Radio Polonia Węgierska 71 / węgierska gorączka sobotniej nocy na ludowo

W najnowszym, 71 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o szaleństwie tańców ludowych, które pojawiło się na Węgrzech w latach 70-tych i którego można doświadczyć i dziś (19:10).

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd prasy polskiej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Autorzy: J.Celichowski, R.Rajczyk, P.Piętka

Niedaleko miejsca gdzie mieszkam mieści się niewielki klub o nazwie HellóAnyu! czyli Cześć mamuśka! To miejsce dla matek z małymi dziećmi, które mogą tam spędzić czas w towarzystwie innych mam i ich maluchów. Małe stoliki i krzesła definiują charakter miejsca. Podawane są tam też obiady, na które może wstąpić każdy. Miejsce prowadzi ekologiczna fundacja.

W niektóre wieczory w ciągu tygodnia HellóAnyu! zmienia się w miejsce dla potańcówek. Pojawia się trzech muzyków – na moje niefachowe oko grają oni na skrzypcach, altówce i basie – a kilka czy też kilkanaście zebranych osób, zwykle w średnim wieku, tańczy tańce ludowe. Ta impreza to táncház czyli dom tańca.

Historia táncházów sięga wczesnych lat 70-tych. Wydarzeniem, które można uznać za ich początek był táncház, który zorganizowano na placu przed Akademią Muzyczną 6 maja 1972 roku. Zagrało trzech muzyków, zatańczyli tancerze z zespołu ludowego Bihari. Nowością było to, że zamiast precyzyjnie wypracowanej monumentalnej choreografii wykonanej przez dużą grupę tancerzy do muzyki z partytury zagranej przez zespół rozmiarach orkiestry symfonicznej – tak wyglądała wówczas muzyka ludowa, zostawiono miejsce dla improwizacji.

Wydarzenie było ogromnym sukcesem. Zaczęto organizować kolejne táncházy – i pojawił się pierwszy spór: czy organizować wydarzenia tylko dla profesjonalnych tancerzy czy też umożliwić tańczenie także totalnym amatorom – ludziom z ulicy? Historia przyznała rację zwolennikom drugiego podejścia.

Ruch táncházów stał się ruchem masowym. Co chwila organizowano kolejną potańcówkę, jeden po drugim powstawały zespoły grające muzykę ludową, pojawiły się płyty, znacząco wzrosło zainteresowanie muzyką ludową wśród badaczy i działaczy kultury, zaczęto organizować obozy dla miłośników tańców ludowych. W 1982 roku zorganizowano pierwsze krajowe spotkanie táncházów. Co ciekawe, táncházy ogromną popularność zdobyły w miastach mimo, że kultura ludowa na Węgrzech to kultura chłopska. Dla wielu młodych ludzi weekendowa potańcówka ludowa stała się ulubioną formą rozrywki.

Mimo, że węgierski w swoim rdzeniu, ruch szybko wykroczył poza czysto węgierską kulturę. Z jednej strony od samego początku otwarty był na muzykę mniejszości mieszkających na Węgrzech, z drugiej szybko pojawiło się zainteresowanie węgierską kulturą ludową spoza terenu Węgier. W pierwszym rzędzie mowa tu o Siedmiogrodzie, gdzie, z powodu zacofania ówczesnej Rumunii, kultura ludowa zachowała się dłużej niż na Węgrzech. Kiedy tylko było to możliwe jeżdżono tam by potańczyć sobie z miejscowymi, przywożono płyty, ściągano tamtejsze melodie.

Táncházy zaczęły pojawiać się poza granicami kraju, poza wspomnianym Siedmiogrodem także i w innych częściach świata, w tym w obu Amerykach i w Azji, przyciągając uczestników, którzy z racji pochodzenia z kulturą węgierską nie mieli nic wspólnego.

Po upadku socjalizmu kultura ludowa, będąca paliwem táncházów, stała się częścią mainstreamu. Zaczęto ją nauczać w szkołach, powstały instytucje poświęcone jej promowaniu. W 2011 UNESCO wpisało táncház, jako metodę propagowania tańców ludowych, na listę niematerialnego dziedzictwa kulturalnego.

Dziś táncházy okres swojej świetności mają poza sobą. Uczniowie w szkołach, dla których nauka tańców ludowych jest obowiązkowa, kręcą na nią nosem. Uczestnicy wieczorków z HallóAnyu! pokazują, że tradycja jest jednak jeszcze żywa.

Seklerscy tancerze – idole młodzieży, źródło: Abkarovits Endre – Négyvenéves a magyarországi táncmozgalom
Nie wszystkie táncházy bywają takie duże, źródło: wikipedia
HellóAnyu!

Radio Polonia Węgierska 66 / Drugie życie Budapesztu

Budapeszt ma swoje drugie życie – w filmach, w których występuje. O tym mówię w najnowszym odcinku podcastu (25:25).

Program podcastu:

  1. Powitanie
  2. Serwis polonijny
  3. Przegląd prasy węgierskiej i polskiej
  4. Jeż Węgierski w eterze
  5. Relacja z Wilna
  6. Pożegnanie
    przygotowali – R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Często myślimy, że znamy Budapeszt, wiemy czym jest, gdzie są jakie budynki, potrafimy zacytować to i owo z jego historii, mamy swoje ulubione restauracje, bary, sklepy czy rynki i tak dalej i dalej a jednak miasto ma swoje drugie życie. Budapeszt potrafi udawać, że jest czymś innym, co mu zresztą często świetnie wychodzi. Budapeszt mianowicie występuje w filmach.

W tych filmach Budapeszt gra inne miasta. Różne, co akurat potrzeba. W takim Monachium zagrał ich kilka: Rzym, Londyn, Paryż oraz miasto Hoorn w Holandii. W Spy game (polski tytuł Zawód: szpieg) jest Berlinem wschodnim. W Treadstone, kolejnym filmie o Jasonie Bournie granego przez Matta Damona, Budapeszt gra samego siebie a także Berlin, Paryż, Londyn, Bukareszt oraz Moskwę. W Marsjaninie udaje, że jest Pekinem a budynek Wieloryba (Balna) występuje jako centrum NASA. W Evicie przekonująco występuje jako Buenos Aires, w Die Hard 5 jako Moskwa, która gra zresztą często. Budapeszt potrafi nawet udawać Polskę, w tej roli zagrał w Sztuce kradzieży oraz w Jakubie kłamcy. Tych filmów i miast jest wiele, nie sposób ich teraz wszystkich tu wymienić.

Mieszkając w Budapeszcie często trafia się na moment kręcenia filmu. Zwykle jest to irytujące bo nagle nie można gdzieś przejść i trzeba iść dookoła. Samego momentu kręcenia nie widać, jest tylko masa pojazdów, personelu technicznego i sprzętu, na ziemi walają się kable, buczą generatory, cateringowy autobus kusi napojami i kanapkami. Raz próbowałem zrobić zdjęcie scenografii, interweniował ochroniarz.

I tak jak kręcenie filmu żadnej radości budapeszteńczykom nie daje to już oglądanie filmów, w których wystąpiło nasze miasta, to czysta przyjemność. Poza śledzeniem samej akcji filmu dodatkowej rozrywki dostarcza wychwytywanie momentów, w których pojawia się Budapeszt no i określanie, które to dokładnie miejsce. Można sobie z tego zrobić niezłą zabawę.

Choć zwykle szczęka opada gdy w filmowym Paryżu, Londynie czy Moskwie odkryje się Budapeszt, który nader przekonująco wcielił się w swoją filmową rolę jak kameleon dopasowywujący się do klimatów różnych miast to bywa jednak, że efekt jest nieco, hmm, zaskakujący. Tak było na przykład w serialu Homeland, gdzie Budapeszt miał udawać Moskwę. Na ekranie pokazano budański zamek widziany ze strony Pestu – jeden z najbardziej klasycznych widoków miasta – wyświetlając przy tym napis „Moskwa”.

Taki jest to nasz Budapest, fascynujący kiedy jest sobą a także kiedy udaje inne miasta.

Już nawet nie Bukareszt. źródło: Homeland S8:E12 50:17

Warszawska Akademia Teatralna pomaga Free SzFE

Przekazywanie państwowych uniwersytetów do prywatnych fundacji przez Fidesz napotkało na opór tylko w przypadku maleńkiej szkoły teatralnej (Szinház- és Filmműveszéti Egyetem w skrócie SzFE). Tam w proteście studenci zorganizowali strajk okupacyjny, zastrajkowali też wykładowcy. Odbyło się szereg demonstracji, o największej z nich pisałem tu.

Wobec kolejnego lockdownu strajk przerwano i na teren uniwersytetu wszedł nowy kurator, nota bene zawodowy oficer wojska, któremu to wcześniej uniemożliwiano. Z uniwersytetu odeszło wielu wykładowców. Zaczęło działać stowarzyszenie Free SzFE.

Stowarzyszeniu udało się osiągnąć to, że studenci, którzy nie będą chcieli dalej się uczyć na przejętym uniwersytecie mogą studia zakończyć w jednej z pięciu zagranicznych szkół teatralnych, które zgodziły się ich przygarnąć uznając zdobyte przez nich kredyty. Studiować będą dalej w ramach kursów zorganizowanych przez Free SzFE pod nazwą Emergency Exit, natomiast dyplomy dostaną od tych uczelni.

Niedawno ukazała się dość sensacyjna informacja [HU], że z niemal wszyscy studenci wydziałów filmowych opuszczają uniwersytet by kontynuować studia w ramach programu utworzonego przez stowarzyszenie.

A oto te pięć uniwersytetów, które zgodziły się przyjąć byłych studentów SzFE: Akademia Muzyczna w Salzburgu (Universitat Mozarteum), Akademia Sztuk Teatralnych w Ludwigsburgu (Akademie für Darstellende Kunst Baden-Württemberg), szwajcarska Akadedmia Teatralna (Accademia Teatro Dimitri), wiedeńska Akademia Filmowa (Filmakademie Wien) – oraz warszawska Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza – Filia w Białymstoku. Oświadczenie tego ostatniego uniwersytetu można przeczytać tu.

Taki miły przyczynek do historii przyjaźni polsko-węgierskiej.

Radio Polonia Węgierska 57 / Magyar nóta

Ani ludowa ani cygańska, ale węgierska: magyar nóta czyli taka wymyślona muzyczna tradycja. O niej opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (17:35).

Program:

– powitanie
– serwis polonijny
– Jeż Węgierski w eterze
– urywki z historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R. Rajczyk, J. Celichowski, P. Piętka

W niektórych turystycznych restauracjach można spotkać zespół cygański w połyskujących złotem, szamerowanych kamizelkach grający gościom do ucha na ogól rozdzierająco smutne melodie. Nie jest to ani muzyka cygańska ani, mimo stylizacji na ludowość, muzyka ludowa (i ta i ta jest dużo ciekawsza).

Ta restauracyjna muzyka to magyar nóta, do dziś lubiana przez wielu sztuczna muzyka pseudoludowa. Powstała ona w początkach dziewiętnastego wieku w okresie wzrostu świadomości narodowej na Węgrzech, dla której ten nowy gatunek stał się jedną z form wyrazu. Wykonywana była zwykle przez cygańskich muzyków, wśród których dominującą rolę odgrywał skrzypek – prímás. Smętna zwykle melodia oraz stylizowane na ludowe a przy tym banalne teksty miały mieć “węgierski” charakter nadając piosenkom ogromną popularność wśród wszystkich warstw społecznych.

Nóta rozbrzmiewała w eleganckich restauracjach i spelunkach. Melodie można było zamówić u Cyganów, śpiewać je można było też samemu, zwykle po pijaku. Każdy szanujący się mężczyzna miał swoją ulubioną nótę. Nóty dawały życiu muzyczne tło.

Najsłynniejszym z cygańskich skrzypków w świecie magyar nóta była Pista Dankó. Urodził się w biednej rodzinie niedaleko od Segedynu. Przedwczesna śmierć ojca zmusiła go do rozpoczęcia pracy przed osiągnięciem dorosłości. Muzycznie był samoukiem i nigdy nie nauczył się zapisu nutowego ale miał talent do tworzenia muzyki. Jak mówili współcześni „jego muzyka płynęła mu z serca.”

Pierwszy zespół założył w wieku lat piętnastu, początkowo często grywali zaledwie za poczęstunek. Z czasem ich popularność zaczęła rosnąć i kiedy Dankó wygrał konkurs na muzykę do tekstów piosenek Lajosa Pósy przeniósł się do Budapesztu, gdzie jego kariera rozkwitła – grał nawet na dworze cara.

Gdy umarł pochowano go w Segedynie a na jego pogrzebie pięciuset cygańskich skrzypków zagrało jego wielki przebój Eltörött a hegedűm czyli Pękły mi skrzypce. W mieście ma zresztą pomnik, kto wie czy nie jest to jedyne w kraju pomnikowe przedstawienie Roma.

Magyar nóta, choć dalece nie tak populana jak jeszcze w połowie dwudziestego wieku, do dziś ma swoich wielbicieli. Mają oni nawet swój program radiowy (Dankó Rádió), gdzie ta muzyka leci przez cały dzień na okrągło. Kogo ta muzyka ciekawi może jej sobie tam i dziś posłuchać.

Pista Dankó za życia …
… i po śmierci, źródło: wikipedia

Opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech

Kiedy Mette Frederiksen została premierką Danii Rasmus Bo Sørensen z dziennika „Information” postanowił przygotować dla niej listę współczesnych powieści z kilku krajów unijnych, które mówią o nich coś ważnego, by pomóc jej w zrozumieniu europejskich partnerów. O pomoc poprosił krytyków z „Guardiana” (Wielka Brytania), „De Telegraaf” (Holandia), „Aftonbladet” (Szwecja), „Die Zeit” (Niemcy) i „Wyborczej”. Natalia Szostak, która przygotowała rekomendację z Polski, zaproponowała Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk.

Jak widać, wśród tych krajów nie było Węgier. Zastanowiłem się jaką książkę można by stąd polecić Mette Frederiksen. Na pewno bym rozważył coś László Krasznahorkaia, który, obok Pétera Nádasa, od szeregu lat jest węgierskim kandydatem na Nobla. Klimat jego książek świetnie oddaje tę ciemniejszą stronę Węgier i węgierskiej duszy.

Niedawno przeczytałem Báró Wenckheim hazatér (Baron Wenckheim powraca do domu), drugą już dla mnie po Sátántangó powieść tego autora (o Sátátangó pisałem tu). Klimat jest przedapokaliptyczny: w kraju panują polityczne niepokóje, nie wszystko już funkcjonuje, są braki w zaopatrzeniu, w miasteczku gdzie dzieje się większość akcji, oczywiście leżącym na depresyjnej Nizinie Węgierskiej, panuje marazm, beznadzieja i poczucie upadku. Miejscową społeczność elektryzuje – na chwilę – wiadomość, że powraca kiedyś tam mieszkający baron Wenckheim. Wszyscy są podeskscytowani i spekulują na temat inwestycji czy też darowizn, które ma poczynić i które mają doprowadzić miasteczko do rozkwitu. Więcej akcji nie zdradzę by nie odbierać przyjemności lektury, a są w niej zaskakujące zwroty.

W książce wszystko jest nieco nierealistyczne i przesadne. Postaci są mocno zarysowane, to często raczej archetypy niż poszczególne jednostki. Takimi są burmistrz, komendant policji, profesor czy przywódca miejscowej grupy faszystów. Niektóre wydarzenia, jak sposób w jaki miasteczko przyjmuje barona, ocierają się o groteskę.

Ta konwencja nierealizmu pozwala w skondensowany sposób oddać węgierski fatalizm. Kto chce poczuć ten aspekt węgierskości, dla przyjeżdzających skryty za błyskotkami oferty turystycznej, może to zrobić za pośrednictwem tej książki.

Podobnie jak w Sátántangó pojawia się wątek beznadziejnej sytuacji i oczekiwania na mesjasza, który ma przywrócić wspominaną jako złoty czas przeszłość. Ten przybywszy jednak rozczarowuje pozostawiając za sobą jeszcze bardziej rozczarowanych ludzi.

Sama lektura nie jest łatwa. Autor operuje jednozdaniowymi akapitami, które mogą się ciągnąć przez kilka stron. Każdy akapit oddaje perspektywę jednego z bohaterów, zmiana akapitu to zmiana bohatera. Nie ma dialogów. Część wątków nie zostaje zakończona prowokując czytelnika do spekulacji kim byli poszczególni bohaterowie czy też co się z nimi potem stało. To wszystko powoduje, że nie jest łatwo śledzić akcję powieści.

Ale mimo tego książka warta jest wysiłku. Jak pisałem, pozwala ona na obcowanie z węgierskim fatalizmem a zarazem to wysmakowana literatura. No i może kiedyś się okazać, że jej autor został noblistą.

W Polsce, dzięki wydawnictwu W.A.B. ukazały się trzy książki Krasznahorkaia: Szatańskie tango, Melancholia sprzeciwu oraz Wojna i wojna. Niedostępne są obecnie w księgarniach, jakbyś ktoś był zainteresowany to pozostają antykwariaty i allegro.

Może i opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech znajdzie swojego tłumacza oraz wydawcę.

Ta niezła okładka nieźle zapowiada klimat książki

Młodzi tłumacze filmów

Jeszcze w czerwcu 2020 roku w Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst o projekcie Młodzi tłumacze filmów, który miałem przyjemność koordynować. Pomyślałem, że wrzucę go też tutaj, może zainteresować osoby zainteresowane kulturą i dwujęzycznością.

***

Właśnie powstały węgierskie napisy do dwóch polskich filmów, Magicznego drzewa oraz Córki trenera. Nie byłoby w tym niczego ciekawego, gdyby nie sposób, w jaki do tego doszło.

Pierwszą niezwykłą rzeczą jest to, że napisy są dziełem nie jednej osoby a grupy i to w większości składającej się nastolatków. Ponadto, w tym szkolnym projekcie – zorganizowała go Szkoła Polska przy Ambasadzie RP – wzięli udział nie tylko jej dwujęzyczni uczniowie, ale i absolwenci. Gdzie mamy drugą taką szkołę, do której absolwenci powracają by się czegoś nowego nauczyć? Co więcej, poza uczniami i absolwentami w przedsięwzięciu udział wzięła też studentka polonistyki na ELTE oraz jeden z rodziców. I znowu: gdzie jeszcze razem uczą się zarówno osoby związane ze szkołą jak i pochodzące z zewnątrz, uczniowie i rodzice?

Młodzi Tłumacze Filmów to trzeci już translatorski projekt szkoły zorganizowany dla jej dwujęzycznych uczniów. Poprzednio przetłumaczyli oni na węgierski książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata (do dziś do kupienia w księgarniach), a także wzięli udział w szkoleniach dla tłumaczy konsekutywnych. Niektórzy z młodych tłumaczy uczestniczyli we wszystkich tych trzech projektach.

Pomysł przedsięwzięcia był prosty: pokazać uczestnikom jak się tłumaczy filmy a potem dać im spróbować swych sił na prawdziwych filmach, które zostaną potem publicznie pokazane.

Na początku więc uczestnicy wzięli udział w szkoleniach dotyczących samego tłumaczenia filmów, które poprowadziła doświadczona w tej dziedzinie Judit Kálmán, a także techniki tworzenia napisów. László Kovács, który – podobnie jak Judit – na co dzień współpracuje z Instytutem Polskim, pokazał jak używać do tego celu bezpłatnego programu komputerowego SubtitleEdit.

Po szkoleniach rozdzieliliśmy filmy – każdy dostał swój fragment jednego albo dwóch filmów do przetłumaczenia – i … rozpoczęła się pandemia koronawirusa. Cały projekt przeniósł się do internetu.

Nadesłane tłumaczenia zostały zredagowane przez Judit, a powstałe w ten sposób napisy László wbudował w film. Końcowe spotkanie, na którym omówiliśmy to, co się w pracy uczestników udało i to, co wyszło gorzej (każdy z nich dostał pisemne uwagi) odbyło się na Zoomie.

Niestety, planowany na maj pokaz filmów, który miał się odbyć w ramach Polskiej Wiosny Filmowej, musiał zostać przełożony na jesień, mamy nadzieję, że dojdzie wtedy do skutku.

Poza pandemią wyzwaniem dla projektu był wybór filmów do tłumaczenia. Niewiele produkuje się filmów dla młodzieży czy też dzieci, a nie wszystkie filmy dla dorosłych nadają się dla takiego projektu. Język nie powinien być zbyt trudny, mowa przecież o początkujących tłumaczach, chcieliśmy też uniknąć zbytnich wulgaryzmów tak częstych we współczesnych filmach. Końcowa decyzja nie była więc łatwa, ale cieszymy się, że ostatecznie udało się znaleźć film dla dzieci (Magiczne drzewo – reż. Andrzej Maleszka), jak i film tematyką dotykający problemów nastolatków (Córka trenera – reż. Łukasz Grzegorzek).

Jeśli chodzi o cele projektu to chodziło nam przede wszystkim o przetłumaczenie obu filmów, co w pełni udało się zrealizować. Pragnęliśmy zarazem przekazać uczestnikom praktyczne umiejętności w obszarze tworzenia napisów do filmów tak, by w przyszłości wyłonili się z nich kolejni tłumacze filmów, jest jednak dużo za wcześnie, by wyrokować, na ile nam się to udało. Więcej czasu potrzeba też, by ocenić, na ile zdołaliśmy zachęcić młodych tłumaczy do zaangażowania w wymianę między polską i węgierską kulturą.

Chcieliśmy, by udział w projekcie został doceniony przez węgierskie szkoły uczestników, w tym celu wysłaliśmy do nich list informujący je o tym. Niestety, wydaje się, że niejednokrotnie nauczyciele w tych szkołach nie są zainteresowani tą niecodzienną aktywnością swoich uczniów.

Projekt został zrealizowany razem z Instytutem Polskim reprezentowanym przez Małgorzatę Takács. Współpraca obejmowała wspólny dobór filmów, rekomendacje dotyczące wykładowców, a także, to jeszcze nas czeka, pokazy gotowych już filmów. Mamy nadzieję, że w przyszłości Instytut wykorzysta nowo nabyte umiejętności uczestników projektu. Bardzo mu za tę współpracę dziękujemy!

Wniosek o wsparcie finansowe projektu złożyliśmy w końcu września do Fundacji Felczaka. Odpowiedzi na niego nie dostaliśmy niestety po dzień dzisiejszy. Na szczęście w trudnej sytuacji z pomocą przyszedł Samorząd Polski w II Dzielnicy Budapesztu, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni.

A oto lista uczestników projektu: Zofia Bedyńska, Tomasz Bedyński, Piotr Bedyński, Emil Celichowski, Márk Forreiter, Dániel Haraszti, Lujza Mária Mondovics, Ádám Pongrácz, Marko Skrodzki, Kinga Somlói oraz Ágnes Szűcs. Jeszcze o nich nie raz usłyszymy.

Spotkanie końcówe na zoomie
Rozdanie dyplomów
Screenshot z Córki trenera z nazwiskami niektórych tłumaczy

Via Carpatia

Jakiś czas temu napisałem omówienie tej książki dla Polonii Węgierskiej. Mimo, że mówiłem o niej kiedyś w podcaście, przyszło mi do głowy, że może warto je też tutaj, for the record, zamieścić.

Via Carpatia

Nie wiem, co takiego Węgry mają w sobie, że przyciągają – często niezłych – pisarzy, by pisali o tym kraju. I tak w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat ukazało się w Polsce co najmniej pięć książek o współczesnych Węgrzech: trylogia Krzysztofa Vargi Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą oraz Langosz w jurcie, napisana przez Igora Janke biografia Viktora Orbána pt. Napastnik oraz Via Carpatia Ziemowita Szczerka. Wszystkie one, w taki czy inny sposób, opowiadają o Węgrzech polskim czytelnikom.

Książka Szczerka, którą chcę przybliżyć w tym artykule, traktuje zresztą nie tylko o Węgrzech, to zapis podróży po Węgrzech i Basenie Karpackim autora. Czuje się w niej wpływ kwitnącego w Polsce reportażu literackiego. Tak na przykład opisuje autor Arad:

W pogranicznym Aradzie było nadal węgiersko, ale jakoś inaczej. Plac przed dworcem wyglądał, jakby jakiż tajfun zdarł cały asfalt i porył klepisko bruzdami. Zaparkowane samochody nie stały w równym szyku, tylko jeden wyżej, drugi niżej. (…) Płaskorzeźbie lwa sterczącej z frontonu rozkładającej się w upale kamienicy ktoś dosprejował psychodeliczne jaskrawozielone oczy. Na ławce w centrum miasta przysiadł starszy mężczyzna w czapce mimo upału naciągniętej na czubek głowy. Zdjął buty i wyciągnął przed siebie bose stopy. Zaczęły je obdziobywać gołębie. Zaczynałem podejrzewać, że jestem w jakiejś innej, dziwnej rzeczywistości.

Nie jest to jednak zwykły dziennik podróżnika. Szczerka interesuje przede wszystkim polityka oraz jej kulturowe korzenie. Nie udaje przy tym obiektywności. Pisze o sobie: Jestem wampirem chłepcącym nacjonalistyczne pieśni jak krew z alkoholem i faktycznie widać, że najbardziej fascynują go wszystkie przejawy nacjonalizmu, resentymentów narodowych, pojawiający się między wierszami rewizjonizm, wspomniany nemzeti rock, czy też dziwaczne teorie jak ta, w myśl której Jezus był w zasadzie Węgrem. Potrafi pozwolić sobie na małe złośliwości, na przykład, kiedy pisze właśnie o narodowym rocku: Zamykałem oczy i zastanawiałem się, jak musi wyglądać życie muzyków Kárpátii. Święta Korona, Trianon, męka uciśnionych Węgrów od rana do wieczora, od porannej jajecznicy, przy cały boży dzień, po kolację, piwo, pewnie jakiś dramatyczny film historyczny o cierpieniu Transylwanii, i do łóżka. I od rana to samo.

Te fascynacje prowadzą go w okolice zwykle omijane przez turystów. Zagląda do takich miejsc jak: Felcsút, Oroszlány, Várpalota, Ózd, osławione osiedle Luník IX w Koszycach, Oradea, Timisoara, Targu Mures, Chust, Mukaczewo, Czop, Subotica oraz Nowy Sad, choć w książce pojawiają się również Gruzja, Macedonia, a także Austria – cały nasz region. Ogląda te miejsca, opisuje, relacjonuje rozmowy z napotkanymi ludźmi oraz mniej lub bardziej prominentnymi politykami.

A krąg jego rozmówców jest szeroki. Jest tam mechanik samochodowy z Oroszlány, napotkany przypadkowo w barze w Satu Mare Węgier, zatrudniona przy robotach publicznych Romka w Ózd, liberalny blogger z Budapesztu, ale też Zsolt Németh, polityk Fideszu z górnej półki, Dávid Janicsák, jobbikowski burmistrz Ózdu, zresztą częściowo polskiego pochodzenia, albo autor krytycznej analizy rządów Orbána pt. Państwo mafijne Bálint Magyar.

Często wychodzi poza reportaż i – niejednokrotnie barwnym językiem – tłumaczy węgierską rzeczywistość. Fideszowskie Węgry nie są już zwinnym tygrysem – raczej leniwym, przejedzonym, cynicznym i kombinującym Garfieldem – tak opisuje na przykład konsolidację wiodącej partii w państwie.

Szczerek jest liberałem. Krytycznie zapatruje się na politykę Orbána. Jednocześnie jednak nie unika rozmówców reprezentujących obce mu poglądy, wysłuchuje ich – relacjonuje ich słowa, bywa, że przyzna im rację, wykazuje empatię, nie stroniąc jednak przy tym od dyskusji. W rozmowie ze znanym ze skrajnie prawicowych poglądów Janicsákiem na wysoce drażliwy temat Romów, na jego argument, że zagraniczna prasa krytykuje go za to, jak z nimi postępuję, ale oprócz napiętnowania nie podaje pomysłów na rozwiązanie problemu, odpowiada: To akurat prawda. Gdy Romowie wyjeżdżają z Węgier, Rumunii czy Słowacji na Zachód, tamtejsze władze nie zastanawiają się zbytnio nad tym, co robić, tylko deportują ich ciupasem na Wschód. Pomysłów zbyt wielu nie ma. Po czym jednak, zwracając się do Janicsáka, zaraz dodaje: A jaki macie wy?

Nieraz krytykuje pozycje bliskich mu ideowo osób. Często po prostu zdaje sprawozdanie z rozmowy, nie zajmując stanowiska wobec tego, co słyszy. Czuje się, że to brat-łata, który dogada się z każdym – osiedlowym „gopnikiem”, facetem spotkanym na stacji kolejowej, czy też wielkomiejskim blogerem – nawet, jeśli nie całkiem zna ich język. W jednym przypadku rozmowę przeprowadza za pomocą tłumacza Google. Szczerek śpi w tanich pensjonatach, je na stacjach benzynowych, spotyka się ludźmi w kiepskich barach. Węgry i Europę wschodnią zna od dołu, obca mu jest perspektywa luksusowego hotelu położonego w śródmieściu stolicy.

We wszystkim tym Szczerek szuka duszy węgierskiej. Próbuje ją opisać i zrozumieć, zauważyć, jak przejawia się w decyzjach codziennej polityki.

Tym, co dostrzega przede wszystkim, jest resentyment narodowy. Poczucie poniżenia, od Trianonu aż po członkostwo w Unii Europejskiej, a także będące reakcją na nie „wstawanie z kolan”. Pokazuje, że nie są one ani węgierską, ani polską specjalnością, a raczej bardziej uniwersalnym przejawem napięcia między peryferiami – Europą Wschodnią a centrum – Europą Zachodnią. Z tą ostatnią, pomimo rozszerzenia na wschód, do dziś w dużej mierze utożsamiana jest Unia Europejska.

Ten resentyment – to „wstawanie z kolan” – łączy kraje regionu. Węgry nie są więc tak unikalne, jak często Węgrzy o swoim kraju myślą.

Mimo tych podobieństw poczucie – prawdziwego czy wyimaginowanego – poniżenia nie zawsze jest wynikiem relacji z Zachodem. Nieraz za ból jednego kraju winiony jest inny kraj również akurat „powstający z kolan”. Podzielany resentyment nie wystarczy więc do budowania wspólnoty.

Jeśli coś daje nadzieję, to tytuł książki. Autostrada Via Carpatia, prowadząca przez Litwę, Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Grecję, to inicjatywa krajów Europy Wschodniej, łączy je. Czy pomoże budować więzi między nimi? Czy to, że współfinansuje ją Unia Europejska pomoże przezwyciężyć wschodnioeuropejskie poczucie krzywdy?

To pytania, na które każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. Jeśli ktoś wyda książkę po węgiersku, to zastanowić się nad nimi będą mogli także tutejsi czytelnicy.

Radio Polonia Węgierska 43 / Chłopcy z placu Broni

W najnowszym podcaście opowiadam (25:30) o najbardziej znanej węgierskiej książce czyli o Chłopcach z placu Broni. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd prasy
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Program przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Będąc w szkole podstawowej czytaliśmy wszyscy Chłopców z placu Broni Ferenca Molnára. Okazuje się, sprawdziłem to właśnie , że ta książka, której węgierski tytuł brzmi Pál utcai fiúk, i dziś jest lekturą, bodaj jako jedyna pozycja z węgierskiej literatury.

Nie jest to przypadkiem. Ta powieść, mimo że powstała ponad sto lat temu (pierwszy raz opublikowana została w odcinkach w gazecie w latach 1905-1906) nie straciła na świeżości. Nieprzypadkowo jest najbardziej znaną na świecie pozycją z literatury węgierskiej: wikipedia wylicza jej tłumaczenia na 32 języki, które ukazały się w niezliczonych wydaniach. Książkę sześć razy sfilmowano, po raz pierwszy w 1917 roku – ta wersja jednak się niestety nie zachowała.

Jako chłopiec książkę czytałem z wypiekami na twarzy choć nie rozumiałem czemu Nemecsek musiał umrzeć a jego ofiara miała być daremna. Kiedy do książki powróciłem jako dorosły odebrałem ją zupełnie inaczej. Uderzyło mnie, jak przenikliwie opisała ona ówczesną mentalność, obecną zapewne nie tylko na Węgrzech, która umożliwiła pierwszą wojnę światową. Potrzeba przynależenia i strach przed odrzuceniem, gotowość złożenia ofiary za grupę, wszelakie formalizmy i rytuały, natchniony język to wszystko cechy prowadzące do chętnego i karnego udziału w tej rzezi. Niewiele książek tak pięknie się starzeje.

Na WęgrzechPál utcai fiúkgłęboko wrosli w kulturę. Na ulicy Práter, oczywiście w ósmej dzielnicy stoi pomnik przedstawiający chłopców grających w kulki. Przy ulicy Nagy Templom w tejże dzielnicy mieści się kawiarnia i ośrodek kulturalny Grund co po węgiersku oznacza właśnie tytułowy plac. Funkcjonuje zespół rockowy o nazwie Pál utcai fiúk – ciekawostka, w Polsce mamy Chłopców z placu Broni. Szereg wyrażeń z książki zadomowiło się w języku potocznym jak einstand, gittegylet (Stowarzyszenie Przeżuwaczy Kitu) czy też właśnie grund.

Pomnik na ulicy Práter, źródło: wikipedia

W 2016 roku teatr Víg wystawił musical oparty na książce. Spektakl odniósł wielki sukces, do dziś jest grany (na ile na to pozwala pandemia). Musical wystawiono też w czterech innych teatrach.

Muzeum literatury, które kilkanaście lat temu zorganizowało poświęconą książce wystawę, obecnie utrzymuje tę ciekawą ekspozycję w internecie.

Książka jest autentycznie popularna także wśród zwykłych ludzi. Dwa lata temu sam brałem udział w karnawałowej zabawie odbywającej się na wsi, której tematem byli właśnie Chłopcy z placu broni. Wszycy mieliśmy krótkie spodnie, podkolanówki i czapki z daszkiem.

Jeśli kogoś interesuje węgierska kultura to książkę powinien koniecznie przeczytać. Nawet jeśli ją kiedyś przerabiał w szkole, choć formalnie to powieść młodzieżowa uważam, że dopiero dorośli są w stanie ją docenić.

Trudni przyjaciele Polaków

Niedawno zmarł biskup pomocniczy György Snell, sufragan archidiecezji ostrzyhomsko-budapeszteńskiej, proboszcz Bazyliki św. Stefana. Taki pożegnalny tekst o nim można było przeczytać na stronie polonia.hu:

Ksiądz Biskup György Snell był wyjątkową postacią, Wielkim Przyjacielem Polski i Polaków, niezwykle oddanym sprawie przyjaźni naszych narodów.

[…] Jak wielokrotnie podkreślał: „gdyby kiedyś przyszło mi zmienić Ojczyznę, to mogłaby być to tylko Polska”. Od lat młodzieńczych regularnie odwiedzał Polskę, z którą łączyła Go prawdziwa, emocjonalna więź. Więź, którą traktował jako swój obowiązek niesienia pomocy i wspierania wszelkich inicjatyw, które umacniały przyjaźń Polaków i Węgrów.

Zwykł podkreślać, w Polsce, a szczególnie w Częstochowie, „napełnia swoje duchowe akumulatory”. […] Był jednym z inicjatorów pomysłu, by duchowym wymiarem przekazania przez Węgry Polsce przewodnictwa w RUE w 2011 r. było też przekazanie z Częstochowy kopii obrazu Czarnej Madonny i utworzenie w budapeszteńskiej Bazylice św. Stefana Kaplicy Matki Jasnogórskiej, której ikona dzięki współpracy Księdza Biskupa z ówczesną rzecznik narodowości polskiej w Zgromadzeniu Narodowym Węgier Haliną Csúcs Lászlóné w roku 2017 doczekała się koronacji. Z Klasztorem Jasnogórskim łączyła ks. bp. Györgya Snella więź szczególna tak jak szczególna więź łączyła Go ze św. Janem Pawłem II. […]

Wspaniałe koncerty muzyki polskiej w Bazylice, msze za ofiary katastrofy smoleńskiej, msze dla uświetnienia naszych świąt, spotkania,  Jego osobisty udział w życiu węgierskiej Polonii, udział w życiu Polskiego Kościoła na Kőbányi, polskie flagi na bazylice w 100-lecie naszej niepodległości, zawsze życzliwe Polsce i Polakom wypowiedzi o naszym kraju i historii to tylko niektóre przejawy ogromnej empatii, jakiej Polacy na Węgrzech doświadczali od Księdza Biskupa. Prezydent RP w 2019 r. odznaczył Księdza Biskupa Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP, Polonia w podziękowaniu za duchową opiekę uhonorowała ks. bp. Gy. Snella nagrodami: św. Władysława ( 2015 r.) i Medalem ks. W. Danka ( 2020 r.).

I tak dalej. Tak się składa, że jego nazwisko wśród Węgrów ostatnio kojarzy się nie tyle z przyjaznymi uczuciami wobec Polaków czy też kultem częstochowskiej Czarnej Madonny ale z jego rolą w tuszowaniu pedofilskiego skandalu. Jak opisał to w serii artykułów portal 444.hu kiedy zgłosiła się do niego ofiara księdza-pedofila z prośbą o pomoc biskup uciekł się do spychologii i unikania tej osoby nie reagując na kolejne próby kontaktu. Co więcej, nie tylko sprawą się nie zajął i w żaden sposób nie pomógł, ale złożył na policji skargę na tego człowieka z zarzutem … nękania: czlowiek ten miał posłać biskupowi ponad 20 smsów w ciągu jednego miesiąca oraz dwa e-maile. Miał on też, w przypadku braku odpowiedzi na próby kontaktu, grozić zakłóceniem ceremonii religijnych. Warto przypomnieć, że ta ofiara księdza pedofila chciała się spotkać z biskupem z powodu jego pozycji w kościele, nie chodziło tu to kontakty prywatne. Policja zareagowała błyskawicznie i gorliwie: przed 20 sierpnia w 2019 człowieka tego zatrzymano na ulicy siłami kilku policjantów w poniżający sposób prowadząc go na policyjnej smyczy, tak by nie mógł „zakłócić obchodów święta”.

Bp. György Snell, przyjaciel Polaków ale nie ofiar kościelnej pedofilii, źródło: 444.hu

To tylko jeden z przykładów – zaraz podam następne – ciężkostrawnych przyjaciół Polaków czyli takich osób, u których przyjaźń wobec Polski i Polaków łączy się z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi przymiotami.

Idźmy dalej: Pál Teleki. Tak jego zasługi dla Polski opisuje przy okazji niedawnego odsłonięcia pomnika w Krakowie tekst IPN-u:

Pálowi Telekiemu zawdzięczamy m.in. transporty z amunicją i wyposażeniem wojskowym, które Wojsko Polskie otrzymało od rządu węgierskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Gdy po raz drugi sprawował urząd premiera, latem 1939 r. nie wahała się odmówić Hitlerowi udziału w zbrojnej agresji na Polskę. Po ataku Niemców i Sowietów, to za sprawą Telekiego, Węgry przyjmowały uciekających polskich żołnierzy i ludność cywilną.

W 2001 r. hrabia Teleki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszystko to prawda, ale zarazem ten sam Pál Teleki, dwukrotny premier Węgier, ma też w swoim życiorysie także uchwalenie ustaw żydowskich. Pierwsza z nich, przyjęta już w 1920 roku, wprowadzała numerus clausus traktując Żydów nie, jak to było do tej pory, jako grupę wyznaniową ale narodową. Drugą przyjęto w 1939, na jej mocy Źydzi, w rasistowskim rozumieniu ustawy, nie mogli być urzędnikami państwowymi, nauczycielami, redaktorami naczelnymi gazet i wydawnictw, dyrektorami teatrów, ograniczono ich dostęp do szeregu zawodów, uniwersytetów, itd. Wielu ludzi ucierpiało w efekcie tych rozporządzeń.

Inny przykład: kilkanaście lat temu Laszlóné Csúcs, przewodnicząca mniejszościowego krajowego samorządu polskiego, w liście napisanym do Viktora Orbána, przewodniczącego Fideszu prosiła by ten nie karał Oszkára Molnára, burmistrza Edelény z ramienia tej partii, za słowa, które „rozgoryczony wypowiedział w obecnej trudnej sytuacji”.

O jakie to słowa chodziło? O jego wypowiedzi na temat różnych mniejszości. O Cyganach: że ciężarne Cyganki gumowymi młotkami biją się po brzuchach by urodzić upośledzone dziecko, bo na takie jest większy zasiłek (nie poparł tego żadnymi dowodami). O Żydach: „kocham Węgry, kocham Węgrów, i przedkładam interes węgierski nad interes światowego kapitału, nazwijmy to jasno: żydowskiego kapitału, który chce opanować cały świat a przede wszystkim Węgry”. O Gábor Szeteyu, członku rządu, który wówczas ujawnił się jako gej: „już się on tam w więzieniu dowie jak to jest kiedy homoseksualiści zawierają małżeństwa”.

Pani Csúcs tłumaczyła, że działacze lokalnych samorządów polskich w województwie Borsod-Abaúj-Zemplén w pełni popierali Molnára, który sam absolutnie miał nie być wrogiem mniejszości, co więcej, miał zawsze Polakom pomagać.

No i ostatni przykład, choć oczywistym jest, że można by podać ich więcej: zespół Hungarica. Ta gwiazda narodowego rocka mocno podkreśla swoje uczucia wobec Polski i Polaków. Koncertowali w Polsce, m.in. w ramach festiwalu w Bornem Sulinowie, grali razem z polskimi wykonawcami, na przykład z Andrzejem Nowakiem z TSA, nagrywali, także po polsku, polskie piosenki, choćby Rozkwitały pąki białych róż. W 2015 zespół wydał calkowicie polską płytę Przybądź wolności, zjeździli z nią, z sukcesem, całą Polskę. W 2017 roku koncertowali w Csopaku na pikniku polsko-węgierskim przy wsparciu szeregu samorządów polskich wliczając w to i samorząd krajowy. W zeszłym roku o mało co nie wystąpili w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie na koncercie z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej z 1920 roku – do koncertu nie doszło tylko ze względu na liczne protestu i zapowiedzi bojkotu przez inne zespoły.

Jednocześnie w ich tekstach znaleźć można typowy dla skrajnej prawicy szowinistyczny, ksenofobiczny język, nacjonalistyczne i rewizjnistyczne hasła. (Tak na marginesie, zawsze mnie ciekawi jak z tą deklarowaną przyjaźnią do Polski da się pogodzić trianońskie hasło Oddać wszystko! Mindent vissza! tytuł jednej z ich piosenek: czy Polska ma oddać niegdyś należące do Węgier Spisz i Orawę czy też jednak nie trzeba wszystkiego oddawać?)

Można sobie tylko wyobrazić jak reagują na peany pod adresem biskupa Snella ofiary kościelnej pedofilii, co sobie myślą Żydzi na wiadomość, że w Polsce postawiono pomnik twórcy ustaw żydowskich, co przychodzi do głowy Romom czytającym o obronie Oszkára Molnára przez polski samorząd mniejszościowy czy też jak odbierany jest fakt występu skrajnie prawicowej grupy rockowej na polskiej imprezie mniejszościowej, która zresztą niemal daje koncert i w Polsce w ramach państwowych obchodów ważnej historycznej rocznicy. Napisałem: ofiary kościelnej pedofilii, Żydzi, Romowie ale odnosi się to przecież do wszystkich osób, które odrzucają instytucjonalne krycie pedofilów, dyskryminację, rasizm czy też szowinizm.

Rzecz jasna nie od nas zależy zwykle kto zapała gorącymi uczuciami wobec Polski czy ten nawet wykaże swoją życzliwość czynami. Słusznym jest być za nie wdzięcznym. Dobrze jednak przy tym zawsze pomyśleć o tym na ile warto się, i w jaki sposób, z niektórymi – bo zdecydowanie nie wszystkimi – przyjaciółmi Polski publicznie obnosić, oraz nie zapominać o ich mniej sympatycznych stronach i o wrażliwości tych, których te mniej sympatyczne strony mogą odpychać.

Radio Polonia Węgierska 40 / Mundruczó w Netflixie

W najnowszym odcinku podcastu mówię (28:00) o filmie Mundruczó w Netflixie a mowa jest o jednym z najciekawszych współczesnych reżyserów węgierskich.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd polskiej prasy tygodniowej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenia
6. Pożegnanie
Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, P.Piętka

Obejrzawszy w Netflixie seriale Rojst czy 1983 zastanowiłem się czy jest tam może coś węgierskiego. Jedną rzecz znalazłem ale nie byle jaką a mianowicie kanadyjski film pt. Pieces of a Woman węgierskiego reżysera Kornela Mundruczó.

Film opowiada o kobiecie, której dziecko umiera chwilę po porodzie. Ta tragedia powoduje rozpad jej związku, zrozumienia nie znajduje także u manipulującej matki, która zarzuca jej, że decydując się na poród domowy doprowadziła do dramatu. Jest zupełnie sama i inaczej być nie może bo tym co przeżywa nie ma jak się z kimś innymi podzielić.

Choć film dzieje się gdzieś w Ameryce Północnej postać pomagającej przy porodzie domowym duli węgierskim odbiorcom jednoznacznie kojarzy się z Ágnes Geréb, promotorką porodów domowych na Węgrzech bezlitośnie tępioną przez medyczny establishment. To popularna postać, w obronie której odbywały się manifestacje uliczne. Kiedy siedziała w areszcie w dniu jej urodzin pod więzieniem ludzie śpiewali dla niej piosenki.

Mundruczó nie unika ciężkich tematów. Zrobił przedstawienia teatralne na temat eutanazji oraz prostytucji. Wyreżyserował film o uchodźcach oraz film o rewolcie psów ze schroniska – wielką alegorię buntu uciśnionych. W węgierskiej kinematografii nader często pojawiają się filmy rozrywkowe czy też subtelnie artystyczne, na ich tle Mundruczó mocno się wyróżnia.

W jego filmach czy spektaklach nie ma taniego moralizowania. Pokazuje ludzkie, bardzo współczesne, dramaty, konfrontuje odbiorcę z nimi. Niepokoi, zmusza do przyjrzenia się sprawom, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy, bywa, że z wyboru, bywa, bo brak nam do tego odwagi albo też nie potrafimy o nich myśleć. Choć zdawać się może, że to wydumane tematy to jednak kto może powiedzieć, że nigdy nie dotknie go tragedia śmierci nowonarodzonego dziecka? Filmów i przedstawień teatralnych Mundruczó się nie zapomina.

Film zresztą ma pewien aspekt polski. W teatrze TR Warszawa Mundruczó, który i wcześniej tam pracował, wyreżyserował niedawno spektakl pt. Cząstki kobiety, który, można przypuszczać, jest teatralną wersją filmu.

Mundruczó to jeden z najciekawszych współczesnych węgierskich reżyserów. Warto dodać, że swoje filmy i przedstawienia teatralne robi razem z Katą Wéber, która jest w zasadzie ich współautorką. Szkoda, że na Netflixie nie ma do ich filmu polskich napisów – są węgierskie – ale i tak dla wielu jest to możliwość wielkiego przeżycia fimowego – a także bycia na bieżąco z kulturą węgierską.