tor przygód

O torze przygód (Kalandpálya albo Challengeland) przeczytałem dawno temu na zastrzeżonym obecnie blogu conieco. Że po linach między drzewami, że jest fajnie choć nieco niebezpiecznie, że poleca. W tej chwili mam wolne i zajmuję się Chłopakiem, a także czasami jego kolegą, i tor przygód przyszedł mi jakoś do głowy, pojechaliśmy tam.

Spodabało się nam wszystkim ogromnie. Ale może najpierw parę słów o samym torze. Mieści się w lesie tuż przy stacyjce Csillebérc kolejki dziecięcej. Między drzewami porozpinane są liny oraz przeróżne konstrukcje (sieci, belki, małpie mosty, itp.), po których można się przemieszczać. Dla każdego coś miłego: są łatwe trasy dla małych dzieci tuż nad ziemią oraz tarzanowe szlaki na wysokości dziesięciu metrów dla tryskających testeronem dwudziestoletnich brysiów.

W zależności od wzrostu dostaje się opaskę na nadgarstek w odpowienim kolorze, która upoważnia do przechodzenia określonych tras. Dla bezpieczeństwa każdy wyposażony jest w uprząż wspinaczkową i cały czas należy być przypiętym do lin co najmniej jednym karabińczykiem (są dwa). Do jeżdzenia na linach (tak!) sluży będący również na wyposażeniu bloczek. Na głowę dostaje się kask. Po kupieniu biletu przechodzi się krótkie przeszkolenie – i hajda, trzy godziny są twoje.

Sam chodziłem tylko za chłopakami ale mogłem obserwować ile uciechy mieli na trasach i duzi i mali. Pełna ekstaza. Wszystko przy tym po prostu ładne: konstrukcje nowe, czyste drewno, liny w świetnym stanie, godne zaufania buki i dęby. Troszkę jak na obozie w lesie. Miejsce, gdzie się chce wrócić a także zabrać innych.

rozrywkowy dziadek

Parę dni temu siedzieliśmy sobie ze Śliwką w restauracji Klassz na Andrássy 41 kiedy pojawił się tam dziadek z kwiatami.

To dość emblematyczna postać. Zwykle w kapeluszu, choć tym razem nie, chodzi po knajpkach w okolicy placu Ferenca Liszta i z nieuprzejmą miną sprzedaje kwiaty. Robi to już od lat nic się przez ten czas nie zmieniając. Ciekawe jest, że przetrwał do dziś bo zwykle kwiaty w knajpach sprzedają młode, teoretycznie seksowne, dziewczyny, które, nie wiadomo czemu, w ubraniu przejawiają inspirację postacią Czerwonego Kapturka. Wożą je na ogół małoatrakcyjni faceci w kiepskich samochodach czekający na nie przed knajpą w czasie gdy one z mechanicznym uśmiechem oferują kwiaty zażenowanym przed swoimi kobietami facetom.

Dziadek stał się nawet kultową postacią. Pojawił się w jakimś pokoleniowym filmie (niestety, tytuł jakoś mi ulotnił się z głowy), a także na billboardzie bezpłatnego tygodnika z programem kulturalno-rozrywkowym Pesti Est. Mnie aż zgina: taki przygarbiony staruszek jako symbol rozrywki to doprawdy niesamowita rzecz. O zdjęcie billboardu napisałem nawet to Pesti Estu, jak przyślą to je tu zamieszczę.

bar Proteza i inne nowości

Odnotowuję trzy miejsca – trzy romkocsmy, które warto znać.

Po pierwsze bar Proteza (Fogsor, albo Fogasház, VII, Akácfa utca 51, między ulicami Dob i Wesselényi). Najnowsza z romkocsm – jeśli ktoś zaszpanować znajomym obycie w budapeszteńskim undergroundzie to tam powinien ich ciągnąć – nazwę dostał od reklamy firmy naprawiającej sztuczne szczęki. Miejsce poza barem ma ambicje kulturalne i oferuje parę wystaw. Wielce się Proteza nie różni od innych miejsc, co z niej będzie – zobaczymy.

Protezy – naprawa

bar

w środku – podobnie jak gdzie indziej

jedna z wystaw, na klatce schodowej

Dalej, warto odwiedzić miejsce nazywające się Kőleves kert czyli Ogródek Zupy na kamieniu. Nazwa nawiązuje do leżącej obok trendy restauracji o tej nazwie (VII Dob utca 26, róg z Kazinczy), która z kolei nawiązuje do bajki dla dzieci o gotowaniu zupy na kamieniu – coś jak polska zupa na gwoździu. Kőleves kert nie jest typową romkocsmą, powstał na miejscu wyburzonego budynku. Oferuje jednak podobną estetykę i nastrój, więc liczy się. Co ważne, w odróżnieniu od innych romkocsm tu podaje się jedzenie. Nie jadłem ale widziałem, wyglądało nieźle.

stoliki letnio kolorowe

podświetlane butelki na ścianie

bar z huśtawką

też stolik

Jeśli bar Proteza to najmłodsza z romkocsm to obchodzący czwarte urodziny Tűzraktér jest wśród z nich seniorem. Kiedyś to centrum kulturalne to mieściło się w zamkniętej fabryce, obecnie jednak przeniosło się do śródmieścia i znaleźć je można w starej szkole na ulicy Hegedű 3 (VI dzielnica). Najwspanialszą cechą tego miejsca jest gigantyczny rowerzysta na ścianie.

Czwarte urodziny – sto lat!

kiedyś się tak wchodziło do szkoły, kafelki oryginalne

rowerzysta

ping-pong i ping-pongistki

cennik

Mała węgierska pornografia dziś

Mała węgierska pornografia to tytuł książki Pétera Esterházyego (Kis Magyar Pornográfia) z 1984 roku. Książka, którą muszę dopiero przeczytać, powstała w dojrzałym kadaryźmie o nim traktuje. Niedawno w debreczyńskiej galerii Modem otwarto wystawę pod tym właśnie tytułem mającem zaproszonym artystom dać okazję do wypowiedz na temat funkcjonowania obecnego systemu politycznego. Udało się znakomicie: otwarcie wystawy dało okazję do znakomicie się wkomponującego w charakter wystawy skandalu.

Pretekstem stała się rzeźba Gábora Gerhesa (pisałem już kiedyś o nim) przestawiająca Lajosa Kósę, burmistrza miasta. Rzeźba, nota bene, dość klasyczna, czy może lepiej urzędowa, w charakterze.

Burmistrz tuż przed otwarciem wystawy zażądał usunięcia pracy. W reakcji pozostali wystawiający artyście oświadczyli, że w takim razie oni również usuną swoje prace. Po negocjacjach, które spowodowały opóźnienie otwarcia o 50 minut, uzgodniono, że praca może zostać wystawiona pod warunkiem, że obok pojawi się informacja, że nie powstała ona na zamówienie burmistrza ani, że nie sfinansowano jej ze środków podległych mu instytucji.

O skandalu szeroko pisała prasa. Lokalny polityk socjalistyczny (opozycja) grzmiał: przypominają się praktyki najgorszych lat pięćdziesiątych, gdy polityka dawała kulturze zamówienia a jednocześnie ją kształtowała i kontrolowała.

I tak Lajos Kósa swoim, pewnie niezamierzonym performancem, zręcznie wpisał się w tę, i tak pełną odwołań do kadaryzmu, wystawę.

jak poznać nie-Węgra

Jadąc w śródmieściu samochodem przystanąłem na czerwonym świetle. Spojrzałem na chodnika, akurat przechodziła jakaś rodzina. Z przodu ojciec, chyba z synem, uwagę jednak moją przykuły idące za nimi matka z córką, tak na oko 8-9 lat. Cudzoziemcy, przemknęło mi przez głowę. Czemu? Bo matka i córka się śmiały. Śmiały się beztrosko, radośnie, szczerze, z całej duszy. Tego u Węgrów chyba jeszcze nie widziałem, tu się takiego wyzwolonego śmiechu nie doświadcza. Ot, sposób na odróżnianie Węgrów od nie-Węgrów.

Lilly Allen „Fuck you” po węgiersku

Paru węgierskich aktorów się skrzyknęło i zrobiło węgierską wersję przeboju Lilly Allen o niewymawialnym przy mamie tytule. Wszyscy hetero chcieli w ten sposób wyrazić poparcie dla równouprawnienia homoseksualistów (dla przypomnienia: zeszłoroczna parada gejowska została brutalnie zaatakowana przez skrajną prawicę, jak będzie z tegoroczną jeszcze zobaczymy). Efekt jest lekki, pełen humoru i autoironii, znacznie lepszy niż podobne wideo zrobione wcześniej przez francuskich aktywistów gejowskich (jest ich więcej zresztą, łatwo je znaleźć na youtubie).

Aż strach pomyśleć głośno: a gdyby tak coś podobnego w Polsce?