. Mofety istnieją w szeregu miejsc (w tym i w Polsce), jedyna na Węgrzech mofeta znajduje się w Mátraderecske. Tam właśnie wybraliśmy się – ze wspomnianymi strojami kąpielowymi – w ostatnią sobotę.

mofeta Matraderecske

Pierwsze zaskoczenie: mofeta, która jak rozumieliśmy miała być rodzajem kąpieli, zamyka się w sobotę w południe. Ruszamy dlatego rano i jesteśmy na miejscu o dziesiątej. Drugie zdziwienie: miejsce ma charakter nie turystyczny jak sądziliśmy ale kuracyjny. Mofeta dostępna jest tylko dla dorosłych (sorry, Chłopaku i kolego), przed piętnastominutową sesją badają nam ciśnienie krwi. Głównym przeciwskazaniam jest skłonność do omdleń, sama kąpiel w suchej łaźni (tak, tak to się nazywa!) mofetowej dobra jest na szereg rzeczy, głównie choroby krążenia. Mofetę może przepisać lekarz. Wchodzi się do niej w skarpetkach albo w kapciach. Stroje kąpielowe zostają w torbie.

Wchodzimy. Przed nami mały okrągły basenik wyłożony drewnem, wokół ławki, na środku stół. Siadamy, zakładamy obowiązkowe pasy bezpieczeństwa. Nie wolno się schylać: poniżej poziomu stołu jest dwutlenek węgla o stężeniu ponad 86%. W gazie wysoka jest też zawartość radonu. W stół wbudowana jest rura odciągająca gaz, który wydobywa się z ziemi przez wykopaną jamę pod basenikiem (podłoga to drewniana kratka) tak by nie zagroził on siedzącym.

mofeta Matraderecske

mofeta Matraderecske

tablice ostrzegające przed wzrastającym poziomem CO2

mofeta Matraderecske

stół z rurą odsysającą nadmiar gazu

Sesja trwa piętnaście minut. Poza nami parę raczej starszych osób. Feeling zdecydowanie sanatoryjny. W międzyczasie młody kąpielowy wykonuje szereg demonstracji obecności bezwonnego i bezbarwnego dwutlenku węgla (skąd wiemy, że nas nie nabierają?). Między innymi mamy opuszczać powoli rękę, po wejściu w warstwę dwutlenku robi się cieplej. Opowiada też trochę o historii mofety. 

dowody na istnienie dwutlenku

Gazy wydobywały się we wsi od zawsze. Bywało, że gdy kury trafiły do jakiegoś zagłębienia w ziemi to zdychały. Był też przypadek śmiertełny przy kopaniu studni. W 1992 roku zaobserwowano zwiększenie intensywności wydzielania gazu. Przeprowadzono stosowne badania i oficjalnie potwierdzono lecznice właściwości kąpieli gazowych. Wkrótce zbudowano (średniopiękny) ośrodek, w którym siedzimy.

Koniec kąpieli, wychodzimy. Ach, te wulkany, nawet wymarłe tyle emocji potrafią dostarczyć!

okładki HVG

Co tydzień w czwartek-piątek chodząc po mieści wyglądam słupów ogłoszeniowych bo pojawia się wówczas na nich plakat-okładka HVG. Nie jestem w tym jedyny bo okładki te są na Węgrzech kultowe, niektóre wręcz weszły do kanony kultury. A ludzie oglądają je-wyglądają ich od lat, dokładniej od 1979 kiedy ten tygodnik ukazał się po raz pierwszy.

Na blogu już jakiś czas zamieszczam zdjęcia plakatów (do wyszukania, wystarczy wpisać „HVG”), tych inteligentnych jednoaktówek karykatury politycznej, które mi się bardziej spodobają. Postanowiłem niedawno dowiedzieć się więcej na ich temat. Zebrałem artykuły, które się na ich temat ukazały, kupiłem książkę z ich wyborem, która ukazała się na trzydziestolecie tygodnika (tak – w Műcsarnok miała miejsce tłumnie odwiedzana wystawa prezentująca je), w końcu spotkałem się z Zoltánem Horváthem, który robił je od samego początku do 2008 roku a potem z Zoltánem Kőhalmim, który przejął później pałeczkę.

Wszystko zaczęło się w 1979 roku kiedy Mátyás Vincze zaprosił do współpracy w tworzonym przez niego Héti Világ Gazdaság (HVG właśnie) kolegę z sąsiedztwa Zoltána Horvátha. Horváth, który miał doświadczenie zarówno dziennikarskie jak i z branży reklamowej, miał nie tylko pisać ale i tworzyć okładki, którymi w formie plakatu tygodnik miał się reklamować. Na „normalną” reklamę nie było pieniędzy. Współpraca, która miała być ograniczona do pomocy w odpaleniu tytułu, trwała aż do przejścia Horvátha na emeryturę trzydzieści lat później.

Zarówno w przypadku tekstów jak i okładek Horváth starał się by zainteresować tygodnikiem „zwykłych ludzi”: pismo miało charakter ekonomiczny, po polsku jego tytuł to Tydzień gospodarki światowej. Zarówno on jak i jego koledzy najwyraźniej coś robili dobrze bo tygodnik w krótkim czasie stał się bardzo popularny w szczycie dochodząc do nakładu 140 tysięcy egzemplarzy. Mimo tego niekiedy trudno było go dostać, zdarzało się, że nabywca zmuszany był do sprzedaży wiązanej: poza HVG musiał nabyć parę innych, mniej chodliwych tytułów. Trudno dziś to sobie wyobrazić ale miejsca na reklamę było mniej niż chętnych ją zamieścić i reklamodawcy musieli swoje wyczekać zanim ich reklama pojawiała się w tygodniku.

Unikalność HVG polegała nie tylko na większej odwadze dziennikarzy zręcznie bronionych przez naczelnego czy przystępnym pisaniu o zagadnieniach gospodarczych. Także okładki były jedyne w swoim rodzaju, karykatura publikowana gdzie indziej (głównie w Ludás Matyi) jak ognia wystrzegała się polityki i innych kontrowersyjnych tematów.

Proces powstawania okładek jest złożony. Wszystko zaczyna się na porannym spotkaniu redakcji w poniedziałek. Tam ustala się temat, który ma trafić na okładkę. Tekstu, do którego okładka ma nawiązywać często wówczas jeszcze nie ma, ale autor zwykle jest w stanie podać jego główny przekaz. Potem zespół składający się z autora koncepcji, początkowo Horváth, obecnie Kőhalmi, oraz grafików zasiada do pracy. W pierwotnym okresie grafikiem był Béla D. Nagy, który pracował ręcznie, później dołączył do niego Péter Szoboszlay a ostatnio, po przejściu Nagya na emeryturę, Máté Zörgő. W redakcji zachowała się szafa pełna rekwizytów używanych do tworzenia okładek zanim zaczęto je tworzyć przy użyciu komputera.

Zespół siedzi i duma, rzuca pomysłami, robi szkice – najpierw na papierze, potem na komputerze – aż do mniej więcej trzeciej, kiedy wypracowane propozycje przedstawia redaktorowi naczelnego do decyzji. Ten wybiera wariant, który trafi na okładkę i zaczyna się szlifowanie wizualne projektu okładki a także praca nad tytułem – musi być krótki i celny – który na nią trafi.

Tutaj dochodzimy do sekretu siły działania okładek. Ma on wiele elementów: jest tam rzecz jasna, zwykle cierpki, często wizualny, humor, jest gra językowa, są odwołania kulturowe, niejednokrotnie jest subtelne współbrzmienie tekstu i obrazu. Pomysły są niebanalne: Horváth powiedział mi, że z reguły odrzucał pierwszy pomysł jaki przyszedł mu do głowy bo to zwykle takie pierwsze skojarzenie to coś, na co każdy może wpaść, dopiero dalsze pomysły oferują bardziej interesujące rozwiązania.

Okładki gotowe są na wieczór. Kiedy odwiedziłem redakcję HVG w ostatni poniedziałek praca skończyła się nieco po 19, wówczas screenshoty przesłano do zatwierdzenia autorowi tekstu ilustrowanego okładką. Potem Kőhalmi zabrał się za redagowanie tytułów artykułów umieszczanych koło liter HVG na okładce tygodnika. Jego zadaniem jest sprawić by były intrygujące i dowcipne. Uśmiechnąłem się gdy przypomnialem sobie jak w swoim czasie zadaniem Horvátha było pisanie w sposób interesujący dla „zwykłych ludzi”, najwyraźniej HVG niczego nie stracił ze swoich ambicji robienia pisma na pziomie dostępnego dla szerokich kręgów czytelniczych.

Horváth to bardzo silna osobowość ale mimo jego odejścia z tygodnika okładki niedość, że nie straciły na poziomie ale nawet nie zmieniły swojego charakteru. Wytłumaczenia tej nieoczywistej sytuacji należy szukać w skomplikowanym procesie wyboru następcy i przekazywania mu zadania. Horváth był kiedyś na występach humorystów stand up i spodobał mu się Zoltán Kőhalmi. W przerwie poszedł do niego i spytał się czy nie miałby ochoty zająć się przygotowywaniem okładek tygodnika. Kőhalmi zgodził się i wiosną 2006 zaczął terminować przy Horvácie, co polegało na jego obecności w poniedziałkowych sesjach. Nauka fachu nie była pośpieszna: pierwszą swoją okładkę Kőhalmi zrobił dopiero w sierpniu 2008 roku po odejście Horvátha na emeryturę.

I choć Kőhalmi jako zewnętrzny współpracownik ma dużo słabszą pozycję od w swoim czasie wicenaczelnego Horvátha, choć ten pierwszy jako architekt z wykształcenia ma dużo większą wyobraźnię wizualną niż niedowidzący Horváth, choć Horváth przytłaczał swoją osobowością podczas gdy Kőhalmi jest raczej graczem zespołowym, choć dzieli ich spora różnica wieku okładki HVG nie zmieniły swoje charakteru i urzekają jak dawniej.

I szkoda tylko, że mają tak efemeryczny charakter. Odnoszą się do wydarzeń, które szybko zamazują się w pamięci. Dla tych, którzy tych wydarzeń nie przeżyli sami okładki często pozostają niezrozumiałe. Cieszyć się nimi najlepiej jest na bieżąco.

Poniżej parę zdjęć z procesu szykowania okładki.

powstaje nowa okładka HVG

Pierwsze szkice Zoltána Kőhalmi. Tematem jest stosunek Orbána do Unii.

powstaje nowa okładka HVG

Ręczne w zasadzie projekty okładki, ten z lewej okaże się zwycięski. Obok rzeźba głowy Zoltána Horvátha.

powstaje nowa okładka HVG

Péter stworzył już ilustrację. Zamiast tytułu na razie tylko placeholder z przypadkowych liter.

powstaje nowa okładka HVG

Pierwsza wersja tytułu „Az EU réme” (Potwór EU). Graficznie oczywiste jest nawiązanie do kultowej komedii pt. świadek (A tanu), w której towarzysz Bástya zwiedza „socjalistyczną kolejkę strachów” w wesołym miasteczku. Myślą nad nią Péter i Zoltán.

powstaje nowa okładka HVG

I okładka gotowa. Nawiązanie do świadka podkreślone przez tytuł: Europejska kolejka strachów.

Zörgő Máté

Wyczerpany Máté.

wersje okładek HVG

Redakcyjna tablica z projektami okładek, których nie wykorzystano.

Kőhalmi Zoltán

Zoltán uśmiecha się, okładka gotowa.

Okładki HVG można znaleźć w internecie na stronie tygodnika (http://hvg.hu/cover) w rubryce HVG ARCHÍV. Poniżej przedstawiam ich krótki wybór. Włączyłem do niego ulubione okładki zespołu a także te, które są chyba najbardziej znane.

Okładka z relacją z ostatniego kongresu partii komunistycznej. Gra słów: „Kiválók fóruma” (Forum występujących) to wariacja na temat „Kiváló áruk fóruma” (Forum towarów klasy Q). Partia na tym kongresie się rozpadła a rysunek przedrukowywały zagraniczne media.



Znów gra słów: „A kormány a helyén van” oznacza zarówno „kierownica” jak „rząd” jest na miejscu. Podsumowanie dwóch lat pierwszego niekomunistycznego rządu.

„Polityka demagogii” – graficzne podsumowania oszałamiającej, münchhausenowskiej kariery rozpoznawalnego także z tyłu Józsefa Torgyána, przewodniczącego Partii Drobnych Posiadaczy.

„Noc asów” – tak HVG skomentowało fakt zawiązania koalicji między Fideszem a Partią Drobnych Posiadaczy (Torgyán w roli żony) po wyborach w 1998 roku. Takie małżeństwo dla korzyści. Jedna z najpopularniejszych okładek tygodnika. 

„Duch zespołowy” – grupa przywódców Fideszu w stylowych kapeluszach. Prawdziwy skandal, po ukazaniu się tej okładki Orbán już nigdy nie udzielił wywiadu tygodnikowi. Bodaj najsłynniejsza ze wszystkich okładek.

 

„śpiąca policja” – po skandalach w policji nastąpiła seria dymisji policyjnego szefostwa, tutaj z rozpoznawalnymi twarzami leżą oni na korytarzu parlamentu

Skomplikowane stosunki węgiersko-unijne jako „Cyrk węgierski”.

„Przyloty” – materiał na temat biznesu położniczego

„Ustalmy, że był remis” w negocjacjach między rządem a MFW. Kőhalmi przyznał się, że uwielbia Monty Pythona, a Gyalog galopp czyli Monty Python and the Holy Grail od paru lat już leci w tutejszym teatrze muzycznym.

Teatr Gadka-Szmatka

Swojsko brzmiące węgierskie słowo „duma” nie ma z polską dumą a nawet zadumą nic wspólnego. Korzenie ma raczej w rosyjskiej dumie (parlamencie – dla niezorientowanych) a oznacza – cóż za brak delikatności! – pustą gadaninę. Czasownik dumál to polskie paplać. A nazwę teatru Dumaszínház, w którym byliśmy niedawno można zatem przełożyć na polski jako Teatr gadka-szmatka.

Do teatru poszliśmy w środku tygodnia a i tak ciężko było dostać bilety (3000 forintów za sztukę). Próbowałem przekonać panią w okienku, żeby nam sprzedała dostawki ale kręciła głową, że wieczór jest w całości wyprzedany. W końcu zostawiłem numer telefonu ale parę dni później zadzwoniła, że ktoś zwrócił bilet więc możemy wejść.

Kiedy weszliśmy zrozumiałem dlaczego nie dostawki nie były opcją: mimo nazwy Dumaszínház nie jest teatrem ale rodzajem kawiarni-kabaretu gdzie wszyscy siedzą przy stolikach. I konsumują wybierając sobie danie z napoje z nienajtańszego jadłospisu. W ten sposób bez problemu zostawimy na miejscu jeszcze jedną cenę biletu. Niezły model biznesowy.

Siedliśmy, rozejrzeliśmy się. Publiczność w wieku między trzydzieści a czterdzieści, czuje się, faceci pracujący w korporacjach zabierają tu swoje kobiety by je rozerwać. Potwierdzają to sceniczne monologi, w których pojawia się sporo nawiązań do występów okolicznościowych w różnych firmach. Dość inna publiczność niż w teatrach (inteligencja, często podubożała) czy w operze (duże pieniądze, tradycje mieszczańskie) albo na wyścigach Formuły 1 (po prostu duże pieniądze) nie mówiąc już o zespole Puszi (wiek ponad 40 lat).

Występują nie humoryści a artyści stand-up czyli faceci gadający coś do mikrofonu. Improwizacji jednak nie jest wiele, wszystko robi wrażenie przygotowanego programu. Najpierw jest duo (Szomeszéd Néni Produkciós Iroda czyli Biuro Produkcyjne Pani Sąsiadka), które przedstawia skecze jak z tradycyjnego kabaretu. Potem występuje jeden po drugim dwóch stand-upowców (Péter Felméri i Zoltán Kőhalmi) a na końcu parodysta Balázs Beliczai, który gra, śpiewa i nawija głosem różnych znanych ludzi. W międzyczasie przerwy, żeby móc złożyć kolejne zamówienie albo wyjść przed budynek na dymka.

Występy nie są bardzo inteligentne ale i tak publiczność śmieje się ro rozpuku. Występujący albo wogóle nie tykają się polityki albo robią to bardzo delikatnie, na przykład przez parodięa kilku polityków. Czuje się, że przedsięwzięcie jest komercyjne więc ma być bezpiecznie, nie można ryzykować obrażenia poglądów kogoś z publiczności. I taki to bezpieczno-senny program trochę z tego wychodzi.

Śliwka opowiada mi, że kiedyś się to nazywało po prostu kabaretem, najsłynniejszym z nich był kabaret radiowy (Radió Kabaré), który występował na scenie teatru Mikroszkóp a taki kabaret ze stolikami to był przed wojną, nazywał się Orfeum.

A czemu wogóle poszliśmy do Dumaszínház? Ano z powodu Zoltána Kőhalmi. Robi on obecnie okładki do HVG a ja zbieram ostatnio na ten temat informacje. Niedługo postaram się na ten temat coś napisać.

Anker’t

Ankert istnieje już od zeszłego roku, ale przez przerwę zimową dopiero teraz udało mi się zebrać się do napisania o tej romkocsmie. Miejsce jest jedyne w swoim rodzaju, inne od pozostałych barów w opuszczonych budynkach. Wystrój jest bardzo oszczędny – ogranicza się w zasadzie do surowych barów, lampionów oraz jarzeniówek w oknach – i słusznie, bo pozbawione zupełnie ogołocona skorupa budynku byłaby łatwo zagłuszona typowo romkocsmowo jarmarcznym gwarem. Rzędy pustych oknodołów, gołe ściany, niekiedy wyburzone strony zastąpione usztywniającymi żelaznymi belkami ewokują starożytne ruiny we Włoszech stwarzając klimaty jak z obrazów Chirico. A wszystko to w centrum Budapesztu na ulicy Paulay Ede, zaraz koło Új színház.

Ankert_wyjscie

tędy się wchodzi

Ankert_bikes_only

zaraz przy wejściu najelegantsze chyba w Budapeszcie miejsce dla rowerów

Ankert_podworze

pierwsze podwórze

Ankert_lampiony2

lampiony

Ankert_bar1

bar

Ankert_sala

sala – tu się tańczy

Ankert_przejscie

przejście na drugie podwórze

Ankert_plage

a oto i ono – napis Plage bo w zeszłym roku była tu plaża i można było grać w siatkówkę na piasku

Ankert_bar2

drugi bar

Ankert_program

program tygodniowy

Ankert_A_dzien

literka A w dzień

Ankert_A_noc

literka A w nocy

Ankert_noc

wszystko świeci

Kołakowski na maturze, afera tytoniowa a zażyłość socjalistów z mafią

Łamiąca wiadomość: na dzisiejszej maturze z węgierskiego w jednym z tematów pojawił sią Kołakowski. Uczniowie mieli napisać rozprawkę dlaczego podróż jest tak częstym motywem w literaturze na podstawie eseju filozofa pt. O podróżach. No no.

A przy okazji nie mogę sobie odmówić pokazania aktualnych okładek HVG oraz Héti Válasz. Pięknie pokazują one o czym chcą rozmawiać główni protagoniści najważniejszego politycznego frontu. Opozycja (reprezentowana przez HVG, tytuł na okładce Baronowie nikotynowi) uważa, że najciekawszym tematem są, jakby to powiedzieć, nieprawidłowości – tak! tego słowa szukałem, przy rozdziale licencji na sprzedaż wyrobów tytoniowych, które trafiły często do ludzi bez najmniejszego doświadczenia w tej sprawie za to politycznie dobrze ustawionych.

Kręgi prorządowe (głosem Héti Válasz, tytuł na okładce, jakby ktoś nie zgadnął sam na podstawie ilustracji: Ojciec chrzesny) uważają, że dużo bardziej emocjonujące są nagrania rozmów socjalistycznego ministra do spraw służb specjalnych z jedną z najważniejszych postaci węgierskiego półświatka, w których omawiano kwestię ewentualnej przyjacielskiej pomocy mafii dla partii socjalistycznej, konkretnie – zdobycie materiałów do szantażu polityków prawicowych) by ta wygrała wybory (rozmowa miała miejsce przed ostatnimi wyborami). A czytelnik niech sobie wybiera co go interesuje!

nikotinbarok

kupili beczki

Niedawno pisałem o zapowiadanej aukcji win tokajskich a teraz spieszę donieść: kupili beczki. Nie wszystkie ale w przypadku imprezy tego rodzaju organizowanej po raz pierwszy sprzedaż ponad połowy oferowanych win to sukces. Tak więc na cześć organizatorów a także całego regionu tokajskiego trzykrotne hip hip hura!

Jak podaje komunikat prasowy wydany przez organizatora czyli Tokaji Borlovagrend [EN HU]– o nich zaraz więcej za chwilę – sprzedano 60%spośród wystawionych na licytację 22 beczek pojemności 136 litrów (gönci). Najwyższą cenę udało się uzyskać za wino sześcioputowe aszú Tokaj Hétszőlő 2010: wystawiono je za 2 800 000 a sprzedano za 4 200 000 forintów. Sprzedano też wina z piwnic Demetervin, Kikelet, Szent Benedek, Royal, Szepsy, Füleky, Szent Tamás, Budaházy, Disznókő, Barta i Samuel Tinon. Pięknym gestem popisał się Samuel Tinon, który ofiarował niesprzedane 27 0,375 litrowych butelek swojej esencji na rzecz Tokaji Borlovagrend. Wśród kupców były restauracje, w tym chlubiąca się jedną gwiazdką Michelina Onyx, sklepy winne, starzy klienci piwnic, grupy kupujących, którzy zorganizowali się specjalnie na aukcję a także licytujący z zagranicy przez telefon. W sumie na aukcji uzyskano ponad 20 milionów forintów. Licytacja ma stać się corocznym głównym wydarzeniem Tokaji Borlovagrend, następna planowana jest za rok.

Parę dni po aukcji, która dla porządku dodajmy odbyła się w poprzednią sobotę 27 kwietnia, spotykam się z Hajnalką Szabó, która na codzień pracuje w piwnicy Füleky ale jako jedna z pięciu sekretarzy Borlovagrend była jedną z głównych organizatorów wydarzenia. Hajni widać, że wciąż jest na podwyższonych obrotach, mimo upływu paru dni nie miała czasu by ochłonąć. Rozmawiamy o aukcji i o Borlovagrend.

Dowiaduję się nieco szczegółów kuchni wydarzenia. Najpierw o cenach: ustalono je na poziomie 30% oszacowanej wartości rynkowej zabutelkowanego wina (choć sprzedawano beczki producenci są zobowiązani wino dostarczyć zabutelkowane). Oznacza to, że gdy wino poszło w cenie wywoławczej, a większość z beczek tak właśnie sprzedano, nabywca kupił je z gigantyczną zniżką! (tabelka podająca ceny wywoławcze i sprzedaży w komunikacie prasowym Borlovagrend) Nie jestem pewien czy sytuacja powtórzy się za rok.

Pytam czy w takim razie winarze, których wino nie zostało sprzedane lub też zostało sprzedane za stosunkowo niską cenę nie są rozczarowani aukcją. Nie! zapewnia mnie Hajnalka, wszyscy rozumieją długofalowe znaczenie imprezy, doceniają osiągnięte rezultaty i gotowi są do współpracy w przyszłości.

Pytam o uczestników aukcji: Hajnalka wyjaśnia, że pojawili się ci, na których liczono, czyli restauracje i sklepy winne, które chciały mieć w ofercie wina nie do dostania gdzie indziej. Ponadto wierni okazali się starzy klienci – i przyjaciele – niektórych piwnic. Znaczenie samoorganizujących się grup indywidualnych kupujących pewnie w przyszłości wzrośnie zwłaszcza jeśli pojawi się infrastruktura wspomagająca się ich tworzenie. W przyszłości można zapewne liczyć na wzrost zainteresowania zzagranicy. Ciekawostką jest, że sukces w aukcji zależał w dużej mierze od indywidualnych zabiegów promocyjnych danego producenta wina, promocja Borlovagrend miała mniejsze znaczenie, potwierdziły to inne moje źródła.

Przychód z aukcji, po odliczeniu VAT-u, bo wszystkie ceny podane były brutto, był podzielony pomiędzy producentów, którzy dostali 60% procent uzyskanej ceny i Borlovagrend, któremu przypadało jej 40%. Pytam Hajnalkę co planują zrobić z tymi pieniędzmi. Cele są trzy. Po pierwsze, działalność Borlovagrendu. Po drugie, ich przyszłoroczne imprezy: poza aukcją planują comiesięczne degustacje win z danej wsi organizowane w tejże wsi przy współudziale miejscowych restauracji i hoteli. Po trzecie, chcą postawić tabliczki z oznaczeniami stoków w całym regionie tokajskim.

Rozmowa przechodzi na Tokaji Borlovagrend. Czas przetłumaczyć tę nazwę: dosłownie chodzi o Tokajski Zakon Rycerzy Winnych. Nazwa brzmi trochę jak z Monty Pythona, w angielskim używana jest raczej nazwa francuska: Confrérie de Tokaj. Hajnalka objaśnia historię organizacji. Powstała w 1987 roku, rok temu została odnowiona, włącznie z rejestracją nowej formy prawnej, obecnie ma około stu członków, którzy w większości choć nie tylko są ludźmi z branży. Celem jest „przywrócenie należnego prestiżu winom tokajskim”.

Równolegle do struktury organizacyjnej (przewodniczący, zastępca, skarbnik, itp.) w Borlovagrend funkcjonuje struktura o nazewnictwie tradycyjnym: wielki mistrz, rada nadworna, itd. Nie wytrzymuję i pytam jak ludzie reagują na tę całą rycersko-dworską terminologię. Uśmieszki? Czy raczej poważne podejście? Okazuje się, że zdecydowanie to drugie. Ludziom podoba się taka wynaleziona tradycja. Hajnalka dodaje, że pojęcie Borlovagrend (zapewne raczej w tłumaczeniu) jest znane międzynarodowo i dlatego korzystanie z tej nazwy ma również korzyści praktyczne bo wszyscy od razu wiedzą o co chodzi.

Hajnalka wprowadza mnie trochę w historię aukcji. Obecna impreza korzenie swoje ma w Hospices de Beaune w Burgundii. Ten szpital, ufundowany jeszcze w 1443, dzięki darowiznom bogatych dobroczyńców w dziewiętnastym wieku dysponował sporymi winnicami. W 1859 po raz pierwszy zorganizowano aukcję beczek wytwarzanych tam win w celach dobroczynnych. Aukcje organizowane są po dziś dzień, zawsze w trzecią niedzielę listopada. Sprzedawane na nich jest około ośmiuset 226-litrowych beczek wina, które rzecz jasna musi dojrzewać przez następny rok zanim będzie się nadawać do konsumpcji. Od 2005 roku licytacje przeprowadza dom aukcyjny Christie, dzięki czemu mają one charakter międzynarodowy. Dochód ze sprzedaży wina przeznaczany jest na utrzymanie szpitala, jedną beczkę sprzedaje się zawsze na cele dobroczynne. Corocznie na aukcji sprzedaje się wino za około 5 milionów euro.

Confrérie to instytucja znana we Francji. Tam członkostwo, płatne rzecz jasna, zobowiązuje do promocji wina danego regionu. Jeśli członek na przykład organizuje przyjęcia dla przyjaciół powinien podać odpowiednie wina. Pomysł genialny: zbieramy grupę ludzi, którzy skłonni są płacić za możliwość marketingu naszego produktu. Coś takiego możliwe jest tylko w przypadku wina.

Zamysł confrérie zakłada odpowiedzialność zamożnych konsumentów wina za rozwój danego regionu. Ciekawa jest tutaj nieobecność państwa i brak oczekiwania na finansowanie z jego strony. Klasa średnia samoorganizuje się do tego zadania. Fascynujące jest obserwować narodziny podobnej inicjatywy na Węgrzech.

Warto dodać, że aukcję zauważono w Polsce. Pisali o niej zarówno Gabriel Kurczewski na blogu Blisko Tokaju (przed aukcją i po aukcji a także na temat niektórych wystawionych win – warto tu przeczytać również specjalistyczny komentarz jednego z czytelników) jak i Wojtek Bońkowski, który poza wpisemi zapowiadającymi aukcję (tu i tu EN) opublikował też swoje notatki z degustacji [EN]. Swoją drogą jest on podobno członkiem Tokaji Borlovagrend i ma zakładać pierwszą zagraniczną filię tego bractwa.

angielski, francuski, niemiecki … polski

Przyzwyczaiłem się, że w sytuacjach gdy informacja podawana jest w kilku językach (tablice informacyjne, bilety kolejowe, paszporty, promocja turystyczna, itp.) pojawiają się tam przede wszystkim angielski a potem francuski, rosyjski, może niemiecki albo i arabski, japoński czy chiński jeśli publiczność jest bardziej globalna. Polski w takich zestawieniach nie figuruje.

Ale niedawno natrafiłem na niecodzienny przypadek: pomnik w Budapeszcie z tablicami informacyjnymi po angielsku, francusku, niemiecku oraz polsku. Chodzi o pomnik ofiar komunizmu stojący w parku Egyetemisták niedaleko mostu Petőfiego. Pomnik zapomniany lub też wręcz nieznany: nie znalazłem nigdzie na jego temat żadnych informacji, nie wiem więc kiedy go postawiono ani kto go zaprojektował, co więcej, nie jest zaznaczony ani na google maps ani na zwykle bardziej szczegółowej OpenStreetMap. Na tej ostatniej pojawia się ścieżka, która prowadzi do pomnika ale samego pomnika nie ma, poniżej zaznaczyłem go czerwonym kółeczkiem (jeśli jest tu jakiś użytkowik OSM to niech może doda informację o pomniku).

A sam pomnik i tablice wyglądają tak.

pomnik ofiar komunizmu w Budapeszcie

pomnik ofiar komunizmu w Budapeszcie

pomnik ofiar komunizmu w Budapeszcie

Na samym pomniku jest szereg nazwisk, jak rozumiem, ludzi, na których w okresie komunistycznym wykonano karę śmierci.

Zgadywać tylko mogę czemu na tablicach pojawił się polski a nie choćby , bardziej chyba zrozumiały, rosyjski. Czy chodziło o to, że Polacy mają więcej zrozumienia dla problemu ofiar komunizmu? Albo bardziej będą zainteresowani pomnikiem? Jakby ktoś więcej wiedział na temat pomnika i polskiej tablicy to proszę o informację!