Hala na placu Lehela i związane z nią historie

Są rzeczy, które się albo kocha albo nienawidzi, obojętność w ich przypadku nie wchodzi w rachubę. W Budapeszcie dobrym przykładem jest hala targowa na placu Lehela.

W przeciwieństwie do większości tutejszych hal targowych, które, wliczając w to i centralną halę targową koło mostu Wolności, to budynki z końca XIX wieku, ta hala jest postmodernistyczna. Inną ma formę, mało tam symetrii, inne są materiały i, dość żywe, kolory. Charakterystyczne metalowe flagi nie mają precedensu. Do innych hal nawiązuje przeszklonym dachem o żelaznej strukturze. Większość znajomych, których o halę zapytałem, jej nie lubi. Mimo, że hali przyznano szereg nagród architektonicznych, między innymi nagrodę specjalną w konkursie Prix d’excellence Międzynarodowej Federacji Nieruchomości FIABCI także wielu przedstawicieli środowiska architektów odnosi się do hali krytycznie. Mniej się jednak ona podoba.

Hala w całj okazałości
Charakterystyczna flaga
Wjazd na parking na dachu
Róg budynku
Zadrzewiony balkon
Ściana, jest nieregularność, są kolory
Budka na dachu, kolejna flaga
Odciąg na dachu
Klatka schodowa z zewnątrz
Widok z boku
W środku, dach jak w innych halach
Klatka schodowa widziana od wewnątrz
Przeszklone ściany
Wewnętrzna klatka schodowa
Kolory, konstrukcje
W środku, nie tylko architektura ale i sprzedający oraz kupujący
Kwaszonki jak w każdej szanującej się hali

(Tak na marginesie, halę polecam odwiedzającym Budapeszt. To świetny rynek z szerokim wyborem świeżych towarów, niewysokie ceny, autentyczna węgierska atmosfera a przy tym zero turystów. Coś mniej banalnego niż centralna hala targowa.)

Hala, którą w nawiązaniu do nautystycznego kształtu potocznie nazywa się Statkiem przekupek (Kofahajó), jest nie tylko jest zdolna do wzbudzania estetycznych emocji ale stoi za nią szereg interesujących historii.

Oddano ją do użytku w 2002 roku na miejscu otwartego rynku, który funkcjonował tu od końca XIX wieku. Jej twórcą był László Rajk, architekt, scenograf, ważna postać węgierskiej opozycji demokratycznej, polityk.

Hala była bodajże najważniejszym, a z pewnością najwiekszym, budynkiem, który zaprojektował. Do jego głośnych prac należy również instalacja na Műcsarnok stworzona razem z Gáborem Bachmanem na powtórny pogrzeb Imre Nagya w 1989 roku.

źródło: Fortepan, autor: tm

Był autorem wielu scenografii teatralnych, prac graficznych, okładek książek wydanych w podziemiu, między innymi fragmentów Dzienników Gombrowicza.

Dzienniki Gombrowicza, okładka Rajka, źródło: László Rajk Missing Series

Rajk był aktywnym członkiem opozycji demokratycznej, współzałożycielem podziemnego wydawnictwa AB. W jego mieszkaniu na ulicy Galamb w latach 1981-1983 działał tak zwany Butik Rajka czyli sklepik z bibułą. W określonych porach można było tam kupić nielegalne wydawnictwa. Działalność butiku skończyła się konfiskatą mieszkania.

Później Rajk był działaczem Związku Wolnych Demokratów, partii, która wyłoniła się z kręgów opozycji demokratycznej. W jej ramach dwukrotnie wybrano go jako posła do parlamentu.

Nie był to pierwszy László Rajk w węgierskiej polityce. Jego ojciec, który tak samo się nazywał, był prominentnym komunistą. Walczył na wojnie w Hiszpanii, aresztowany w Budapeszcie w czasie wojny śmierci uniknął dzięki interwencji brata Endre Rajka, prominentnego strzałokrzyżowca, który w mundurze galowym pojawił się na jego procesie w 1944 roku (wtedy strzałokrzyżowcy byli u władzy) ratując go z opresji.

Po wojnie w 1946 roku został ministrem spraw wewnętrznych. W oparciu o prowokacją polityczną organizował pierwszy proces pokazowy, brał udział w fałszowaniu wyborów, likwidował niezależne organizacje społeczne. Na skutek napięć wewnątrz partii stanowisko stracił w 1949 otrzymując dużo mniej ważne stanowisko ministra spraw zagranicznych.

Nazwisko jego zapisało się w historii jednak nie z powodu tych osiągnięć ale z powodu procesu zwanego od jego nazwiska procesem Rajka. Zaaresztowano go w maju 1949 roku pod zarzutami szpiegostwa dla Amerykanów oraz współpracy z policją Horthyego. Ponieważ, mimo tortur i innych form nacisku, Rajk nie był skłonny przyznać się do winy w końcu oskarżono go o kontakty z Jugosławią, która wówczas była uznawana za wrogie państwo. (Jedną z osób próbujących namówić Rajka do przyznania się do winy był János Kádár, który po nim objął stanowisko ministra spraw wewnętrznych, sam zresztą później został aresztowany i spędził dłuższy czas w więzieniu).

Proces Rajka był pokazowy. Cały kraj zmuszony był słuchać w radio transmisji. György Faludi (pisałem o nim tu), który wówczas pracował jako dziennikarz tak opisywał jak wyglądało to w jego redakcji:

Kiedy wszedłem do biblioteki Rajk w długim monologu wyznawał akurat winy, o których nawet ÁVO [węgierski odpowiednik UB] nie miało pojęcia. Almássi, policyjny donosiciel siedział za biurkiem plecami do pozostałych. Pozornie zatopiony był w jednym z tomów zebranych prac Stalina. Co jakiś czas oglądał się do tyłu i przyglądał się bacznie siedzącym tam trzydziestu osobom czy z odpowiednio wrogim wyrazem twarzy słuchają zeznań Rajka, czy może przypadkiem jakimś gestem nie zdradzają sympatii dla niego. Pokolbeli víg napjaim, str. 300

Rajk przyznał się w końcu do winy, wydano wyrok śmierci, który wykonano 15 października 1949 roku.

Zrehabilitowano go w ramach rozliczeń ze stalinizmem w 1955 roku. Jego ponowny pogrzeb odbył się 6 października następnego roku. Wzięło w nim udział dwieście tysięcy ludzi, była to przygrywka do rewolucji, która wkrótce miała się rozpocząć. Według anekdoty jeden ze znajomych Rajka widząc zebrany tłum miał powiedzieć „Biedny Laci, gdyby żył to kazałby do nas strzelać”.

Júlia Rajk i László Rajka junior na pogrzenie László Rajka seniora, źródło: Fortepan, ofiarodawca: Pál Berkó

To co się stało z Rajkiem seniorem silnie dotknęło jego rodzinę. Błyskawicznie wyrzucono ich z zajmowanej willi, żonę Rajka aresztowano i skazano na pięć lat więzienia. Kilkumiesięcznego wówczas László Rajka juniora oddano pod nazwiskiem István Kovács do domu dziecka, gdzie przebywał przez dwa lata. Przekazano go rodzinie jego matki wystawiając go z samochodu na rogu ulic Váci i Bulcsú, tam czekała na niego uprzedzona babcia. Także żonie Rajka zmieniono nazwisko: Júlia Lászlóné Rajk zmieniła się w Júlię Lászlóné Györk. Nazwisko Rajk miało zniknąć z powierzchni ziemi. Proces jego odzyskiwania dla ich obojga nie był ani łatwy ani szybki.

Po wyjściu z więzienia urosła pozycja Júlii Rajk, bo zaczęła się nazywać (na Węgrzech formalnie nazywała się, jako mężatka, Lászlóné Rajk). Wywalczyła publiczny pogrzeb dla swojego męża, brała udział w publicznych dyskusjach poprzedzających rewolucję. Po interwencji armii radzieckiej schroniła się z synem w ambasadzie Jugosławii, skąd wywieziono ich do Rumunii na internowanie. Po powrocie nie była poddana represjom – chodziły plotki o cichej umowie z Kádárem, która miała to zagwarantować.

Zachowywała się odważnie interweniując w wielu sprawach wśród najwyższych władz, których członków znała przecież osobiście, niejednokrotnie jeszcze z okresu nielegalnej działalności komunistycznej. Kádár, który nie miał czystego sumienia z powodu udziału w procesie i morderstwie jej męża, nie raz jej ustępował.

Kiedy raz milicja zatrzymała jej syna – to akurat nie była polityczna sprawa – Júlia zwróciła się o interwencję do władz i Kádár miał wówczas oświadczyć „drugiego procesu Rajka nie będzie”, co ilustruje znaczenie tego nazwiska w polityce.

Júlia brała udział w działaniach opozycyjnych. Podawała informacje do zagranicznych agencji prasowych, podpisała list w obronie czechosłowackiej Karty 77 („Júlia Rajk, emerytka”). Wraz z wdową po Mihályu Károlyim założyła schronisko dla psów. Była to pierwsza od 1951 roku organizacja społeczna na Węgrzech. W latach 40-tych to jej mąż likwidował podobne istniejące wówczas stowarzyszenia.

W 1980 roku zdiagnozowano u niej raka. Próbowano leczyć ją między innymi we Francji. Wracając stamtąd już na noszach pod kocem przemyciła węgierskie publikacje emigracyjne dla butiku z samizdatem syna. Kiedy w lipcu odbyły się kolonie dla dzieci z Polski zorganizowane przez tutejszą opozycję demokratyczną miała się z nimi spotkać ala z powodu jej choroby nie doszło to do skutku. Zmarła 6 września 1981 roku.

Mimo tego wszystkiego co przeszła nigdy nie zdobyła się na jednoznaczne odrzucenie komunizmu. Systemu, który zamordował jej męża, ją natomiast wtrącił do więzienia odrywając od kilkumiesięcznego dziecka.

Od systemu odciął się jej syn. Sam nie miał dzieci a że zmarł w 2019 historia tej gałęzi rodziny Rajków się skończyła.

To wszystko przychodzi mi głowy gdy widzę kontrowersyjną halę na placu Lehela.

Radio Polonia Węgierska 33/ rockowy Sylwester w Akademii Muzycznej

Co robią melomanii w Sylwestra? To samo co miłośnicy klasycznego węgierskiego rocka: idą na koncert Amadindy grającej razem z Gáborem Presserem w Akademii Muzycznej. Niestety nie w tym roku, ale, miejmy nadzieję, za rok. O tym mówię w najnowszym podcaście (26:15). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

Powitanie
Serwis informacyjny – przyg. Robert Rajczyk
Przegląd prasy – przyg. Robert Rajczyk
Życzenia Marii Felfoeldi – przewodniczącej Ogólnokrajowego Samorządu Polskiego
Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerz Celichowski
Urywki Historii
Muzyczne listy
Pożegnanie

Sylwester kojarzy się zwykle z niewyszukaną zabawą. Szampan – dużo szampana – i inne alkohole, głośna muzyka, tańce, uliczne koncerty popowe, petardy, fajerwerki. Tak jest w zasadzie wszędzie, różnice są może w zakresie jadanych wówcas potraw: w Polsce będzie to raczej bigos, na Węgrzech parówki.

Zdarzają się jednak wyjątki. Takim jest coroczny sylwestrowy koncert zespołu Amadinda w Akademii Muzycznej. Dla tych co Amadindy nie znają: mowa jest o zespole perkusyjnym choć nie należy tego rozumieć jako ekipy pałkerów rockowych ale muzyków grających na wszystkim w co da się uderzać od bębnów, czyneli czy też kotłów począwszy po wszelakie wibrafony, marimby oraz ksylofony. To muzycy wysokiej klasy, dwóch z tej czwórki wykłada na Akademii Muzycznej. Grają wszystko od transkrypcji na intrumenty perkusyjne utworów klasycznych, poprzez tradycyjną muzykę afrykańską aż po muzykę współczesną: specjalnie dla nich komponował na przykład Steve Reich.

Sylwestrowy koncert Amadindy to jednak nie wyłącznie muzyka klasyczna. Pierwsza jego część – ta do północy – jest bardziej na poważnie. Na jej zakończenie lider zespołu Zoltán Rácz gra na fortepianie hymn węgierski – bez tego żaden węgierski sylwester się nie obędzie – i następuje przerwa, w trakcie której w foyer podawany jest szampan.

Po przerwie pojawia się zaprzyjaźniony z zespołem Gábor Presser, jedna z najwybitniejszych postaci węgierskiego rocka i popu. Grają razem i to już jest dużo luźniejsza część. Wykonują napisane przez Pressera utwory zespołu LGT, oddają się żartom i wygłupom muzycznym. Dołączają zwykle do nich innych zaproszeni goście. Rockendrollowe kawałki wykonane z wirtuozerią na klasycznych instrumentach przez najwyższej klasy muzyków to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Tego w żaden sposób nie można nazwać muzyką poważną.

Amadinda i Presser grają razem, źródło: programturizmus.hu

Koncerty zrobiły się tak popularne, że Amadina zmuszona została do organizowania poza koncertem północnym także drugiego koncertu o 19 wieczorem. Dla tylu ludzi tak pociągający jest ten rodzaj wysmakowanej, opartej na muzyce klasycznej rozrywki.

W tym roku z powodu wirusa koncertu nie będzie, a szkoda. Mam jednak nadzieję, że za rok ta tradycja powróci.

Radio Polonia Węgierska 32/ słowacka kolęda z Derenka

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o zaskakującym rezultacie moich prób dowiedzenia się czegoś o derenckiej kolędzie pt. Kedė jaszna gjozda. Jest ona nieznana w Polsce a popularna na Słowacji – i to także wśród Łemków (nagrania tu, tu, tu i tu, to ostatnie jest łemkowskie). Swoje badania będę dalej prowadził i jeśli czegoś więcej się dowiem na pewno to napiszę.

Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 23:30).

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd polskich tygodników
4. Jeż węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Robert Rajczyk o węgierskim futbolu
7. Pożegnanie

Ładnych parę lat temu, tak jak teraz przed świętami, szkołę polską przy ambasadzie odwiedziły panie z Derenka. Opowiadały uczniom o wsi, swoje historie, jedna z pań pokazała dowód osobisty, w którym Derenk widniał jako miejsce urodzenia. Zaśpiewały parę piosenek bo dwie z nich to członkinie zespołu Drenka Polska.

Wśród tego co zaśpiewały była pastorałka pod tytułem Kedė jaszna gjozda. Ma ona piękną melodię i jest bardzo bożonarodzeniowa w charakterze. Od pań dostałem jej tekst w dziwnej nieco pisowni, głównie opartej na węgierskiej transkrypcji ale też zawierającej “e” z kropeczką. Jest on w dużej mierze zrozumiały, czasem dlatego, że językowo bliski jest współczesnej polszczyźnie, a czasem po prostu dzięki kontekstowi bo o czym w końcu może być mowa w pastorałce?

Pomyślałem, że to niezwykłe, że niewielka polonia węgierska ma przez to swoją własną kolędę. Postanowiłem spróbować się więcej o niej dowiedzieć. Napisałem w tej sprawie do dwóch muzykologów zajmujących się muzyką Podhala – to stamtąd trafili na Węgry derenczanie. Żaden z nich nie potrafił o niej niczego powiedzieć a sprawdzali nawet w źródłach dziewiętnastowiecznych. Jeden wspomniał jednak, że warto sprawdzić w słowackiej części Spiszu.

Napisałem więc do znajomej znajomego, która tam mieszka i która natychmiast ją rozpoznała. To je slovenská koleda! napisała i dałączyła szereg linków do jej nagrań. Zresztą nie tylko po słowacku (bądź też w lokalnej gwarze – tego nie jestem w stanie ocenić) ale w gwarze łemkowskiej.

Zamierzam dalej drążyć temat bo sprawa jest intrygująca. Już teraz jednak wygląda na to że, jak to nader często w kulturze bywa, ta pastorałka nie jest częścią jednej tylko kultury ale dzielona jest przez kilka z nich, w tym wypadku kulturę polską, słowacką, spiską jak i łemkowską. I jako taka ma też potencjał by ludzi żyjących w tych kulturach łączyć.

Powracając do naszej polonii i obecnego przedświątecznego okresu: warto, uważam, tę kolędę kultywować. Jest unikalna i piękna. Cóż więcej potrzeba.

Radio Polonia Węgierska 29/ Dziewczyna o perłowych włosach

Albo a perłowym tłuszczu. To zależy od wymowy wykonawcy. O tej niezwykłej piosence mówię w najnowszym odcinku podcastu od 29:20. Tekst poniżej.

Dopiero co umarł László Benkő, klawiszowiec grupy Omega, bodaj największego zespołu rockowego z Europy Wschodniej. Ich flagowym przebojem była oczywiście Gyöngyhajú lány czyli Dziewczyna o perłowych włosach. Benkő wykonywał w tym kawałku pamiętny pasaż klawiszowy.

Okładka płyty, na której pojawiła się Gyöngyhajú lány

Gyöngyhajú lány była – i jest – popularna zarówno na wschodzie jak o na zachodzie. Doczekała się wielu coverów. I tak, obok wykonywanej przez zespół wersji anglojęzycznej Pearls in Her Hair oraz niemieckiej Perlen im Haar, wspomnianej polskiej Dziewczyny o perłowych włosach powstała też wersja czeska Dívka s perlami ve vlasech, w Jugosławii piosenka wykonywana była jako Devojka biserne kose, w Bułgarii jako Batalyonat se stroyava a po litewsku jako Meilės Nėra. Swoją drogą doczekała się też ona innego wykonania po niemiecku jako Schreib es mir in den Sand Franka Schöbela oraz angielskiego jako White Dove zespołu Scorpions.

Utwór wykorzystywano do remixów, zrobił to na przykład zespół Kozmix, chórki wykorzystała jugosłowiańska grupa Bielo Dugme w utworze Pljuni i zapjevaj moja Jugoslavijo a także Sisters of Mercy w The Corrosion. Najbardziej znany jest pewnie niedawny przypadek wykorzystania sampla z piosenki w utworze New Slaves Kanye Westa.

W wielu krajach utwór był wykonywany zresztą też i w oryginalnym języku, w Polsce przez Kult oraz Zakopower. Dzięki pewnym niedoskonałościom w węgierskiej wymowie wykonawców Dziewczyna o perłowych włosach zmieniła się w Dziewczynę o perłowym tłuszczu ale i nie wymagajmy zbyt wiele.

Już samo to, że węgierski utwór osiągnął taką popularność jest niezwykłe, natomiast to, że niewęgierscy muzycy podjęli trud wykonania piosenki w tym niełatwym przecież języku jest niesamowite. Mało jest podobnych przykładów by węgierski trafił to międzynarodowego obiegu.

Dla wielu ta piosenka jest pierwszą rzeczą, która kojarzy im się z Węgrami. I to dobrze się kojarzy. To, że do tego doszło to zasługa talentu członków zespołu Omega, między innymi László Benkő. Dziewczyna o perłowych włosach pokazuje co kultura może zrobić dla zewnętrznego obrazu kraju.

Radio Polonia Węgierska 28/ Najlepsza książka do nauki węgierskiego

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o książce, która pomogła mi w nauce węgierskiego: Jednominutowych nowelach Istvána Örkénya. Pełen program podcastu, jeszcze niżej mój tekst (a podcaście od 20:20):

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny – aut. Robert Rajczyk
3. Autorski przegląd prasy – aut. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – aut. Jerzy Celichowski
5. Urywki historii – aut. Izabela Gass
6. Muzyczne listy 
7. Pożegnanie

Program przygotowali- P. Piętka, A. Szczęsnowicz – Panas, R. Rajczyk, J. Celichowski

Uważam, że jak się mieszka na Węgrzech to warto nauczyć się węgierskiego. Wtedy dopiero można poznawać ten kraj – a warto – a nie tylko wegetować w bańce dla expatów.

Wiadomo jednak, że węgierski jest trudny a próby jego nauki mogą być doprawdy zniechęcające. Dlatego podzielę się pewną sztuczką, która mi w nauce tego języka pomogła.

Chodzi mi o Egyperces novellák czyli Jednominutowe nowele Istvána Örkénya. Te krótkie, niekiedy jedno-dwuzdaniowe teksty to perełki melancholijnego humoru. Na Węgrzech są bardzo znane, niedawno używano ich do kampanii promocyjnej czytelnictwa pod hasłem Nawet minuta czytania to przeżycie!, w ramach której nowelki pokazywano w formie krótkich klipów wideo.

Nawet minuta czytania to przeżycie!

Wracając do nauki węgierskiego: nie ma lepszych tekstów do nauki języka. Przeczytanie i zrozumienie jakiejś krótkiej, prosto napisanej nowelki, choćby przy użycie słownika czy google-a, daje satysakcję i wywołuje uśmiech na wyczerpanej węgierską gramatyką twarzy. Örkény motywuje, jego teksty chce się czytać.

Na zachętę oto jedna z jego nowelek zatytułowana Przeznaczenie.

Gdzieś na Wielkiej Nizinie Węgierskiej w małym gospodarstwie mieszkała rodzina, ojciec, matka i dwoje dzieci, wszyscy miłośnicy pogácsy. Jeśli mama miała czas i chciała sprawić przyjemność rodzinie, piekła im dużą blachę ciasteczek.

Kiedyś jednak zamiast mąki użyła środka owadobójczego. W smaku pogácse nie wyszły gorsze, najedli się więc nimi, i do ranka cała czwórka zmarła, ojciec, matka i dzieci.

Czwartego dnia pochowano ich, a potem krewni oraz bliscy i dalecy sąsiedzi spotkali się, jak wypada, na stypie. Pili kiepskiemiejscowe wino i zagryzali je pozostałymi pogácsami. Ilu ich było, wszyscy odwalili kitę.

Ekipa z karetki pogotowia – lekarz, dwóch noszowych i kierowca – nie mieli już niczego do roboty. Kręcąc głowami obejrzeli wszystkich zmarłych, a zanim wyszli, zjadli kilka pogácsy i popili je winem.

Za wyjątkiem kierowcy. Nie mógł pić wina, ponieważ prowadził, a pogácsy nie lubił. Ale to, co zostało na blasze, zawinął w gazetę i położył na siedzeniu obok aby się nie zmarnowało. Pomyślał, że ktoś je chętnie zje.

A on wciąż dalej je wiezie!

Radio Polonia Węgierska 27/ Król István, węgierska rock opera

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o węgierskiej rock operze pt. Król István (István a király). Pełen program podcastu, jeszcze niżej mój tekst (a podcaście od 23:03):

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Autorski przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Muzyczne listy
7. Pożegnanie

W operach narodowych między Polską a Węgrami jest jeden-jeden: Polska ma Straszny dwór a Węgry swojego Bánk bána. Węgry mają jednak coś, co nie ma odpowiednika w Polsce, a mianowicie narodową operę rockową pt. István, a király czyli Król István.

Kiedy ją pokazano po raz pierwszy przed niemal 40 laty była wielkim wydarzeniem. Opowiada o okresie wprowadzenia chrześcijaństwa na Węgrzech. Umiera władca Węgrów Géza i dochodzi do starcia między jego synem Istvánem, zwolennikiem chrześcijaństwa, i Koppányem stającym na czele buntu pogańskiego. Jak wiadomo, zwycięzcą został István a Koppány przegrał.

Ta w sumie dość prosta historia przedstawiona przez muzykę rockową zelektryzowała Węgry w 1983 roku. Każdy znalazł w niej coś dla siebie. Opozycyjnie nastawiona publiczność zachłystywała się narodową tematyką spektaklu, wielką flagą węgierską na scenie, songami o wolności a także wspólnym śpiewaniem hymnu na koniec przedstawienia. Dla Kádára analogia wprowadzenia chrześcijaństwa siłą do zdławienia powstania 1956 roku i narzucenie komunizmu była bardziej niż oczywista. Na spektakle chodziły tłumy, przedstawienie przeszło do legendy.

Komunizm przeminął a opera jest popularna do dziś. Świadczy o tym fakt, że wystawiono ją dotąd ponad piętnaście razy.

W przedstawieniu, na którym byłem parę lat temu, historia króla Istvána i przyjęcie chrześcijaństwa zostały przedstawione nie jako fragment chwalebnej historii ale jako dramat. Wojna bratobójcza, wpływ cudzoziemców (żona Istvána była Niemką), przemoc przy wprowadzaniu nowej wiary, zmuszanie do wyparcia się dawnej wolności to rzeczy, o których rzadko myślimy, a które też są częścią tej historii. Na Węgrzech jest to tyle ważniejsze, że Węgrzy, w przeciwieństwie do Polaków, dla których przyjęcie chrześcijaństwa zlewa się w jedno z powstaniem państwa, posiadają silną świadomość swojego przedchrześcijańskiego istnienia.

Fascynujące, że rockopera pisana w warunkach socjalistycznej cenzury, tyle lat później, w innej sytuacji może również tak działać. Nie wszystkim twórcom to się udaje. Warto więc tu ich wspomnieć: autorem muzyki był Levente Szörényi a tekstów János Bródy.

Radio Polonia Węgierska 24/ cudowni młodzi dwujęzyczni

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o niezwykłych dwujęzycznych dzieciach i młodych ludziach. Pełen tekst poniżej.

W sobotę odbyło się zakończenie projektu szkoły polskiej działającej przy ambasadzie, w ramach którego stworzono dwa przewodniki turystyczne: po Węgrzech w języku polskim i po Polsce w języku węgierskim. Oba napisały, w większości dwujęzyczne, tam chodzące dzieci.

Sama szkoła poprzednio zorganizowała kilka innych projektów dla swoich dwujęzycznych uczniów. Te projekty mają w sobie to wspólnego, że łączą oba światy, polski i węgierski, uczestników. Dwa lata temu nastolatkowie przetłumaczyli wspólnie książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata – do dziś do dostania w tutejszych księgarniach. A ostatnio zrobili węgierskie napisy do dwóch filmów, z których jeden (Córka trenera) akurat pokazano w ramach jesiennej Wiosny Filmowej organizowanej przez Instytut Polski.

Sukces tych projektów pokazuje parę rzeczy. Pierwsza to to, że te dzieci bądź też nastolatki są w stanie robić „dorosłe” rzeczy: napisać książkę, tłumaczyć literaturę, tworzyć napisy do filmów. Zwykle uważamy, że można robić je dopiero po osiągnięciu dorosłości, zdobyciu wiedzy i doświadczenia a oni demonstrują, że wiek nie jest tu ograniczeniem.

Druga natomiast to to, że ich dwujęzyczność i dwukulturowość ma ogromny potencjał. Tradycyjnie szkoła polska zajmuje się wychowaniem małych Polaków – a szkoła węgierska, do której równolegle uczęszczają, wychowaniem małych Węgrów. Upraszczając nieco, od polsko-węgierskich uczniów oczekuje się, że w każdej ze szkół przybiorą odpowiednią tożsamość ignorując tę drugą część swojej osobowości.

W ramach wspomnianych projektów jednak te ich osobne zwykle tożsamości zostały połączone owocując sukcesem tych ambitnych przecież przedsięwzięć.

Sądzę, że wskazuje to potencjalny kierunek dla polskiej oświaty na Węgrzech. Otwarcie się na dwujęzyczność i dwukulturowość uczniów powinno wśród nich rezonować, umożliwić im działania wykraczające poza horyzont szkolny, zwiększyć atrakcyjność polskiej kultury a także pomóc im w przyszłości bardziej angażować się w działania na styku dwóch języków i kultur.

Brawo dla szkoły polskiej za otwartość na ten kierunek. No i wielki szacunek dla wszystkich, małych i dużych, uczestników tych projektów, ich osiągnięcia są bardziej niż imponujące – i dają dużo do myślenia.

Radio Polonia Węgierska 23/ musical o Józefie Bemie

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o musicalu, którego nie widziałem, ale który chciałbym obejrzeć. Mowa jest o musicalu pt. Bem! Musical o patriotach i renegatach.

Pełen program podcastu:

1.  Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny – przyg. Robert Rajczyk – 05:50
3. Przegląd polskich tygodników – przyg. Robert Rajczyk – 11:32
4. Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerzy Celichowski – 22:23
5. Rozmowa z J.. Urbańską i M.Takács z Instytutu Polskiego – 30:32
6. Urywki historii – 01:05:18
7. Pożegnanie – 01:10.06

Józej Bem, Bem Apó – Ojczulek Bem, wielki bohater narodowy Polaków i Węgrów – a także bohater niezliczonych mniej lub bardziej schematycznych obchodów, składania kwiatów, akademii, itd. Postać pomnikowa czyli jednoznacznie określona i rozumiana, niebudząca już specjalnych emocji.

I tu, w ramach obchodów setnej rocznicy niepodległości Polski („Sto wskrzeszeń na 100-lecie Polski”), pojawia się spektakl pt. Bem! Musical o patriotach i renegatach. Stworzyły go kabaret Pożar w Burdelu, Teatr Syrena w Warszawie oraz Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, reżyserem jest Michał Walczak a scenarzystą Maciej Łubieński.

Nie widziałem – bo nie miałem jak – ale chętnie bym zobaczył. Pożar w Burdelu to najciekawszy chyba obecnie kabaret literacko-polityczny. Już samo to, że na warsztat wzięli sobie najbardziej znanego Polaka w historii Węgier, tworząc przy tym swój pierwszy musical, jest warte zainteresowania.

Z artykułów prasowych dowiaduję się co jest treścią spektaklu. Tak piszą o nim Kulturalne Media: Generał Bem, który umarł jako muzułmanin (przeszedł dobrowolnie na islam po to, aby w armii tureckiej walczyć z Rosją) zażywa zasłużonego szczęścia w islamskim raju. Niestety jego dusza opuszcza raj, gdy polska ekspedycja rządowa przeprowadza ekshumację w Aleppo i ściąga jego szczątki do Polski. Okazuje się jednak, że nastąpiła pomyłka i nie są to szczątki Bema, a Araba Aziza.” I dalej Wymogiem musicalu jest opowiadanie o miłości. Bem nie miał żony, ani kochanki, więc w spektaklu jego wybranką serca jest Polska.

Przedstawienie pełne jest nawiązań do historii Polski, współczesności, odniesień do innych utworów literackich. Pojawiają się kwestie między innymi pozycji Polski na arenie międzynarodowej, planów zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, problemu uchodźców.

Wiele recenzji chwali muzykę Wiktora Stokowskiego i poszczególnych aktorów. Niektóre krytykują zbytnio kabaretowy styl, który nie jest najlepszą alternatywą dla „wyśmiewanego nadęcia, wielkich słów i grzebania się w prochach przeszłości.” Znalazłem też słowa oburzenia nad „niesmaczymi żartami kojarzącymi się z katastrofą smoleńską.”

Musical nie jest kolejną nużąca akademią na cześć Bema ale przykładem jak żywy może być odbiór tej niecodziennej postaci. Ciekaw jestem tego spektaklu, ciekawych jest jego zapewne sporo tutejszych Polaków a na pewno i wielu Węgrów. Świetnie byłoby ten musical tutaj ściągnąć – albo przynajmniej zaaranżować jego pokaz przez internet.

Radio Polonia Węgierska 22/ jugosłowiański film z hollywoodzkim rozmachem i wysadzaniem prawdziwego mostu

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o jugosłowiańskim filmie, który zrobiono z hollywoodzkim rozmachem i, tak, w czasie jego kręcenia wysadzono prawdziwy most.

Od jakiegoś czasu krążą pomysły by przy zaangażowaniu Hollywoodu oraz światowych gwiazd stworzyć film sławiący polskich bohaterów. Zwolennicy pomysłu uważają, że w ten sposób uda się dotrzeć do światowej publiczności z przekazem na temat chwalebnej polskiej historii.

Warto pamiętać, że coś takiego, choć nie w odniesieniu do Polski, już miało miejsce. Chodzi tu o jugoslowiański film z 1969 roku pt. Bitwa nad Neretwą. Opowiada on historię próby zniszczenia przez siły niemiecko-włoskie ze wsparciem kontyngentu czetników silnego ugrupowania partyzanckiego w Bośni. Te pierwsze liczyły ponad sto tysięcy ludzi oraz dysponowały lotnictwem, partyzantów Tito było trzy razy mniej. Operacja, która miała miejsce w początkach 1943 pomimo dużych strat partyzanckich zakończyła się ich sukcesem: po jej zakończeniu kontrolowali takie samo terytorium jak poprzednio.

Tę jedną z największych konfrontacji militarnych, które miały miejsce na terenie Jugosławii postanowiono uwiecznić filmem. Środków nie żałowano: film kosztował pomiędzy 4.5 a 12 milionów dolarów, co było wówczas ogromną kwotą. Zrzucały się na niego państwowe firmy, wojsko udostępniło dziesięć tysięcy żołnierzy oraz czołgi, które zostały zniszczone dla celów filmu. Zatrudniono gwiazdy światowego formatu: zagrali w nim Sergei Bondarchuk, Yul Brynner, Franco Nero, Orson Welles i inni. Plakat dla filmu, bezpłatnie, zrobił Pablo Picasso.

Co ciekawe, zwłaszcza w kontekście niedawnych informacji o planach wysadzenia w powietrze mostu dla filmu z Tomem Cruisem, wysadzono kluczowy dla historii most na Neretwie. I to nie raz ale dwa razy: powstałe przy eksplozji dymy przesłoniły obraz i nagranie nie nadawało się do użytku. Po odbudowie mostu powtórnej eksplozji z samego tego powodu nie udało się dobrze sfilmować. W końcu scenę nakręcono w studio filmowym w Pradze.

Filmy o partyzantach to główny wkład jugosłowiańskiego kina do europejskiej kinematografii a ten to szczytowy przedstawiciel gatunku. Bitwa nad Neretwą dostała nominację na Oscara dla najlepszego zagranicznego filmu w 1970 roku. Film miał podobno 350 milionów widzów w 80 krajach.

Oglądany obecnie razi jednak patosem i schematyzmem. Nasi są dobrzy, ba, nieskazitelni, wrogowie są źli. Tekst na końcu filmu objaśnia: „Odwet był straszny. Powieszono co dziewiątego Jugosłowianina. Ale w wyniku wojny narodził się nowy naród.” Przekaz jest jasny, nawet bardzo, pytanie tylko na ile jest w stanie dotrzeć do publiczności dziś.

Radio Polonia Węgierska 21/ węgierska piosenka w języku polskim

W najnowszym odcinku audycji mówię o piosence, którą węgierski zespół rockowy stworzył w języku polskim a którą węgierska publiczność w pełni rozumiała.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny – aut. Robert Rajczyk
3. Autorski Przegląd polskich tygodników – aut. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – felieton radiowy Jerzego Celichowskiego
5. Książka na Głos
6. Urywki historii
7. Wykład Izabeli Gass
8. Pożegnanie

Polski nie jest językiem, w którym nie-Polacy by się komunikowali, by w tym języku powstawały utwory literackie czy muzyczne jak to jest z angielskim czy francuskim czy paroma innymi językami.

Dlatego tak ciekawa jest piosenka z lat 80-tych węgierskiego zespołu Kontroll Csoport pt. Polak-Wenger. Nie dość, że ma polski tekst a przy tym jest węgierskiego autorstwa, to w dodatku była wykonywana dla węgierskiej publiczności, która ją przy tym rozumiała. Co więcej, była to, a mowa jest o szczytowym okresie kadaryzmu, piosenka opozycyjna wyrażająca poparcie dla Solidarności. Kto wie jak wyglądały te lata na Węgrzech doceni odwagę grupy.

Kontroll Csoport to jeden z najważniejszych zespołów alternatywnej sceny na Węgrzech w tym okresie. Grupa należała do kategorii “tolerowane” (w kulturze były wówczas trzy takie kategorie: popierane, tolerowane, zakazane, co się po węgiersku ładnie aliteruje támogatott, tűrt, tiltott) jej pierwsza płyta ukazała się dopiero w latach 90-tych. W ówczesnej kulturze zdecydowanie należała do nurtu opozycyjnego.

Tekst piosenki napisała Ági Bárdos Deák, wokalistka zespołu. Ági, jak wielu Węgrów wówczas, była zakochana w Polsce – i jak w przypadku wielu Węgrów wówczas ta forma uczucia spersonifikowała się w postaci polskiego ukochanego. Do Polski jeździli chętnie i dużo, podróżowali autostopem, nie mogli się nasycić polską atmosferą. Ági jako aktorkę teatru alternatywnego interesowała polski teatr eksperymentalny, jeździła do Wrocławia na spektakle Grotowskiego. Fascynowali się Szajną, jazzem. Przy okazji łapali język, przede wszystkim powtarzane przez wielu powiedzonko Polak-Węgier.

Zespół Kontroll założyli w 1980, pierwszy koncert miał w sylwestra tego roku w prywatnym domu. Tam po raz pierwszy też zaśpiewali piosenkę Polak-Wenger, jeden spośród pięciu utworów wówczas wykonanych.

Występować mogli tylko w domach kultury, bywało, że gdy o koncercie dowiedział się ktoś z miejscowego komitetu to go zakazywano. Dlatego niekiedy występowali pod pseudonimem Ági és a fiúk czyli Ági i chłopaki, który mniej rzucał się w oczy. Zespół jakoś tolerowano ale na ich występy przychodziła milicja niejednokrotnie bijąc uczestników. Na takich koncertach wykonywali, ku wielkiemu aplauzowi publiczności, także piosenkę pt. Polak-Wenger.

W zeszłym roku członkowie zespołu otrzymali w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku Medal Wdzięczności. Cieszę się z tego ich uhonorowania.

A oto i sama piosenka.