Radio Polonia Węgierska 87 / Węgry a historia muzyki rockowej

Węgrzy nie tylko wynaleźli, jak wszyscy to wiemy, długopis, wodę sodową i centralę telefoniczną ale również odcinęli swoje piętno na muzyce rockowej. O tym mówię w 87 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (24:05).

Jak to w Europie wschodniej bywa, także w przypadku Węgier karierę światową zrobić można w zasadzie dopiero opuściwszy rodzinny kraj. Przykładów jest masa, weźmy choćby noblistów – z fizyki Jenő (Eugene) Wignera, z chemii Györgya (George) Olah, z ekonomii Jánosa (Johna) Harsányego, twórcę Excela Károlya (Charles) Simonyego, współkonstruktora bomby wodorowej Ede (Edwarda) Tellera, wybitnego matematyka Jánosa (Johna von) Neumana, i tak dalej. Oczywiście były i wyjątki jak Albert Szent-Györgyi, który Nobla z medycyny otrzymał jako mieszkaniec Węgier czy też Imre Kertész, laureat Nobla z literatury, który podobnie żył na Węgrzech, ale to raczej potwierdzenie powyższej reguły.

Mniej znana jest postać węgierskiego muzyka, który zapisał się trwale w historii rocka. (OK, może dziwnym się wydaje porównywanie fizyki atomową do muzyki rockowej, ale kultura też jest ważna!) Chodzi o Tamása (Thomasa) Erdélyiego czy też Tommyego Ramone z legendarnego amerykańskiego zespołu punkowego The Ramones. Erdélyi grał tam na perkusji, był także producentem szeregu płyt grupy.

Erdélyi mieszkańcem Węgier nie był długo. Urodził się w 1949 roku w rodzinie żydowskiej – rodzice, zawodowi fotografowie, Holocaust przeżyli ukrywani przez sąsiadów – a kraj opuścił w trakcie rewolucji 1956 roku. Rok później trafił do Stanów Zjednoczonych, zamieszkał z rodziną w okolicach Nowego Jorku. W szkole średniej zaczął grać w zespole the Tangerine Puppets, tam poznał się z kolegą, z którym później zakładali the Ramones.

Początkowo Erdelyi miał być managerem ale kiedy okazało się, że grupa nie może znaleźć perkusisty, który wytrzymywałby tempo ich kawałków, sam usiadł do bębnów.

Na perskusji grał w latach 1974-1978, później zrezygnował powołując się na zbyt męczące trasy koncertowe, pozostał jednak producentem płyt zespołu. Umarł w 2014 roku.

W 2002 roku the Ramones doznali honoru umieszczenia na liście Rock and Roll Hall of Fame. Erdelyi jest tam, przynajmniej dotychczas, jedynym muzykiem węgierskiego pochodzenia. Dla fanów rocka to jakby dostał Nobla.

The Ramones, nasz bohater to ten pierwszy z prawej, źródło: The Rolling Stone

The Ramones gra
Reklama

Radio Polonia Węgierska 86 / czemu węgierscy pisarze nie piszą o Polsce

Powstało parę świetnych książek, w których polscy pisarze opisują Węgry ale brak takich książej o Polsce po stronie węgierskiej. O tym opowiadam w 86 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (31:10).

Czytam sobie ostatnio Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka delektując się opisami węgierskiej, choć nie tylko, prowincji, po której Stasiuk włóczy się pijąc masę kawy, palinki czy też jej innych lokalnych odpowiedników, paląc podłe papierosy, podróżując przeróżnymi środkami lokomocji no i wdając się w bezpośrednie kontakty z ludźmi tam żyjącymi. Nie będąc tam mogę dzięki tej książce tych miejsc doświadczyć, dowiedzieć się czegoś o nich, poznać ich klimat – a może nawet się nimi głębiej zainteresować.

Nie tylko Stasiuk tak pisze o Węgrzech. Czytając książki Krzysztofa Vargi – Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą, Langosz w jurcie – można sobie podumać o duszy węgierskiej i węgierskich kulinariach. Via Carpatia Szczerka to z kolei powstała w stylu gonzo relacja z podróży tropami węgierskiego nacjonalizmu i resentymentu.

Tak więc po Węgrzech można sobie popodróżować nie ruszając się z wygodnego fotela.

Zastanowiło mnie jak wygląda sytuacja z drugiej strony, czyli na ile podobnych pozycji mogą liczyć węgierscy czytelnicy.

Symetrii nie ma. Podobnych reportaży literackich nie ma w ogóle. Z tematów polskich jest nieco książek Istvána Kovácsa o udziale Polaków w powstaniu 1848 roku, kilka pozycji o kontaktach polsko-węgierskich: współpracy opozycji demokratycznej w obu krajach w latach 80-tych czy też legendarnych podróżach młodych Węgrów autostopem po Polsce w latach 60-tych oraz 70-tych. Poza tym nic.

Żałuję tego z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz jasna, szkoda, że Węgrzy nie mają możliwości takich fotelowych podróży po Polsce jak Polacy po Węgrzech. A po drugie to ciekaw jestem jak węgierscy autorzy widzieliby Polskę, co zwróciłoby ich uwagę, co zdziwiło, co zniesmaczyło, a co może by rozśmieszyło. Zazwyczaj sporo można się dowiedzieć o sobie od takich obserwatorów z zewnątrz.

Tyle wydaje się środków na pielęgnowanie przyjaźni polsko-węgierskiej, a nuż znalazłoby się coś na kilka stypendiów na napisanie przez węgierskich pisarzy podobnych książek o Polsce. Tyle, że nie wolno byłoby oczekiwać od nich lukrowanego obrazu kraju – to nie byłoby dla nikogo interesujące.

kilka krzywo ułożonych wspomnianych książek, wśród nich nawet jedno tłumaczenie na węgierski

Radio Polonia Węgierska 85 / wielki mistrz mini-pomników

Tego artysty nie sposób nie lubić. Tworzy mini-rzeźby i mini-pomniki, umieszcza je w przestrzeni publicznej, nie zawsze dbając o odpowiednie zezwolenia. O nim mówię w 85 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (16:30).

Sto osiemdziesiąt pomników w pięćdziesięcu czterach miastach pomimo relatywnie młodego wieku (44 lata). Styl na tyle charakterystyczny, że nawet dyletanci rozpoznają bezbłędnie autora. I to wszystko mimo faktu, że mowa jest o imigrancie świeżej daty.

Prace tego artysty można oglądać przede wszystkim w Użhorodzie w Ukrainie ale jest ich dużo też w Budapeszcie co jest reprezentatywne dla jego związków z obu miastami i krajami: Michail, Mychajło albo też Mihály Kołodko ma korzenie węgiersko-ukraińskie i w 2017 roku przeniósł się z rodzinnego Użhorodu do Budapesztu.

Choć jako rzeźbiarza w pierwszym rzędzie interesowały go monumentalne pomniki, z czasem uznał, że w nowych czasach nie można zdawać się na państwowe z natury rzeczy zamówienia na tego rodzaju prace. Dodajmy do tego ograniczenia materialne, których doświadczał jako niezależny twórca i widać już jak narodziła się jego koncepcja rzeźbiarstwa partyzanckiego. W ramach tej formy street artu tworzy on i rozmieszcza w przestrzeni publicznej mini-rzeźby czy też mini-pomniki nie uzyskując dla tego żadnych zezwoleń.

Forma tych prac początkowo wywoływała kontrowersje ale obecnie są one szeroko akceptowane i traktowane jako część kolorytu danej miejscowości. Informacje o nowych rzeźbach Kołodki są regularnie zamieszczane w mediach.

Jeśli wzbudzają dziś kontrowersje to raczej swoją treścią bo Kołodko nie tworzy wyłącznie postaci z bajek czy słodkich zwierzaków ale też rzeźby o niekiedy wyraźnej treści politycznej. Kiedy na placu Szabadság, gdzie znajduje się pomnik żołnierzy radzieckich, umieścił on wojskową uszankę na poduszce koronacyjnej, pewien skrajnie prawicowy polityk rozbił rzeźbę siekierą a pozostałości wrzucił do Dunaju. Rzeźbiarz odpowiedział umieszczając tam rzeźbę siekiery na takiej samej poduszce.

Niedawno nabrzeże Dunaju wzbogacił jego pomnik wojny rosyjsko-ukraińskiej. Na trawniku przy promenadzie Moskiewskiej (Moszkva sétány) pojawił się ozdobiony tryzubem środkowy palec z kamienia formując jednoznaczny gest. Na jego szczycie znajduje się okręt wojenny ozdobiony twarzą Putina, zważywszy na lokalizację, można przypuszczać, że chodzi o ten okręt, którego obrońcy wyspy Wężów posłali w wiadome miejsce.

Śladami rzeźb Kołodki można zwiedzać Budapeszt – jest ich tu niemal czterdzieści (mapa tu). Moja ulubiona to cesarz Franciszek Józef śpiący na balustradzie mostu Szabadság. Ale, że jedna z jego rzeźb znajduje się w Kielcach a inna w Przemyślu, to zwiedzanie można rozciągnąć i na Polskę.

żaba na placu Szabadság

śpiący Franciszek Józef na moście Szabadság

Fajka Rezső Seressa

królik z uszami w kratkę (kockásfülű nyúl), bohater jednej z dziecięcych bajek

palec z Putinem, źródło: 444.hu

okręt z Putinem na szczycie palce, źródło: 444.hu

Radio Polonia Węgierska 83 / Zapomniane ofiary wojen

Nie o wszystkich ofiarach wojen pamiętamy tak samo. O tym mówię w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (17:50).

Jak ktoś podróżuje po Węgrzech na pewno zwróci uwagę na stojące w środku każdej miejscowości małe pomniki czy też tablice upamiętniające ofiary dwóch ostatnich wojen światowych. Powstały one zwykle w latach międzywojennych, początkowo jako upamiętnienie ofiar wojny, wówczas jeszcze po prostu „światowej”, bez przymiotnika “pierwsza”, po drugiej wojnie dodano kolejne listy.

Ofiary te polegli żołnierze. Mężczyźni w kwiecie wieku. Ich śmierć z pewnością odbiła się tragicznym piętnem na ich rodzinach, w których odgrywali zapewne rolę żywiciela. Jeśli porównać ich liczbę do liczby mieszkańców miejscowości, widać jakim ciosem ta strata musiała być także na poziomie społecznym.

Tablice takie to oczywiście nie specjalność węgierska. Znaleźć je można w wielu krajach na zachodzie Europy.

W Polsce jednak takich upamiętnień ofiar pierwszej wojny światowej brak.

Czy w czasie tej wojny nie ginęli Polacy? Czy może ginęło ich mniej niż przedstawicieli innych narodowości? Czy nie są warci pamięci? Na wszystkie pytania odpowiedź brzmi: nie.

Pomija się ich w zbiorowej pamięci bo nie zginęli za Polskę, a śmierć ludzi, którzy zginęli z innych niż Polska powodu, nawet jeśli nie mieli w tej sprawie wyboru, wyraźnie jest mniej warta. Jak pamiętamy z nauki historii w szkole, ta wojna, ta wymarzona wojna narodów, w której wszyscy trzej zaborcy ponieśli klęskę to powód do radości a nie żałoby. A przecież tu też zginęli Polacy – tu też zginęli ludzie.

Każdy Polak zapytany o ilość ofiar drugiej wojny światowej nawet w środku nocy wyrwany ze snu wyrecytuje: sześć milionów. Na to samo pytanie w odniesieniu do pierwszej wojny światowej w milczeniu sięga po komórkę by sprawdzić w internecie (pomogę: to około miliona zabitych).

W czasach kiedy nawet ofiarom większych wypadków drogowych stawia się pomniki cisza wokół polskich ofiar pierwszej wojny światowej jest szczególnie uderzająca.

Radio Polonia Węgierska 82 / Kapuś

Ten serial przemknął się przez HBO Max jak meteor a mimo wszystko na wielu Węgrach zrobił duże wrażenie. Besugó czyli Kapuś powinien być ciekawy nie tylko dla Węgrów, o tym opowiadam w kolejnym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (22:30).

Co istnieje coś, co może bardziej kręcić Węgrów niż Batman? Okazało się, że tak. Kiedy w kwietniu w ofercie HBO Max równolegle z Batmanem właśnie pokazano węgierski ośmioodcinkowy serial pt. Besugó czyli Kapuś, on właśnie okazał się być bardziej popularny od Batmana.

Jest rok 1985. Na studia do Budapesztu przyjeżdza z prowincji Gergő. Jeszcze w pociągu zostaje on szantażem zmuszony do współpracy z węgierską ubecją. Ma rozpracować działającą wśród studentów opozycyjną grupę kierowaną przez charyzmatycznego Zsolta Szavę.

Gergő podejmuje grę niekiedy wyciągając dla siebie korzyści z układu, w którym się znalazł. Donosi na kolegów, coraz bardziej zdobywa zaufanie opozycjonistów, a przy tym doskonali się w sztuce manipulowania wszystkimi w swoim otoczeniu, włączając w to swojego oficera prowadzącego.

Serial w niemal fotograficzny odtworzył świat lat osiemdziesiątych. Tytułowy klip z muzyką undergroundowej kapeli Európa Kiadó mistrzowsko łączy oficjalne i nieoficjalne obrazy z tego okresu. Bardzo przekonująco przedstawione jest kilka postaci, na przykład mały cwaniak zajmujący się wszelkimi geszeftami czy młodzieżowy działacz komunistyczny.

Gorzej poszło natomiast z odtworzeniem historycznych realiów, co ściągnęło na serial wiele krytyki. Podnoszono, że inaczej wyglądała ówczesna opozycja, że przedstawiony w filmie szantaż w życiu nigdy by nie miał miejsca, że nie oddano w nim wszechobecnego strachu.

Tak czy inaczej, serial zahipnotyzował Węgry. Pewną rolę odegrała w tym na pewno nostalgia za latami osiemdziesiątymi, które, jak wspomniałem, są w warstwie wizualnej odtworzone nadzwyczaj wiernie.

Sądzę jednak, że ważniejsze było podjęcie tematu współpracy z bezpieką. Ten temat to na Węgrzech w zasadzie tabu. Mimo upływu tylu lat od upadku komunizmu, do dziś dostęp do archiwów jest ograniczony. Społeczeństwo nie zmierzyło się z tą kwestią. A, jak się wydaje, jest do tego gotowe.

Serial był dostępny zaledwie przez parę miesięcy bo już pod koniec czerwca usunięto go z oferty HBO Maxa powołując się na względy oszczędnościowe. Trudne to zrozumiałe zważywszy na jego popularność. Może zadbali o to nieujawnieni agenci z tamtych czasów?

Tytułowy klip
Mocskos idők czyli Parszywe czasy

Radio Polonia Węgierska 81 / Ten plac to my

W najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o tym jak piosenka z rockopery stała się hymnem ulicznym (23:00).

Ta piosenka, tu w nieco chaotycznym wykonaniu, rozbrzmiewa ostatnio na demonstracjach poparcia dla nauczycieli walczących o prawo do strajku i podwyżki. Demonstracje, zarówno te organizowane przy szkolach jak i wielokilometrowy żywy łańcuch ciągnący się przez całe śródmieście czy też blokada mostu Małgorzaty, przyciągają licznie uczniów i to oni śpiewają tę piosenkę.

Pochodzi ona z rock opery Chłopcy z Placu Broni. Jej tytuł to Mi vagyunk a Grund czyli, w tłumaczeniu, Ten plac to my, jest to w zasadzie hymn patriotów Placu Broni. Posłuchajmy fragmentu:

Wielki jest świat, do nieba sięga
Ale ten skrawek ziemi ogarnie jedna ręka
Tu do nas słońce się uśmiecha
Swój szlak znaczy na deskach

I ten plac, i to lato, i drzewa, i akacje
I ten ogród, i dom, w domu głosy chłopackie
Ciebie i mnie nic już nie rozłączy
Powiedz ty też, że ten plac to my.

Stańmy w jego obronie, co by nie miało przyjść
Plac musi wolnym być!
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić
Inaczej nie warto żyć.

Chłopcy z Placu Broni to węgierska powieść wszechczasów, najpopularniejsza książka napisana po węgiersku zarówno tu jak i na świecie. Mimo, że powstała niemal sto dwadzieścia lat temu, do dziś rezonuje wśród odbiorców. Zainspirowała powstanie wspomnianej rock opery, ta z kolei młodzież, która za swoją przyjęła jedną z pochodzących z niej piosenek utożsamiając swą walkę ze zmaganiami bohaterów książki. Bitwa o Plac broni nie skończyła się, ona wiecznie trwa.

Dla zainteresowanych, klip z oryginalnym wykonaniem piosenki:

Wykonanie przez demonstrujących uczniów:

Bonus: wykonanie przez nauczycieli:

Moje tłumaczenie tekstu piosenki (oryginalny tekst tu)

Ten plac to my
Wielki jest świat, do nieba sięga
Ale ten skrawek ziemi ogarnie jedna ręka
Tu do nas słońce się uśmiecha
Swój szlak znaczy na deskach

I ten plac, i to lato, i drzewa, i akacje
I ten ogród, i dom, w domu głosy chłopackie
Ciebie i mnie nic już nie rozłączy
Powiedz ty też, że ten plac to my.

Stańmy w jego obronie, co by nie miało przyjść
Plac musi wolnym być!
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić
Inaczej nie warto żyć.

Wielki jest świat i nikogo nie rusza
Że ktoś tu w nas kamieniem rzuca
Usta nam nie drżą gdy zbliża się cios
My zwyciężymy bo nasz kraj to nasz los
.

I ta ławka, ten mur, te belki w sągach
Ta piosenka, bicie serca coraz bardziej się w nią wciąga
To jest znak, że stąd nigdy nie uciekniemy
Powiedz ty też, że ten plac to my
.

Stańmy w jego obronie, co by nie miało przyjść
Plac musi wolnym być!
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić
Inaczej nie warto żyć.

Stańmy w jego obronie, co by miało nie przyjść / Czego się bać, po co żyć
Plac musi wolnym być! / Jeśli nie dla swych marzeń?
Umówmy się, że to miejsce trzeba ocalić / Czego się bać, po co żyć
Inaczej nie warto żyć / Jeśli nie dla swych marzeń?

Czego się bać, po co żyć
Jeśli nie dla swych marzeń?
Czego się bać, po co żyć
Jeśli nie dla swych marzeń?

Stańmy w jego obronie, co by nie miało być
Wyzwolimy plac!
Umówmy się: to miejsce musi być
Inaczej nie warto żyć.

Radio Polonia Węgierska 80 / Morze słowiańszczyzny

Morze słowiańszczyzny oblewa Węgry. O tym mówię w najnowszym odcinku wznowionego właśnie podcastu (33:11).

Panslawizm ma się świetnie na Węgrzech.

Ot, nie tak dawny przykład: pochodząca z marca wypowiedź Viktora Orbána na temat wojny w Ukrainie: „Nigdy nie uczestniczyliśmy w sporze z ilu państw ma się składać morze słowiańszczyzny, i w przyszłości nie zamierzamy tego robić”.

Słowiańskie morze: to nie wymysł premiera ale funkcjonujące wśród wielu Węgrów pojęcie. Dla nich słowiańszczyzna to rzecz obca, zagrożenie. Nie raz można usłyszeć, że Węgry są „wyspą na morzu słowiańszczyzny”. Pominąwszy już ciekawą kwestię słowiańskiego charakteru Austriaków czy też Rumunów, obraz ten wyraźnie pokazuje poczucie otoczenia.

Dla mnie, jak pewnie i dla przeważającej większości Polaków, słowiańskość co cecha języka. Określam się jako Polak, Europejczyk, poznaniak, budapeszteńczyk ale słowianin? Zdecydowanie nie!

Dla wielu Węgrów natomiast słowiańszczyzna to niemal narodowość. Słowianie są podobni do siebie, tworzą jedną wspólnotę, różnice między nimi są pomijalne. Dużo chętniej odwołują się do pojęcia słowiańszczyzny niż Polacy (czy też zapewne inni słowianie).

Na przykład, pamiętam jak kiedyś widziałem billboard reklamujący koncert hasłem „Bartók i słownianie”. W programie, poza Bartókiem, Borodin, Czajkowski, Dvořák, Janáček, Glinka, Musorgski, Prokofiew, Rachmaninow, Rimski-Korsakow, Smetana, Szostakowicz i Strawiński, czyli kompozytorzy czescy i rosyjscy. Nie jestem w stanie powiedzieć czy akurat kryterium lingwistyczne najlepiej nadaje się klasyfikowania tej grupy kompozytorów, było nie było, niewerbalnej muzyki, organizator koncertu takich rozterek nie miał.

Tak więc muzułmanin z Bośni, czeski ateista, katolik z Polski, posługujący się cyrylicą prawosławny Rosjanin czy też Ukrainiec to wszystko jeden pies. Panslawizm, który w krajach słowiańskich traktowany jest raczej jako eksponat z muzeum idei, na Węgrzech nadal żyje.

Bartók + Słowanie czyli Węgrzy i reszta (ich otaczającego) świata

Radio Polonia Węgierska 79 / Nikoś

Zauważyłem, że nigdy nie wrzuciłem tutaj mojego ostatniego felietonu w podcaście Radio Polonia Węgierska (38:20), a że film, o którym mowa do dziś można obejrzeć, nadrabiam to teraz. Dodam tylko, że podcast niedługo ruszy na nowo, więc będą nowe teksty!

Kiedy siadałem, żeby obejrzeć sobie film pt. Jak pokochałam gangstera nie spodziewałem się wątku węgierskiego. Nikoś, trójmiejski gangster, którego życie stanowi fabułę filmu, miał epizod budapeszteński. W latach siedemdziesiątych jeździą regularnie na Węgry, gdzie zajmował się cinkciarstwem, oszustwami i inną podobną działalnością. Miał tam swoją bandę.

W filmie pojawia się zresztą i język węgierski w scenie kiedy Nikoś spotyka się z miejscowymi „chłopakami z miasta”, którzy domagają się by nie rozszerzał działalności na inne obszary. Wszyscy mówią w swoich językach i nie wygląda na to by ktokolwiek rozumiał o czym jest mowa (poza widzami filmu, którzy dostają tłumaczenie). W komunikacji jednoznaczne są jedynie pistolet i groźne miny.

Nikoś w filmie to uroczy chłopak. Podkreślane są jego spryt, który stoi za jego sukcesami, fantazja, przywiązanie do przyjaciół i rodziny, pragnienie niezależności i głód życia. Jak mówi sam Nikoś, wolał być tygrysem przez rok niż żółwiem przez dwadzieścia lat. Nie można nie ulec jego szelmowskiemu uśmiechowi. Temat przemocy jest elegancko omijany.

Jego kryminalne sukcesy wywołują niemal dumę narodową. Brawurowa ucieczka z niemieckiego więzienia, gdzie w trakcie widzenia zamienia się z bratem, jest tu może najlepszym przykładem. Tu przychodzi na myśl węgierski rabuś banków Viszkis, któremu podobnie kibicowała w swoim czasie tutejsza ulica.

Przyszło mi do głowy jak ten „nasz” bohater był, czy też może jest, pamiętany w pozostałych krajach gdzie działał. W Niemczech to bez wątpienia jedna z postaci dzięki którym powstał stereotyp Polaka-złodzieja samochodów. A na Węgrzech?

Tu, choć nikt go pewnie nie pamięta z nazwiska, przyczynił się zapewne do stworzenia negatywnej atmosfery wokół przyjeżdzających wówczas na handel – i nie tylko – Polaków. Aczkolwiek nie odpowiada za to sam, to jemu też z pewnością zawdzięcza podejrzany charakter okolica dworca Keleti. Bez wątpienia dołożył cegiełkę do wzmocnienia stereotypu cudzoziemca-kryminalisty.

Pewnie gdybym mieszkał w Polsce wiele z tych rzeczy nie przyszłoby mi do głowy.

Tym autobusem Nikoś pojedzie do Budapesztu
Spotkanie z węgierskimi gangsterami, zaraz wszyscy będą mówić w swoich językach

Radio Polonia Węgierska 76 / „Byłem nawet w Budapeszcie”

A kaczuszce, która leci do mamy do Polski wiedzą wszystkie węgierskie dzieci bo pojawia się ona w popularnej piosence ale motywów polskich w piosenkach węgierskich – i węgierskich w polskich – jest dużo więcej. Opowiadam o tym w najnowszym odcinku Radia Polonia Węgierska (26:23).

Dobierając muzykę do tego podcastu ze zdziwieniem zauważyłem, że co jakiś czas trafiam na piosenki, w których pojawiają się polskie odniesienia. Początkowo nie przywiązywałem do tego większej wagi – ot, taka polsko-węgierska ciekawostka – ale robiło się tego coraz więcej i postanowiłem przyjrzeć się sprawie bliżej. Zebrałem co dotąd udało mi się zgromadzić, napisałem posta na facebooku prosząc o inne przypadki.

Czytelnicy nie zawiedli. Materiału zebrało się całkiem sporo. Najstarsza jest to popularna piosenka dziecięca Kiskacsa fürdik fekete tóban czyli Kaczuszka pływa po czarnym stawie. Polski motyw pojawia się w drugiej linijce: Niedługo ruszy do mamy, do Polski. Piosenkę zapisano pod koniec XIX wieku ale jest na pewno starsza.

Po niej chronologicznie pojawia się węgierska wersja piosenki Warszawo ma, wykonawana nie przez kogo innego jak Katalin Karády. To początek lat 40-tych.

Wydarzenia nabierają tempa w latach 60-tych i 70-tych. Sporo węgierskich piosenkach opowiada historie polsko-węgierskich romansów nawiązywanych podczas licznych wówczas wyjazdów do Polski. Jedna z nich ma nawet tytuł po polsku: Moja kochanka. LGT wspomina wyjazd do Warszawy w ramach turné, gdzie zgubił się jeden z członków zespołu Tamás Somló, w piosence Kleyffa pojawia się z kolei fraza gra węgierski Locomotiv.

W latach 80-tych Kontroll Csoport wykonuje – napisany w całości po polsku a i tak w pełni zrozumiały dla Węgrów – wspierający Solidarność song pod tytułem Gdańsk.

W początku lat dwutysięcznych należąca do nacjonalistycznego nurtu rocka kapela Hungarica intensywnie koncertuje w Polsce, nagrywa albumy z polskimi motywami, wykonuje polskie piosenki, na przykład Rozkwitały pęki białych róż.

W tych piosenkach odbijają się stosunki polsko-węgierskie. Jak wspomniałem, jest tam zachłyśnięcie się Polską przez Węgrów w latach 60-tych i 70-tych, pojawia się fascynacja Solidarnością, są żywe kontakty nacjonalistów.

Nie ma tam jednak wszystkiego. Po pierwsze, z jakiegoś powodu Węgry słabiej obecne są w piosence polskiej niż Polska w węgierskiej. Dalej, brak muzycznych odniesień do powstania 1956 roku, które powstałyby w okresie bezpośrednio po jego wybuchu. Było tak zapewne z powodu cenzury no i pewnie dlatego, że muzyka popularna była jeszcze po prostu mniej rozpowszechniona.

Historie romansów polsko-węgierskich opowiadane są wyłącznie z perspektywy męskiej, co tłumaczyć pewnie można słabszym głosem kobiet w muzyce rockowej.

Mimo masowych wyjazdów Polaków na Węgry, zarówno na wakacje jak i na handel, nie usłyszymy o tym w żadnej piosence, no może wyjątkiem jest tu linia Byłem nawet w Budapeszcie z pamiętnej piosenki Elektrycznych Gitar. W ogóle temat polskiego handlu – tych słynnych lengyel piac nie trafił to muzyki.

Podobnie nie wydaje się by zaistniała w niej prawicowa fascynacja Viktorem Orbánem najlepiej widoczna w postaci uczestnictwa polskich grup w węgierskich uroczystościach państwowych.

Temat z pewnością nie jest zamknięty, w przyszłości na pewno pojawią się nowe motywy – a może i ktoś wróci do dotąd pominiętych spraw z przeszłości. Póki co zachęcam do lektury mojego artykułu, który napisałem o muzycznych wpływach dla najnowszego numeru Polonii Węgierskiej. Będzie też tam link do playlisty zewszystkim wspomnianymi piosenkami, więc będzie i czego posłuchać.

Zespół LGT, Tamás Somló, ten co się zgubił w Warszawie, jest drugi z lewej, źródło: Fortepan/ Urbán Tamás
Węgierska publiczność słucha o przygodach Tamása Somló w Warszawie, źródło: Fortepan/ Urbán Tamás

Radio Polonia Węgierska 75 / Nieuznawany a znany

Nieuznawany przez oficjalne kręgi literackie a znany bardziej niż niejeden z pisarzy z programu szkolnego: Jenő Rejtő, mimo, że zmarł niemal 80 lat temu do dziś pozostaje zaskakująco popularny. O nim opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (25:15).

  1. Ciekawostka o Węgrzech
  2. Powitanie
  3. Serwis polonijny
  4. Przegląd polskiej prasy
  5. Jeż Węgierski w eterze
  6. Pożegnanie

Lubię w księgarniach sprawdzać ile miejsca zajmują książki danego pisarza. W dość nienaukowy sposób daje to możliwość oceny na ile ważny on – lub ona – jest dla współczesnego czytelnika (zakładam, rzecz jasna, że wydawane są książki, które ktoś chce czytać).

I tak dowiedzieć się można, że popularni są Sándor Márai a także Albert Wass, ulubiony pisarz nacjonalistów. Obaj byli, bardziej lub mniej oficjalnie uznanymi, zawodowymi literatami. Inna jest jednak sytuacja ze zwykle równie bogato reprezentowanym w księgarniach Jenő Rejtő.

W uproszczeniu można powiedzieć, że był to autor literatury rozrywkowej. Pisał komedie teatralne, skecze kabaretowe a także, dziś najbardziej popularne, powieści przygodowe do gazet. Za tematykę mają głównie Legię Cudzoziemską, przez którą się przewinął, a także Dziki Zachód no i oczywiście historie kryminalne.

W tekstach zachowana jest konwencja literatury brukowej. Historie są niesamowite, co chwile przybierają nieoczekiwany obrót, niewiarygodne wydarzenia mają miejsce jedno po drugim. Czyta się to z wypiekami emocji, napięcie nie opada ani na chwilę.

Bohaterowie są przesadni. Legioniści są wytrzymali jak skała, złoczyńcy to geniusze zła, bogacze są bajecznie majętni, kobiety oszałamiająco piękne a awanturnicy nadzwyczajnie urokliwi. Wszyscy, nawet największe męty, potrafią wyrażać się w sposób wyszukanie uprzejmy, niejednokrotnie także w trakcie bójek.

I co jeszcze dodaje uroku tym niesamowitym ludziom uwikłanym w niesłychane przygody to humor z jakim Rejtő opowiada te swoje historie. I nie na darmo: kogokolwiek by nie spytać o niego – a znają go wszyscy – pierwszą reakcją jest zawsze uśmiech. Szereg powiedzeń, jak na przykład „dwa decylitry wina rozcieńczone trzema decylitrami rumu” weszło do języka potocznego, częste są też, także w prasie, odniesienia do postaci z jego opowiadań.

Jego życie było niemal tak kolorowe jak jego opowiadania. Ze szkoły wyleciał wcześnie, trenował boks, podobno jednocześnie w kilku klubach, próbował kariery teatralnej.

Wyjechał szukać szczęścia do Berlina, a stamtąd dalej do Europy i Afryki Północnej. Imał się różnych zajęć, podróżował na gapę, bywał aresztowany, biedował, wtedy właśnie spędził parę miesięcy w Legii Cudzoziemskiej, co wszystko dostarczyło mu wspaniałego materiału do jego późniejszych książek.

Po powrocie do Budapesztu rozpoczął życie literacko-kawiarniane. Zarobione pieniądze tracił regularnie na grę w karty, według legendy często płacił w kawiarniach stronami napisanych tekstów, które kelnerzy wymieniali później na gotówkę w jego wydawnictwie.

Zmarł z wyczerpania i zimna na Ukrainie na początku 1943 roku służąc w oddziałach pracy, do których posyłano wówczas Żydów. Podobno do ostatniej chwili zabawiał towarzyszy niedoli opowiadaniem z pamięcie fragmentów swoich książek.

Mimo upływu czasu Rejtő pozostaje niezmiernie popularny. Oprócz stert książek w księgarniach świadczy o tym ulica w siódmej dzielnicy, która została nazwana jego imieniem na skutek jednej z pierwszych petycji internetowych.

Nieistniejący już mural przedstawiający kelnera Rejtő: według legendy miejskiej pisarz płacił w kawiarniach kawałkami swoich najnowszych opowiadań, które potem kelnerzy wymieniali na gotówkę w odpowiednich redakcjach, źródło: cultura.hu