Zakazane kontakty

Książka Miklósa Mitrovicsa pod tym tytułem (Tiltott kapcsolat) nie jest pierwszą pozycją zajmującą się tematyką współpracy polskiej i węgierskiej opozycji demokratycznej w czasie socjalizmu (mam tu na myśli przede wszystkim książkę pt. Węgierski łącznik) ale jest to zdecydowanie pierwsze profesjonalne, niewybiórcze opracowanie tego zagadnienia. Dodam od razu, dla mnie bardzo udane.

Okładka książki, ciekawostka: zdjęcie pochodzi z fortepanu.

Okresem, którym zajmuje się autor są lata 1976-89 kiedy to po podpisaniu w Helsinkach Aktu końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w roku 1975, w Europie wschodniej pojawiły się próbujące oficjalnie działać opozyjne organizacje.

Pod tym względem Polska przez cały ten czas wyprzedzała Węgry pod wieloma względami: opozycja była lepiej zorganizowana, miała silną ofertę programową, operowała lepszą techniką no i rzecz jasna, zwłaszcza po sierpniu 1980 roku, cieszyła się dużo bardziej masowym poparciem. Nic dziwnego, że dla opozycyjnie nastawionych Węgrów stanowiła wówczas model do naśladowania.

Pierwszym zapewne aktem współpracy był udział Tibora Pakha w głodówce w kościele w Podkowie Leśnej, która miała miejsce jeszcze przed strajkami sierpniowymi w 1980 roku. W tym kościele zresztą parę lat później odsłonięto tablicę upamiętaniającą powstanie 1956 roku.

Węgrzy jeździli do Polski by odetchnąć wolnością, odwiedzali biura Solidarności, kiedy ta działała jeszcze legalnie, brali udział w pielgrzymkach do Częstochowy czy też mszach podczas wizyt Jana Pawła II. Grupa Węgrów wzięła też udział w pogrzebie księdza Popiełuszki.

Nawiązywali kontakty, uczyli się polskiego. Uczyli się też praktycznych technik opozycyjnych czyli przede wszystkim drukarstwa. Historia węgierskiej bibuły zaczyna się w zasadzie od wizyty Gábora Demszkyego w Polsce w 1981 roku, kiedy nauczył się on różnych technik drukarskich. Przedtem nieregularne publikacje przepisywane na maszynie zastąpiły wówczas wyższe nakłady oraz regularne wydawnictwa.

W niezależnych węgierskich publikacjach często pojawiała się tematyka polska. Pisano o tym co się w Polsce dzieje, na przykład po śmierci księdza Popiełuszki pojawiło się dużo materiałów z tym związanych, pojawiały się sprawozdania odnośnie polskich debat w kręgach opozycji, wiele tekstów, w tym i książek, tłumaczono. Gazetka Hírmondó (Wiadomości) miała tytuł pisany solidarycą z flagą węgierską nad literami.

Ważny był wpływ programowy z Polski. Tekst Adama Michnika pt. Nowy ewolucjonizm, który nawoływał do budowania niezależnych instytucji społeczeństwa obywatelskiego zamiast prób obalania władzy komunistycznej głęboko wpłynął na sposób myślenia i działania węgierskiej opozycji.

Z Polski tutejsi opozycjoniści czerpali konkretne pomysły do działalności takie jak poniedziałkowy wolny uniwersytet, którego spotkania odbywały się po domach na wzór latającego uniwersytetu w Polsce czy też niezależne związki zawodowe, które tworzono tu pod koniec lat 80-tych.

Warto pamiętać o roli polskiego przykładu w powstaniu Fideszu. Viktor Orbána napisał pracę dyplomową z polskiej Solidarności, Mitrovics zresztą ją w książce szczegółowo omawia. Wacław Felczak zachęcał młodych działaczy skupionych wobec obecnego premiera Węgier do założenia partii opozycyjnej. Nie raz odwiedzali oni zresztą Polskę a na swoich kongresach podejmowali gości z Polski.

Negatywem kontaktów opozycji była współpraca na poziomie władz. Ekipa Jaruzelskiego wypytywała węgierskie oficjalne delegacje o ich doświadczenie kadarowskiej normalizacji. Polska bezpieka, na prośbę swoich węgierskich odpowiedników, śledziła węgierskich opozycjonistów podczas ich wizyt w Polsce. Kiedy trzeba poddawała ich szykanom, na przykład wydalając z kraju. Działało też w drugą stronę: Wojciecha Maziarskiego wydalono z Węgier po niezależnych koloniach dla dzieci z Polski zorganizowanych przez tutejszych opozycjonistów.

Na tych koloniach chciałbym się na chwilę zatrzymać. Zorganizowano je w 1981 roku jako gest solidarności z Polakami, niejako w nawiązaniu do pomocy udzielanej przez Polaków w 1956 roku a także kolonii dla węgierskich dzieci, które odbyły się w Polsce w 1957 roku. Początkowo organizatorzy zwrócili się do węgierskiego Czerwonego Krzyża by ten otworzył konto do wpłat na rzecz Polaków w potrzebie. Gdy ta organizacja odmówiła powołując się na to, że nie dyskryminuje nikogo na podstawie pochodzenia, opozycjoniści sami wzięli się za organizację kolonii.

Przez zbiórkę społeczną zebrano 80 000 forintów, co było wówczas znaczną kwotą. Prowadzących zbiórkę zaskoczył pozytywny odzew, obawiano się niechęci do Polaków spowodowanej przez antypolską propagandę rządową.

Nawiązano kontakty z regionem Solidarności Mazowsze. Tam wybrano ubogie dzieci, które miały pojechać na kolonie. Zwykle nie były one dotąd nigdzie na wakacjach. Przed samym wyjazdem okazało się, że potrzebne są dla nich imienne zaproszenia od prywatnych osób, udało się je zdobyć. Na Węgrzech spędziły one okres 10-16 czerwca.

Kolonie odbyły się w letnim domu Tamása Erőssa i Jánosa Kende w leżącej nad Balatonem wsi Kékkút. W ich trakcie regularnie odbywały się kontrole węgierskiego sanepidu. Mimo tych szykan dzieci chodziły na plażę, grały w piłkę, brały udział w wycieczkach. Węgierski bard Tamás Cseh dał dla nich minikoncert. Na koniec dzieci odwiedziły Budapeszt.

W organizację kolonii najbardziej zaangażowani byli Gábor Demszky, György Krassó, Ottilia Solt, Grácia Kerényi, Miklós Haraszti i Katalin Gyarmati. W ich trakcie dla dzieci gotowali Miklós Sulyok, Géza Buda oraz György Petri (Miklós Sulyok i dziś zajmuje się gastronomią, prowadzi znakomitą restaurację M na ulicy Kertész).

Drugą próbę zorganizowania kolonii podjęto po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Tę próbę storpedował węgierski Czerwony Krzyż, udało się natomiast zebrać znaczną pomoc materialną (pieniądze, odzież, żywność, środki czystości), którą przesłano do Polski koleją.

Kolejna próba, podjęta w lecie 1982, zakończyła się niepowodzeniem: wybrano grupę ubogich polskich dzieci, w gotowości były czekające na ich przyjęcie rodziny węgierskie ale w ostatniej chwili władze polskie przeszkodziły wyjazdowi uniemożliwiając kupno biletów. Następną próbę wyjazdu zablokowano zatrzymując studentkę, która wiozła ze sobą imienne zaproszenia dla dzieci. W końcu zebrano środki wykorzystano na kolonie dla dzieci zorganizowane na Mazurach.

Co ciekawe i ważne, współpraca opozycji demokratycznej w obu krajach nie opierała się na tradycyjnej przyjaźni polsko-węgierskiej ale na wspólnocie wartości. Tym niemniej ta współpraca wpisała się w historię polsko-węgierskich stosunków nie mniej niż te wydarzenia, które z przyjaźnią między dwoma narodami zwykle kojarzymy. I to mimo tego, że cała opozycja węgierska liczyła wówczas wszystkiego kilkaset osób – tym większy szacunek dla nich.

Przyciągające się przeciwstawieństwa

Czy przyjaźń polsko-węgierska może mieć miejsce między państwami a nie tylko między ludźmi? To pytanie prześwituje za zatytułowaną w ten sposób (Ellentétek vonzásában) monografią Tibora Gerencséra na temat polsko-węgierskich stosunków dyplomatycznych na początku XX wieku.

Opisuje ona okres od początków pierwszej wojny światowej kiedy Naczelny Komitet Narodowy utworzył swoje pierwsze przedstawicielstwo w Budapeszcie (1915) aż po zamknięcie polskiej ambasady pod koniec 1941. Omawia obraz Węgrów wśród Polaków oraz Polaków wśród Węgrów, rolę przedstawicielstwa Węgier w Warszawie w okresie wojny 1920 roku, reakcje węgierskie na śmierć Piłsudskiego, powstanie i działalność Instytutu Węgierskiego w Warszawie oraz Instytutu Polskiego w Budapeszcie, a także stosunki między wywiadami obu państw w okresie międzywojennym.

Książka jest kopalnią faktów, bogato jest ilustrowana zdjęciami omawianych postaci i wydarzeń. Pojawiają się bardziej znane fakty, jak węgierska pomoc dla Polski w trakcie wojny z bolszewikami a także mniej znane jak współpraca wywiadów nakierowana na osłabienie Czechosłowacji. Trochę szkoda, że choć pojawia się informacja o typie i ilości dostarczonej Polsce amunicji to brak wyjaśnienia odnośnie tego ile dni walki ta dostawa umożliwiała.

Interesująca historia obu instytutów. Swoją działalność zaczęły one jako placówki przeznaczone dla badaczy. Oferowały biblioteki oraz czytelnie – i w zasadzie niewiele więcej. O działalności kulturalnej nie było wówczas mowy.

Ich budżety, podane w ówczesnej walucie (pengő) a także dziesiejszych forintach, są szokująco niskie. Warszawski Instytut Węgierski na przykład miał w latach 1931-32 miesięczny budżet w wysokości 1300 pengő czyli około miliona dzisiejszych forintów. Pomogłaby porównawcza informacja dotycząca ówczesnych cen, może w ich kontekście ta kwota nie byłaby tak mała.

Instytucje polskie w Budapeszcie, ambasada oraz Instytut, przetrwały zresztą państwo polskie. Pierwsza funkcjonowała do końca 1940 roku, kiedy zamknięto ją pod silnym naciskiem niemieckim a druga aż do niemieckiej okupacji Węgier w marcu 1944 roku. Świadczy to o pozytywnym nastawieniu władz węgierskich do Polski.

Lektura książki zostawiła mnie z paroma pytaniami. Pierwsze: dlaczego, mimo że Polska i Węgry miały fundamentalnie odmienne interesy w polityce międzynarodowej (Polska: utrzymanie statusu quo, Węgry: rewizjonizm) Węgry nie tylko nie pozwoliły Niemcom na atak na Polskę przez swoje terytorium, ale potem przyjęły polskich uchodźców, umożliwiły sporej ich części ucieczkę do Francji a także utrzymywały polskie instytucje? Owszem, istniała sympatia do Polski ale przecież istniały również szalenie ważne dla Węgrów interesy czyli odzyskanie utraconych terytoriów, na które szanse dawała współpraca z Niemcami. Rewizjonizm w dodatku był czymś popieranym przez w zasadzie wszystkie partie. Czy wszystkie siły w polityce węgierskiej były zgodne odnośnie tych decyzji? Jak zareagowała silne przecież stronnictwo proniemieckie? W relatywnie swobodnych wyborach, które dopiero co miały wówczas miejsce (25-26 maja 1939 roku) naśladująca nazistów partia strzałokrzyżowców okazała się być najsilniejszą partią opozycyjną (ponad 11%), czy ona też zajmowała propolskie stanowisko?

Drugie: jak wyglądały konkurencyjne koncepcje stosunków międzynarodowych w obu krajach? W książce „Polska” i „Polacy” oraz „Węgry” i „Węgrzy” pojawiają się tak jakby były to pod tym względem monolity. W dwóch miejscach tylko pojawiają się wyjątki. Pierwszy to miejsce kiedy autor omawia odmienny stosunek do niepodległości Polski reprezentowany przez premiera Istvána Tiszę oraz przywódę opozycyji Gyulę Andrássyego młodszego: Tisza sprzeciwiał się niej nie chcą dopuścić do zmiany dualistycznego charakteru monarchii na trializm (austro-węgiersko-słowiański), Andrássy ją popierał. Drugi to report ambasadora Csekonicsa z 1920 roku, w którym określa endecję i PSL jako wrogów Węgier. Ciekawe byłoby omówienie reprezentowanych przez te siły polityczne odmiennych koncepcji, tego, która kiedy przeważała, dlaczego i jakie były tego konsekwencje. To pytanie nawiązuje też do poprzedniej kwestii.

W końcu: dlaczego wspólna granica była tak ważna dla obu krajów? To zdawało się być jedną z niewielu rzeczy, co do których działały one zgodnie (drugą było może dążenie do osłabienia a potem i rozbicia Czechosłowacji). Znowu, interesujące byłoby poznanie powodów tych dążeń tym bardziej zważywszy na to jak wiele rzeczy wówczas oba państwa dzieliło.

Mam nadzieję, że niezadługo ukaże się rozszerzone wydanie monografii, która zaspokoi moją ciekawość odnośnie tych pytań.

Węgierska bibuła

Jakiś czas temu znajomy znajomego dał mi torbę pełną węgierskiej bibuły z lat 80-tych mówiąc, na pewno mnie to zainteresuje. I faktycznie tak się stało.

zawartość torby

W torbie były parę numerów czasopism (Beszélő, Hírmondó i Demokrata) oraz kilka książek. Były to w zasadzie główne periodyki tego okresu.

Najważniejszym z nich było Beszélő. Ukazywało się od października 1981 roku aż do października 2012, kiedy to czasopismo, rzecz jasna wychodzące już oficjalnie, przestało się ukazywać. W formie samizdatu (do 1989 roku) ukazało się 27 numerów Beszélő. Pismo miała charakter intelektualny, zawierało teksty programowe. Nakład wahał się od jednego do dwóch tysięcy egzemplarzy. Redagowali je János Kis, Ferenc Kőszeg, György Petri, Bálint Nagy, Miklós Haraszti, János Eörsi, Bálint Magyar, Ottilia Solt, Gábor Havas i Gábor Iványi. Wydawcą, drukarzem i kolporterem był Gábor Demszky.

Numer 10 Beszélő

Demokrata powstał później i niejako w opozycji do Beszélő. Było to czasopismo bardziej wyraziste, antykomunistyczne, miało ambicję dotarcia poza zamknięty krąg opozycyjnej inteligencji. Jego redaktorem by Jenő Nagy. Między 1986 a 1991 rokiem ukazało się 41 numerów pisma.

Numer 4 Demokraty

Hírmondó było bardziej informacyjne, zawierało krótsze artykuły. Redagował je Gábor Demszky.

Hírmondó ze skądziś znajomą flagą

W sumie ukazywały się następujące podziemnie czasopisma: ABC tájékoztató, A Duna Kör Hírei, A Helyettes Szomjazók Magazinja, A Hírmondó, A Kisúgó, Aktuális Levél – AL – Artpool Letter, Angol Figyelő, Az Elnyomás és Ellenállás Dokumentumai, Béke Füzetek, Beszélő, Máshonnan Beszélő, Külön-Beszélő, Demokrata, Dialógus újság, Égtájak Között, Földalatti Vonal, Határ/Idő/Napló, Hiány, Ifjúsági Magazin, Zsaru Magazin, Magyarság, Magyar Figyelő, Magyar Zsidó, Munkás, Munkások a demokráciáért, Pofon, Res Publica Lapok, Szféra, Sznob, Túlélés, Vakond i Vízjel.

Działało też szereg wydawnictw, najważniejszym wśród nich było wydawnictwo AB, od połowy lat 80-tych wydające Beszélő. Oto ich lista: AB, ABC, Áramlat, Artéria, Elsötétítés, Magyar Október, Magyar Október Szabadsajtó, Katalizátor Iroda, Független, Magyar Figyelő, Magyar Március, Alulnézet, Rien de rien, Szabad Idő, SZETA: Szegényeket Támogató Alap i Group Inconnu.

Podaję te informacje bo pracując nad tym postem dowiedziałem się (bardzo pomocni byli ludzie z Open Society Archive), że nie istnieje żadne opracowanie węgierskiego samizdatu, dostępne dane są rozproszone. Co znalezłem spróbowałem więc tu umieścić. Jakbyś kogoś interesował głębiej temat trochę ten post może mu, albo jej, pomóc.

Zanurzenie się w świat bibuły lat 80-tych pozwoliło mi na zauważenie paru interesujących rzeczy.

W kręgu podziemnych wydawnictw rząd dusz należał do środowiska liberalno-lewicowego. Jeśli spojrzeć na wspomniane wyżej nazwiska widać to wyraźnie, ci ludzie pojawiali się później głównie w kręgach liberalnego SzDSz-u. Nie wiem, czemu brakowało prawicowych inicjatyw, te pojawiły się dopiero pod koniec lat 80-tych (trochę pisałem o nich już tu i tu).

Środowisko samizdatu określało się jako opozycja demokratyczna. Przymiotnik „demokratyczna” z jednej strony służył do odróżnienia się od niedemokratycznych komunistów, którzy rządzili ale także od niedemokratycznych postaw, które pojawiały się wśród opozycji. Kiedy na przykład pojawiła się inicjatywa skrajnie prawicowej publikacji, samizdatowcy zdecydowanie odcięli się od niej.

Ciekawa jest lista poruszanych tematów. Na pierwszym miejscu wśród nich, rzecz jasna, prawa człowieka, sporo jest informacji o ich naruszaniu. Pisze się o sytuacji Węgrów mieszkających w krajach sąsiednich, pojawiają się głosy domagające dla nich zbiorowych praw. To jest szokujące o tyle, że obecnie mniejszości węgierskie w krajach sąsiednich są domeną prawicy a liberałowie i lewica odsądzane są na tym polu od czci i wiary chociaż to oni pierwsi podjęli ten temat.

Podobnie nieoczekiwane są głosy w obronie wolności religijnych, przede wszystkim odnośnie mniejszych grup. Wówczas postawy religijne były szykanowane, obecnie obserwować można raczej sojusz ołtarza z (prawicową) władzą. Są materiały w obronie wolności w kulturze, między innymi relacja z procesu grupy punkowej CPG.

Pojawia się ekologia, katalizatorem są protesty przeciwko budowie zapory na Dunaju w Gabčíkovie-Nagymaros. Pisze się też o rewolucji 1956 roku. Są materiały o pacyfiźmie.

Publikowane są informacje na temat innych krajów bloku wschodniego. Wśród artykułów są tłumaczenia autorów z tych krajów, znalazłem nazwiska Adama Michnika, Václava Havla oraz Krzysztofa Pomiana. Są wspólne deklaracje opozycyjne Karty 77, KOR-u i Solidarności.

Uderza jak prominentne miejsce zajmują sprawy polskie. O Polsce, Solidarności, opozycji pisze się dużo, widać jak silnym echem odbyła się sprawa morderstwa ks. Popiełuszki. Licznie reprezentowani są polscy autorzy. Tytuł Hírmondó pisany jest solidarycą.

Specjalny materiał wydane po morderstwie ks. Popiełuszki

Polskie wpływy były zresztą głębsze. Nie widać tego po samej bibule, ale w tym czasie do języka węgierskiego trafiło słowo „ramka” (przykłady tu strona 19 i tu). Pracy z tym prostym przyrządem używanym głównie, choć nie tylko, do podziemnego sitodruku, Węgrzy uczyli się od Polaków.

Człowiek z żelaza, listy dialogowe – wydane drugie poprawione!

Pacjentem zero tej polskiej zarazy był Gábor Demszky. (Warto dodać, że samizdat wydawany w formie przepisywanych na maszynie publikacji istniał już od drugiej połowy lat 70-tych, ale jego skala i zasięg były bardzo ograniczony, dopiero od Demszkyego można mówić o niezależnej działalności wydawniczej). Ten późniejszy wieloletni burmistrz Budapesztu tak opisywał jak przebiegała jego inicjacja na tym polu.

Jesienią 1980 roku przeczytałem wywiad przeprowadzony przez redaktora naczelnego austriackiego tygodnika „Profil” z przedstawicielem niezależnego polskiego wydawnictwa NOWA. Konrad Bieliński mówił w nim, że NOWA jeszcze przed powstaniem zorganizowanej „Solidarności” była dobrze funkcjonującą oficyną podziemną. […] Polskie sukcesy wzbudziły we mnie entuzjazm i uświadomiły mi, że na Węgrzech należy zinstytucjonalizować niezależne media. […]

Postanowiłem zorganizować niezależne wydawnictwo. Nie wystąpiłem o pozwolenie, bo i tak bym go nie dostał. Kapitał początkowy wynosił 10 tysięcy forintów honorarium, które otrzymałem za mój tekst socjologiczny opublikowany w antologii lrószemmel [Oczyma pisarza]. Była to wówczas znacząca suma, kilka moich miesięcznych pensji. Podjąłem błyskawiczną decyzję – kupiłem pryzmę papieru, który ukryłem w suchym kącie piwnicy moich rodziców, tak niskiej, że nie można było się w niej wyprostować. Zakup papieru przesądził sprawę – zapełnił tylne siedzenie i bagażnik mojego samochodu. Kiedy padło pytanie, na kogo mają wystawić rachunek, podałem jakąś zmyśloną nazwę firmy. Początkowo ten sposób dobrze się sprawdzał.

W maju 1981 wziąłem miesiąc urlopu, ale nikomu nie powiedziałem, że jadę do Warszawy. Wyruszyłem, tak jak zawsze, na socjologiczne badania terenowe. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny i magnetofon. Miałem kilka adresów i telefonów.

Rok wcześniej […] widywałem się z polskim historykiem, Karolem Modzelewskim, późniejszym rzecznikiem „Solidarności”, który u mnie spotykał się potajemnie z paryskim rzecznikiem KOR-u. Mieszkali u mnie przez kilka dni, miałem więc okazję dobrze poznać działanie pomocy prawnej KOR-u. Tak więc Modzelewski był moim polskim kontaktem, a drugim – Bieliński, o którym wiedziałem, że będę mógł nawiązać z nim kontakt przez warszawską Solidarność. Kiedy wylądowałem w Warszawie, chciałem podać taksówkarzowi adres siedziby Regionu Mazowsze, ale ten się odwrócił i powiedział, że nie trzeba, wie, dokąd jechać. […]

Głównym celem mojej podróży była nauka technik drukarskich stosowanych przez podziemnych wydawców. Poznano mnie z drukarzem imieniem Andrzej [Zieliński], który nauczył mnie używanej także przez grafików techniki sitodruku. […] Montowaliśmy ramki, uczyłem się konspiracji i pławiłem w polskiej wolności. Przyjęto mnie więcej niż po przyjacielsku. Oczekiwano, że zabiorę ze sobą do Budapesztu tutejszą wolność. Przekazywano mnie sobie z rąk do rąk, poznawałem coraz to piękniejsze dziewczyny, niewiele spałem. […]

Moje polskie doświadczenia opisałem w politycznym dzienniku, zatytułowanym Odnowa, przeznaczonym dla słuchaczy węgierskiego Uniwersytetu Latającego. W lipcu 1981 bałem się, że policja skonfiskuje moje notatki wraz z przywiezionymi z Warszawy dokumentami, dlatego przeprowadziłem się do innego, pustego mieszkania. W kawalerce przy ulicy Lajosa nie było nic poza materacem i kuchennym stołem, na który wypakowałem wszystko, co zebrałem w Warszawie i we Wrocławiu. Przez trzy dni nie wychodziłem z mieszkania. Nigdy wcześniej nie robiłem czegoś podobnego, ale doszedłem do wniosku, że w ten sposób, kiedy jest to konieczne, można znikać także w Budapeszcie. Technikę znikania w szczegółach objaśnili mi moi polscy przyjaciele. Najważniejsze, żeby siedzieć w jednym miejscu i mieć w mieszkaniu wszystko, co niezbędne. W ten sposób tylko raz trzeba umknąć przed śledzącymi cię osobnikami.

Mieszkanie Ferenca Kőszega, w którym opowiadałem o podróży do Polski, było pełne ludzi. Czułem, że jeśli zdam ten egzamin, może znajdą się chętni do wdawania bibuły. Nie byłem wprawnym prelegentem, przestępowałem z nogi na nogę, często traciłem wątek. Miałem w głowie mnóstwo materiału, a niewiele czasu, żeby dobrze przygotować swoje wystąpienie. […] Od tego wykładu zaczyna się calkowicie nowy okres w moim życiu.

źródło: Gábor Demszky: Elveszett szabadság, Noran Libro, Budapest 2012. Fragm. tłumaczenie Elżbieta Sobolewska, za: Karta 90/2017, Gábor Danyi: Wracanie Wolności

Dzięki dla Ryśka za zwrócenie mojej uwagi na ten tekst!

Zabawna jest anekdota związana z drukarską przeszłością Demszkyego. Kiedy w latach 90-tych do Budapesztu przyjechała Madonna, ten podejmował ją jako gospodarz miasta. Między innymi pokazano jej powielacz, na którym Demszky drukował w swoim czasie bibułę. Pamięć heroicznych lat jest jeszcze świeża, Demszky stoi dumny, a Madonna na to: Co za kariera, od prostego drukarza do burmistrza!

Warto pamiętać ten okres, kiedy przykład z Polski tak mocno oddziaływał na Węgry.

Siedemnastowieczne sprośności z tokajskim winem w tle

Nieoceniony Gabriel Kurczewski przysłał mi fraszkę Wacława Potockiego, w której pojawia się wino tarcalskie (Tarcal to wieś w regionie tokajskim). Jest sprośna jak trzeba, tyle tylko, że ze względu na trzystuletni język miejscami trudno zrozumieć tekst. Z pomocą Gabriela zestawiłem mały słowniczek by ułatwić lekturę wiersza, podaję go pod fraszką.

Wacław Potocki

Znaczone wino w piwnicy.

Mając szlachcic w piwnicy kilka beczek wina,

Na jednej imię żony swojej: Katarzyna,

Lepsze, i barziej mu do smaku przypadnie,

Znacznymi literami, kretą pisze na dnie.

Panna po nie chodziła, której klucze zlecił;

Żeby szkody przestrzegał, wyrostek jej świecił.

Ale zdrajca, nabrawszy lewarem likworu,

Sięgał pannie kosmatą wronką do wątoru.

Trafiło się, gdy wyńdą oboje z piwnice,

Zapomniała nieboga otrzepać spódnice.

Czyta jej pan na zadku wytłoczone drukiem

Imię swej żony: Coż to, rzecze, żono, z fukiem?

Jam tak wino osobnej naznaczał słodyczy,

Czy nie omyłki sobie twoja panna życzy,

Albo chce do słodyczy korzeń mu przyprawić?

Mojaśty, nie każ się jej tym ipsymem bawić.

Skoro bowiem lewarem z wierzchu nie dosięże,

Co dotąd stała pewnie na pcach beczka, lęże,

I kurek między dągi wprawiwszy w antale,

Będzie nosiła wino, ale nie z tarcale.

źródło: archive.org

Lewar – rurka (wężyk) do przelewania cieczy z poziomu wyższego na niższy ponad przeszkodą (najwyższy punkt lewara znajduje się ponad zwierciadłem cieczy w zbiorniku górnym),

Wronka – urządzenie apteczne, rurka albo lejek

Wątor (dawniej także wantor) – wyżłobienie w klepkach drewnianej beczki, od strony jej wnętrza, umożliwiające osadzenie w niej dna.

Fuk – krzyk, strofowanie, gniew, swar.

Ipsym, ipsyma – gatunek wina zaprawnego; małmazja. Ipsymowanie (hipsymowanie) to konserwowanie wina (albo innych przetworów) gipsem. Uważano, że technika ta obniża jakość wina: „Winiarze wina ipsymując, białkując, siarkując, na lagry muszkatelowe, małmazyowe, bastertowe, i innych win dobrych lejąc, psują.”

Pce – legary, podstawki pod beczki 

Dągi – deski, z których robi się dna beczek

Antał – dawna jednostka objętości stosowana przed 1764 rokiem, równa jednej beczce. 1 Antał odpowiadał 18 garncom. Połowę antału stanowił antałek (zwany też achtelem) – 9 garnców.

Cóż za perełka! Ileż to wsi może powiedzieć o sobie, że pojawia się w dawnej literaturze innego kraju?

Przy okazji rozmawialiśmy z Gabrielem o antologii zawierającej wiersze związane z Węgrami czy też nawet, wężej, z winami tokajskimi. Klasykiem jest to fraszka Jana Kochanowskiego pt. Do starosty muszyńskiego

Jan Kochanowski

Do starosty muszyńskiego

O starosta na Muszynie,

Ty się znasz dobrze na winie;

Znasz i masz, bo tylko z góry

Spuściwszy wóz, alisz Uhry.

Okaż swój smak staradawny,

Starosto Muszyński sławny!

A niech go ja też skosztuję,

Boć i ja smak w beczce czuję.

A nie żal mi, żem poetą,

Jest coś, umieć alfę z betą.

Tym ludziom, ty Stanisławie,

Chceszli się zachować prawie

Nie szafirem, nie rubinem,

Ale je czci dobrym winem;

A stąd to będziesz miał w zysku,

Że coś dziś obłoków blisku,

To cię pijanymi rymy

Aż do nieba wprowadzimy.

źródło: wikisource.org

alisz Uhry – aliści Węgry.

zachować prawie – znaleźć się, jak należy

(Ciekawe, że Kochanowskiego czyta się łatwiej niż Potockiego, mimo, że ten pierwszy pisał sto lat wcześniej.)

Koncepcja Gabriela jest następująca:

Pociąga mnie idea niewielkiej książeczki, ładnie opracowanej graficznie, być może dwujęzycznej, z dość wąską selekcją, po kilka wierszy, z każdej historycznej epoki literackiej (i kulturowej), z krótkimi szkicami (jedna strona) o poszczególnych wierszach. Trochę jak w kulinarnej książeczce Dumanowskiego, tylko tam o przepisach, tu o wierszach jako wskazujących na pewne rysy kultury wina. Byłoby to coś dla miłośników wina (i poezji) a nie historyków literatury czy w ogóle badaczy. Nadawałoby się do sprzedaży w winiarniach i mogło pomóc winiarzom węgierskim w komunikacji z polskimi gośćmi. Wydaje mi się, że nie wydano czegoś takiego. Jerzy Jakubiuk, hungarysta, wydał w 1966 rozprawkę „Kariera wina węgierskiego w literaturze polskiej”, która część takiej literatury przytacza i omawia. Wyszło to w małym nakładzie na Uniwersytecie Warszawskim.

Mam nadzieję, że kiedyś się tej książeczki doczekamy. Brzmi to jak idealny projekt dla Fundacji Felczaka. Może nie będą mieli problemu ze sprośnościami, bo one już takie stare.

Waclaw Potocki, źródło: wikipedia.org
wino tarcalskie, wygląd obecny

posty zagubione podczas migracji na WordPress

Migracja z Bloxa na WordPress nie była gładka. Najwięcej problemów było z obrazkami: najpierw wogóle nie chciały się pojawić, potem pojawiły się tylko niektóre. Musiałem ręcznie przebrnąć przez wszystkie posty dodając te obrazki, które nie chciały się same z siebie pojawić. Okazało się przy tym, że, w przeciwieństwie do Bloxa, obrazki .png się nie pojawiają a także, że dla WordPressa małe .jpg to to samo co duże .JPG (Blox dostrzegał tu różnicę). W przypadku gdy istniały dwa posty z tym samym tytułem (możliwe u Bloxa) WordPress migrował tylko jeden.

Niestety na WordPressa nie dało się przenieść komentarzy, wśród których tyle było naprawdę świetnych, żałuję tego bardzo.

Koniec końców przy okazji manualnej aktywizacji obrazków zauważyłem, że trzy posty się nie przeniosły z Bloxa, wklejam je poniżej by nie znikły całkiem.

ostatnia Masa Krytyczna

12.09.2012 jezw

W kręgach rowerowych szok wywołało ostatnia deklaracja dwóch głównych organizatorów Masy Krytycznej Gábora Kürti i Károlya Sinka [HU], że wrześniowa demonstracja zostaje odwołana a wiosenna będzię ostatnia. To ich własna decyzja, która wszystkich totalnie zaskoczyła.

Uznali, że dalsze organizowanie CM nie ma sensu bo swój podstawowy cel – popularyzycję rowerów jako środka komunikacji – osiągnęła, obecnie natomiast trzeba wzmocnić organizacje społeczne reprezentujące rowerzystów, przede wszystkim Węgierskie Klub Rowerowy (Magyar Кеrékpáros Klub – MKK) bo to one, mimo, że mniej widowiskowe niż CM, mają największą rolę do odegrania. MKK powinien mieć więcej członków – ma ich tylko 1316 – by starczało mu pieniędzy na działalność. (Z Chłopakiem od lat jesteśmy członkami, jeśli ktoś chciałby wstąpić to proszę o kontakt, chętnie pomogę.)

W wywiadzie [HU] jakiego Kükü i Sinya, bo tak są ci dwaj organizatorzy szerzej znani, udzielili blogowi Kerékágy, padło interesujące stwierdzenie, które odnotowuję. Powiedzieli, że uznają swój cel za osiągnięty gdy znikną rowerzyści a w ich miejsce pojawią się uczestnicy ruchu. Chodzi tu o zmianę subkulturowego charakteru jazdy na rowerze na mainstream.

Ponadto dowiedziałem się, że podnoszenie rowerów w trakcie CM to wynalazek węgierski, który stąd rozprzestrzenił się po innych miejscach. Jakby ktoś chciał sobie rzucić okiem na takie podnoszenie to może to zrobić na przykład tu.y

nowa twarz przyjaźni polsko-węgierskiej

08.03.2011 jezw Niedawno rozmawiając z koleżanką Polką na temat widocznych elementów polskich w Budapeszcie rzuciłem „VV Jerzy”. Na co ona: A kto to? Nawet wyjaśnienie skrótu (VV=Való Világ czyli Prawdziwy Świat) nie pomogło. Koleżanka nie zna węgierskiego co trochę tłumaczy sprawę. Przestraszyłem się jednak, że na naszych oczach wyrasta postać, która w stosunkach polsko-węgierskich (nawet jeśli tylko na piętnaście minut) przesłoni wkrótce Józefa Bema i dla Węgrów stanie się nową kwintescencją polskości a w Polsce nikt na ten temat nic nie wie. Postanowałem szybko nadrobić to zaniedbanie.

Wprowadzenie: Való Világ czyli Prawdziwy Świat to nazwa programu telewizyjnego typu Big Brother kanału RTL Klub. Z braku telewizora znam go jedynie z drugiej ręki ale i tak chyba wiem o co chodzi. W willi zamyka się kilkunastu młodych ludzi i filmując ich nieustannie czeka się aż się rozbiorą, pójdą do łóżka czy też zrobią sobie dobrze w inny sposób. Mniejsze skandale takie jak załamanie, odkrycie pornograficznej przeszłości któregoś z uczestników też są ok. Poza telewizorem co lepsze kawałki można sobie oglądać w internecie, piszą też on nich obficie tabloidy. Uczestnicy przed imieniem używają literek VV.

Nasz Jerzy wygląda tak:

źródło: valovilag.eu

Pewne informacje na jego temat można znaleźć tu. Wyczytałem między innymi, że jest tancerzem i tłumaczem, że ulubioną jego muzyką jest chill out, najgorszym jego zwyczajem spóźnianie się a seks uprawia nieregularnie.

Więcej niestetz na temat Jerzego nie udało mi się znaleźć. Jakby ktoś wiedział więcej to proszę pisać w komentarzach. Dzięki!

PS Uwieczniłem właśnie Jerzego: dodałem wzmiankę na jego temat do artykułu w polskiej wikipedii na temat Való Világ.

Elektra

24.11.2007 jezw

Co jakiś czas zafascynuje mnie jakiś plakat na ulicy. Ostatnio był to plakat do Elektry, opery napisanej przez RIcharda Straussa. Choć opery nie lubię gdy go zobaczyłem przemknęło mi się przez głowę, że ciekaw jestem przedstawienia.

plakat do Elektry, Budapeszt listopad 2007

Sam budynek opery też specjalnie udekorowany – dotąd czegoś takiego nie widziałem.

Dekoracja budynku opery w Budapeszcie z okazji wystawienia Elektry

Obiecałem sobie częściej pisać o ciekawych plakatach na blogu.

Nowa Huta a Węgry

Zwiedzałem niedawno Nową Hutę. Na alei Róż jest wystawa pod gołym niebiem, prezentuje historię miasta. Na jednej z tablic znalazłem taką perełkę.

Jest to plakat, który powstał w okresie walki o krzyż: w kwietniu 1960 roku milicja próbowała usunąć krzyż znaczący miejsce pod przyszły kościół jako że w tym miejscu miała powstać szkoła, co skończyło się zamieszkami. Koniec końców władze dopięły swego, szkołę zbudowano zgodnie z planem, ale kościół w tym „modelowym mieście socjalistycznym” też powstał tyle, że nieco dalej. A plakat pokazuje jaka była  wówczas pamięć węgierskiego powstania 1956 roku – oraz jaka bywała wówczas znajomość ortografii.

kiedy polscy i węgierscy żołnierze stali po dwóch stronach frontu

Był taki moment w czasie drugiej wojny światowej, tak konkretnie a nie w przenośni (tu państwa Osi, tam alianci), właśnie się o tym dowiedziałem.

Wiadomo powszechnie, że Węgrzy z Polakami w czasie wojny nie walczyli. Najpierw wspaniale pomogli uchodźcom, potem, w czasie powstania warszawskiego, zamiast, jak tego żądali Niemcy, ostrzeliwać miasto, na wiele sposobów pomagali powstańcom i ludności.

W tym samym jednak czasie węgierska 5 Dywizja Rezerwowa została rozmieszczona na liniach obronnych wzdłuż Wisły. Naprzeciw nich znajdowała się Dywizja Kościuszkowska i obie strony wiedziały o sobie. Do walk nie doszło na szczęście a Węgrów wkrótce stamtąd wycofano. Według wspomnień generała Béli Lengyela sytuacja wyglądała tak:

Sądzę, że to przypadek zrządził, że armią Kościuszkowską obsadzono odcinek Wisły naprzeciw 5 Dywizji Rezerwowej. Tak jak samo jak to miało miejsce z moją dywizją w Galicji, i tutaj korzystano z megafonów, płyt, a zwłaszcza odtwarzanej wieczorami muzyki cygańskiej, oraz wygłaszanych po węgiersku przemówień nawołujących do przerwania bezsensownej walki, poddania, przejścia na drugą stronę.

Tę ciekawostkę wyczytałem w książce Krisztiána Ungváryego pt. Magyar megszálló csapatok a Szovjetunióban, 1941-44 (Węgierskie oddziały okupacyjne na terenie ZSRR, 1941-44). Informacja znajduje się na stronach 391-392. Cytat pochodzi ze wspomnienia generała Béli Lengyela pt. Emlékeim, sygnatura TG 3028, 228/strona B znajdujących się w Archiwum Wojskowym (Hadtörtenéti Levéltár).

Ungvary_magyarcsapatokSUban

jeszcze zanim Varga zaczął pisać o Węgrzech robił to Prus

Przeczytałem niedawno ponownie Lalkę Prusa i kolejny raz przekonałem się o prawdziwości bon-motu Szymborskiej: lektury to książki dla dorosłych, które muszą czytać dzieci. Dopiero teraz doceniłem tę fascynującą powieść, widzę, że warto wracać do książek, nad którymi nie jeden raz męczyłem się w szkole, ale ja nie o tym chciałem.

W pierwszym tomie znajduje się barwny opis bitwy węgierskiego powstania 1848 roku, w którym uczestniczył Ignacy Rzecki jako jeden z polskich ochotników (było ich w sumie około 3 500). Prus, który w powstaniu nie brał udziału, opis oparł zapewne na relacjach polskich uczestników. Ze szczegółów opisu wynika, że chodzi o zwycięską dla powstańców bitwę pod Isaszeg, którą stoczono 6 kwietnia 1849 roku (źródło tu).

Tak więc to tak ważne dla Węgrów wydarzenie jakim było powstanie znalazło tak wspaniałą ilustrację w jednej z najwybitniejszych powieści w literaturze polskiej.

Ciekawie jest odkrywać ten obraz Węgier w kulturze polskiej. Jest ta bitwa w Lalce, są literackie reportaże Vargi opisujące współczesne Węgry, jest Bema pamięci żałobny rapsod z muzyką Niemena. Znacie jakieś inne przykłady?

A dla chętnych poniżej okazja do odświeżenia pamięci i ponownej lektury opisu bitwy Rzeckiego (dzięki Wolne Lektury za udostępnienie tekstu!)

 

 

A pamiętasz jeneralną bitwę, do której zawsze wzdychaliśmy odpoczywając po partyzanckiej strzelaninie? Ja bo nawet w grobie jej nie zapomnę, a jeżeli kiedyś zapyta mnie Pan Bóg: po com żył na świecie?… po to — odpowiem — ażeby trafić na jeden taki dzień. Ty tylko rozumiesz mnie, Katz, bośmy to obaj widzieli. A niby na razie wydawało się — nic…

Na półtorej doby przedtem skupiła się nasza brygada pod jakąś wsią węgierską, której nazwy nie pamiętam. Fetowali nas aż miło. W winie, co prawda nieosobliwszym, można się było myć, a wieprzowina i papryka już nam tak zbrzydły, że człowiek nie wziąłby do ust tego paskudztwa, gdyby, rozumie się, miał co innego. A jaka muzyka, a jakie dziewuchy!… Cyganie doskonale grają, a każda Węgierka istny proch. Kręciło się ich, bestyjek, wszystkiego ze dwadzieścia, a jednak zrobiło się tak gorąco, że nasi zakłuli i zarąbali trzech chłopów, a chłopi zabili nam drągami huzara.

I Bóg wie czym skończyłaby się tak pięknie rozpoczęta zabawa, gdyby w chwili największego tumultu nie zajechał do sztabu szlachcic czwórką koni okrytych pianą. W kilka minut później rozeszła się po wojsku wieść, że w pobliżu znajdują się wielkie masy Austriaków. Zatrąbiono do porządku, tumult ucichł, Węgierki znikły, a w szeregach zaczęto szeptać o jeneralnej bitwie.

— Nareszcie!… — powiedziałeś do mnie.

Tej samej nocy posunęliśmy się o milę naprzód, w ciągu następnego dnia znowu o milę. Co kilka godzin, a później nawet co godzinę przelatywały sztafety. Było to dowodem, że w pobliżu znajduje się nasz sztab korpuśny i że zanosi się na coś grubego.

Tej nocy spaliśmy na gołym polu nie stawiając nawet w kozły broni. Zaś skoro świt ruszyliśmy naprzód: szwadron kawalerii z dwoma lekkimi armatami, potem nasz batalion, a potem cała brygada z artylerią i furgonami, mając silne patrole po bokach. Sztafety przylatywały już co pół godziny.

Gdy weszło słońce, zobaczyliśmy przy gościńcu pierwsze ślady nieprzyjaciela; resztki słomy, wytlone ogniska, budynki rozebrane na opał. Następnie coraz częściej zaczęliśmy spotykać uciekających: szlachtę z rodzinami, duchownych rozmaitych wyznań, w końcu — chłopów i Cyganów. Na wszystkich twarzach malowała się trwoga; prawie każdy coś wykrzykiwał po węgiersku, wskazując rękoma za siebie.

Była blisko siódma, kiedy w stronie południowo–zachodniej huknął strzał armatni. Po szeregach przeleciał szmer:

— Oho! zaczyna się…

— Nie, to sygnał…

Padły znowu dwa strzały i znowu dwa. Jadący przed nami szwadron zatrzymał się; dwie armaty i dwa jaszczyki galopem popędziły naprzód, kilku jezdnych pocwałowało na najbliższe wzgórza. Stanęliśmy — i przez chwilę zaległa taka cisza, że słychać było tętent siwej klaczy dopędzającego nas adiutanta. Przeleciała mimo, do huzarów, dysząc i prawie dotykając brzuchem ziemi.

Tym razem odezwało się bliżej i dalej kilkanaście armat; każdy strzał można było odróżnić.

— Macają dystans! — odezwał się stary nasz major.

— Jest z piętnaście armat — mruknął Katz, który w podobnych chwilach stawał się rozmowniejszy. — A że my ciągniemy dwanaście, toż będzie bal!…

Major odwrócił się do nas na koniu i uśmiechnął się pod szpakowatym wąsem. Zrozumiałem, co to znaczy, usłyszawszy całą gamę strzałów, jakby kto zagrał na organach.

— Jest więcej niż dwadzieścia — rzekłem do Katza.

— Osły!… — zaśmiał się kapitan i podciął swego konia.

Staliśmy na wzniesionym miejscu, skąd widać było idącą za nami brygadę. Zaznaczał ją rudy obłok kurzu, ciągnący się wzdłuż gościńca ze dwie albo i trzy wiorsty.

— Straszna masa wojsk! — szepnąłem. — Gdzie się to pomieści!…

Odezwały się trąbki i nasz batalion rozłamał się na cztery kompanie uszykowane kolumnami obok siebie. Pierwsze plutony wysunęły się naprzód, my zostaliśmy w tyle. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że od głównego korpusu oddzieliły się jeszcze dwa bataliony; zeszły z gościńca i biegły pędem przez pola, jeden na prawo od nas, drugi na lewo. W mały kwadrans zrównały się z nami, przez drugi kwadrans wypoczęły i — ruszyliśmy trzema batalionami naprzód, noga za nogą.

Tymczasem kanonada wzmogła się tak, że było słychać po dwa i po trzy strzały wybuchające jednocześnie. Co gorsze, spoza nich rozlegał się jakiś stłumiony odgłos, podobny do ciągłego grzmotu.

— Ile armat, kamracie? — spytałem po niemiecku idącego za mną podoficera.

— Chyba ze sto — odparł kręcąc głową. — Ale — dodał — porządnie prowadzą interes, bo odezwały się wszystkie razem.

Zepchnięto nas z gościńca, którym w kilka minut później przejechały wolnym kłusem dwa szwadrony huzarów i cztery armaty z należącymi do nich jaszczykami. Idący ze mną w szeregu poczęli żegnać się: „W imię Ojca i Syna…” — Ten i ów popił z manierki.

Na lewo od nas huk wzmagał się: pojedynczych strzałów już nie można było odróżnić. Nagle krzyknięto w przednich szeregach:

— Piechota!… piechota!…

Machinalnie schwyciłem karabin na tuj myśląc, że pokazali się Austriacy. Ale przed nami oprócz wzgórza i rzadkich krzaków nie było nic. Natomiast na tle grzmotu armat, który prawie przestał nas interesować, usłyszałem jakiś trzask podobny do rzęsistego deszczu, tylko o wiele potężniejszy.

— Bitwa!… — zawołał ktoś na froncie przeciągłym głosem.

Uczułem, że mi na chwilę serce bić przestało, nie ze strachu, ale jakby w odpowiedzi na ten wyraz, który od dzieciństwa robił na mnie dziwne wrażenie.

W szeregach pomimo marszu zrobił się ruch. Częstowano się winem, oglądano broń, mówiono, że najdalej za pół godziny wejdziemy w ogień, a nade wszystko — w grubiański sposób żartowano z Austriaków, którym nie wiodło się w tych czasach. Ktoś zaczął gwizdać, inny nucił półgłosem; stopniała nawet sztywna powaga oficerów zamieniając się w koleżeńską zażyłość. Trzeba było dopiero komendy: „Baczność i cisza!…”, ażeby nas uspokoić.

Umilkliśmy i wyrównały się nieco pogięte szeregi. Niebo było czyste, ledwie tu i ówdzie bielił się nieruchomy obłok; na krzakach, które mijaliśmy, nie poruszał się żaden listek; nad polem, zarośniętym młodą trawą, nie odzywał się wystraszony skowronek. Słychać było tylko ciężkie stąpanie batalionu, szybki oddech ludzi, czasem szczęk uderzonych o siebie karabinów albo donośny głos majora, który jadąc przodem, odzywał się do oficerów. A tam, na lewo, wściekały się stada armat i lał deszcz karabinowych strzałów. Kto takiej burzy przy jasnym niebie nie słyszał, bracie Katz, ten nie zna się na muzyce!… Pamiętasz, jak nam wówczas dziwnie było na sercu?… Nie strach, ale tak coś jakby żal i ciekawość…

Skrzydłowe bataliony oddalały się od nas coraz bardziej; wreszcie prawy zniknął za wzgórzami, a lewy o paręset sążni od nas dał nurka w szeroki parów i tylko kiedy niekiedy błysnęła fala jego bagnetów. Podzieli się gdzieś huzarzy i armaty, i ciągnąca z tyłu rezerwa, i został sam nasz batalion, schodzący z jednego wzgórza, ażeby wejść na drugie, jeszcze wyższe. Tylko od czasu do czasu z frontu, od tyłu albo z boków przyleciał jakiś jeździec z kartką albo z ustnym poleceniem od majora. Prawdziwy cud, że od tylu poleceń nie zamąciło mu się we łbie!

Nareszcie, już była blisko dziewiąta, weszliśmy na ostatnią wyniosłość porosłą gęstymi krzakami. Nowa komenda; plutony idące jeden za drugim poczęły stawać obok siebie. Gdy zaś dosięgliśmy szczytu wzgórza, kazano nam pochylić się i zniżyć broń, a w końcu przyklęknąć. Wtedy (pamiętasz, Katz?) Kratochwil, który klęczał przed nami, wetknął głowę między dwie młode sosenki i szepnął:

— Patrzajcie no!…

Od stóp wzgórza, na południe, aż gdzieś do krawędzi horyzontu, ciągnęła się równina, a na niej jakby rzeka białego dymu, szeroka na kilkaset kroków, długa — czy ja wiem — może na milę drogi.

— Tyralierzy!… — rzekł stary podoficer.

Po obu stronach tej dziwnej wody widać było kilka czarnych i kilkanaście białych chmur, kotłujących się przy ziemi.

— To baterie, a tam płoną wsie… — objaśniał podoficer.

Wpatrzywszy się zaś lepiej, można było dojrzeć gdzieniegdzie, również po obu stronach długiej smugi dymu, prostokątne plamy: ciemne po lewej, białe po prawej. Wyglądały one jak wielkie jeże z połyskującymi kolcami.

— To nasze pułki, a to austriackie… — mówił podoficer. — No, no!… — dodał — i sam sztab lepiej nie widzi…

Z tej długiej rzeki dymu dolatywało nas nieustanne trzeszczenie karabinowych strzałów, a w tamtych białych chmurach szalała burza armat.

— Phy! — odezwałeś się wtedy, Katz — i to ma być bitwa?… Miałem się też czego bać…

— Zaczekaj no — mruknął podoficer.

— Przygotuj broń!… — rozległo się po szeregach.

Klęcząc zaczęliśmy wydobywać i odgryzać patrony. Rozległo się szczękanie stalowych stempli i trzask odciąganych kurków… Podsypaliśmy proch na panewki i znowu cisza.

Naprzeciw nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między nimi gościniec. Spostrzegłem, że na jego żółtym tle ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce utworzyły białą linię, a potem białą plamę. Jednocześnie z parowu leżącego o kilkaset kroków na lewo od nas wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem sformowali się w granatową kolumnę. W tej chwili na prawo od nas huknął strzał armatni i nad białym oddziałem austriackim ukazał się siwy obłoczek dymu. Parę minut pauzy i znowu strzał, i znowu nad Austriakami obłoczek. Pół minuty — znowu strzał i znowu obłoczek…

— Herr Gott! — Panie Boże! — zawołał stary podoficer — jak nasi strzelają… Bem komenderuje czy diabeł…

Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał warczący granat. Drugi dym… trzeci dym… czwarty…

— Mądre bestie! — mruknął podoficer.

— Batalion!… naprzód marsz!… — wrzasnął ogromnym głosem nasz major.

— Kompania!… naprzód marsz!… Pluton!… naprzód marsz!… — powtórzyli różnymi głosami oficerowie.

Znowu uszykowano nas inaczej. Cztery środkowe plutony zostały na tyle, cztery poszły naprzód, na prawo i na lewo. Podciągnęliśmy tornistry i wzięliśmy broń, jak się komu podobało.

— Z górki na pazurki!… — zawołałeś wtedy, Katz.

A w tej chwili granat przeleciał wysoko nad nami i pękł gdzieś w tyle z wielkim łoskotem.

Wtedy błysnęła mi szczególna myśl. Czy bitwy nie są hałaśliwymi komediami, które wojska urządzają dla narodów, nie robiąc sobie zresztą krzywdy?… To bowiem, na co patrzyłem, wyglądało wspaniale, ale nie tak znowu strasznie.

Zeszliśmy na równinę. Od naszej baterii przyleciał huzar donosząc, że jedna z armat zdemontowana. Współcześnie na lewo od nas padł granat; zarył się w ziemię, ale nie wybuchnął.

— Zaczynają nas lizać — rzekł stary podoficer.

Drugi granat pękł nad naszymi głowami i jedna z jego skorup padła Kratochwiłowi pod nogi. Pobladł, ale śmiał się.

— Oho!… ho!… — zawołano w szeregu.

W plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków na lewo, zrobiło się zamieszanie; gdy zaś kolumna posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi: jeden leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi siedział trzymając się rękoma za brzuch. Poczułem zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do mnie, alem go nie słyszał; natomiast zaszumiało mi w prawym uchu, jakby tam wpadła kropla wody.

Podoficer poszedł w prawo, my za nim. Kolumna nasza rozwinęła się we dwie długie linie. Na paręset kroków przed nami zakłębił się dym. Coś trąbiono, alem nie zrozumiał sygnału; natomiast słyszałem ostre poświsty nad głową i koło lewego ucha. O kilka kroków przede mną coś uderzyło w ziemię zasypując mi piaskiem twarz i piersi. Mój sąsiad strzelił; dwaj stojący za mną prawie na moich ramionach oparli karabiny i wypalili jeden po drugim. Ogłuszony do reszty, wypaliłem i ja… Nabiłem i znowu strzeliłem. Przed front spadł czyjś kask i karabin, ale otoczyły nas takie kłęby dymu, żem nic dalszego nie mógł dojrzeć. Widziałem tylko, że Katz, który ciągle strzelał, wygląda jak obłąkany i ma pianę w kątach ust. Szum w uszach spotęgował mi się tak, żem w końcu nic nie słyszał, ani huku karabinów, ani armat.

Nareszcie dym stał się tak gęsty i nieznośny, że za wszelką cenę chciałem wydobyć się z niego. Cofnąłem się z początku wolno, później biegiem, widząc ze zdziwieniem, że i inni robią to samo. Zamiast dwu wyciągniętych szeregów zobaczyłem kupę uciekających ludzi. „Czego oni, u diabła, uciekają?…” — myślałem przyspieszając kroku. Nie był to już bieg, ale koński galop. Zatrzymaliśmy się w połowie wzgórza i tu dopiero spostrzegliśmy, że miejsce nasze na placu zajął jakiś nowy batalion, a na szczycie wzgórza walą z armat.

— Rezerwy w ogniu!… Naprzód, łajdaki!… Świnie wam paść, psubraty!… — wołali czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie, ustawiając nas na powrót w szeregi i płazując każdego, kto nawinął się im pod rękę.

Majora między nimi nie było.

Powoli, zmieszani w odwrocie, żołnierze znaleźli się w swoich plutonach, ściągnęli maruderowie i batalion wrócił do porządku. Ubyło jednak ze czterdziestu ludzi.

— Gdzież oni się rozbiegli? — spytałem podoficera.

— Aha, rozbiegli się — odparł zachmurzony.

Nie śmiałem pomyśleć, że zginęli.

Ze szczytu wzgórza zjechało dwu furgonistów; każdy prowadził konia objuczonego pakami. Naprzeciw nich wybiegli nasi podoficerowie i wkrótce wrócili z pakietami nabojów. Wziąłem osiem, bo tyle mi brakowało w ładownicy, i zdziwiłem się: jakim sposobem mogłem je zgubić?

— Wiesz ty — rzekł do mnie Katz — że już po jedynastej?…

— A wiesz ty, że ja nic nie słyszę? — odparłem.

— Głupiś. Przecież słyszysz, co mówię…

— Tak, ale armat nie słyszę… Owszem, słyszę — dodałem skupiwszy uwagę. Grzmot armat i łoskot karabinów zlały się w jedno ogromne warczenie, już nie ogłuszające, ale wprost ogłupiające. Ogarnęła mnie apatia.

Przed nami, może na pół wiorsty, bałwaniła się szeroka kolumna dymu, którą budzący się wiatr niekiedy rozdzierał. Wówczas na chwilę można było widzieć długi szereg nóg albo kasków, z połyskującymi obok nich bagnetami. Nad tamtą kolumną i nad naszą kolumną szumiały granaty, wymieniane pomiędzy baterią węgierską, która strzelała spoza nas, i austriacką, odzywającą się ze wzgórz przeciwległych.

Rzeka dymu, ciągnąca się przez równinę ku południowi, kłębiła się jeszcze mocniej i była bardzo pogięta. Gdzie Austriacy brali górę, zgięcie szło na lewo, gdzie Węgrzy — na prawo. W ogóle pasmo dymu wyginało się bardziej na prawo, jakby nasi już odepchnęli Austriaków. Po całej równinie słała się delikatna mgła niebieskawej barwy.

Dziwna rzecz: huk, choć silniejszy teraz, aniżeli był z początku, już nie robił na mnie wrażenia; ażeby go słyszeć, musiałem się dopiero wsłuchiwać. Tymczasem bardzo wyraźnie dochodził mnie szczęk nabijanych karabinów albo trzask kurków.

Przyleciał adiutant, zatrąbiono, oficerowie zaczęli przemawiać.

— Chłopcy! — wrzeszczał na całe gardło nasz porucznik, który niedawno uciekł z seminarium. — Zrejterowaliśmy, bo Szwabów było więcej, ale teraz zaskoczymy z boku ot tę kolumnę, widzicie?… Zaraz podeprze nas trzeci batalion i rezerwa… Niech żyją Węgry!…

— I ja chciałbym pożyć… — mruknął Kratochwil.

— Pół obrotu w prawo, marsz!…

Szliśmy tak kilka minut; potem pół obrotu w lewo i zaczęliśmy spuszczać się na równinę, usiłując dostać się na prawy bok kolumny walczącej przed nami. Okolica wciąż falista; z przodu widać przez mgłę pole zarośnięte badylami, za nim lasek.

Nagle między owymi badylami spostrzegłem kilka, a potem kilkanaście dymków, jakby w rozmaitych punktach zapalono fajki; jednocześnie zaczęły nad nami świstać kule. Pomyślałem, że tak wychwalane przez poetów świstanie kul nie jest bynajmniej poetyczne, ale raczej ordynaryjne. Czuć tam wściekłość martwego przedmiotu.

Od naszej kolumny oderwał się sznur tyralierów i pobiegł ku badylom. My maszerowaliśmy wciąż, jakby kule przelatujące z ukosa nie do nas adresowano.

W tej chwili stary podoficer, który szedł na prawym skrzydle gwiżdżąc Rakoczego, wypuścił karabin, rozstawił ręce i zatoczył się jak pijany. Przez mgnienie oka widziałem jego twarz: miał z lewej strony rozdarty daszek kaska i czerwoną plamkę na czole. Szliśmy wciąż; na prawym skrzydle znalazł się inny podoficer, młody blondynek.

Już zrównaliśmy się z walczącą kolumną i widzieliśmy pustą przestrzeń między dymem naszej i austriackiej piechoty, kiedy spoza niej wynurzył się długi szereg białych mundurów. Szereg podnosił się i zniżał co sekundę, a jego nogi migały raz po razu, jak na paradzie. Stanął. Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i — zobaczyłem ze sto wycelowanych do nas karabinów, lśniących jak igły w papierku. Potem zadymiło się, zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami i około nas przeleciał wicher pocisków.

— Stój!… Pal!…

Wystrzeliłem co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo huku usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka; ktoś z tyłu padł zawadzając o mój tornister. Opanował mnie gniew i desperacja; czułem, że zginę, jeżeli nie zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem bez pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z dziką satysfakcją, że moje kule nie pójdą górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi; bałem się zobaczyć leżącego człowieka.

Wtem stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas zatrzeszczały bębny i rozległy się przeraźliwe piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś krzyknął: „Naprzód!” i — nie wiem, z ilu piersi wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do wycia. Kolumna poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem… Strzały prawie ucichły i odzywały się tylko pojedynczo… Z impetem uderzyłem o coś piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich stron, pchałem się i ja…

— Kłuj Szwaba!… — krzyczał nieludzkim głosem Katz, rwąc się naprzód. A że nie mógł wydobyć się z ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w tornistry stojących przed nami kolegów.

Nareszcie zrobiło się tak ciasno, że zaczęła mi się giąć klatka piersiowa i uczułem brak tchu. Uniesiono mnie do góry, opuszczono, a wtedy poznałem, że nie stoję na ziemi, ale na człowieku, który jeszcze pochwycił mnie za nogę. W tej chwili wrzeszczący tłum posunął się naprzód, a ja upadłem. Lewa ręka poślizgnęła mi się we krwi.

Obok mnie leżał przewrócony na bok oficer austriacki, człowiek młody, o bardzo szlachetnych rysach. Spojrzał na mnie ciemnymi oczyma z nieopisanym smutkiem i wyszeptał chrapliwym głosem:

— Nie trzeba deptać… Niemcy są też ludźmi…

Wsunął rękę pod bok i jęczał żałośnie.

Pobiegłem za kolumną. Nasi byli już na wzgórzach, gdzie stały austriackie baterie. Wdrapawszy się za innymi, zobaczyłem jedną armatę przewróconą, drugą zaprzężoną i otoczoną przez naszych.

Trafiłem na szczególną scenę. Jedni z naszych chwycili za koła armaty, drudzy ściągali woźnicę z siodła; Katz przebił bagnetem konia z pierwszej pary, a kanonier austriacki chciał zwalić go w łeb wyciorem. Schwyciłem kanoniera za kołnierz i nagłym ruchem w tył przewróciłem go na ziemię. Katz i jego chciał przebić.

— Co robisz, wariacie?!… — zawołałem odbijając mu karabin.

Wtedy rozwścieczony rzucił się na mnie, ale stojący obok oficer pałaszem odtrącił mu bagnet.

— Czego się tu mieszasz?… — krzyknął Katz na oficera i — oprzytomniał.

Dwie armaty były wzięte, za resztą pognali husarzy. Daleko przed nami stali nasi pojedynczo i w gromadach, strzelając do cofających się Austriaków. Kiedy niekiedy jakaś zbłąkana kula nieprzyjacielska świsnęła nad nami albo zaryła się w ziemię wydmuchując obłoczek kurzu. Trębacze zwoływali do szeregów.

Około czwartej po południu pułk nasz ściągnięto; było po bitwie. Tylko na zachodniej krawędzi horyzontu jeszcze odzywały się pojedyncze strzały lekkiej artylerii, jak odgłosy burzy, która już przeszła.

W godzinę później na rozległym placu boju w różnych punktach zagrały pułkowe orkiestry. Przyleciał do nas adiutant z powinszowaniem. Trębacze i dobosze uderzyli sygnał: do modlitwy. Zdjęliśmy kaski, chorążowie podnieśli sztandary i cała armia, z bronią do nogi, dziękowała węgierskiemu Bogu za zwycięstwo.

Stopniowo dym opadł. Gdzie oko sięgło, widzieliśmy w rozmaitych miejscach jakby skrawki białego i granatowego papieru, bez ładu porozrzucane na zdeptanej trawie. W polu kręciło się kilkanaście furmanek, a jacyś ludzie składali na nich niektóre z owych skrawków. Reszta została.

— Mieli się też po co rodzić!… — westchnął oparty na karabinie Katz, którego znowu opanowała melancholia.

Było to bodaj czy nie ostatnie nasze zwycięstwo. Od tej chwili sztandary z trzema rzekami, częściej chodziły przed nieprzyjacielem aniżeli za nieprzyjacielem, dopóki wreszcie pod Vilagos nie opadły z drzewców jak liście na jesieni.

 

Polsko-węgierscy dezerterzy

Nie miałem pojęcia, że ten dość kultowy film, na który natknąłem się ostatnio przypadkowo, to zapewne największa polsko-węgierska koprodukcja. I nie mam tu na myśli tylko faktu, że wystąpiło w nim wielu polskich i węgierskich aktorów (Marek Kondrat, Róbert Kóltai, Wojciech Pokora, Zoltán Bezerédy, Zbigniew Zapasiewicz, itd.), że był wyprodukowany wspólnie przez zespoły filmowe polski Zodiak i węgierską Hunnię ale przede wszystkim to, że, w przeciwieństwie do innych polsko-węgierskich koprodukcji koncentrujących się na jednym tylko z tych dwóch krajów, ten opowiada o czasie kiedy Polacy, nawet jeśli nie wszyscy, i Węgrzy żyli w jednym państwie – i służyli w jednej armii.

Komedia C.K. dezerterzy ten szczególny kawałek wspólnej historii opowiada w swoisty, szwejkowski sposób. Mamy końcówkę pierwszej wojny światowej i nikt w garnizonie w Sátoraljaújhely, poza nowoprzybyłym dowódcą kompanii, nie ma ochoty walczyć za kaisera i za monarchię. Tym bardziej, że żołnierze w większości pochodzą z innych nich konstytutywne narody państwa: Austriaków – Niemców czy Węgrów.

Międzynarodowa grupka żołnierzy planuje operację Pierzyna czyli dezercję, a w międzyczasie „rządzi” kompanią. Robi to w sposób przypominający skrzyżowanie bandy szkolnych urwisów z więzienną grypserą. Nadgorliwych przełożonych wykańczają trochę tak jak się wykańcza nieznośnego nauczyciela. Wszystko co ich kręci to możliwość napicia się – i złożenia wizyty w burdelu. Szwejkowską atmosferę potengują niektóre dialogi, jak choćby ten, w którym główny bohater Kaniowski wyjaśnia oficerowi za co dostał karę: w latrynie tłumaczył komuś, że oficerowie piją tyle kawy by ich kupy miały połysk „a nasze kupy stawały przed nimi na baczność”.

Udana ucieczka z koszar granych przez twierdzę w Modlinie prowadzi przez szereg miejscowości między innymi Budapeszt. Po drodze libacje, panienki i spotkania z innymi, niekiedy nadzwyczaj pomysłowymi, dezerterami. Ekipa uciekinierów zostaje jednak schwytana i stoi już przed sądem wojennym kiedy przychodzi wiadomość, że cesarz abdykował. Następuje chaos, wszyscy się rozbiegają, można wracać do domu.

Kończąca scena jest jakby doklejona na siłę z zupełnie innego filmu. Nad biegnącymi żołnierzami pojawiają się mianowicie flagi, w większości polskie ale jest i węgierska. Przetarłem oczy. A potem jeszcze raz. Czyż ci szwejkowie marzący o flaszce i panience, nieprzejawiającyc żadnego szacunku do przepisów, państwa i władzy mieliby okazać się o tak, nagle, patriotami jakiś innych krajów tylko dlatego, że wreszcie można? Za obce nie chcą walczyć ale za swoje tak? Nie bardzo jestem w stanie sobie to wyobrazić.

CKDezerterzy

Węgierska flaga z lewej, polska z prawej

Ponadto gdzie w takim razie są przedstawiciele innych nacji, Czesi, Słowacy, Rusini, …? Czy oni też biegną za polskimi i węgierskimi flagami czy też może woleliby wznieść swoje – przeciwko Polakom i Węgrom? Szwejkowski pacyfizm miał potencjał łączący, nacjonalizmy już nie.

Dotąd nie słyszałem nigdy o wybuchach radości Węgrów z upadku monarchii – dla nich było to jednak ich państwo, które przyniosło im złoty okres. Oj, chyba ktoś niedocenił różnic w historii między Polakami a Węgrami. Ale film i tak warto zobaczyć.

Polacy a powstanie węgierskie 1956 roku

Wiedziałem zawsze o paralelach pomiędzy wydarzeniami w Polsce i na Węgrzech w 1956 ale niedawno dzięki linkom przesłanym mi w komentarzu przez Arryego (dzienx!) miałem okazję więcej poczytać sobie na ten temat, dzielę się tym czego się dowiedziałem.

Wydarzenia węgierskie i polskie wpływały na siebie wzajemnie. W obu krajach wspólne były dążenia: skończyć ze stalinizmen, odzyskać niezależność.

W przypadku Polski krwawy charakter wypadków węgierskich studził nastroje i pozwolił na konsolidację władzy Gomułki. Ten niemal bezpośrednio z więzienia trafił na szczyt władzy w rozgorączkowanym kraju i przy nieufnej postawie władz radzieckich. Przez pierwsze miesiące od przejęcia pozycji pierwszego sekretarza partii balansował tak by jednocześnie uspokoić rewolucyjne nastroje a zarazem wzbudzić zaufanie w ZSRR.

Powstanie na Węgrzech z jednej strony utrudniało mu to gdyż przez jakiś czas wydawało się, że taki zryw może się udać co prowadziło do radykalizacji nastrojów społecznych, w pierwszym rzędzie do żądań wycofania wojska radzieckich z kraju, z drugiej jednak, po drugiej interwencji radzieckiej, ułatwiało mu tonowanie nastrojów poprzez wskazywanie do czego doprowadzić może być radykalna polityka.

Wtedy zaczął używać wyrażenia “racja stanu” odwołując się do innego niż w przypadku Węgier położenia geopolitycznego kraju (dla ZSRR konieczne było utrzymanie prowadzących przez Polskę linii zaopatrzenia dla oddziałów stacjonujących w NRD) a także do konieczności sojuszu z ZSRR jako jedynej rękojmii polskich granic na zachodzie. Pojawiło się też hasło “polskiej drogi do socjalizmu” czyli utrzymywanie dystansu do modelu radzieckiego.

Dla Węgier polska odwilż i przekazanie władzy przez Ochaba Gomułce stanowiła inspirację dla sformułowania pierwotnych żądań i organizacji pierwszych demonstracji. Po wypadkach poznańskich w czerwcu 1956 roku polskie władze zaczęły poluźniać śrubę, czego kolejnym etapem była instalacja Gomułki, wcześniej uwięzionego za “odchylenie prawicowo-narodowe” na stołku pierwszego sekretarza. W tym czasie na Węgrzech szalał stalinista Ernő Gerő. Zastąpił przywróconego uprzednio na krótko do władzy Imre Nagya, z którym, podobnie jak w przypadku Gomułki, łączono nadzieje na odwilż. Hasłem pierwszej demonstracji w Budapeszcie było poparcie dla zmian w Polsce: „Idąc za polskim przykładem, podążajmy węgierskim śladem!” („Lengyelország példát mutat, kövessük a magyar utat!”). Koło Petőfiego, jeden z głównych ośrodków fermentu rewolucyjnego, nazywano “ideologicznym Poznaniem”.

Związek pomiędzy sytuacją w dwóch krajach doceniono i w ZSRR, Chruszczow traktował oba kraje łącznie.

Wydarzenia na Węgrzech wkrótce przybrały dramatyczny charakter: do demonstrantów strzelała lokalna ubecja a Gerő poprosił wojska radzieckie o interwencję.

W Polsce wówczas w trakcie nieustających demonstracji zaczęły się pojawiać węgierskie flagi, między innymi podczas wielkiego wiecu na placu Defilad. Flagi te wywieszano w wielu miejscach publicznych, zaciągano przed nimi warty honorowe.

W Olsztynie podczas demonstracji przemianowano plac Armii Czerwonej na Plac Powstańców Węgierskich. Później, na drodze kompromisu, nazwę zmieniono na Plan Józefa Bema, Armia Czerwona już nie wróciła.

W hucie aluminium w Skawinie obalono pomnik Stalina, który potem wleczono po ziemi.

Zaczęto oddawać krew dla Węgrów. Ilość chętnych do oddania krwi była bezprecedensowa i stacje krwiodawstwa nie były w stanie obsłużyć wszystkich. Krew oddawali również członkowie partii, w kwestii węgierskiej nie było podziałów. W sumie posłano 795 litrów krwi. Do wyjazdu na Węgry zgłaszał się personel medyczny.

Rozpoczęły się zbiórki pieniędzy na zakup środków opatrunkowych. Prowadzono je w zakładach pracy a także na ulicach. Na Węgry posyłano również odzież.

Przed warszawską Akademią Sztuk Pięknych studenci sprzedawali grafiki — między innymi wykonany przez Franciszka Starowieyskiego rysunek gołębia ze łzą w oku, który stał się w Polsce symbolem „węgierskiej tragedii” — a uzyskany dochód przeznaczyli na pomoc dla Węgrów.

Franciszek Starowieyski: Gołąb ze łzą

Osoby, które pojechały na Węgry z darami relacjonowały, że tamtejsi studenci domagali się by oddziały radzieckie zostały zmienione przez polskie jako bardziej wiarygodne.

Autobus z transportem sanitarnym – to mógł być transport z Polski, źródło: fortepan

Studiujący na Węgrzech polscy studenci aktywnie włączyli się w wydarzenia. Kiedy odwołano ich do kraju dwie studentki nie podporządkowały się tej decyzji, polski ambasador, Adam Willman, który sympatyzował z Węgrami, nie wyciągnął z tego żadnych konsekwencji.

W mediach niemal bez ograniczeń relacjonowano wydarzenia. Na Węgrzech pracowało wówczas polskich dwudziestu korespondentów, owocem pracy Wiktora Woroszylskiego był wydany później Dziennik węgierski. Cenzura osłabła w tym okresie ale zarazem wielu działaczy partyjnych wyrażało sympatię wobec wydarzeń węgierskich oraz Imre Nagya. Sam Komitet Centralny wydał deklarację 29 października (czyli po pierwszej ale jeszcze przed drugą interwencją), w której czytamy:

Znamy program Rządu Jedności Narodowej Węgier, program demokracji socjalistycznej, poprawy bytu, tworzenia rad robotniczych, pełnej suwerenności narodowej, wycofania wojsk radzieckich z Węgier i oparcia przyjaźni ze Związkiem Radzieckim na leninowskich zasadach równości. Dalecy jesteśmy od wtrącania się w Wasze sprawy wewnętrzne. Sądzimy jednak, że program ten odpowiada interesom narodu węgierskiego i całego obozu pokoju. (…) Myślimy, że program Rządu Jedności Narodowej Węgier odrzucić mogą tylko ci, którzy by chcieli zawrócić Węgry z drogi socjalizmu. (…) Wy i my jesteśmy po tej samej stronie, po stronie wolności i socjalizmu”

Po drugiej interwencji jednak podczas głosowania na potępiającą ją rezolucją w ONZ ambasador polski zagłosował, tak jak wszystkie inne kraje bloku, przeciwko jej co spotkało się z oburzeniem w kraju.

W tym czasie kontynuowano wydawanie apeli, deklaracji oraz przeprowadzanie zbiórek pieniężnych. W Tarnowie powstało wówczas działające do dziś Towarzystwo Przyjaciół Węgrów. Dla węgierskich dzieci organizowano wypoczynek w Polsce.

Dziesiątego grudnia w Szczecinie rozpoczęły się dwudniowe zamieszki rozpoczęte przez demonstrację poparcia dla Węgier (hasła “Szczecin-Poznań” i “Polska-Węgry”). Zniszczono wówczas konsulat radziecki.

Nastroje uspokajały się wraz z gomułkowską konsolidacją oraz zakończeniem walk na Węgrzech. Wydanie Nagya władzom po opuszczeniu przez niego ambasady jugosłowiańskiej wywołało jednak powszechne oburzenie, także wśród członków partii

Podobna fala oburzenie przetoczyła się po egzekucji Nagya w 1958. Gomułka, który niedługo wcześniej odwiedził Węgrzy, był wściekły bo uprzednio władze węgierskie obiecały mu, że nie będzie wyroku śmierci. Były to jednak prywatne emocje ponieważ niedługo w przemówieniu w Gdańsku przyjął kádárowską tezę o kontrrewolucji.

Mimo tego w Polsce, pomimo licznych prób ambasady węgierskiej, nigdy nie pokazano wystawy przedstawiającej właśnie “kontrrewolucję”. Wyrażano nieustające zastrzeżenia wobec jej różnych aspektów. Na przykład stronie polskiej nie przypadła do gustu umieszczona tam fotografia chłopca z bronią bo, argumentowano, w Polsce takie zdjęcie raczej kojarzy się z bohaterskimi czynami z powstania warszawskiego niż z kontrrewolucją.

Później o powstaniu nie mówiono już wiele.

***

Głębiej zainteresowanym polecam dwa źródła:

Janusz Karwat, János Tischler: 1956 Poznań, Budapeszt Media Rodzina, Poznań, 2006, link

János Tischler: „Lengyelek a magyaroknak” Beszélő 2007. november, Évfolyam 12, Szám 11, link