Opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech

Kiedy Mette Frederiksen została premierką Danii Rasmus Bo Sørensen z dziennika „Information” postanowił przygotować dla niej listę współczesnych powieści z kilku krajów unijnych, które mówią o nich coś ważnego, by pomóc jej w zrozumieniu europejskich partnerów. O pomoc poprosił krytyków z „Guardiana” (Wielka Brytania), „De Telegraaf” (Holandia), „Aftonbladet” (Szwecja), „Die Zeit” (Niemcy) i „Wyborczej”. Natalia Szostak, która przygotowała rekomendację z Polski, zaproponowała Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk.

Jak widać, wśród tych krajów nie było Węgier. Zastanowiłem się jaką książkę można by stąd polecić Mette Frederiksen. Na pewno bym rozważył coś László Krasznahorkaia, który, obok Pétera Nádasa, od szeregu lat jest węgierskim kandydatem na Nobla. Klimat jego książek świetnie oddaje tę ciemniejszą stronę Węgier i węgierskiej duszy.

Niedawno przeczytałem Báró Wenckheim hazatér (Baron Wenckheim powraca do domu), drugą już dla mnie po Sátántangó powieść tego autora (o Sátátangó pisałem tu). Klimat jest przedapokaliptyczny: w kraju panują polityczne niepokóje, nie wszystko już funkcjonuje, są braki w zaopatrzeniu, w miasteczku gdzie dzieje się większość akcji, oczywiście leżącym na depresyjnej Nizinie Węgierskiej, panuje marazm, beznadzieja i poczucie upadku. Miejscową społeczność elektryzuje – na chwilę – wiadomość, że powraca kiedyś tam mieszkający baron Wenckheim. Wszyscy są podeskscytowani i spekulują na temat inwestycji czy też darowizn, które ma poczynić i które mają doprowadzić miasteczko do rozkwitu. Więcej akcji nie zdradzę by nie odbierać przyjemności lektury, a są w niej zaskakujące zwroty.

W książce wszystko jest nieco nierealistyczne i przesadne. Postaci są mocno zarysowane, to często raczej archetypy niż poszczególne jednostki. Takimi są burmistrz, komendant policji, profesor czy przywódca miejscowej grupy faszystów. Niektóre wydarzenia, jak sposób w jaki miasteczko przyjmuje barona, ocierają się o groteskę.

Ta konwencja nierealizmu pozwala w skondensowany sposób oddać węgierski fatalizm. Kto chce poczuć ten aspekt węgierskości, dla przyjeżdzających skryty za błyskotkami oferty turystycznej, może to zrobić za pośrednictwem tej książki.

Podobnie jak w Sátántangó pojawia się wątek beznadziejnej sytuacji i oczekiwania na mesjasza, który ma przywrócić wspominaną jako złoty czas przeszłość. Ten przybywszy jednak rozczarowuje pozostawiając za sobą jeszcze bardziej rozczarowanych ludzi.

Sama lektura nie jest łatwa. Autor operuje jednozdaniowymi akapitami, które mogą się ciągnąć przez kilka stron. Każdy akapit oddaje perspektywę jednego z bohaterów, zmiana akapitu to zmiana bohatera. Nie ma dialogów. Część wątków nie zostaje zakończona prowokując czytelnika do spekulacji kim byli poszczególni bohaterowie czy też co się z nimi potem stało. To wszystko powoduje, że nie jest łatwo śledzić akcję powieści.

Ale mimo tego książka warta jest wysiłku. Jak pisałem, pozwala ona na obcowanie z węgierskim fatalizmem a zarazem to wysmakowana literatura. No i może kiedyś się okazać, że jej autor został noblistą.

W Polsce, dzięki wydawnictwu W.A.B. ukazały się trzy książki Krasznahorkaia: Szatańskie tango, Melancholia sprzeciwu oraz Wojna i wojna. Niedostępne są obecnie w księgarniach, jakbyś ktoś był zainteresowany to pozostają antykwariaty i allegro.

Może i opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech znajdzie swojego tłumacza oraz wydawcę.

Ta niezła okładka nieźle zapowiada klimat książki

Młodzi tłumacze filmów

Jeszcze w czerwcu 2020 roku w Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst o projekcie Młodzi tłumacze filmów, który miałem przyjemność koordynować. Pomyślałem, że wrzucę go też tutaj, może zainteresować osoby zainteresowane kulturą i dwujęzycznością.

***

Właśnie powstały węgierskie napisy do dwóch polskich filmów, Magicznego drzewa oraz Córki trenera. Nie byłoby w tym niczego ciekawego, gdyby nie sposób, w jaki do tego doszło.

Pierwszą niezwykłą rzeczą jest to, że napisy są dziełem nie jednej osoby a grupy i to w większości składającej się nastolatków. Ponadto, w tym szkolnym projekcie – zorganizowała go Szkoła Polska przy Ambasadzie RP – wzięli udział nie tylko jej dwujęzyczni uczniowie, ale i absolwenci. Gdzie mamy drugą taką szkołę, do której absolwenci powracają by się czegoś nowego nauczyć? Co więcej, poza uczniami i absolwentami w przedsięwzięciu udział wzięła też studentka polonistyki na ELTE oraz jeden z rodziców. I znowu: gdzie jeszcze razem uczą się zarówno osoby związane ze szkołą jak i pochodzące z zewnątrz, uczniowie i rodzice?

Młodzi Tłumacze Filmów to trzeci już translatorski projekt szkoły zorganizowany dla jej dwujęzycznych uczniów. Poprzednio przetłumaczyli oni na węgierski książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata (do dziś do kupienia w księgarniach), a także wzięli udział w szkoleniach dla tłumaczy konsekutywnych. Niektórzy z młodych tłumaczy uczestniczyli we wszystkich tych trzech projektach.

Pomysł przedsięwzięcia był prosty: pokazać uczestnikom jak się tłumaczy filmy a potem dać im spróbować swych sił na prawdziwych filmach, które zostaną potem publicznie pokazane.

Na początku więc uczestnicy wzięli udział w szkoleniach dotyczących samego tłumaczenia filmów, które poprowadziła doświadczona w tej dziedzinie Judit Kálmán, a także techniki tworzenia napisów. László Kovács, który – podobnie jak Judit – na co dzień współpracuje z Instytutem Polskim, pokazał jak używać do tego celu bezpłatnego programu komputerowego SubtitleEdit.

Po szkoleniach rozdzieliliśmy filmy – każdy dostał swój fragment jednego albo dwóch filmów do przetłumaczenia – i … rozpoczęła się pandemia koronawirusa. Cały projekt przeniósł się do internetu.

Nadesłane tłumaczenia zostały zredagowane przez Judit, a powstałe w ten sposób napisy László wbudował w film. Końcowe spotkanie, na którym omówiliśmy to, co się w pracy uczestników udało i to, co wyszło gorzej (każdy z nich dostał pisemne uwagi) odbyło się na Zoomie.

Niestety, planowany na maj pokaz filmów, który miał się odbyć w ramach Polskiej Wiosny Filmowej, musiał zostać przełożony na jesień, mamy nadzieję, że dojdzie wtedy do skutku.

Poza pandemią wyzwaniem dla projektu był wybór filmów do tłumaczenia. Niewiele produkuje się filmów dla młodzieży czy też dzieci, a nie wszystkie filmy dla dorosłych nadają się dla takiego projektu. Język nie powinien być zbyt trudny, mowa przecież o początkujących tłumaczach, chcieliśmy też uniknąć zbytnich wulgaryzmów tak częstych we współczesnych filmach. Końcowa decyzja nie była więc łatwa, ale cieszymy się, że ostatecznie udało się znaleźć film dla dzieci (Magiczne drzewo – reż. Andrzej Maleszka), jak i film tematyką dotykający problemów nastolatków (Córka trenera – reż. Łukasz Grzegorzek).

Jeśli chodzi o cele projektu to chodziło nam przede wszystkim o przetłumaczenie obu filmów, co w pełni udało się zrealizować. Pragnęliśmy zarazem przekazać uczestnikom praktyczne umiejętności w obszarze tworzenia napisów do filmów tak, by w przyszłości wyłonili się z nich kolejni tłumacze filmów, jest jednak dużo za wcześnie, by wyrokować, na ile nam się to udało. Więcej czasu potrzeba też, by ocenić, na ile zdołaliśmy zachęcić młodych tłumaczy do zaangażowania w wymianę między polską i węgierską kulturą.

Chcieliśmy, by udział w projekcie został doceniony przez węgierskie szkoły uczestników, w tym celu wysłaliśmy do nich list informujący je o tym. Niestety, wydaje się, że niejednokrotnie nauczyciele w tych szkołach nie są zainteresowani tą niecodzienną aktywnością swoich uczniów.

Projekt został zrealizowany razem z Instytutem Polskim reprezentowanym przez Małgorzatę Takács. Współpraca obejmowała wspólny dobór filmów, rekomendacje dotyczące wykładowców, a także, to jeszcze nas czeka, pokazy gotowych już filmów. Mamy nadzieję, że w przyszłości Instytut wykorzysta nowo nabyte umiejętności uczestników projektu. Bardzo mu za tę współpracę dziękujemy!

Wniosek o wsparcie finansowe projektu złożyliśmy w końcu września do Fundacji Felczaka. Odpowiedzi na niego nie dostaliśmy niestety po dzień dzisiejszy. Na szczęście w trudnej sytuacji z pomocą przyszedł Samorząd Polski w II Dzielnicy Budapesztu, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni.

A oto lista uczestników projektu: Zofia Bedyńska, Tomasz Bedyński, Piotr Bedyński, Emil Celichowski, Márk Forreiter, Dániel Haraszti, Lujza Mária Mondovics, Ádám Pongrácz, Marko Skrodzki, Kinga Somlói oraz Ágnes Szűcs. Jeszcze o nich nie raz usłyszymy.

Spotkanie końcówe na zoomie
Rozdanie dyplomów
Screenshot z Córki trenera z nazwiskami niektórych tłumaczy

Via Carpatia

Jakiś czas temu napisałem omówienie tej książki dla Polonii Węgierskiej. Mimo, że mówiłem o niej kiedyś w podcaście, przyszło mi do głowy, że może warto je też tutaj, for the record, zamieścić.

Via Carpatia

Nie wiem, co takiego Węgry mają w sobie, że przyciągają – często niezłych – pisarzy, by pisali o tym kraju. I tak w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat ukazało się w Polsce co najmniej pięć książek o współczesnych Węgrzech: trylogia Krzysztofa Vargi Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą oraz Langosz w jurcie, napisana przez Igora Janke biografia Viktora Orbána pt. Napastnik oraz Via Carpatia Ziemowita Szczerka. Wszystkie one, w taki czy inny sposób, opowiadają o Węgrzech polskim czytelnikom.

Książka Szczerka, którą chcę przybliżyć w tym artykule, traktuje zresztą nie tylko o Węgrzech, to zapis podróży po Węgrzech i Basenie Karpackim autora. Czuje się w niej wpływ kwitnącego w Polsce reportażu literackiego. Tak na przykład opisuje autor Arad:

W pogranicznym Aradzie było nadal węgiersko, ale jakoś inaczej. Plac przed dworcem wyglądał, jakby jakiż tajfun zdarł cały asfalt i porył klepisko bruzdami. Zaparkowane samochody nie stały w równym szyku, tylko jeden wyżej, drugi niżej. (…) Płaskorzeźbie lwa sterczącej z frontonu rozkładającej się w upale kamienicy ktoś dosprejował psychodeliczne jaskrawozielone oczy. Na ławce w centrum miasta przysiadł starszy mężczyzna w czapce mimo upału naciągniętej na czubek głowy. Zdjął buty i wyciągnął przed siebie bose stopy. Zaczęły je obdziobywać gołębie. Zaczynałem podejrzewać, że jestem w jakiejś innej, dziwnej rzeczywistości.

Nie jest to jednak zwykły dziennik podróżnika. Szczerka interesuje przede wszystkim polityka oraz jej kulturowe korzenie. Nie udaje przy tym obiektywności. Pisze o sobie: Jestem wampirem chłepcącym nacjonalistyczne pieśni jak krew z alkoholem i faktycznie widać, że najbardziej fascynują go wszystkie przejawy nacjonalizmu, resentymentów narodowych, pojawiający się między wierszami rewizjonizm, wspomniany nemzeti rock, czy też dziwaczne teorie jak ta, w myśl której Jezus był w zasadzie Węgrem. Potrafi pozwolić sobie na małe złośliwości, na przykład, kiedy pisze właśnie o narodowym rocku: Zamykałem oczy i zastanawiałem się, jak musi wyglądać życie muzyków Kárpátii. Święta Korona, Trianon, męka uciśnionych Węgrów od rana do wieczora, od porannej jajecznicy, przy cały boży dzień, po kolację, piwo, pewnie jakiś dramatyczny film historyczny o cierpieniu Transylwanii, i do łóżka. I od rana to samo.

Te fascynacje prowadzą go w okolice zwykle omijane przez turystów. Zagląda do takich miejsc jak: Felcsút, Oroszlány, Várpalota, Ózd, osławione osiedle Luník IX w Koszycach, Oradea, Timisoara, Targu Mures, Chust, Mukaczewo, Czop, Subotica oraz Nowy Sad, choć w książce pojawiają się również Gruzja, Macedonia, a także Austria – cały nasz region. Ogląda te miejsca, opisuje, relacjonuje rozmowy z napotkanymi ludźmi oraz mniej lub bardziej prominentnymi politykami.

A krąg jego rozmówców jest szeroki. Jest tam mechanik samochodowy z Oroszlány, napotkany przypadkowo w barze w Satu Mare Węgier, zatrudniona przy robotach publicznych Romka w Ózd, liberalny blogger z Budapesztu, ale też Zsolt Németh, polityk Fideszu z górnej półki, Dávid Janicsák, jobbikowski burmistrz Ózdu, zresztą częściowo polskiego pochodzenia, albo autor krytycznej analizy rządów Orbána pt. Państwo mafijne Bálint Magyar.

Często wychodzi poza reportaż i – niejednokrotnie barwnym językiem – tłumaczy węgierską rzeczywistość. Fideszowskie Węgry nie są już zwinnym tygrysem – raczej leniwym, przejedzonym, cynicznym i kombinującym Garfieldem – tak opisuje na przykład konsolidację wiodącej partii w państwie.

Szczerek jest liberałem. Krytycznie zapatruje się na politykę Orbána. Jednocześnie jednak nie unika rozmówców reprezentujących obce mu poglądy, wysłuchuje ich – relacjonuje ich słowa, bywa, że przyzna im rację, wykazuje empatię, nie stroniąc jednak przy tym od dyskusji. W rozmowie ze znanym ze skrajnie prawicowych poglądów Janicsákiem na wysoce drażliwy temat Romów, na jego argument, że zagraniczna prasa krytykuje go za to, jak z nimi postępuję, ale oprócz napiętnowania nie podaje pomysłów na rozwiązanie problemu, odpowiada: To akurat prawda. Gdy Romowie wyjeżdżają z Węgier, Rumunii czy Słowacji na Zachód, tamtejsze władze nie zastanawiają się zbytnio nad tym, co robić, tylko deportują ich ciupasem na Wschód. Pomysłów zbyt wielu nie ma. Po czym jednak, zwracając się do Janicsáka, zaraz dodaje: A jaki macie wy?

Nieraz krytykuje pozycje bliskich mu ideowo osób. Często po prostu zdaje sprawozdanie z rozmowy, nie zajmując stanowiska wobec tego, co słyszy. Czuje się, że to brat-łata, który dogada się z każdym – osiedlowym „gopnikiem”, facetem spotkanym na stacji kolejowej, czy też wielkomiejskim blogerem – nawet, jeśli nie całkiem zna ich język. W jednym przypadku rozmowę przeprowadza za pomocą tłumacza Google. Szczerek śpi w tanich pensjonatach, je na stacjach benzynowych, spotyka się ludźmi w kiepskich barach. Węgry i Europę wschodnią zna od dołu, obca mu jest perspektywa luksusowego hotelu położonego w śródmieściu stolicy.

We wszystkim tym Szczerek szuka duszy węgierskiej. Próbuje ją opisać i zrozumieć, zauważyć, jak przejawia się w decyzjach codziennej polityki.

Tym, co dostrzega przede wszystkim, jest resentyment narodowy. Poczucie poniżenia, od Trianonu aż po członkostwo w Unii Europejskiej, a także będące reakcją na nie „wstawanie z kolan”. Pokazuje, że nie są one ani węgierską, ani polską specjalnością, a raczej bardziej uniwersalnym przejawem napięcia między peryferiami – Europą Wschodnią a centrum – Europą Zachodnią. Z tą ostatnią, pomimo rozszerzenia na wschód, do dziś w dużej mierze utożsamiana jest Unia Europejska.

Ten resentyment – to „wstawanie z kolan” – łączy kraje regionu. Węgry nie są więc tak unikalne, jak często Węgrzy o swoim kraju myślą.

Mimo tych podobieństw poczucie – prawdziwego czy wyimaginowanego – poniżenia nie zawsze jest wynikiem relacji z Zachodem. Nieraz za ból jednego kraju winiony jest inny kraj również akurat „powstający z kolan”. Podzielany resentyment nie wystarczy więc do budowania wspólnoty.

Jeśli coś daje nadzieję, to tytuł książki. Autostrada Via Carpatia, prowadząca przez Litwę, Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Grecję, to inicjatywa krajów Europy Wschodniej, łączy je. Czy pomoże budować więzi między nimi? Czy to, że współfinansuje ją Unia Europejska pomoże przezwyciężyć wschodnioeuropejskie poczucie krzywdy?

To pytania, na które każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. Jeśli ktoś wyda książkę po węgiersku, to zastanowić się nad nimi będą mogli także tutejsi czytelnicy.

Radio Polonia Węgierska 43 / Chłopcy z placu Broni

W najnowszym podcaście opowiadam (25:30) o najbardziej znanej węgierskiej książce czyli o Chłopcach z placu Broni. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd prasy
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Program przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Będąc w szkole podstawowej czytaliśmy wszyscy Chłopców z placu Broni Ferenca Molnára. Okazuje się, sprawdziłem to właśnie , że ta książka, której węgierski tytuł brzmi Pál utcai fiúk, i dziś jest lekturą, bodaj jako jedyna pozycja z węgierskiej literatury.

Nie jest to przypadkiem. Ta powieść, mimo że powstała ponad sto lat temu (pierwszy raz opublikowana została w odcinkach w gazecie w latach 1905-1906) nie straciła na świeżości. Nieprzypadkowo jest najbardziej znaną na świecie pozycją z literatury węgierskiej: wikipedia wylicza jej tłumaczenia na 32 języki, które ukazały się w niezliczonych wydaniach. Książkę sześć razy sfilmowano, po raz pierwszy w 1917 roku – ta wersja jednak się niestety nie zachowała.

Jako chłopiec książkę czytałem z wypiekami na twarzy choć nie rozumiałem czemu Nemecsek musiał umrzeć a jego ofiara miała być daremna. Kiedy do książki powróciłem jako dorosły odebrałem ją zupełnie inaczej. Uderzyło mnie, jak przenikliwie opisała ona ówczesną mentalność, obecną zapewne nie tylko na Węgrzech, która umożliwiła pierwszą wojnę światową. Potrzeba przynależenia i strach przed odrzuceniem, gotowość złożenia ofiary za grupę, wszelakie formalizmy i rytuały, natchniony język to wszystko cechy prowadzące do chętnego i karnego udziału w tej rzezi. Niewiele książek tak pięknie się starzeje.

Na WęgrzechPál utcai fiúkgłęboko wrosli w kulturę. Na ulicy Práter, oczywiście w ósmej dzielnicy stoi pomnik przedstawiający chłopców grających w kulki. Przy ulicy Nagy Templom w tejże dzielnicy mieści się kawiarnia i ośrodek kulturalny Grund co po węgiersku oznacza właśnie tytułowy plac. Funkcjonuje zespół rockowy o nazwie Pál utcai fiúk – ciekawostka, w Polsce mamy Chłopców z placu Broni. Szereg wyrażeń z książki zadomowiło się w języku potocznym jak einstand, gittegylet (Stowarzyszenie Przeżuwaczy Kitu) czy też właśnie grund.

Pomnik na ulicy Práter, źródło: wikipedia

W 2016 roku teatr Víg wystawił musical oparty na książce. Spektakl odniósł wielki sukces, do dziś jest grany (na ile na to pozwala pandemia). Musical wystawiono też w czterech innych teatrach.

Muzeum literatury, które kilkanaście lat temu zorganizowało poświęconą książce wystawę, obecnie utrzymuje tę ciekawą ekspozycję w internecie.

Książka jest autentycznie popularna także wśród zwykłych ludzi. Dwa lata temu sam brałem udział w karnawałowej zabawie odbywającej się na wsi, której tematem byli właśnie Chłopcy z placu broni. Wszycy mieliśmy krótkie spodnie, podkolanówki i czapki z daszkiem.

Jeśli kogoś interesuje węgierska kultura to książkę powinien koniecznie przeczytać. Nawet jeśli ją kiedyś przerabiał w szkole, choć formalnie to powieść młodzieżowa uważam, że dopiero dorośli są w stanie ją docenić.

Trudni przyjaciele Polaków

Niedawno zmarł biskup pomocniczy György Snell, sufragan archidiecezji ostrzyhomsko-budapeszteńskiej, proboszcz Bazyliki św. Stefana. Taki pożegnalny tekst o nim można było przeczytać na stronie polonia.hu:

Ksiądz Biskup György Snell był wyjątkową postacią, Wielkim Przyjacielem Polski i Polaków, niezwykle oddanym sprawie przyjaźni naszych narodów.

[…] Jak wielokrotnie podkreślał: „gdyby kiedyś przyszło mi zmienić Ojczyznę, to mogłaby być to tylko Polska”. Od lat młodzieńczych regularnie odwiedzał Polskę, z którą łączyła Go prawdziwa, emocjonalna więź. Więź, którą traktował jako swój obowiązek niesienia pomocy i wspierania wszelkich inicjatyw, które umacniały przyjaźń Polaków i Węgrów.

Zwykł podkreślać, w Polsce, a szczególnie w Częstochowie, „napełnia swoje duchowe akumulatory”. […] Był jednym z inicjatorów pomysłu, by duchowym wymiarem przekazania przez Węgry Polsce przewodnictwa w RUE w 2011 r. było też przekazanie z Częstochowy kopii obrazu Czarnej Madonny i utworzenie w budapeszteńskiej Bazylice św. Stefana Kaplicy Matki Jasnogórskiej, której ikona dzięki współpracy Księdza Biskupa z ówczesną rzecznik narodowości polskiej w Zgromadzeniu Narodowym Węgier Haliną Csúcs Lászlóné w roku 2017 doczekała się koronacji. Z Klasztorem Jasnogórskim łączyła ks. bp. Györgya Snella więź szczególna tak jak szczególna więź łączyła Go ze św. Janem Pawłem II. […]

Wspaniałe koncerty muzyki polskiej w Bazylice, msze za ofiary katastrofy smoleńskiej, msze dla uświetnienia naszych świąt, spotkania,  Jego osobisty udział w życiu węgierskiej Polonii, udział w życiu Polskiego Kościoła na Kőbányi, polskie flagi na bazylice w 100-lecie naszej niepodległości, zawsze życzliwe Polsce i Polakom wypowiedzi o naszym kraju i historii to tylko niektóre przejawy ogromnej empatii, jakiej Polacy na Węgrzech doświadczali od Księdza Biskupa. Prezydent RP w 2019 r. odznaczył Księdza Biskupa Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP, Polonia w podziękowaniu za duchową opiekę uhonorowała ks. bp. Gy. Snella nagrodami: św. Władysława ( 2015 r.) i Medalem ks. W. Danka ( 2020 r.).

I tak dalej. Tak się składa, że jego nazwisko wśród Węgrów ostatnio kojarzy się nie tyle z przyjaznymi uczuciami wobec Polaków czy też kultem częstochowskiej Czarnej Madonny ale z jego rolą w tuszowaniu pedofilskiego skandalu. Jak opisał to w serii artykułów portal 444.hu kiedy zgłosiła się do niego ofiara księdza-pedofila z prośbą o pomoc biskup uciekł się do spychologii i unikania tej osoby nie reagując na kolejne próby kontaktu. Co więcej, nie tylko sprawą się nie zajął i w żaden sposób nie pomógł, ale złożył na policji skargę na tego człowieka z zarzutem … nękania: czlowiek ten miał posłać biskupowi ponad 20 smsów w ciągu jednego miesiąca oraz dwa e-maile. Miał on też, w przypadku braku odpowiedzi na próby kontaktu, grozić zakłóceniem ceremonii religijnych. Warto przypomnieć, że ta ofiara księdza pedofila chciała się spotkać z biskupem z powodu jego pozycji w kościele, nie chodziło tu to kontakty prywatne. Policja zareagowała błyskawicznie i gorliwie: przed 20 sierpnia w 2019 człowieka tego zatrzymano na ulicy siłami kilku policjantów w poniżający sposób prowadząc go na policyjnej smyczy, tak by nie mógł „zakłócić obchodów święta”.

Bp. György Snell, przyjaciel Polaków ale nie ofiar kościelnej pedofilii, źródło: 444.hu

To tylko jeden z przykładów – zaraz podam następne – ciężkostrawnych przyjaciół Polaków czyli takich osób, u których przyjaźń wobec Polski i Polaków łączy się z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi przymiotami.

Idźmy dalej: Pál Teleki. Tak jego zasługi dla Polski opisuje przy okazji niedawnego odsłonięcia pomnika w Krakowie tekst IPN-u:

Pálowi Telekiemu zawdzięczamy m.in. transporty z amunicją i wyposażeniem wojskowym, które Wojsko Polskie otrzymało od rządu węgierskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Gdy po raz drugi sprawował urząd premiera, latem 1939 r. nie wahała się odmówić Hitlerowi udziału w zbrojnej agresji na Polskę. Po ataku Niemców i Sowietów, to za sprawą Telekiego, Węgry przyjmowały uciekających polskich żołnierzy i ludność cywilną.

W 2001 r. hrabia Teleki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszystko to prawda, ale zarazem ten sam Pál Teleki, dwukrotny premier Węgier, ma też w swoim życiorysie także uchwalenie ustaw żydowskich. Pierwsza z nich, przyjęta już w 1920 roku, wprowadzała numerus clausus traktując Żydów nie, jak to było do tej pory, jako grupę wyznaniową ale narodową. Drugą przyjęto w 1939, na jej mocy Źydzi, w rasistowskim rozumieniu ustawy, nie mogli być urzędnikami państwowymi, nauczycielami, redaktorami naczelnymi gazet i wydawnictw, dyrektorami teatrów, ograniczono ich dostęp do szeregu zawodów, uniwersytetów, itd. Wielu ludzi ucierpiało w efekcie tych rozporządzeń.

Inny przykład: kilkanaście lat temu Laszlóné Csúcs, przewodnicząca mniejszościowego krajowego samorządu polskiego, w liście napisanym do Viktora Orbána, przewodniczącego Fideszu prosiła by ten nie karał Oszkára Molnára, burmistrza Edelény z ramienia tej partii, za słowa, które „rozgoryczony wypowiedział w obecnej trudnej sytuacji”.

O jakie to słowa chodziło? O jego wypowiedzi na temat różnych mniejszości. O Cyganach: że ciężarne Cyganki gumowymi młotkami biją się po brzuchach by urodzić upośledzone dziecko, bo na takie jest większy zasiłek (nie poparł tego żadnymi dowodami). O Żydach: „kocham Węgry, kocham Węgrów, i przedkładam interes węgierski nad interes światowego kapitału, nazwijmy to jasno: żydowskiego kapitału, który chce opanować cały świat a przede wszystkim Węgry”. O Gábor Szeteyu, członku rządu, który wówczas ujawnił się jako gej: „już się on tam w więzieniu dowie jak to jest kiedy homoseksualiści zawierają małżeństwa”.

Pani Csúcs tłumaczyła, że działacze lokalnych samorządów polskich w województwie Borsod-Abaúj-Zemplén w pełni popierali Molnára, który sam absolutnie miał nie być wrogiem mniejszości, co więcej, miał zawsze Polakom pomagać.

No i ostatni przykład, choć oczywistym jest, że można by podać ich więcej: zespół Hungarica. Ta gwiazda narodowego rocka mocno podkreśla swoje uczucia wobec Polski i Polaków. Koncertowali w Polsce, m.in. w ramach festiwalu w Bornem Sulinowie, grali razem z polskimi wykonawcami, na przykład z Andrzejem Nowakiem z TSA, nagrywali, także po polsku, polskie piosenki, choćby Rozkwitały pąki białych róż. W 2015 zespół wydał calkowicie polską płytę Przybądź wolności, zjeździli z nią, z sukcesem, całą Polskę. W 2017 roku koncertowali w Csopaku na pikniku polsko-węgierskim przy wsparciu szeregu samorządów polskich wliczając w to i samorząd krajowy. W zeszłym roku o mało co nie wystąpili w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie na koncercie z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej z 1920 roku – do koncertu nie doszło tylko ze względu na liczne protestu i zapowiedzi bojkotu przez inne zespoły.

Jednocześnie w ich tekstach znaleźć można typowy dla skrajnej prawicy szowinistyczny, ksenofobiczny język, nacjonalistyczne i rewizjnistyczne hasła. (Tak na marginesie, zawsze mnie ciekawi jak z tą deklarowaną przyjaźnią do Polski da się pogodzić trianońskie hasło Oddać wszystko! Mindent vissza! tytuł jednej z ich piosenek: czy Polska ma oddać niegdyś należące do Węgier Spisz i Orawę czy też jednak nie trzeba wszystkiego oddawać?)

Można sobie tylko wyobrazić jak reagują na peany pod adresem biskupa Snella ofiary kościelnej pedofilii, co sobie myślą Żydzi na wiadomość, że w Polsce postawiono pomnik twórcy ustaw żydowskich, co przychodzi do głowy Romom czytającym o obronie Oszkára Molnára przez polski samorząd mniejszościowy czy też jak odbierany jest fakt występu skrajnie prawicowej grupy rockowej na polskiej imprezie mniejszościowej, która zresztą niemal daje koncert i w Polsce w ramach państwowych obchodów ważnej historycznej rocznicy. Napisałem: ofiary kościelnej pedofilii, Żydzi, Romowie ale odnosi się to przecież do wszystkich osób, które odrzucają instytucjonalne krycie pedofilów, dyskryminację, rasizm czy też szowinizm.

Rzecz jasna nie od nas zależy zwykle kto zapała gorącymi uczuciami wobec Polski czy ten nawet wykaże swoją życzliwość czynami. Słusznym jest być za nie wdzięcznym. Dobrze jednak przy tym zawsze pomyśleć o tym na ile warto się, i w jaki sposób, z niektórymi – bo zdecydowanie nie wszystkimi – przyjaciółmi Polski publicznie obnosić, oraz nie zapominać o ich mniej sympatycznych stronach i o wrażliwości tych, których te mniej sympatyczne strony mogą odpychać.

Radio Polonia Węgierska 40 / Mundruczó w Netflixie

W najnowszym odcinku podcastu mówię (28:00) o filmie Mundruczó w Netflixie a mowa jest o jednym z najciekawszych współczesnych reżyserów węgierskich.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd polskiej prasy tygodniowej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenia
6. Pożegnanie
Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, P.Piętka

Obejrzawszy w Netflixie seriale Rojst czy 1983 zastanowiłem się czy jest tam może coś węgierskiego. Jedną rzecz znalazłem ale nie byle jaką a mianowicie kanadyjski film pt. Pieces of a Woman węgierskiego reżysera Kornela Mundruczó.

Film opowiada o kobiecie, której dziecko umiera chwilę po porodzie. Ta tragedia powoduje rozpad jej związku, zrozumienia nie znajduje także u manipulującej matki, która zarzuca jej, że decydując się na poród domowy doprowadziła do dramatu. Jest zupełnie sama i inaczej być nie może bo tym co przeżywa nie ma jak się z kimś innymi podzielić.

Choć film dzieje się gdzieś w Ameryce Północnej postać pomagającej przy porodzie domowym duli węgierskim odbiorcom jednoznacznie kojarzy się z Ágnes Geréb, promotorką porodów domowych na Węgrzech bezlitośnie tępioną przez medyczny establishment. To popularna postać, w obronie której odbywały się manifestacje uliczne. Kiedy siedziała w areszcie w dniu jej urodzin pod więzieniem ludzie śpiewali dla niej piosenki.

Mundruczó nie unika ciężkich tematów. Zrobił przedstawienia teatralne na temat eutanazji oraz prostytucji. Wyreżyserował film o uchodźcach oraz film o rewolcie psów ze schroniska – wielką alegorię buntu uciśnionych. W węgierskiej kinematografii nader często pojawiają się filmy rozrywkowe czy też subtelnie artystyczne, na ich tle Mundruczó mocno się wyróżnia.

W jego filmach czy spektaklach nie ma taniego moralizowania. Pokazuje ludzkie, bardzo współczesne, dramaty, konfrontuje odbiorcę z nimi. Niepokoi, zmusza do przyjrzenia się sprawom, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy, bywa, że z wyboru, bywa, bo brak nam do tego odwagi albo też nie potrafimy o nich myśleć. Choć zdawać się może, że to wydumane tematy to jednak kto może powiedzieć, że nigdy nie dotknie go tragedia śmierci nowonarodzonego dziecka? Filmów i przedstawień teatralnych Mundruczó się nie zapomina.

Film zresztą ma pewien aspekt polski. W teatrze TR Warszawa Mundruczó, który i wcześniej tam pracował, wyreżyserował niedawno spektakl pt. Cząstki kobiety, który, można przypuszczać, jest teatralną wersją filmu.

Mundruczó to jeden z najciekawszych współczesnych węgierskich reżyserów. Warto dodać, że swoje filmy i przedstawienia teatralne robi razem z Katą Wéber, która jest w zasadzie ich współautorką. Szkoda, że na Netflixie nie ma do ich filmu polskich napisów – są węgierskie – ale i tak dla wielu jest to możliwość wielkiego przeżycia fimowego – a także bycia na bieżąco z kulturą węgierską.

Radio Polonia Węgierska 39/ przedwojenny węgierski światowy przebój

W ostatnim odcinku podcastu opowiadam (24:00) o węgierskim szlagierze, który – przed wojną – podbił cały świat. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Autorski przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Ogłoszenie
6. Pożegnanie

Jeśli ktoś myśli, że szczytem osiągnięć węgierskiej muzyki rozrywkowej są sukcesy LGT, Omegi czy też może dua Szörényi-Bródy to się myli. Ich niepodważalne osiągnięcia nie umywają się do sukcesu Rezső Seressa, autora światowego przeboju Szomorú vasárnap czy też po polsku Smutna niedziela z 1935 roku.

Ta piosenka o smętnej melodii zyskała ponurą sławę nieformalnego hymnu samobójców. Podobno pewien samobójca obok listu pożegnalnego miał przy sobie nuty do niej. Podobno służąca, która wypiła truciznę została znaleziona z nutami ręku. I tak plotka ruszyła w świat.

Sensacja stała się dla piosenki świetną reklamą. Artykuły na jej temat pojawiły się najpierw w prasie węgierskiej a następnie światowej – szwajcarskiej, włoskiej, francuskiej, niemieckiej. New York Times napisał, że pod jej wpływem Węgrzy masowo popełniają samobójstwo skacząc do Dunaju.

Seress, dotąd mało znany, zaczął być popularny. Piosenkę nagrano w czterdziestu językach, w tym i po polsku (wykonywał ją między innymi Mieczysław Fogg), doczekała się ponad setki wydań płytowych. Był to przebój światowy pierwszej klasy.

2c0896ef8d7af17e71d5e90bd3012076d72bfc4c48abb518af62eef243f391b1678bc7ca562bf13f916ecaf4a88dcb2417d5cb5799e9d0c3b5c050ebcd160a82f3aa7074d835c1e10694942e5fddeb19

Mimo tego sam Seress nie zmienił trybu życia. Nie opuszczał w zasadzie siódmej dzielnicy Budapesztu gdzie mieszkał, grywał w tamtejszej restauracji Kulács. Dostał zaproszenie by dać koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale odmówił. Podobno dlatego, że grać na pianinie nauczył się sam i uważał, że nie umie tego robić dobrze. Nigdy nie nauczył się zapisu nutowego, swoje kompozycje gwizdał a spisywali je inni.

W czasie wojny jako Żyda wysłano go do służby w batalionach pracy. Przeżył bo podobno rozpoznał go niemiecki oficer, który przed wojną słyszał go jak gra w Kulácsu.

Po wojnie, mimo sporego sumy na koncie w USA, do której nie miał dostępu, klepał biedę. Mieszkał w domu, w którym żyło wielu muzyków i aktorów. Gábor Presser, członek zespołów Omega i LGT, który był sąsiadem Seressa, wspominał potem, że każdego dnia w określonej kolejności odsłuchiwał on różnych nagrań Szomorú vasárnap.

Swoje życie zakończył samobójstwem skacząc z okna.

Radio Polonia Węgierska 38 / kolęda ocalona na Węgrzech

Zapomniana w Polsce derencka kolęda ocalała na Węgrzech – o tym zaskakującym efekcie moich poszukiwań opowiadam w najnowszym podcaście (26:00). Pełen program podcastu wraz z moim tekstem poniżej.

1.Powitanie
2. Serwis informacyjny (R. Rajczyk)
3. Autorski przegląd polskich tygodników (R. Rajczyk)
4. Jeż Węgierski w eterze (J. Celichowski)
5. Rozmowa z dr Tomaszem Kurpierzem (IPN), autorem monografii H. Sławika (R. Rajczyk)
6. Pożegnanie

Parę tygodni temu opowiadałem o kolędzie z Derenka: ainteresowałem się tym czy jest może znana w Polsce i okazało się, że nikt tam o niej nie słyszał. Dowiedziałem się przy tym, że kolęda jest popularna na Słowacji, gdzie wykonywana jest po słowacku i rusińsku. Czyżby więc mowa była o kolędzie słowackiej a nie polskiej? No i czy sami derenczanie to raczej Polacy czy Słowacy?

Postanowiłem szukać dalej i udało mi się znaleźć dwóch znawców muzyki ludowej z Podhala, Jana Karpiela-Bułeckę oraz Krzysztofa Trebunię-Tutkę, którzy niezwykle życzliwie i cierpliwie odpowiadali mi na moje pytania. Okazało się, że tekst wykonywanej przez zespół Drenka Polska kolędy, mimo pewnych zniekształceń oraz naleciałości węgierskich, to gwara spiska bliższa polskiemu niż słowackiemu. Jan Karpiel-Bułecka zadał sobie trud napisania tego tekstu czystą gwarą, taką jaka jest w użyciu i obecnie.

Czyli ta kolęda, zapoznana w Polsce, przetrwała w jej polskiej wersji tu, na Węgrzech, dzięki derenczanom, a w szczególności zespołowi Drenka Polska. Żartobliwie można by powiedzieć, że to drugi, obok biblii królowej Zofii, zabytek kultury polskiej, który przeżył na Węgrzech.

Co do samej kolędy to nie warto szukać w niej jakiegoś jednoznacznie określonego charakteru narodowego. Spisz to region, gdzie kultury i tożsamości się przenikają. Krzysztof Trebunia-Tutka napisał mi:

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Do tej wyliczanki mógłby pewnie, dzięki Derenkowi, dołączyć i Węgry. Ta kolęda wszędzie jest u siebie.

Szalenie ciekawe są dla mnie te odkrycia. Tutejsza polonia, niewielka liczbowo, ma w rękach taki unikalny skarb. Przypomina on o naszych związkach ze Spiszem, warto go kultywować.

Margit Dezsőné Bozsik i Viktória Gáborné Jurecska podczas wizyty w szkole polskiej przy ambasadzie w 2013 roku, to im i wielu innym derenczanom zawdzięczymy przetrwanie kolędy.

Polsko-spisko-słowacka kolęda z Derenka

Nie tak dawno pisałem o starej kolędzie, którą usłyszałem w wykonaniu zespołu Drenka Polska. Dowiedziałem się, że ta kolęda jest znana na Słowacji ale nie w Polsce. Pojawiło się niewypowiedziane a ciekawe pytanie: czy może derenczanie mają więcej wspólnego ze współczesnymi Słowakami niż Polakami?

Zacząłem głębiej szukać i skontaktowałem się ze znawcami muzyki Podhala Janem Karpielem-Bułecką oraz Krzysztofem Trebunią-Tutką, którzy cierpliwie i wyczerpująco odpowiadali na moje pytania, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Dowiedziałem się o skomplikowanej sytuacji narodowościowej na Spiszu (większa część regionu leży na Słowacji), skąd wywodzą się derenczanie. To napisał mi Jan Karpiel-Bułecka:

Cudowne jest to, że ci ludzie jako Spiszacy zachowali polską świadomość narodową. Po prostu wyemigrowali ze Spisza jeszcze przed słowacką, póżniej czechosłowacką, indoktrynacją. (…) Dziś spiscy górale na Słowacji za Polaków się nie uważają, choć mówią, grają i noszą się po naszemu. Smutne, ale jest to robota Węgrów, którzy nie dali polskiego księdza ani nauczyciela z obawy przed utratą kawałka terytorium. Woleli dać Słowaków, aby im namieszać w głowach. I tak im z tego nic nie wyszło, bo znaczna część słowackich Spiszaków i Orawian uważa się za Górali a nie Słowaków, ale też nie Polaków. Obecna słowacka władza jak kiedyś czechosłowacka wpiera im, że są takim małym słowiańskim narodem i przeciwstawiają im literacką polszczyznę jako dowód. Oni natomiast doskonale ten język rozumieją i szybko się go uczą.

Te informacje uzupełnił Krzysztof Trebunia-Tutka:

Na Spiszu przez wieki mieszkali też Rusini (zwani po polskiej stronie Łemkami), którzy mieli poczucie odrębności etnicznej (pismo, religia), ale nie utożsamiali się wprost z Ukrainą. Do dziś niektórzy uważają się za grupę górali ruskich stanowiących odrębny naród (w 1918 r. utworzyli nawet Ruską Ludową Republikę Łemków), a inni uważają się za ruską (łemkowską) grupę etniczną narodu ukraińskiego.

A to Jan K-B napisał mi o samej kolędzie:

Uprzejmie informuję, że odsłuchałem wszystkich wersji i jest to jak z tego wynika kolęda słowacka ale w polskojęzycznych częściach Spisza, Orawy czy Kysuc ludność tłumaczyła sobie teksty w naturalny sposób. Siłą rzeczy powstawały tzw. makaronizmy celem utrzymania rymu. Baby z Derenka śpiewają ,,kie jasno gwiozda” a nie „ked jasna hvezda”, jedynym słowakizmem jest użycie ,,lem” ale kiedyś było to powszechne i na Podhalu. Jak Pan słyszy i Rusnacy i Łemkowie mają swoja wersje. Bo różnice językowe są niewielkie.

Ciekawe rzeczy dodał Krzysztof T-T:

Przez cały okres powojenny, a nawet w okresie międzywojennym Spisz był dosyć mocno podzielony granicą. Mimo kontaktów zespołów regionalnych, spotkań podzielonych granicą rodzin, pracy w strefie nadgranicznej, nie było tak mocnego przenikania repertuaru ludowego jak wcześniej (Austro-Węgry).

Te nagrania współczesne niczego do końca nie przesądzają, bo oczywiście są po słowacku, ale tak się dzieje też po polskiej stronie, że gwara stopniowo upodabnia się do języka ogólnopolskiego. 

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Wydaje mi się, że kolęda jest ze Spisza (raczej części obecnie należącej do Słowacji, ale kiedyś będącej też w granicach Rzeczypospolitej – jak Stara Lubownia i pozostałe 14 „miast spiskich” danych przez Zygmunta Luksemburczyka w zastaw królowi polskiemu). Mogła mieć więc swoje wersje w gwarze spiskiej (polsko-słowackiej) i ruskiej (rusnackiej), a potem została zaadoptowana do języka ogólnosłowackiego (2 poł. XX w). Tak stało się z wieloma melodiami z tamtych stron.

A JK-B sprawił mi wspaniały prezent podając tekst kolędy napisany gwarą góralsko-spiską oczyszczony z węgierskich naleciałości.

KIEDY JASNO GWIOZDA z njeba wychodziyła
wtedyj Panienka Maryja syna porodziyła.
Jak Go porodziyła, siumnie mu śpiywała
Loloj, luloj synu Boski bo jo by barz spała.
Mamo moja mamo, cekoj lem godzinke
Nim jo zońde jaz do raju po twojom pierzynke.
Oj synu mój synu jakbyś ty to zrobioł
Nie minena lem godzinka jageś sie narodziył.
Mamo moja mamo, cy bedzies wierzyła
Ze jo stworzył niebo i ziym i całom nature.

Tekst kolędy wrócił tak do źródeł.

Nasza derencka kolęda ma więc po prostu spiskie korzenie, a ponieważ spiska kultura stała się częścią i polskiej i słowackiej, a także zresztą rusińskiej, kultury, to i do nich kolęda należy, choć znana jest akurat na Słowacji a nie w Polsce. Dzięki Derenkowi obecna jest i w kulturze polskiej na Węgrzech. Jest unikalna, warto ją kultywować.

Derenk, kawałek Spisza na Węgrzech

Radio Polonia Węgierska 36 / antyrockowy musical

Czy można zrobić rockowy musical z antyrockowego paszkwilu? Można. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu (20:40). Program poniżej, jeszcze niżej cały mój tekst.

1. Powitanie
2. Serwis ( R. Rajczyk)
3. Autorski przegląd polskich tygodników (R. Rajczyk)
4. Jeż Węgierski w eterze (J. Celichowski)
5. Urywki historii (I. Gass)
6. Pożegnanie

Czy można zrobić rockowy musical z antyrockowego paszkwilu? Można. I to z jakim rezultatem.

Może zacznijmy od paszkwilu: w 1971 roku pisarz Tibor Déry napisał niewielką powieść pt Képzelt riport egy amerikai popfesztiválról czyli Wyobrażony reportaż z amerykańskiego festiwalu pop. Głównymi bohaterami są mąż i żona, węgierskie emigracyjne małżeństwo. Ona uciekła od męża na festiwal rockowy, on jej teraz szuka. Można się domyśleć, że całość skończy się tragicznie: kobieta umiera od przedawkowania heroiną, mężczyzna, ugodzony nożem w plecy, trafia do szpitala.

Sam festiwal co do szczegółów zgadza z Altamont Speedway Free Festival, który odbył się w Kalifornii w grudniu 1969. Owiany jest ponurą sławą z powodu fali przemocy, która się na nim pojawiła. Emblematyczne stało się morderstwo Mereditha Huntera popełnione przez członków gangu Hells Angels zatrudnionych jako ochroniarze na koncercie The Rolling Stones.

Déry oparł się na relacjach w zachodniej prasie niemal słowo w słowo wykorzystując zamieszczone tam artykuły. Obecnie brzmi to absurdalnie ale wówczas dostęp do zachodnich czasopism oraz znajomość języków obce były bardzo ograniczone i coś takiego było możliwe.

Obraz festiwalu jaki wyłania się z tekstu jest ponury: narkotyki, ogłupiająca muzyka, przemoc, błoto, głód i zimno. Tłum idący na koncert kojarzy się bohaterom z kolumną popędzanych na egzekucję Żydów a Hells Angels ze strzałokrzyżowcami.

I to z tego tekstu teatr Víg postanowił zrobić musical. Najpierw do współpracy zaprosili słynne duo rockowych twórców Jánosa Bródy i Levente Szörényiego, który odmówili pracy z tym tekstem z powodu jego antyrockowego charakteru. Zgodzili się natomiast Gábor Presser oraz Anna Adamis. Presser tłumaczył później, że gdy zapytał Déryego czy dobrze rozumie, że w tekście chodzi o to, że gdziekolwiek człowiek wyjedzie zawsze ze sobą zabierze Węgry, ten to potwierdził. To miało przeważyć w decyzji.

I tak w 1973 roku powstał pierwszy węgierski, jak to nazwano, tragiczny musical rockowy. Odniósł on oszałamiający sukces. Oryginalny spektakl doczekał się czterystu przedstawień a i potem wystawiano go jeszcze wielokrotnie na różnych scenach, w tym po niemiecku oraz po angielsku. Muzyka z musicalu do dziś cieszy się popularnością. Paradoksalnie jak na utwór będący przeniesieniem na scenę antyrockowego paszkwilu niektóre z tych piosenek trafiły do kanonu węgierskiego rocka i niewielu tylko pamięta okoliczności ich powstania.

Legendarna okładka płyty z muzyką musicalu autorstwa Györgya Keménya

Zainteresowanym tą muzyką polecam trzy kawałki: Valaki mondja meg, Ringasd el magad oraz Vinnélek vinnélek.