Orgia

Kiedy parę miesięcy temu burmistrz XII dzielnicy Zoltán Pokorni publicznie przyznał, że jego dziadek był strzałokrzyżowcem (nyilasem), który brał udział w masowych morderstwach to wyznanie odbiło się szerokim echem. Powiedział wtedy:

Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Nieprzypadkowo te słowa zrobiły wrażenie. Do takiego podejścia do tego, co robili tu strzałokrzyżowcy ani wśród nich samych ani wśród ich potomków nie jesteśmy przyzwyczajeni. Tu na ten temat panuje cisza, brak wyrazów skruchy czy też poczucia winy.

To stało się jednym z powodów, dla których Gábor Zoltán napisał Orgię. Ta powieść dokumentalna opisuje działalność organizacji nyilasów w XII dzielnicy Budapesztu – tej właśnie gdzie burmistrzem jest Pokorni – pod koniec 1944 i na samym początku 1945 roku. Tytułowa orgia to amok nienawiści i przemocy, także seksualnej.

W szeregu wywiadów autor tak opsiywał inspiracje do napisania powieści. „Wciąż mam to poczucie, że nic nie zostało zamknięte w 1945 roku, i że od jakiegoś czasu wracają z coraz większą mocą tendencje lat 20-tych, 30-tych, 40-tych.” „Trzeba powiedzieć, że terror strzałokrzyżowców czy też nawet Auschwitz nie spowodowały traumy u Węgrów.” Podkreśla, że nawet po upływie wielu lat nyilasowie nigdy nie wyrażli skruchy za swoje czyny.

Choć nie mówi tego wprost to czuje się, że Orgię napisał by wstrząsnąć społeczeństwem, szokiem obudzić zmusić je do spojrzenia w lustro. I chyba mu się to częściowo przynajmniej udało, o czym świadczy popularność książki.

W powieści strzałokrzyżowcy występują pod swoimi nazwiskami. Wspomniany jest tam też dziadek Pokorniego (na stronach 66, 101, 267, 272 i 277). To co robią i mówią oparte jest na dokumentach. Zoltán mówi, że wszystko pisał tak by mógł to potem bronić w sądzie choć do tej pory nikt go za książkę nie pozwał.

A opisuje rzeczy straszne. Nyilasowie w tym okresie, mimo że trwało oblężenie Budapesztu i odgłosy walk było nieustannie słychać, zajmowali się łapaniem Żydów i innych podejrzanych jednostek oraz rabunkiem, wszystko w patriotycznej otoczce.

Złapane osoby torturowano, istniała reguła dwudziestu minut, którym, co najmniej, miano poddać wszystkich, wliczając w to i dzieci. Tortury były wymyślne, szacunek wewnątrz grupy zdobywało się tworząc nowy sposób męczenia. Regułą były udręka z elementami seksualnymi, gwałty były normą. Celem było odebranie ofiarom godności, poniżenie ich w maksymalnym stopniu.

W torturach udział brali nie tylko mężczyźni ale i kobiety. A także były zakonnik, który w dalszym ciągu chodził we franciszkańskim habicie i wygłaszał płomienne, zagrzewające do walki kazania w kościele, perwersyjny ojciec András Kun.

Żydów zwykle na końcu mordowano. Prowadzono ich nad Dunaj i tam rozstrzeliwano, ciała wpadały do wody, bywało, że mordowano ich blisko miejsca ich uwięzienia i tortur. „Ciotka Erzsi czekała na nich z kolacją, tam ich zawieźliśmy”, tak brzmi typowy dowcip strzałokrzyżowców nawiązujący do mostu Elżbiety (Erzsébet – Erzsi), skąd zrzucano trupy. Autor zresztą włożył wiele wysiłku w jak najdokładniejsze odtworzenie języka nyilasów.

Pomnik Żydów rozstrzeliwanych na brzegu Dunaju przez strzałokrzyżowców

Nie-Żydom niekiedy składano propozycję nie do odrzucenia: mogą przyłączyć się do strzałokrzyżowców i „walczyć o Węgry” albo … Taki los przypadł głównemu bohaterowi książki, Rennerowi. Właściciel małej fabryki wyrobów metalowych ma żonę Żydówkę, kochankę Żydówkę i pomaga Żydom. Zostaje aresztowany, po strasznych torturach zgadza się przyłączyć się do swoich oprawców. To również prawdziwa historia choć zmyślone nazwisko: Zoltán ofiarom zapewnił w książce anonimowość a Rennera, mimo wszystko, za jedną z takich ofiar uznał.

Kim są strzałokrzyżowcy przedstawieni w książce? W większości to niższa klasa średnia, dla nich obecna sytuacja oznacza możliwość rewanżu za poniżenia wynikające z ich pozycji społecznej. Warto przytoczyć tu scenę uroczystego zebrania nyilasów kiedy zaproszona historyczka wygłasza wykład o następującej treści. Przywódca strzałokrzyżowców Ferenc Szálasi wypełnia przesłanie Györgya Dózsy, który w XVI wieku przewodził rewolcie chłopskiej skierowanej przeciwko magnaterii. Osiemnastowieczni Kurucowie walczyli przeciwko panom szkodzącym swojemu narodowi i barbarzyńskim wrogom. Franciszkanie zagrzewali lud do walki – inne zakony daleko były od prostych ludzi. Tak jest i dziś, to franciszkanie najgorliwiej przyjęli Szálasiego gdy ten ruszył na objazd kraju. Ukoronowaniem tego jest jego przyjaźń z ojcem Kunem.

W wywiadach Zoltán podkreśla, że uproszczeniem byłoby zrównywać nyilasów z plebsem. Mieli poparcie w różnych kręgach społecznych. W relatywnie wolnych wyborach w 1939 roku strzałokrzyżowcy zdobyli 15% głosów stając się największą partią opozycyjną. Szereg innych partii zresztą reprezentowało podobnie skrajnie prawicowe poglądy. To nie było ciało obce w społeczeństwie.

Mimo tego, że to książka ważna dla zrozumienia najnowszej historii Węgier, nie doczekała się tłumaczeń na obce języki. Wyjątkiem jest polski: jej fragment ukazał się w Zeszytach Literackich.

Jednym z tego powodów mogą być przerażająco szczegółowe opisy okrucieństwa nyilasów niebezpiecznie zbliżającej się do pornografii przemocy. Problemem może też być bezkrytyczne oparcie książki na dokumentach sądowych, których wiarygodność, jak to wyjaśniła mi zapytana o książkę znajoma historyczna zajmująca się tym okresem, zostawia często dużo do życzenia.

Warto wspomnieć o drugiej książce Zoltána, którą napisał on w zasadzie równolegle z Orgią, chodzi mi o jego Sąsiada (Szomszéd). Jest to w zasadzie duży esej, w którym, z niezwykłą erudycją, opisuje on część XII dzielnicy, w której dorastał a potem mieszkał a która też była terenem działalności grupy strzałokrzyżowców opisanej w Orgii. Autor przedstawia kolejne budynki, ich historię, ich twórców, ich mieszkańców. Opisuje przedstawicieli elit – pisarzy, polityków, architektów – wskazuje na powiązania między nimi. Wyszukuje wśród nich bogato reprezentowanych nyilasów i ich zwolenników (choć nie tylko – tu miał niektóre ze swoich domów dziecka ratujący Żydów Gábor Sztehlo). Przywodzi wydarzenia, w których brali udział. Łączy współczesność z okołowojenną przeszłością.

Odręcznie narysowany plan okolicy, o której mówi książka – to wszystkiego kilka ulic i miejsc

Ciekawostką jest, że pojawia się w niej wątek polski w postaci o. Maksymiliana Kolbego. Przeciwstawiona jest wspomnianemu byłem franciszkaninowi, Andrásowi Kunowi. Najwyraźniej autot nie jest świadom kontrowersji związanych z zarzutami antysemityzmu, które Kolbemu czyniono.

Obie książki konfrontują czytelnika z kwestią roli strzałokrzyżowców w historii Węgier. Zoltán argumentuje, że nie był to przypadkowy epizod, pokazuje ich zakorzenienie w społeczeństwie, wskazuje na poprzedników w postaci oddziałów siejących biały terror po krótkotrwałym okresie komunizmu na Węgrzech zaraz po pierwszej wojnie światowej, przypomina powierzchowne tylko rozliczenia, brak skruchy u zbrodniarzy i społeczną amnezję w odniesieniu do tych wydarzeń. To nie był margines, argumentuje. Wydźwięk jest pesymistyczny, autor cytuje Máraia, który w odniesieniu do tego okresu napisał „społeczeństwo pokazało swoją prawdziwą twarz”.

Paradokslanie, może te książki jednak, choćby w niewielkim stopniu, przyczynią się do tego, by Węgrzy zaczęli konfrontować ten fragment swojej historii.

Radio Polonia Węgierska – 9. odcinek podcastu/ Park pomników

W najnowszym odcinku audycji mówię o budapeszteńskim parku pomników.

Pełen program podcastu:

– Powitanie – 00:00
– Listy od Słuchaczy – 05:02
– Wiadomości polonijne – 14:04
– Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 16:59
– Jerzy Celichowski i Jeż Węgierski w eterze – 24:27
– Rozmowa z Marią Felfoldi – przewodniczącą Ogólnokrajowego Samorządu Polskiego na Węgrzech – 28:43
– Książka na Głos – 56:24
– Urywki Historii – cykl Polskiego Instytutu Badawczego i Muzeum w Budapeszcie – 01:01:38
– Pożegnanie – 01:03:56

edną z najnowszych a zarazem najoryginalniejszych pozycji na liście atrakcji do zwiedzania w Budapeszcie jest Park pomników. Kto był to wie, atmosfera trochę jest jak w Disneylandzie, przy kasie lecą pieśni masowe, można kupić ostatni dech komunizmu w puszce czy też stare propagandowe plakaty. W sumie tania rozrywka dla turystów.

Tymczasem jest to unikalny w Europie a może i na świecie sposób upamiętnienia przeszłości. W innych miejscach moment zmiany reżimu zwykle łączył się z usunięciem jego zewnętrznych symboli. Ich zniszczenie pieczętowało zwycięstwo. Sam byłem przy usuwaniu pomnika Dzierżyńskiego w Warszawie: dźwig uniósł postać z postumentu a ta już w powietrzu się rozpadła. Był pomnik, nie ma pomnika.

Inaczej postąpiono w Budapeszcie. Po pierwotnej fazie dyskusji społecznych co zrobić z odziedziczonymi pomnikami – społeczeństwo było podzielone, część chciała je zostawić (mamy ważniejsze rzeczy na głowie), radykałowie chcieli je całkowicie usunąć a część właśnie przenieść je do specjalnego parku – zdecydowano się na tę trzecią opcję.

Decyzję o utworzeniu parku pomników samorząd Budapesztu podjął 5 grudnia 1991 roku. Miał powstać w XXII dzielnicy, która zaoferowało na niego grunt. Konkurs na projekt wygrał architekt Ákos Eleőd.

Park miał umieszczać pomniki w cudzysłowie unikając pokazywania ich jako wesołe panoptikum. Na żelaznej bramie, która nigdy nie jest otwierana, wypalono wiersz Gyuli Illyesa pt. Jedno zdanie o tyranii. Przez park poprowadzono trzy pętle spacerowe (znak nieskończoności), przy pierwszej stoją pomniki wyzwolenia, drugiej – pomniki osobistości ruchu robotniczego, trzeciej – pomniki pojęć i wydarzeń z ruchu robotniczego. Wszystko zamykają dwa pomniki radzieckich parlamentarzystów, które kiedyś stały przy rogatkach Budapesztu.

W słowach historyka sztuki Gézy Borosa park pokazuje zarówno dyktaturę jak i demokrację, tylko ta ostatnia potrafi odważnie i z godnością spojrzeć w twarz przeszłości.

Szacunek dla Węgrów. Oby zawsze udawało im się tak konfrontować swoją historię.

Radio Polonia Węgierska – trzeci odcinek podcastu/Kádár

W najnowszym podcaście mówię o jadłodajni Kádár, tekst poniżej.

Pełna zawartość audycji:

– Powitanie – 00:00
– Wiadomości polonijne – 03:57
– Przegląd polskich tygodników – 07:38
– Rozmowa tygodnia – historyk dr Kamil Paździor – 14:52
– Polecajki książkowe Ingi Kolasińskiej – 36:57
– Książka na głos – 41:11
– Jeż Węgierski w eterze – 46:30
– Matki Boskie Węgierskie – 54:05
– Pożegnanie – 56:41

Niedawno pojawiła się wiadomość, że legendarna śródmiejska jadłodajnia Kádár jest na sprzedaż. Kto tam był to na pewno pamięta obrusy w kratkę, butelki z wodą sodową na stołach, domowe dania, specjalności zakładu takie jak sobotni czulent czy też arany galuskę, na ścianach zdjęcia z autografem podarowane przez większe lub mniejsze gwiazdy (takie jak zdobywca wojewódzkiego tytułu mistrzowskiego w zapasach w jakimś tam roku 1966 czy też jakiś zupełnie zapomniany zespół folkowy), kelnerki, którym napiwek wsuwało się do kieszeni fartuszka czy też wreszcie kelnera o zachmurzonej twarzy Marlona Brando, który urzędował przy wyjściu gdzie przyjmował zapłatę. Czyste retro. Ostatnio miejsce było nienajtańsze, raczej coś na sobotni obiad niż szybki lunch w środku tygodnia.

Może ktoś, kto to kupi będzie chciał podtrzymywać ponadsześćdziesięcioletnią tradycję miejsa ale na to nie liczę, więc to już raczej koniec, Kádár przeszedł do historii. Cieszę się, że tam byłem parę razy, zrobiłem tam nawet parę zdjęć.

Nie pierwsza to rzecz, która na moich oczach przenosi się do przeszłości. Było wśród nich masa romkocsm – kto pamięta jeszcze Iskolę, dwie edycje Mumusa, Muszi, Tűzraktér, stary Fogas czy też pierwotny Instant? Znikł też namiot piwny w Városliget a także wesołe miasteczko obok zoo. Nie ma już tablicy na placu Hunyadi z informacją, między innymi w języku polskim, o zakazie handlu bez zezwolenia, tej pamiątki burzliwych lat 90-tych.

Nie wyliczam tych rzeczy, żeby narzekać, że wszystko co dobre znika, że „kiedyś to było” a teraz to już nie. Chodzi mi o coś innego: dla mnie to kolejny bodziec by starać się odkrywać moje otoczenie – dzielnicę, Budapeszt, Węgry, sąsiednie kraje. Jest tam masa ciekawych rzeczy, które czekają by je poznać. Są one dostępne teraz, trzeba to wykorzystać. Za jakiś czas może ich już nie być, mogą przestać być dostępne, my też możemy być gdzie indziej.

Wnuk mordercy-strzałokrzyżowca

Parę dni temu podczas obchodów siedemdziesiątej piątej rocznicy wymordowania 328 osób w XII dzielnicy Budapesztu (ofiarami byli Żydzi a sprawcami strzałokrzyżowcy, węgierski odpowiednik nazistów, ciekawostka: ich lokalnym przywódcą był wówczas oszalały z nienawiści franciszkanin ojciec Kun) burmistrz tej dzielnicy Zoltán Pokorni wygłosił przemówienie [HU]. Nawiązał w nim do swojego dziadka Józsefa Pokorniego, który w tamtym okresie, a trwało wówczas oblężenie Budapesztu, przyłączył się do strzałokrzyżowców i wziął aktywny udział we wspomnianych morderstwach w budynkach przy ulicach Maros, Alma i Városmajor, niejednokrotnie odgrywając rolę przywódczą.

Zoltán Pokorni, źródło: wikipedia

Pokorni powiedział między innymi:

To nie jest miejsce, gdzie powinienem się zastanawiać jak z człowieka robi się morderca. […] Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Tu załamał mu się głos i dłuższą chwilę milczał.

Zapowiedział też, planuje powrócić do kwestii list ofiar umieszczonych na pomnikach a także powrót do kwestii użycia symbolu Turula w pomniku w dzielnicy, w której jest burmistrzem. Do współpracy zaprosił historyków: Gergő Bendegúza Cseha, dyrektora Archiwum Państwowych Służb Bezpieczeństwa, Tamása Kovácsa, dyrektora Centrum Pomięci Holocaustu oraz historyka Krisztiána Ungváryego. 

To wymaga pewnego wyjaśnienia. Pomnik w kształcie Turula, ptaka z mitologii węgierskiej, który został zawłaszczony przez skrajną prawicę, postawił poprzedni burmistrz w 2005 roku. Pomnik był postawiony bez pozwolenia, zalegalizowano go dopiero po długich sporach prawnych.

Pomnik Turula w XII dzielnicy, źródło: wikipedia

Turul miał upamiętniać ofiary wojny. Ich listę umieszczono na cokole, wśród nazwisk był i dziadek Pokorniego, który zginął od postrzału, dlatego zresztą uniknął powojennych rozliczeń.

Krytycy zarzucali pomnikowi, że pod symbolem oprawców próbuje upamiętnić i ofiary i ich morderców.

Pokorni, którego w międzyczasie wybrano na burmistrza dzielnicy, bronił pomnika proponując rozwiązanie kompromisowe: Turul miał upamiętniać ofiary wojskowe, ofiarom cywilnym miano postawić inny pomnik zlokalizowany gdzie indziej.

Artykuł na temat czynów dziadka Pokorniego ukazał się w październikowym numerze czasopisma Mozgó Világ [HU]. Było to już po jesiennych wyborach lokalnych. Pokorni, jako burmistrz dzielnicy wybrany właśnie na kolejną kadencję, zaproponował na posiedzeniu samorządu by nazwisko jego dziadka usunąć z tablicy na pomniku. Obecne przemówienie było kolejnym gestem jaki uczynił w odpowiedzi na rewelacje tekstu.

Autor publikacji, dziennikarz László Rab, powiedział, że opisane fakty zna od już od 2008 roku ale nie chciał się zaczynać od nowa dyskusji „ojcowie-synowie” jak na Węgrzech nazywa się wyciąganie osobom publicznym czynów ich rodziców – zwykle ojców. Pokorniemu właśnie wyciągnięto w 2002 roku, że jego ojciec, złamany w komunistycznym więzieniu, przez lata działał jako agent pod pseudonimem János Pákozdi. Polityk ustąpił wówczas ze stanowisk w Fideszie, a stał wówczas w partii wysoko bo był przewodniczącym partii i szefem frakcji. Na tym się skończyła się jego kariera krajowa (przedtem był ministrem oświaty).

Przemówienie Pokorniego odbiło się szerokim echem. Wielu przyjęło jako szczery głos pojednania. Stojący po drugiej stronie politycznej barykady burmistrz Budapesztu Gergély Karácsony napisał na facebooku:

Przyszłość domaga się wyznania win przeszłości, szczerego spojrzenia im w twarz. Naszymi rodakami były nie tylko ofiary koszmarnych zbrodni XX wieku ale i ich sprawcy. Wstrząsająca jest odwaga burmistrza Zoltána Pokorniego, żywię do niego za to wielki szacunek.

***

Ta historia rodziny jednego człowieka dla mnie szerzej symbolizuje sam kraj.

Jest tu przeszłość, nieznana bądź też przemilczana. O ile wiemy, Pokorni nie znał historii ojca-agenta. Nie wiadomo jednak ile wiedział o swoim dziadku. Czy świadomy był jego czynów kiedy bronił pomnika Turula? Jeśli tak, dlaczego zdecydował się wnioskować o usunięcie jego nazwiska z pomnika dopiero po ukazaniu się artykułu w Mozgó Világ?

(Swoją drogą warto przypomnieć tu historię polityka Jobbiku, który dowiedział się o sobie, że jest Żydem.)

Jest też instrumentalne użycie historii do bieżącej polityki. Węgry zamykają listę jeśli chodzi o rozliczenia z komunizmem, tutejsze archiwa są trudno dostępne. Ktoś, kto wiedział o agenturalnej przeszłości ojca Pokorniego był na tyle uprzywilejowany, że miał do nich dostęp. Nie wiemy kim był, wiadomo tylko, że po ujawnieniu tych faktów Pokorni wycofał się z pierwszego szeregu polityki.

Poprzez pomnik Turula mamy też przykład upolitycznego sporu o historię. Jak to jest możliwe by nazwisko takiego zbrodniarza jak dziadek Pokorniego mogło znaleźć się na pomniku – i to w dodatku razem z nazwiskami ofiar? Dlaczego rozmywa się odpowiedzialność za zbrodnie mieszając ofiary z oprawcami?

Dalej, Holocaust na Węgrzech prezentowany jest w dominującej formie jako problem żydowski, ewentualnie coś pomiędzy Żydami a Niemcami, Żydzi traktowani są jako osobna kategoria ludzi. Postać Józsefa Pokorniego przypomina, że w dramacie Holocaustu Węgrzy też mieli swój udział.

Mamy wreszcie, i tu już pozytywniej, moment kiedy uznanie ciemnych momentów z przeszłości nie musi być dowodem słabości ani oznaką poniżenia ale raczej aktem oczyszczenia, umożliwiającym budowę przyszłości nie zaprzeczającej zbrodni, które miały kiedyś miejsce a przy tym wyzwolonej od destrukcyjnego po dziś dzień charakteru ich negowania.

Szacunek dla Zoltána Pokorniego.

Budapeszteński kamieniołom

W trakcie WOŚP-u zaoferowałem na licytację przechadzkę po Budapeszcie z Jeżem Węgierski, którą wylicytował Adam, jeden z wielkich bohaterów wydarzenia. Po konsultacjach zdecydowaliśmy się na podziemia Kőbányi, coś zarazem słabo znanego oraz industrialnego, tak jak sobie Adam tego zażyczył.

Wejść tam można tylko z przewodnikiem, grupowo. Na skutek szeregu perypetii dopiero niedawno udało się nam tam w końcu trafić.

Zwiedzanie odbywa się w środy wieczorem. Przed 19 przy wejściu do jakiegoś zakładu przy ulicy Bánya, czyli Kopalnianej, zebrała się grupa około 30-40 osób. Przeszliśmy kawałek ulicy do wejścia gdzie okazało się, że ktoś zmienił kłódkę i musimy zejść pod ziemię inną drogą. Tak dowiedzieliśmy się pierwszego faktu na temat piwnic: formalnie ich właścicielem jest samorząd, faktycznie jednak nikt się nimi za bardzo nie zajmuje.

Wejście, tędy się nie udało

Zeszliśmy na dół wąskimi schodami koło willi Drehera, która mieści się na terenie zakładu. Na dole od razu znaleźliśmy się w wielkim korytarzu o wysokości kilkunastu metrów.

Widać mój cień

Ruszyliśmy za naszym przewodnikiem, który co jakiś czas stawał i opowiadał nam o piwnicach i całej historii dzielnicy.

Przewodnik pokazuje plan piwnic

Kőbánya to po węgiersku kamieniołom. Choć dzielnica tak się nazywa pierwotnie był to region winny. Zbocza znajdującej się tam Starej Góry (Óhegy) pokryte były winnicami. Wino tu wytwarzane podobno było na tyle dobre, że zdarzało się, że gorszy produkt sprzedawano we Wiedniu jako „kőbáński”, taka była to marka.

A niekiedy coś na iPadzie

W połowie dziewiętnastego wieku w Kőbányi pojawił się przemysł. Winiarze patrzyli na to krzywym okiem, ale ich protesty na nic się nie zdały. Władze miasta usunęły początkowe ograniczenia dla budowy zakładów przemysłowych, epidemia filoksery zadała winiarstwu ostateczny cios.

Na górze widać ślady odłupywania bloków kamiennych
Te daty pisane wysoko na stropie oznaczają kolejne kontrole stabilności piwnic prowadzone regularnie przez fachowców górniczych.

Pewnego razu część wyrobiska zapadła się. Całość równo obsunęła się, winnica leżąca nad piwnicą po prostu znajdowała się parę metrów niżej jak gdyby nic się nie stało. Efekt obsunięcia był mocno odczuwalny pod ziemią: podmuch wybijał drzwi, szyby, rzucił o ścianę wóz zaprzężony wołami.

Wydobywając kamień zwykle zostawiano ściany nośne, w tym jednym miejscu zdecydowano się na filary, przez co trzeba było potem wzmacniać strop

Ważną gałęzią przemysłu były kamieniołomy. Wydobywano tu łatwo dostępny wapień, którego używano do budowy dynamicznie rozwijającego się wówczas miasta. Powstałe piwnice przyciągnęły piwowarów, którzy zobaczyli w nich idealne środowisko do produkcji piwa. W czasach, gdy nie istniały przemysłowe lodówki pomieszczenia o stałej i niskiej temperaturze były specjalnie cenne.

11 stopni
Zabytki przemysłowe
W piwnicach były kiedyś studnie dla pozyskiwania wody do produkcji piwa. Brak konserwacji doprowadził do tego, że część pomieszczeń znalazła się pod wodą.

Wydobycie kamienia kontynuowano jeszcze przez jakiś czas tworząc regularną siatkę korytarzy z odnogami aż w końcu tańsza cegła wyparła kamień jako materiał budowlany. Pod koniec wojny przeniesiono tam produkcję lotniczą ze zbombardowanych zakładów na Csepelu.

Powstały tam wówczas schrony z filtrowaniem powietrza. Nie wiele wiadomo o tym komu i jak służyły. Niedawno zagrały w filmie pt. A vizsga (Egzamin), o którym pisałem kiedyś tu. A trakcie przechadzki obejrzeliśmy odpowiedni fragment filmu.

Filtry

Koniec socjalizmu przyniósł też koniec wykorzystywania piwnic. W tej chwili służą one jedynie celom turystycznym, czasami odbywają się tam wyścigi rowerowe. Samorząd szuka pomysłów na wykorzystanie podziemi, którą są dla niego ciężarem.

Tak tak, to wielki piec wykorzystywany w procesie wytwarzania pailinki w fabryce likierów
Górnicze Zakłady Budowy Szybów

Sam dzielnica leżąca nad podziemiami długo była synonimem nędzy. Ulice były niebrukowane, ciemne i niebezpieczne, a warunki mieszkaniowe fatalne. To właśnie tu oraz w Budafok mieściły się jaskinie, w których aż do lat 50-tych mieszkali ludzie. Mieszkańcy cierpieli z powodu szeregu chorób, pracownicy kamieniołomu z powodu pylicy, dzieci krzywicy, wszyscy gruźlicy.

Przechadzka trwała trzy godziny. Na końcu mogliśmy obejrzeć willę Drehera, słynnego założyciela browaru do dziś produkującego nazwane od niego piwo. Ten pałacyk przemysłowca czeka na remont, ale i w obecnym stanie urzeka swoim urokiem. Dziś można wynajmować go na imprezy.

Każdy z pieców w willi jest inny
Klasycystyczny fronton budynku

Organizator Levente Somogyi to pasjonat historii miasta. Przechadzkę prowadził nad wyraz kompetentnie, widać było, że wkłada w to swoją duszę. Poza podziemiami Kőbányi prowadzi też wycieczki po bunkrach Csepelu. Człowiek wart jest polecenia, więcej informacji można znaleźć tu [HU].

Levente Somogyi
Przygotowany przez niego plan przechadzki
Tenże sam plan odwzorowany na powierzchni

W trakcie przechadzki tłumaczyłem Adamowi to, co nam mówił Levente. Pomyślałem czy nie warto byłoby zorganizować przechadzki z tłumaczeniem na polski dla tutejszych Polaków. Jeśliby wypaliła można by spróbować polskich wersji innych przechadzek, jest ich w mieście masa (zobacz tu czy też tu). Czyż nie byłby to piękny projekt dla jakiegoś nowo wybranego mniejszościowego samorządu polskiego?

kilka sugestii dla szpiegów w Budapeszcie

Pamiętam jak będąc chłopcem jeszcze czytałem jakąś książkę historyczną, w której pojawiał się niemiecki szpieg próbujący działać w Londynie w czasie wojny. Nocne wyładowanie na brzegu z łodzi podwodnej przebiega bezproblemowo, nasz szpieg dociera też bez przeszkód do Londynu. Przygotowany jest perfekcyjnie. Język zna na tyle znakomicie, że potrafi rozwiązywać krzyżówki. Ubrania są angielskie, nawet metki bez zarzutu, pieniądze oryginalne. Wszystko powinno grać ale w końcu jednak wpada i to przez jakiś idiotyczny szczegół, którym zwraca na siebie uwagę a którego obecnie nie mogę sobie przypomnieć.

Ta historyjka przyszła mi do głowy kiedy niedawno uświadomiłem sobie dwa takie drobiazgi, które szybko wydają, jeśli nawet nie szpiegów to przynajmniej ludzi „nie stąd”, czyli spoza Budapesztu czy też Węgier.

Z nieznanych mi powodów podając nazwy paru ulic każdy szanujący się budapeszteńczyk poda nie tylko nazwisko ale i imię patrona. Odnosi się tylko do kilku, dalece nie wszystkich przypadków. Mówi więc tu się Petőfi Sándor utca, Paulay Ede utca, Frankel Leó utca oraz Blaha Lujza tér (a nie Petőfi, Paulay czy też Frankel utca albo może Blaha tér). Jednocześnie są Andrássy út, Bajcsy-Zsilinszky utca, Podmaniczky utca, Kossuth tér, itd. jak wspomniałem normą jest używanie tylko nazwiska patrona ulicy, wersja z imieniem to odstępstwo od reguły. Czemu tak jest nie wiem, praktycznego wyjaśnienia to nie ma. Nie ma innego Petőfiego żeby trzeba było odróżniać, nie ma drugiej Blahy a słów to wymówienia jest więcej.

Paulay Ede utca a nie, w żadnym wypadku, Paulay utca

Drugi taki zwyczaj kultywowany przez lokalsów to mówienie dzień dobry/dobry wieczór wszystkim ludziom spotkanym na klatce schodowej, nie tylko sąsiadom ale także nieznajomym, nawet jeśli oczywistym jest, że tu nie mieszkają. Tych samych ludzi już metr od wejścia zignorujemy przykładnie. Co więcej, jeśli jesteśmy w jakimś domu by odwiedzić znajomych też napotkawszy kogoś na klatce schodowej spieszymy z naszym dzień dobry/dobry wieczór.

A tak przy okazji, czy ktoś może potrafi podać więcej przykładów ulic, przy których podaje się pełną nazwę patrona? Zarówno ja jak i szpiedzy w Budapeszcie będziemy bardzo wdzięczni.

walka o Római trwa

Római part to po polsku wybrzeże Rzymskie czyli odcinek brzegu Dunaju w północnej Budzie nazwany tak od pobliskiego osiedla rzymskiego Acquincum. W Budapeszcie to ostatni nieuregulowany (czytaj: niezabetonowany) odcinek rzeki gdzie mieszczą się kluby wioślarskie, nabrzeżne bary z langoszami, tradycyjnym smażonym morszczukiem oraz piwem, ścieżka rowerowa prowdząca do Szentendre a także malownicza romkocsma Fellini. To unikalne w swoim klimacie jest dość popularne wśród budapeszteńczyków.

Nad Római wisi miecz Damoklesa w postaci planu zbudowania tam mobilnego wału przeciwpowodziowego. Ten tajemniczy termin oznacza sieć słupów betonowych, pomiędzy które w razie powodzi wstawia się płyty metalowe. Zbudowanie tej struktury łączy się z umocnieniem gruntu czyli praktycznie rzecz biorąc zabetonowaniem sporej przestrzeni na brzegu a przedtem wycięciem rosnących tam drzew. Plan popiera burmistrz István Tarlós a sprzeciwia się mu szereg organizacji społecznych i lokalnych inicjatyw. Dzisiaj zorganizowały one demonstrację w obronie wybrzeża. Powodem jest zbliżające się głosowanie nad planem w samorządzie miasta.

Demonstracja miała miejsce na placu Madácha. Mimo, że zebrało się kilkasest osób czyli zdawałoby się, że nie tak wiele to jednak wyczuwało się siłę inicjatywy. Greenpeace zapewnił profesjonalną organizację, na demonstracji rozdawano drugi już numer bezpłantnej gazety Helló Római, Lángos vagy beton (Langos czy beton) wydanej w nakładzie 15 tysięcy (!) egzemplarzy, pomyślano o przekazie wizualnym tradycyjnie już zachęcając uczestników do przychodzenia w niebieskich ubraniach i machania niebieskimi chustkami, zdjęcia zebranych robiono z dźwigu.

machający tłum, w tle dźwig

prowadzący demonstrację aktywista Greenpeace-u, w tle transparent „Ochrony przeciwpowodziowej bez niszczenia środowiska”

stoisko gdzie można dostać gazetę, zapisać się na listę adresową czy też dokonać wpłaty na koszty kampanii

czytelniczka Helló Római

Parę przemówień jeśli nawet nie charyzmatycznych było bardzo rzetelnych.

Socjolog miast Iván Tocsis rozpoczął szeregiem przykładów skutecznych protestów społecznych, które zmieniły decyzje władz dotyczących kwestii środowiskowych w szeregukrajów europejskich. Podkreślił brak jakichkolwiek konsultacji obecnego planu Tarlósa: burmistrz próbuje przepchać swoją konsekwencję nie zważając na to co uważają mieszkańcy, ani nawet na to co jest tańszym czy lepszym rozwiązaniem. To nie jest kwestia techniczna ale polityczna i jak najbardziej mamy prawo zajmować w jej sprawie stanowisko, zwrócił uwagę Tocsis. Według niego jedynym beneficjentem budowy mobilnego wału przeciwpowodziowego jest lobby deweloperskie, który tylko czeka aż szereg działek nad samym Dunajem uzyska ochronę przed powodzią (obecnie może ona wyglądać tak). Podkreślił, że protestujący nie są przeciwko samego wałowi ale jego lokalizacji: umieszczenie go na równoległych do rzeki ulicach Nánási i Királyok ma o wiele więcej sensu.

Iván Tocsis, warto zwrócić uwagę na mikrofony niewielkich opozycyjnach stacji telewizyjnych: telewizja państwowa, jak i zresztą większe stacje komercyjne, nie przybyły na demonstrację

Mocne przemówienie wygłosił András Lányi, filozof, pisarz i reżyser, w dawnych czasach dysydent. Zwrócił uwagę, że początkiem końca socjalizmu na Węgrzech były protesty przeciwko budowie zapory w zakolu Dunaju, w co zresztą był zaangażowany, tak więc problemy ekologiczne potrafią prowadzić do upadku reżimu. W związku ze zbliżającymi się wyborami (przyszły rok) przypomniał by nie głosować na polityków, którzy stoją za szkodliwymi dla środowiska decyzjami, których ludzie nie popierają.

András Lányi

***

To nie pierwszy protest w obronie Római. Pisałem kiedyś o demonstracji na samym wybrzeżu. Poprzednia demonstracja miała miejsce w marcu niedaleko urzędu burmistrzowskiego. Nie dałem rady o niej napisać, załączam teraz chociaż parę zdjęć.

drzewa na Római, wał na ulicy Nánási!

wtedy po raz pierwszy spotkałem się z powiewaniem niebieskimi chustami oraz niebieskimi ubraniami

wspólna sprawa: aktywistka broniąca parku Városliget teraz wspierająca sprawę Római

grupa mieszkańców bezpośredniej okolicy Római, zupełni normalsi, w czasie przemówienia

na lewo widać jak wygląda Római obecnie, jak będzie wyglądać w przyszłości nie wiemy

koniec dzielnicy rozrywki?

Moja siódma dzielnica żyje w sławie dzielnicy rozrywki (bulinegyed) jako że mieści się w niej masa romkocsm, barów, restauracji, itp. To magnes przyciągający do Budapesztu wielu turystów, część których jednak doprowadza stałych mieszkańców dzielnicy do wściekłości.

Są to grupki, głównie młodych facetów, przylatujące tu tanimi liniami w celu schlania się. Bywa, że jest to wieczór kawalerski lub panieński, bywa, że tak po prostu, bez okazji. Nocują w tanich hostelach lub mieszkaniach do wynajęcia (u nas w domu są dwa takie, w jednym stoją piętrowe, żelazne łóżka), noc spędzają na jakimś pub crawl oferowanym przez szereg specjalizujących się w tym firm. Na ulicach widać takie duże, kilkudziesięcioosobowe grupy prowadzone z pubu do pubu przez przewodniczki (zwykle to kobiety). Są miejsca, w których za określoną kwotę można pić przez godzinę ile się chce. Ofertę rozrywkową uzupełniają dilerzy i prostytutki.

W efekcie ulice nocą rozbrzmiewają nie tyle od szumu rozmów ile od ryku pijanych (mieliśmy kiedyś o północy okazję wysłuchać Marsyliankę w wykonaniu pijanej w trupa francuskiej ekipy słyszalną znakomicie przez zamknięte okna), walenie w kubły na śmiecie, itd. Mimo upału nie da się otworzyć okien. Pijani „turyści” skaczą po samochodach, łamią lusterka, zdarzyło, że jeden przewrócili. Sikają gdzie się da. Ale nie tylko: sąsiadka znalazła kiedyś na klatce schodowej spodnie z gaciami i kupą w środku, biedna, wyniosła je do kubła na kiju. Na ulicach rano jest masa śmieci i śladów rzygania. A trzeba dodać, że poza naszą dzielnicą na Węgrzech pijanych spotykam niezwykle rzadko – rzadziej jak w Polsce.

Reakcji policji czy służb porządkowych w zasadzie nie ma. Dzwonienie w nocy o pomoc nie za bardzo przynosi efekty. Część barów (te normalne, które nie żyją z tego rodzaju turystyki) wystawia tablice „No stag parties” („Nie obsługujemy wieczorów kawalerskich”). Niektóre bary, te głośne, oferują pobliskim mieszkańcom opłacenie okien z izolacją akustyczną tak to było rozwiązaniem a nie zaprowadzenie ciszy na ulicy w nocy. Samorząd stać było na zakazanie beerbike-ów, które zatykały wąskie uliczki, poza tym umywa ręce. Mieszkańcy dzielnicy żyją w coraz większej frustracji, część się wyprowadziła, inni o tym myślą.

Ostatnio jednak coś się ruszyło. W dzielnicy powstała facebookowa grupa Élhetőbb Erzsébetváros (Erzsébetváros lepszy do życia), która poza zwyczajowym utyskiwaniem w internecie zajęła się działalnością na rzecz ukrócenia powyższych zjawisk. Zorganizowali sprzątanie dzielnicy po jednym z upojnych weekendów a worki ze śmieciami złożyli przed wejściem do budynku samorządu. Zwołali forum dla mieszkańców, na które przyszło 150 osób, zabrakło tylko burmistrza lub jego przedstawicieli. A na 27 lipca w nocy ogłosili demonstrację protestującą przeciwko braku spokoju w nocy.

Bardzo ciekawa inicjatywa, kibicuję jej. Poznawszy zaangażowanych w nią ludzi wierzę, że nie chodzi im o serię zakazów: zmianę chcą osiągnąć we współpracy trójkąta samorząd-mieszkańcy-właściciele barów. A że wybory samorządowe już blisko (jesień 2018) jestem przekonany, że samorząd obudzi się i w jakiś sposób zareaguje.

To może być koniec dzielnicy rozrywki jaką znamy – choć zarazem na pewno początek, mam nadzieję, czegoś ciekawszego.

erzs1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


plakat z zaproszeniem na forum mieszkańców, niestety, nie zauważył go burmistrz

erzs22

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Dość tego – demonstracja już tuż

3 x veto – demonstracja w Budapeszcie

Dzisiaj rano na facebooku przyszło zaproszenie na „Spacer przed polską ambasadą w Budapeszcie” o 20. W końcu i Budapeszt przyłącza się do protestów. Niezwykle skutecznie: może godzinę później pojawiła się wiadomość, że prezydent Duda zawetował dwie z trzech ustaw sądowych PiSu. Aż nie śmiem myśleć, że stało się pod wpływem informacji o tutejszym proteście.

Na demonstrację przyszło około 30 osób, w większości Polaków choć byli i Węgrzy a także cudzoziemcy: wiem o przynajmniej jednej Rosjance i Norweżce.

Pojawiły się, jak w Polsce, świeczki, białe róże a także kreda, którą porobiliśmy napisy na chodniku przed ambasadą (Wolne sądy, Solidarność, 3xNIE i ich węgierskie odpowiedniki). Organizatorzy (aktywiście partii Razem) wygłosili krótkie przemówienia po angielsku by były dla wszystkich zrozumiałe, poskandowaliśmy Solidarność naszą bronią oraz Jeszcze jedno (weto) i paru Węgrów shackowało plakat z Orbánem – efekt poniżej. 

Jak trzeba będzie to znów się zbierzemy.

demonstrantki

Świeczki, białe róże

wolnesady21

Świeczki

wolnesady11

Może nie tłum ale grupa uczestników

wolnesadyprzemowienie1

Przemówienie

wolnesadyorban
Shackowany Orbán z plakatu

instagram

Postanowienia noworoczne: otworzyłem profil na instagramie. Wrzucać tam będę zdjęcia rzeczy, które mnie zaciekawiły czy zdziwiły, z krótkim komentarzem – dla odmiany po angielsku. Na początek takie zdjęcie:

HofiGezaStopa

To mój ulubiony i najśmieszniejszy odcisk stopy na alei gwiazd na ulicy Nagymező (przed Instytutem Polskim). Tak, Géza Hofi był humorystą:)

Zachęcam do subskrybowania mojego instagrama – będzie świetnie!