nowa lista agentow w internecie

Znow zatrzeslo nieco Wegrami: osoba ukrywajaca sie pod pseudonimem Szakértő90 (Ekspert90) opublikowala w internecie kolejna liste wegierskich agentow. Zawiera ona 219 nazwisk prominentnych przedstawicieli mediow, swiata kultury, kosciolow oraz, moze przede wszystkim, partii i ugrupowan politycznych poza Wegierska Partia Socjalistyczna. Podobno jest to lista, albo raczej listy, ktore pierwszemu niekomunistycznemu premierowi Józsefowi Antallowi przekazal w 1990 jego poprzednik w urzedzie Miklós Németh. Wszystko podobno, tym niemniej pierwsze ostrozne reakcje ze strony politykow z tych czasow oraz syna Antalla zdaja sie potwierdzac ich autentycznosc. Do obejrzenia pod adresem http://www.angelfire.com/zine2/szakerto90/

stare Wegry sa na polnocy

Ale mielismy wycieczke! Pojechalismy odwiedzic Hanne w domu pracy tworczej w Zsennye. Kawalek drogi jest to z Budapesztu, jakies 200 kilometrow, z czego 50 autostrada a reszta czym sie da. Nie bardzo wiedzialem czego sie spodziewac, liczylem na cos w rodzaju kolejnego hotelu w palacu. Spotkaly mnie jednak dwie spore i mile niespodzianki: przezylismy wspanialy dzien zimowy oraz odkrylem, ze polnoc Wegier pelna jest zachwycajacych starych zabytkow.

Sobota byla sloneczna i ladna, dalece jednak ciekawsza byla niedziela. Slonce nie swiecilo juz, wial silny wiatr, ktory przeciagal przez drogi strugi sniegu. Czasami przypominaly one kiczowate smugi stucznego dymu puszczanego na koncertach popowych, czasami wygladaly jakby wypuszczono je z jakiegos rozpylacza, moglbym patrzyc na nie bez konca gdyby nie to, ze w miedzyczasie trzeba bylo uwazac na droge, bo w powstajacych zaspach zarzucalo samochod. Poszlismy na spacer i okazalo sie, ze snieg zawial zupelnie sciezke, ktora jeszcze poprzedniego dnia mozna bylo spokojnie isc. Chlopak plakal, ze mu w twarz wieje, w miedzyczasie zawieja zlamala drzewo po drugiej stronie rzeki. Zima slowem jak przed wojna, dawno juz nie doswiadczylem czegos takiego. Tyle radosci.

Tam gdzie bylismy to juz prawie granica austriacka. Starych zabytkow jest tam chyba tyle, ze nie dotarli tam Turcy, wiec sie ostaly. Obejrzelismy dwa romanskie koscioly i dech mi zaparlo. Pierwszy, w Csempeszkopács, jest mikrospokopijny. Bylo nas cos z dziesiecioro turystow, dla ktorych miejscowy dziadek otworzyl kosciol, i calkiem go zapelnilismy. Wzmiankowany juz w 1342 roku, jakis czas ewangelicki a teraz znow katolicki, zachwyca Barankiem Bozym nad drzwiami wejsciowymi. Perelka. Wyglada tak:

Baranek Bozy wyglada natomiast tak:

Drugi miesci sie nieco dalej w miejscowosci Ják. Ten jest juz duzo wiekszy, ma trzy nawy i dwie wielkie wieze. Jest slynny: w kiczowany zamku mieszczacym sie w lasku miejskim w Budapeszcie i z zalozenia prezentujacym kopie najwazniejszych zabytkow Wegier znajduje sie replika jego portalu, ktory w oryginale wyglada tak:

Samego kosciola nie sfotografowalem bo wiatr zamrazal mi palce kiedy tylko zdjalem rekawiczki, podmuchy zas byly tak silne, ze napawaly mnie obawa, ze nie dam rady zrobic zdjecia, ktore nie byloby poruszone.

W obu kosciolach zafascynowala mnie rzezbione ornamenty architektoniczne. W Jáku przepiekne sa filary naw oblozone polkolumnami zwieczonymi kazda innymi kapitelem. Tu moze jednak pokaze zwierzaka ze zwieczenia sklepienia w kaplicy bocznej:

Stare Wegry, ktore odkrylem dla siebie, to nie tylko stare koscioly z epoki Arpadow ale i najstarszy na Wegrzech, podobno tysiacletni, dab. Nie ma nazwy jak polskie Lech, Czech i Rus czy tez Bartek, ale obwod ma podobny jak one (ponad dziesiec metrow) i tak jak one nie ma sie najlepiej. Nie sadze, zeby dlugo jeszcze zyl, dwe pnie sa juz martwe, zywe sa tylko dwie boczne galezie. Wyglada ten dab tak:

Cale zycie mieszkalem w miastach, ciekaw jestem jak sie mieszka w nic nie znaczacej wiosce, w ktorej jest jakis tak wspanialy zabytek.

kilometry autostrad

Politycy wegierscy, a moze gdzie indziej tez tak jest, lubia sie obrzucac kilometrami autostrad. Czyz nie jest dobrze obiecac w kampanii wyborczej zbudowanie jakiejs okraglej, dobrze brzmiacej, dajmy na to osiemset, liczby kilometrow autostrad? Albo potem atakowac rzad mowiac, ze pomimo wszystkich obietnic dotad zbudowal zero (zero!) kilometrow? Albo w waznym przemowieniu rzucic, ze do konca kadencji powstanie 350 kilometrow, a 400 zostanie rozpoczete, nie mowiac juz o drogach szybkiego ruchu. Ewentualnie rozwodzic sie nad tym na ile szybciej powstana kilometry dzieki funduszom strukturalnym. I tak dalej, i tak dalej, kilometry autostrad jako kwantyfikacja osiagniec rzadu.

W tej sytuacji nie dziwi wiec, ze kiedy w trakcie niedawno wygloszonego oredzie o stanie panstwa premier rzucil, ze zamierza doprowadzic do tego, zeby pociag z Pecsu do Budapesztu jechal przez zaledwie poltorej godziny, zapadlo mi to w pamiec. Nie wazne, ze, jak to natychmiast wyliczyli fachowcy, przy ponad dwustu piecdziesieciu kilometrach miedzy tymi miastami pociag musialby jechac z predkoscia sto szescdziesiat kilometrow na godzine, do czego wymienic nalezaloby w zasadzie wszystko (tory, wagony, lokomotywy, itd.) na tej trasie nie liczac kolejarzy, a moze zreszta i ich tez. Wazne, ze w miare wazny polityk w koncu publicznie uznal koleje za obiekt warty ambicji.

Samochody na Wegrzech ciesza sie niekwestionowana dominacja sposrod srodkow lokomocji. Miasta, gdzie mozna sie poruszac na cztery sposoby (auto, komunikacja miejska, rower, na piechote) urzadzone sa w zasadzie pod samochody. Dominuja one tez dyskusje publiczna. Caly czas rozprawia sie o fatalnym stanie nawierzchni drog, oplaty za parkowanie doprowadzaja spoleczenstwo do bialej goraczki – doszlo nawet do tego, ze ostatnio jacys zdenerwowani obywatele wzieli sie za inicjowania referendum na ten temat, troche mowi o komunikacji miejskiej i tyle. Piesi i rowerzysci w zasadzie tematem nie sa. Najlepiej te dominacje aut obrazuje czesto widziany widok jak staruszka przechodzaca ulice przyspiesza na widok samochodu z jakims szczylem za kierownica.

Poniewaz nie jestem politykiem, nie musza wygrywac zadnych wyborow i nic nie obchodzi mnie co mysli statystyczny obywatel oddalem sie marzeniom bez cienia zwiazku z rzeczywistoscia. Co by bylo, pomyslalem, gdyby tak w nastepnym oredziu o stanie panstwa premier obiecal 10,000 (dziesiec tysiecy!) kilometrow chodnikow bez dziur, psich kup i zastawiajacych je samochodow? Albo rzucil wizje sieci sciezek rowerowych do ekspresowego poruszania sie po miescie? Albo gwarancji, ze nikt w miescie nie bedzie mieszkal dalej niz sto metrow od jakiegos przystanku? Albo obiecal wprowadzic ustawe zobowiazujaca producentow aut do wplacania na specjalny fundusz promujacy chodzenie na piechote sum rownych temu co wydaja na reklamy samochodow? Czyz nie byloby milo przejsc sie kolo billboardu z podnioslym napisem "Chodzac pieszo przyczyniasz sie do walki z globalnym efektem cieplarnianym"? Albo zwiezle "Piesi sa zdrowsi". A moze tak do myslenia "W samochodzie nie wpadniesz na dawno niewidzianych przyjaciol" (w domysle: na ulicy, w tramwaju tak). Albo filuternie "Sa tacy co wszedzie jezdza samochodem, czy chcialbys wygladac jak oni?" a obok zdjecie tlustej Amerykanki w baseballowce i o obfitych biodrach? Oj, co to by bylo.

palinka i tajna dzielnica zydowska

W Budapeszcie tradycyjnie istnialy dwie dzielnice zydowskie: trzynasta i siodma, przy czym w trzynastej mieszkala zasymilowana klasa srednia a w siodmej nizsze warstwy. W czasie wojny getto stworzono w tej wlasnie dzielnicy, tu tez miesci sie piekna, duza synagoga.

W trzynastej dzielnicy tradycje zydowskie sa bardzo subtelne. I dzis mieszkaja tu ludzie pochodzenia zydowskiego, z zewnetrznych znakow widac moze tylko flodni, tradycyjne wielowarstwowe ciastka z nadzieniem sliwkowych, orzechowym i jablkowym.

Inaczej jest w siodmej. Tu sa galerie sztuki zydowskiej, nawiasem mowiac glownie zyjace z turystow, istnieje muzeum przy synagodze, z koncem socjalizmu pojawili sie ortodoksi. Moi sasiedzi, Meira, Mojszi oraz ich czterech synow, na przyklad, sa wlasnie ortodoksami. Meira nosi peruke a Mojszi chalat (oficjalnie maja wegierskie imiona, ale uzywaja zydowskich), w soboty nie otwieraja drzwi guzikiem ale kluczem, chlopaki maja pejsy i jarmulki. Rodzice Meiry i Mojsziego jednak sie ze swoim pochodzeniem nigdy sie nie afiszowali. Mama Meiry zawsze jej radzila: nie powinnismy sie wstydzic tego kim jestesmy ale i nie obnosic sie z tym. I wydaje sie, ze pomimo czestego widoku ortodoksow na ulicach wiekszosc Zydow wybiera mniej ostentacyjny tryb zycia. Ich instytucje sa bujne ale ich nie widac, nazywam to tajna dzielnica zydowska.

Zacznijmy od Hanny. Hanna to restauracja, ma szyld ale prozno jej szukac w przewodnikach gastronomicznych. Miesci sie w domu gminy na pierwszym pietrze. Wnetrze sprawia wrazenie szkolnej stolowki z ceratowymi stolami i kelnerkami o urodzie i wdzieku wlasnie pracownic stolowki. Placi sie z gory przy okienku. Jest spis potraw ale bez cen, zamawia sie a pani z okienka mowi ile to bedzie kosztowac. Ceny podobno ustala od reki szacujac klientow na oko. Najgorzej wygladac na turyste ze Stanow albo Izraela, najlepiej na lokalnego studenta. Hannah pelni funkcje zarazem funkcje socjalne oferujac mozliwosc stolowania sie dla niezamoznych czlonkow gminy. Widzialem jak raz starszy mezczyzna zjadl obiad i zaplacil za to 100 forintow za obiad (juz wtedy bardzo mala suma). Na koniec kelnerka zakroplila mu oko.

Warto wspomniec wytwornie koszernego salami. Niepozorne wejscie, tablica nie zmieniania od trzydziestu laty, nie odkurzana od dwudziestu. Albo koszerna piekarnie bez zadnego szyldu. Jest tez mykwa mieszczaca sie w uroczym, pieknie odrestaurowanym parterowym budyneczku opatrzonym kartka papieru ze slowem MIKVE. Zebym nie znal tego slowa to bym nie wpadl na to co sie tam miesci. Nawiasem mowiac Meira tam czasem pracuje.

Najbardziej jednak w tajnej dzielnicy zydowskiej lubie miejsce gdzie sprzedaja koszerna palinke. Moim zdaniem jest ona najlepsza ze wszystkich palinek na Wegrzech a wyglada przy tym tak:

farsangJPEG

Palinka jest, jak widac, sliwkowa i kupic ja mozna wylacznie w piwnicy niedaleko od naszego domu. Zejscie do piwnicy miesci sie, zeby bylo smiesznie, tuz obok wejscia do dzielnicowej siedziby prawicowego Fideszu. Na drzwiach wisi kartka z godzinami otwarcia: dwie godziny dziennie, codziennie o innej porze. W piwnicy rupiecie, jakies skrzynki, zakurzone butelki oraz facet w rekami w kieszeniach sluchajacy radia. Sprzedaje palinke oraz koszerne wino z wiadra, ktore nie nadaje sie do picia.

Dotad tyle udalo mi sie odkryc z tej naszej tajnej dzielnicy, z pewnoscia jednak sporo zostalo mi jeszcze na pozniej.

Chlopak mowi

Chlopak jedzac zupe bawi sie. Nabiera ja na lyzce, podnosi ja i struzka wylewa do talerza. Usmiecha sie i mowi "zupospad". A ja ciesze sie, ze stworzyl chyba pierwsze swoje slowo po polsku.

Ciesze sie wogole, ze mowi po polsku. Zawsze do niego mowilem tylko po polsku, a ze dluzszy czas jedynie ja mowilem przy nim po polsku pewnie wiec sadzil, ze taki moj prywatny jezyk. Rozumial rzecz jasna wszystko i potrafil sporo powiedziec, ale nie do konca. Bo jak na przyklad mialem wdrozyc dziecko do zaimkow gdy ma sie do dyspozycji jedynie jego i siebie? Przez dluzszy czas Chlopak uwazal pewnie, ze "ja" oznacza mnie a "ty" jego, pierwszy raz uzyl tych form poprawnie dokladnie w swoje drugie urodziny. Do dzis pamietam jego przemyslny usmiech, kiedy powiedzial "ja" o sobie.

probuje ruszac sie

Dotad nie wiedzialem, ze mam miesien z tylu reki tuz nad lokciem. Dotad nie wiedzialem, ale teraz juz wiem, bo boli. Poszedlem ostatnio dwa razy na silownie no i mam za swoje. Nawet miksera w kuchni nie bylo mi latwo przycisnac. Bol mija powoli, szykuje sie na nowa wizyte w silowni juz niedlugo.

Ta silownia to stad, ze brakuje mi ruchu. Przedtem jezdzilem do pracy rowerem, chodzilem plywac rano, gralem w koszykowke i w pilke nozna, ale od kiedy jest Chlopak a tym bardziej od kiedy to ja zabieram go rano do przedszkola sprawy sie skomplikowaly. Rower i plywanie ranne odpadaja, pozostaje nieregularna koszykowka, bo jest w czwartki a ja co jakis czas gdzies wyjezdzam albo akurat jest wiecej pracy, pilki noznej nie ma. Sliwka poradzila mi te silownie bo jest w sasiednim budynku, sprobowalem. Jeden z pracujacych tam chlopakow pokazal mi pare przyrzadow i objasnil cwiczenia, na biceps, tryceps oraz miesnie piersi. Niby nic, trzy razy po dziesiec razy, ale poki co jestem w kawalkach.

Najpiekniejsze chyba z wszystkich rzeczy, jakie do tej pory robilem bylo plywanie na wyspie Malgorzaty. Chodzilismy tam z dwoma kolegami na siodma rano. Zwykle ciemno, w zimie zimno. Basen pod golym niebem, wchodzi sie jednak w budynku a potem wyplywa na zewnatrz waskim kanalem. Woda ciepla wiec sie nie zamarza nawet przy mrozach. Widok piekny: w swietle latarni parujaca woda, czesto sypiacy na nia snieg a w wodzie jakis trzydziestu ludzi plywajacych zawziecie (wszyscy, wliczajac dziewczyny, byli zawsze szybsi ode mnie:) Samo wskakiwanie do wody i machanie w niej przez pol godziny to, jakkolwiek nie bylby piekny ten basen, srednia przyjemnosc, znacznie milsze potem byly pogaduszki w basenie z ciepla woda – juz pod dachem, goracy prysznic oraz wspolne sniadanie: drozdzowka oraz kubek mleka w bufecie.

kuchnia indyjska w Budapeszcie

Zaskoczylismy dyrektora hotelu w Bangalore zyczac sobie indyjskiego jedzenia na lunche. Zdziwil sie tym, bo oczekiwal zamowienia na jedzenie europejskie a w dodatku potem bardzo mu je wszyscy chwalilismy. W rozmowie z nim powiedzialem mu jak bardzo zachwycony jestem daniami z kartofli: w Polsce je sie ich duzo ale dopiero w Indiach wiedza jak z takiego ziemniaka zrobic wzruszajace dane. Dodalem, ze stalem sie fanem sambaru, czyli nieco pikantnego skrzyzowania zupy i sosu, ktorym polewa sie ryz uzyskujac lekki, wspanialy posilek. Wszystko to nie splynelo po nim bez sladu, skserowal mi pare przepisow z ich ksiazki kucharskiej oraz dal w prezencie pudelko przypraw gustownie zapakowane z rozowy papier.

Rozpakowalem dopiero w domu. Na lotnisku pakujac torbe z pudelkiem do maszyny przeswietlajacej na kontroli bezpieczenstwa usmiechalem sie w oczekiwaniu na pytanie co jest w srodku: "dokladnie nie wiem, rozne proszki, dostalem w prezencie":) Zawartosc okazala sie rzecz jasna niewinna, cos z dwadziescia opakowan roznych przypraw oraz mieszanek do szykowania dan. Na opakowaniach przepisy, niekiedy przywodzace do rozpaczy: "wybierz jakies jarzyny i przygotuj je uzywajac przypraw co zwykle". Lektura przepisow od mojego przyjaciela z hotelu poglebiala tylko depresje. W kazdym daniu pojawiala sie masa skladnikow w zasadzie nie do dostania tutaj. Z zazdroscia patrzalem na Helge kupujaca sobie w Bangalore ksiazke kucharska: mieszka w Londynie i tam na kazdym rogu kupi sobie co tylko ze chce, a ja w Budapeszcie to moge sobie …

Sliwka zobaczyla moj bol i rzucila: a moze bys sprobowal w tym sklepiku indyjskim na sasiedniej ulicy? Nie oczekuje zbyt wiele, ale w zasadzie czemu nie. Sklepik nazywa sie Male ladne Indie i z zewnatrz robi wrazenie kolejne placowki etno sprzedajacej masowa produkcje rekodzielnicza dla spragnionej orginalnosci mlodziezy. Wchodze a tam zaskoczenie. Sklep prowadza Hindusi, i maja zarowno drumstick (nie mialem pojecia co to takiego, teraz juz wiem, ze jest to skrzyzowanie ogorka z fasola), jaggery, paste tamarind, swieze liscie curry, w zasadzie wszystko co tylko moge sobie zazyczyc. W dodatku okazuje sie, ze zona wlasciciela prowadzi kursy kuchni indyjskiej, niestety w srodku dnia, zlosliwie mysle sobie, ze musi to byc dla niepracujacych zon dobrze zarabiajacych facetow, ktore maja wiecej czasu niz obowiazkow. Jestem jednak podbudowany, sadze, ze bede teraz tam czesciej chodzil zeby wykorzystac prezenty od dyrektora hotelu.

Przy okazji w myslach robie sobie przeglad co milego wnosza do zycia w Budapeszcie cudzoziemcy. Probuje wyliczyc:

1. Zaczne od Hindusow: przede wszystkim jedzenie, restauracje i sklepy

2. Francuzi: restauracje, rzecz jasna, a takze, co mnie samego nieco zaskakuje, sklepy z odrestaurowanymi meblami chlopskimi. Prowadza je z wielkim wdziekiem, sama rozmowa z wlascicielami jest juz przyjemnoscia. Kiedys w jednym z nich stargowalem lawe do przedpokoju o jakies 20%. Sliwka nie wiedziala, gdzie schowac sie ze wstydu (ona sie nie targuje a placi), wlascicielce dalismy potem roze.

3. Ludzie z Balkanow, znow jedzenie. Dzieki nim mamy pare miejsc gdzie mozna zjesc cevapy i inne znakomite, niezdrowe balkanskie specjalnosci.

4. Chinczycy: kulinarna oraz odziezowa obsluga ubozszej czesci spoleczenstwa. Niestety przy tym, chinskie bufety w zasadzie wykosily istniejace przedtem chinskie restauracje. Wymienilbym osobno produkowane w Chinach lampki choinkowe rewolucjonizujace domowe iluminacje bozonarodzeniowe

5. Rosjanie: laznia na Erzsebet korut. Maly szyld nad brama zdradza to miejsce, wejscie z trzeciego podworka. Biletow nie ma, laznie trzeba wynajac cala na okreslony czas. Idealne miejsce do zabawy dla mafii wlacznie z odzielonym zaslonka materacem z lustrem na suficie. Mialem tam kiedys przemile urodziny.

6. Amerykanie: masa rzeczy, kiedys chyba osobno o nich napisze.

Uswiadamiam sobie, ze najlepsi sa swiezi imigranci, bo ci zasiedzieli zwykle roztapiaja sie w tle i traca swa swiezosc i odrebnosc. Mysle, czy da sie powiedziec cos tak milego o wegierskich Polakach ale nic nie przychodzi mi do glowy.

Krecik i kreciki

Chlopak zazyczyl sobie byc krecikiem na przedszkolna zabawe karnawalowa (jak pisalem juz wczesniej miala ona miejsce dzis, czyli grubo w wielkim poscie, ale kogo to tutaj rusza). Sliwka wziela sie wiec i uszyla mu maske krecika. Zrobila takze maske sobie, bo rodzice tez mieli sie przebrac na zabawe, taka byla umowa. Wzieli ze soba krecika, ktorego kiedys przywiozlem Chlopakowi z Pragi, gdzie pare godzin spedzilem na lotnisku wiec w efekcie do przedszkola poszly dzis trzy kreciki, rzecz jasna w niebieskich spodniach wygladajac tak:

Dla zainteresowanych zdjecie sklepu z lotniska sprzedajacego kreciki, ten okaz ma jakies dwa metry wysokosci:

Bohaterowie kreskowek dla dzieci czyli te rozne kreciki, Bolki i Lolki, itp. to dzis juz jeden z ostatnich czynnikow podzialu na Europe wschodnia i zachodnia. Nosimy podobne ubrania, znamy te same jezyki, jezdzimy samochodami tych samych marek, prowadzimy podobny tryb zycia, ale kiedy rozmowa zejdzie na bohaterow dziecinstwa widac, ze do zjednoczenia jeszcze daleko. Dalismy niedawno DVD z krecikiem dziecku znajomych z Paryza, Amelie uprzejmie podziekowala ale Kostia, ktory jest Bulgarem, rozpromienil sie: “krtek!”, jakos tak zawolal, on go rzecz jasna znal (a Amelie nie). Podobnie rzecz ma sie Winnetou oraz Karolem Mayem, ktory mimo, ze byl Niemcem sprzed podzialu znany jest swietnie na wschodzie ale zupelnie nie na zachodzie (wiem, bo spytalem kiedys Franki, ktora jest Niemka zachodnia). Amerykanie biedacy nie maja nawet pojecia jakie popularne byly te jugoslowianskie westerny …

Chlopak nagrywa

Chlopak jest nieco chory wiec siedzi w domu z babcia. Namowil ja, poszli do sklepu – sam pokazal, do ktorego – i kupili dwie kasety. W domu wzial sie i nagral na jedna z kaset po plycie kompaktowej z kazdej strony. Zrobil to zupelnie sam, jestem tego pewien, bo jego babcia nie potrafi nawet wlaczyc magnetofonu. Przyzwyczailem sie juz, ze obsluguje magnetofon i odtwarzac do plyt kompaktowych, ze wlacza i sobie i wylacza komputer, zeby ogladac filmy na DVD, ale tym, ze przy tych swoich czterech latach potrafi sam z siebie nagrac tasme to mnie nieco zdolal zdziwic.

Nie sadze przy tym, ze to on jest taki bystry, raczej to wszystko jest takie proste.

zbiorka na ofiary tsunami

W pracy postanowilismy z Andranikiem oraz Jirka zrobic zbiorke na ofiary tsunami. Badz co badz mamy kolegow w Indonezji, ktorzy w dodatku pracuja z najbardziej dotknieta katalizmem prowincja Aceh, wiec z jednej strony bylby to taki gest solidarnosci z naszej strony a z drugiej wiedzielibysmy, ze pieniadze trafia do w uczciwe rece bo na pewno wiedzieliby komu je przekazac. Omowilismy zadania: idzie notka na intranet, robimy plakaty do kuchni na wszystkich pietrach, posylamy e-maile do kazdy do innej grupy kolegow, zeby dotrzec do ludzi bezposrednio. Ustalamy, ze zbiorka ruszy pod koniec stycznia, zeby ludzie wiedzieli o niej kiedy przyjda wyplaty. Czekamy … i nic. Trzy osoby zglaszaja sie z wplatami, dwie pisza, ze daly na ofiary tsunami juz wczesniej. Postanawiamy, ze nie bedziemy przesylac tych pieniedzy do Indonezji, bo wstyd jak malo, i zachecimy darczyncow do wplat przez internet. Zastanawiamy sie, czy nie wyszlo nam dlatego, ze wszyscy juz dali wczesniej czy tez dlatego, ze tsunami jako temat sie skonczylo i nikogo juz wiecej nie obchodzi. Sam nie wiem.