Radio Polonia Węgierska – czwarty odcinek podcastu/1%

W najnowszym odcinku audycji mówię o ustawie o 1%: to węgierski wynalazek, który trafił też do Polski.

Pełen program podcastu:

– Powitanie – 00:00

–  Serwis polonijny – 04:55

– Przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 07:44

– Rozmowa Tygodnia z dr Katarzyną Tóth, pediatrą pracującą w Budapeszcie – 12:14

– Polecajki książkowe Igi Kolasińskiej – 32:58

– Książka na Głos – 36:27

– Jeż Węgierski w Eterze, autor Jerzy Celichowski – 46:47

– Matki Boskie Węgierskie – 52:35

– Pożegnanie – 56:24

A oto tekst mojego felietonu:

Okres rozliczeń podatkowych już trwa, w jego ramach między innymi można wskazać organizację społeczną czy też związek wyznaniowy, którym chcielibyśmy przekazać po procencie naszego podatku. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że pomysł pochodzi z Węgier, tu został wprowadzony a następnie ściągnięty do Polski.

Koncepcja ustawy o 1% pojawiła się w roku 1991, w trakcie dyskusji parlamentarnej nad zwrotem majątku kościelnego. Głównym pomysłodawcą był Tamás Bauer z liberalnego Związku Wolnych Demokratów (SzDSz). Będąca wówczas w opozycji partia zaproponowała, by zamiast zwrotu majątku wprowadzić system, w ramach którego obywatele sami decydowaliby, jaki związek wyznaniowy chcą wesprzeć częścią swego podatku. Nowy system, poza pełnym rozdziałem Kościołów od państwa, miał też doprowadzić do jednakowego traktowania wszystkich wspólnot wyznaniowych – także nowo powstałych i dynamicznie się rozwijających. Miał także pomóc w ustaleniu faktycznego poparcia, jakim cieszą się one w społeczeństwie.

W tym samym czasie pojawił się pomysł, by analogicznie rozdzielać subwencje państwowe dla organizacji społecznych. W tym czasie pieniądze te rozdzielała specjalna komisja parlamentarna – nietrudno zgadnąć, że jej decyzje zwykle okazywały się przychylne dla organizacji bliskich większości rządowej. Projektodawcom chodziło o uniezależnienie subwencji od bieżącej polityki. Liczyli też, że nowy system będzie służył kształtowaniu bliższych więzi między organizacjami społecznymi a obywatelami i wzrostowi samoświadomości podatników.

Pogoda dla reformatorów nastała dopiero w 1994 r., gdy po wyborach ZWD wszedł do koalicji rządowej. Ustawę, związaną z nazwiskiem ówczesnego ministra oświaty i kultury Gábora Fodora, przyjęto dopiero w 1996 r., kiedy na skutek kryzysu finansów państwa nie dało się już dalej odwlekać reformy systemu finansowania kultury i organizacji społecznych. Początkowo proponowano, by w gestii podatników pozostawić tylko jeden procent podatków, który mogliby przeznaczyć na jakiś Kościół lub organizację społeczną. Jednak na skutek protestów ze strony Kościołów, które nie chciały konkurować z różnymi, w ich oczach nie zawsze szacownymi organizacjami, zdecydowano się w końcu na oddanie w ręce podatników dwa razy po jednym procencie.

Do Polski system trafił w 2001 roku.

Zachęcam wszystkich do wykorzystania tej możliwości, czy ktoś płaci podatki na Węgrzech czy też w Polsce. Sam od kilku lat przekazuję mój 1% podatku na rzecz fundacji Rodzice dla Szkoły Polskiej.


WOŚP w Budapeszcie: ponad półtora miliona forintów

Tutejszy sztab WOŚP opublikował właśnie dane dotyczące rezultatów zbiórki. Wyszło 1 653 190 forintów (22 257.72 złotych): 1 3821 114 forintów w gotówce, poprzez paypala 159 068 forintów i przez eSkarbonki 112 008 forintów.

https://www.facebook.com/plugins/post.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FWOSPBudapeszt%2Fposts%2F341388426452611&width=500

Rezultat jest tym bardziej imponujący, że to pierwsza okazja kiedy tutaj (przede wszystkim w Budapeszcie ale także w Debreczynie) zagrała Orkiestra. Imponujące było zaangażowanie sztabu a także wszystkich, którzy przyszli i w taki czy inny sposób się do sukcesu zbiórki przyczynili. Gratulacje!

Prezentacja sztabu WOŚP, na czele inicjatorka Marzena Jagielska

I, jak wszędzie, radość z finału zniszczyło zabójstwo Pawła Adamowicza. Wiele z osób zaangażowanych w zbiórkę spotkało się potem na milczącej pikiecie przed ambasadą, najpierw w dniu jego śmierci w poniedziałek a potem w ostatnią sobotę 19 stycznia.

świeczki przed ambasadą

WOŚP w Budapeszcie

W Budapeszcie zarejestrowano sztab Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i tu też, po raz pierwszy, odbędzie się finał. Nowina to znakomita, gratulacje i respekt dla wszystkich zaangażowanych. Zachęcam do aktywnego udziału, zbierzmy jak najwięcej.

Ta inicjatywa, tak przy okazji, dała mi do myślenia odnośnie kwestii co to znaczy być Polakiem za granicą. Rzecz jasna chodzi tu zawsze o jakieś poczuwanie się do wspólnoty, zbyt często jednak moim zdaniem budowanej tylko na tradycjach kulinarnych czy ludowych (ach te tańce czy te stroje). Dalece ciekawsze są nawiązania do żywych, stających się dopiero elementów polskości jak kultura czy właśnie takei rzeczy jak WOŚP.

Gratulacje raz jeszcze, zachęcam do odwiedzania facebooka sztabu.

wosphu2

WOŚP po węgiersku!

dwujęzyczne nastolatki tłumaczą literaturę piękną

Wśród uczniów uczęszczających do Szkoły Polskiej przy Ambasadzie RP w Budapeszcie mniej więcej połowa pochodzi z mieszanych rodzin polsko-węgierskich, są oni dwujęzyczni i dwukulturowi. Ich polska i węgierska tożsamość funkcjonują paralelnie, niezależnie od siebie, brak kontaktów pomiędzy ich „polskim” i „węgierskim” życiem. W szkole węgierskiej traktowani są jako Węgrzy, w szkole polskiej jako Polacy. Tymczasem mają oni złożoną, podwójną tożsamość, dla której brakuje przestrzeni by się mogła w pełni okazać.

To spostrzeżenie leżało u podstawy projektu Młodzi tłumacze, w ramach którego grupa takich młodych ludzi przetłumaczyła wspólnie na węgierski książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata. Książka, jej węgierski tytuł to A világ tíz égtája, została wydana przez wydawnictwie Typotex, ukazała się na niedawnym, kwietniowym Festiwalu Książki.

aVilagTizEgtalja2

Projekt miał dać dwujęzycznym uczniom szkoły okazję do zademonstrowania swoich językowych zdolności oraz do celebrowania ich dwujęzyczności i dwukulturowości. Przy okazji miał on zainspirować uczestników to angażowania się działania na pograniczu obu kultur.

Dziesięć stron świata Anny Onichimowskiej przedstawia dziesięć epizodów z życia współczesnych piętnastolatków żyjących na różnych kontynentach, między innymi w Japonii, Indiach, USA ale też Polsce czy Ukrainie. Niezależnie od kraju zamieszkania, pochodzenia czy statusu materialnego bohaterów łączy to, że właśnie stają przed pierwszymi dorosłymi wyborami w życiu. Nie wiemy jak wybiorą, kim się staną, jakimi ludźmi będą tak jak nie wiedzą tego same piętnastolatki.

Pomysł projektu zrodził się w 2016 w środowisku rodziców, nauczycieli i przyjaciół szkoły. Szukaliśmy książki do przełożenia, na Dziesięć stron świata wybór padł z szeregu powodów. Rekomendowali ją nam zapytani nauczyciele i bibliotekarze w Polsce jako książkę, którą młodzi czytelnicy chętnie czytają (doczekała się trzech wydań). Sam tekst nie był zbyt długi, językowo nie stanowił wielkiego wyzwania dla początkujących tłumaczy a dziesięć opowiadań, z których się składa w naturalny sposób dzieliło go na części do tłumaczenia.

Możliwość udziału w projekcie ogłoszono jesienią 2016 roku wśród uczniów klas gimnazjalnych i licealnych szkoły. Zainteresowanie przewyższyło oczekiwania: zamiast spodziewanych 10 uczestników (tylu, ile rozdziałów w książce) do projektu zgłosiło się 15 uczniów. Warto dodać, że w szkole uczy się, na dwunastu poziomach, wszystkiego około 100 uczniów.

Po grudniowym szkoleniu przeprowadzonym przez Patrícię Pászt, którą, jako doświadczoną tłumaczkę poprosiliśmy o nadzór nad pracą młodych tłumaczy oraz o końcową redakcję tekstu, tekst rozdzielono pomiędzy tłumaczy. Krótsze rozdziały przypadły w całości jednej osobie, większe rozdzielono pomiędzy więcej uczestników.

W pierwotnym zamierzeniu tłumaczenia miały być dostarczane tłumaczce do poprawy porcjami każdego miesiąca tak by do końca roku szkolnego każdy skończył swój fragment tekstu. Jak się jednak można było spodziewać, natychmiast pojawiły się opóźnienia. By zmobilizować uczestników dwukrotnie zorganizowaliśmy „noc tłumaczy”. Założenie było takie, spotkać w się w szkole w piątkowy wieczór i razem pracować nad tłumaczeniem. Na kolację mieliśmy zamówić pizzę, późnym wieczorem obejrzeć polski film a potem spać na podłodze w śpiworach.

Ci młodzi tłumacze, którzy akurat mieli czas, chętnie pracowali razem. Pomysł z pizzą przyjęty był entuzjastycznie, podobało im się, że w trakcie grała muzyka, nie upierali się jednak by oglądać film a spać woleli w domu. W sumie i tak te dwie „noce tłumaczy” pozwoliły nadgonić opóźnienia. Ponieważ ci, co byli gotowi wcześniej pomagali bardziej opóźnionym w sumie całość tekstu była gotowa do końca czerwca. Co ważne, żaden z uczestników projektu się nie wykruszył.

Do nauczycieli węgierskiego młodych tłumaczy pod koniec roku szkolnego zostały wysłane listy podpisane przez konsula, w którym informowano ich o udziale ich uczniów w projekcie. Listy zostały bardzo dobrze przyjęte, były wypadki kiedy odczytano je przed całą klasą.

W międzyczasie znaleźliśmy wydawnictwo, wspomniany Typotex, które zgodziło się wydać książkę.

Równolegle do pracy nad tłumaczeniem dużo czasu pochłaniało nam zdobywanie funduszy na projekt. Potrzebne były pieniądze na honorarium dla tłumaczki, na subwencję dla wydawnictwa i na promocję. Pomogli nam Instytut Polski, samorządy mniejszościowe (stołeczny, z dzielnic II i XIII oraz z Szentendre) oraz Ambasada Polska. Wydawnictwo złożyło wniosek do Instytutu Książki, który również wsparł projekt.

Do Budapesztu udało się ściągnąć Annę Onichimowską, która wzięła udział w wydarzeniu promocyjnym w ramach Festiwalu Książki. Obok niej usiedli młodzi tłumacze a samo spotkanie poprowadziła Patrícia Pászt tak więc spotkali się wszyscy, którzy w taki czy inny sposób przyczynili się do węgierskiego wydania książki.

1 

premiera książki

2

Anna Onichimowska i Patrícia Pászt

3

Lujza Mondovics czyta fragment książki

Kinga Somlói czyta inny fragment książki

W planach mamy odwiedzenie lipcowego Festiwalu literatury dziecięcej w Rabce-Zdroju z prezentacją na temat książki. Wśród prezentujących będą oczywiście przedstawiciele młodych tłumaczy.

Czy udało nam się osiągnąć cele, które postawiliśmy sobie na początku projektu? Chyba tak. Udało się go, mimo wszystkich wyzwań, przeprowadzić do końca, zaangażowanie młodych tłumaczy zostało zauważone i docenione w ich szkołach węgierskich, mogli cieszyć się efektem swojej ciężkiej pracy podczas prezentacji na Festiwalu Książki. Choć pewno nie do końca sobie z tego zdają sprawę, od dzisiaj na CV mogą umieszczać „opublikowane w formie książkowej tłumaczenie literackie”, co niewielu jest dane w wieku lat kilkunastu. Na ile projekt ten będzie początkiem ich długofalowego zaangażowania w kulturę będzie można powiedzieć dopiero za dłuższy czas.

Oto lista młodych tłumaczy (kolejność imię-nazwisko została określona przez każdego z nich z osobna, przypomnijmy, że robili to dla publikacji węgierskojęzycznej): Tomasz Bedyński, Zofia Bedyńska, Celichowski Emil, Modi El-Nagar, Daniel Haraszti, Kalinowski Virág, Keresztessy Márk, Mondovics Mária Lujza, Mónus Ida, Skrodzki Andrzej, Skrodzki Marko, Skrodzki Sandra, Sokołowska Kasia, Somlói Kinga, Szczerba Karina Dominika.

Prawie cała węgierska ekipa Dziesięciu stron świata

***

Ważne jest, że projekt jest modelem, który można użyć w dowolnym kraju, pracując z dowolną mniejszością i dowolnym językiem. Podobne tłumaczenie mogłaby zrobić, na przykład, polska szkoła w Belgii lub też czeski klub młodzieżowy działający w Hiszpanii.

By pomóc ewentualnie zainteresowanym powtórzeniem projektu poniżej parę sugestii.

1. W wyborze książki kieruj się popularnością danego tytułu w Polsce. Pomogą w tym nauczyciele, bibliotekarze – oraz listy bestsellerów.

2. Skonsultuj pomysł na książkę z wydawnictwem na samym początku projektu. Mogę mieć inne zdanie ze względu na inny rynek, na którym książka ma się pojawić. Powinni być do niego przekonani, tłumaczenie będzie wtedy miało większą szansę na sukces.

3. Nie wydawaj książki sam. Technicznie można oczywiście ją wyprodukować, problemem będzie jednak wtedy dystrybucja i koniec końców możesz zostać ze stertą książek, których nikt nie chce.

4. Nadzór profesjonalnego tłumacza nad pracą uczestników to gwarancja jakości tłumaczenia dla wydawnictwa.

5. Noce tłumaczy to element wspólnotowy projektu. Ich sukces wskazuje na potrzebę wspólnej pracy wśród tłumaczy.

6. Częsty i bliski kontakt z tłumaczami jest kluczow dla sukcesu projektu. W większości przypadków Messenger świetnie się sprawdzał. Pisać trzeba do każdego z osobna, co oznacza więcej pracy ale się to opłaci.

7. Pamiętaj o kontakcie z „drugim” światem młodych tłumaczy. Warto informować ich nauczycieli czy szkoły o udziale w projekcie a potem o ukazaniu się książki. Niech zauważą tam zaangażowanie i kompetencje swoich uczniów.

***

Projekt został zorganizowany przez szkołę przy ambasadzie polskiej (formalnie: Szkolny Punkt Konsultacyjny przy Ambasadzie RP), prawnie reprezentowanej przez Fundację Rodzice dla Szkoły Polskiej.

kara więzienia dla aktywistki porodów domowych prawomocna

Wyrok dwóch lat więzienia dla Ágnes Geréb, aktywistki porodów domowych (więcej o niej tu i tu, a także tutaj), stał się właśnie prawomocny bo wyczerpały się wszelkie opcje odwołania.

Przypominam o co chodzi: skazaną ją nie za pomoc w porodach domowych ale za dwa przypadki śmierci noworodka, które miały miejsce w trakcie albo po porodach, które przyjęła. Wielu uważa wyrok za niesprawiedliwy argumentując, za Geréb, że także w szpitalu tych niemowląt nie dałoby się uratować oraz, że podobne przypadki, gdyby miały miejsce podczas porodu szpitalnego, nie spotkałyby się z taką reakcją systemu sprawieldliwości.

To bardzo przygnębiający moment przede wszystkim dla Ágnes Geréb ale także dla wszystkich sympatyzujących z jej działaniami na rzecz porodów domowych a szerzej na rzecz przywrócenia godności kobietom. To unikalna postać na Węgrzech jakoś kojarząca mi się z największymi dysydentami okresu socjalizmu.

Dziś odbyła się nietypowa demonstracja poparcia dla Ágnes Geréb: na moście Szabadság między 11 a 15 można było umieszczać kwiaty jako wyraz dla jej działań. Kwiaty pojawiły na balustradzie się wzdłuż całego mostu po stronie zamku.

Obecnie jedyną źródłem nadziei jest ułaskawienie przez prezydenta. Jeśli ktoś chciałby w tej sprawie napisać do niego może to zrobić korzystają z tego linka.

billboardy walczące o organizacje społeczne

Węgrzy w zasadzie nie mają karykatury politycznej ale mają doroczną konkurs i wystawę billboardów ARC (było o niej już tu i tu), która, wraz z okładkami HVG, tę lukę jakoś wypełnia. Wystawa zakończyłła się tydzień temu alle dałem radę ją odwiedzić i te billboardy sobie obejrzeć.

W tym roku tematem wystawy było wsparcie dla posiniaczonych przez ataki rządowe organizacji społecznych. Jak zawsze, nie wszystkie prace skupiły się na tej tematyce, część poszła w inne strony, niekiedy tak odległe, że ich po prostu nie zrozumiałem.

Ale do dzieła, oto plakaty, które w jakiś sposób mnie zainteresowały.

ARCflagaEU

widzieliśmy już ścieraną gwiazdę, tutaj zostaje ona zastąpiona inną gwiazdą, ach jakże nam znaną

ARC1procent

Deklaracja na temat jednego procenta podatku, tego węgierskiego wynalazku, tutaj nieco zmodyfikowna: można wskazać organizację „wspieraną z zagranicy„, której jeden procent powinien zabrany i przeznaczony na obiekty sportowe

ARCrzad

a tutaj rząd węgierski, „organizacja wspierana z zagranicy”

ARCromai

są i plakaty wspierające konkretne inicjatywy obywatelskie, tutaj, bliską mojemu sercu, walkę o zachowanie wybrzeża Római

ARCsupermario

Márton Gulyás, który podczas protestów w obronie CEU próbował oblać farbą pałac prezydencki przedstawiony jako Super Mario

ARCbaranek

nieco zaskakująca w kontekście wystawy praca pod tytułem „Kochany, albo obiad albo zabawa”

ARCpropaganda

tak wyglądałaby obecna wystawa gdyby przedstawiały rządowe plakaty propagandowe 

ARCsoros

„99% procent odwiedzających wystawę ARC to sługusy Sorosa” a rząd już szykuje kolejną „konsultację społeczną” na temat właśnie Sorosa

ARCmostboisko

jest coś na temat boisk/stadionów do piłki nożnej

ARCklin

„pozarządowców bij pomarańczowym klinem” wzywa naszych bolszewików ten plakat

ARCsuperheros

reklama popkulturowych w formie a narodowych w treści komiksów pt. Przygody człowieka-narodu a w nich Świt pomarańczy, Zdradziecki goździk, Inwazja migrantów, Ruscy (nie) wynoście się do domu (wydanie poprawione), itp.

ARCAIaktywista

podwójny plakat Amnesty International: aktywista lub …

ARCAIprzestepca

… przestępca, zależy jak na to spojrzeć

ARCzzaplakatu

któż to wyłania się zza plakatów rządowych?

ARCtapeta

można go odkryć na tej hipnotycznej tapecie

ARCkamiennozycepapier

kamień, papier, nożyce – znów nawiązanie do rządowej propagandy

ARCliget

dramatycznie przedstawieni obrońcy Ligetu, robienie sobie zdjęć przed plakatami to ulubione zajęcie zwiedzających

ARCszechenyi

jak wyglądałaby tablica informująca o kosztach mostu Łańcuchowego podczas jego budowy ponad 150 lat temu? o właśnie tak

ARCdziecinstwoprzywodcy

dzieciństwo przywódcy

ARCflaga

„flaga Węgier składa się z trzech poziomych, pasów o równej szerokości, po kolei czerwonego, białego i zielonego, z których czerwony symbolzuje siłę, biały wierność a zielony nadzieję”

ARCniebedepomagac

„bez pozwolenie nie będę pomagać nikomu” – ta praca wygrała konkurs

ARCorban

nie obyło się bez skandalu: tę pracę będącą przeróbką znanego zdjęcia przedstawiającego aresztowanie młodego Viktora Orbána, na której twarze milicjantów zastąpiono obecną twarzą Orbána usunięto na żądania autora zdjęcia. organizatorzy uznali, że choć się z żądaniem nie zgadzają to nie mają środków na ewentualną sprawę sądową, źródło: strona ARC na fb

ARCorban1

po zaklejeniu plakat wyglądał więc tak

ARCufo

a na koniec coś nie z tej ziemi, klimat trochę jak u Raczkowskiego

wolny wieszak 2

Napisałem dopiero co o kampanii Wolny wieszak i co chwila dowiaduję się o innych przykładach podobnych akcji, niekiedy inspirowanych przykładem węgierskim (głównie w komentarzach na blogu i facebooku).

Najciekawszy bodajże, i chyba wcześniejszy niż węgierski, przykład pochodzi z Azji. Tam akcja nazywa się Wall of Kindness, pojawiła się w Iranie by rozprzestrzenić się potem do Chin i Pakistanu. Przeczytałem o tym w Global Voices, zachęcam wszystkich do przeczytania postu na ten temat – stąd pochodzą poniższe zdjęcia.

IranWallofKindness

Wall of Kindness w Iranie …

ChinyWallofKindness

… w Chinach …

PakistanWallofKindness

… i w Pakistanie.

Wszędzie są biedni, wszędzie są też ludzie, którzy im pomagają.

wolny wieszak

Wolny wieszak to nie ruch antyaborcyjny czy też pro-choice ale nazwa nowej, oddolnej i spontanicznej kampanii charytatywnej zrodzonej na Węgrzech (po węgiersku Szabad fogas, strona facebookowa tu).

Pomysł jest banalnie prosty: jeśli masz zbędne ciepłe rzeczy możesz je wywiesić na wieszaku w jakimś miejscu publicznych. Ci, którym mogą się przydać po prostu je sobie zabiorą.

Kampania jest już obecna na całych Węgrzech, a jak pokazuje poniższa mapa, zaczęła się wylewać poza kraj, przede wszystkim na tereny gdzie mieszkają Węgrzy.

Wieszaki z ubraniami pojawiają się również na placu Klauzála. Za każdym razem ktoś po prostu wiesza je na płocie parku.

Płot z wieszakami, z tyłu widać bezdomnych gromadzących się na bezpłatny niedzielny obiad rozdzielany przez inicjatywę Heti Betevő.

Chwilę po zrobieniu zdjęcia pojawił się bezdomny, który zabrał się za przymierzanie jednego z płaszczy

Przymierzalnia pod gołym niebiem.

Zabrał go, pozostałe płaszcze zniknęły w ciągu paru godzin.

Brawo Węgrzy. Może warto spróbować czegoś takiego też w Polsce?

Nieoficjalnie i niezależnie – w okresie socjalizmu

Często uważa się, że okresie socjalizmu poza ruchami dysydenckimi nie było społeczeństwa obywatelskiego; istniejących organizacji społecznych nie można określić jako niezależne ponieważ znajdowały się pod kontrolą partii. Choć jest w tym dużo prawdy to istnieją jednak przykłady innych nieformalnych inicjatyw z tego okresu, które, niestety, na ile się orientuję, nie doczekały się opracowania. Podam dwa.

Pierwszy to mój własny ojciec chrzestny, stary harcerz, który dla swoich chrześniaków, a miał ich masę, organizował każdego lata dwutygodniowe obozy wędrowne. Z powodu ilości chrześniaków i zaprzyjaźnionych dzieci z inteligenckich rodzin przywilej był jednorazowy: na takie obozy jeździło się raz, w następnym roku jechali inni. Ojciec chrzestny poświęcał na to swój urlop. Mój obóz miał miejsce w Beskidzie Niskim. Spaliśmy po klasztorach i u chłopów, koszt pokrywali rodzice, jedzenie dostarczali wszyscy: był to okres kiedy było z nim trudno. Rzecz absolutnie nieformalna, oparta na zaufaniu. Mimo, że nie nosiliśmy mundurów charakter obozu był taki jak “w przedwojennym harcerstwie”, które było tu punktem odniesienia.

Drugi przykład łączy się z zapomnianą nieco osobą Clive’a Harrisa. Kto pamięta jeszcze tego bioenergoterapeutę, który gdy przyjeżdzał do Polski (od lat 70-tych) wyczekiwały go tłumy? A tłumy te były zorganizowane. Miałem okazję widzieć z bliska organizację wizyt Harrisa w Poznaniu. Główna organizatorka udostępniała na okres przygotowań swoje mieszkanie. Listy z dokumentacją medyczną zgłaszających się na spotkanie z uzdrowicielem były tam przeglądane przez lekarzy wolontariuszy. Podejmowali oni decyzje, na podstawie których zaakceptowani chorzy dostawali bilety. Inni te bilety szykowali i rozsyłali. W mieszkaniu cały czas tłum się kłębił bo zgłoszeń było mnóstwo.

Potem przez 2 lub trzy dni Harris przyjmował chorych w jakimś kościele. Proszę sobie to wyobrazić: przez 8 lub więcej godzin co parę lub kilkanaście sekund podchodziła do niego chora osoba, na którą wkładał on ręce “przekazując energię”. Koordynacja tego procesu, sprawdzanie biletów, ustawianie kolejki (bilety opiewały na konkretny dzień i godzinę), pomoc chorym niemogącym się poruszać; wszystko to wymagało niebylejakich zdolności logistycznych. Samoorganizacja grupy ludzi z tym związanych była imponująca – zupełnie niezależnie co myślimy o faktycznej umiejętności Harrisa uleczenia kogokolwiek. Nieprzypadkowo zarówno mój ojciec chrzestny jak i sporo ludzi aktywnych wokół wizyt Harrisa zaangażowało się później w Solidarność.

Przy okazji wyguglowałem nazwiska mojego ojca chrzestnego i organizatorski wizyt Harrisa: mimo swojej działalności na ich temat w internecie nie ma śladu.

Na Węgrzech rzecz jasna też miały miejsce takie inicjatywy. Pisałem kiedyś o Indianach, dziś będzie o nieoficjalnych obozach letnich organizowanych przez nowatorską pedagożkę Eszter Leveleki.

Obozy te miały miejsce od 1938 roku. Leveleki w ich ramach realizowała reformatorski program wychowawczy: dzieci traktowano po partnersku, oczekiwano od nich kreatywności, promowano koedukację. Jak na owe czasy były to propozycje rewolucyjne. Ramy nadawała trwająca przez cały obóz gra, w ramach której trzeba było walczyć z wyimaginowanym wrogiem, wymyślać własne podstępy. Na terenie obozu funkcjonowało oddzielne państwo z własną konstytucją, walutą, flagą i hymnem, napisanym przez jednego z małoletnich uczestników. Obozy, które odbywały się nad jeziorem Bánki, organizowano i w czasie wojny z wyjątkiem 1944 roku: w tym okresie Leveleki pracowała razem z Gáborem Sztehlo nad ratowaniem dzieci żydowskich.

zdjęcie z wystawy o obozach nad jeziorem Bánki – zobacz niżej

Przez pierwsze parę lat po wojnie obozy odbywały się jak uprzednio a Leveleki oficjalnie pracowała z dziećmi. Skończyło się to z nastaniem lat 50-tych, kiedy uznano ją za “nienadającą się do pracy wychowawczej”. Do 56 roku Leveleki zajmowała się pracą rzemieślniczą – ale obozy, oficjalnie organizowane przez wspólnotę rodzicielską, odbywały się i tak. Pomogło wstawiennictwo szefa akademii nauk a także fakt, że wielu komunistycznych prominentów chętnie posyłało tam swoje dzieci.

Mimo tego, że po 56 roku wielu dotychczasowych uczestników obozów i ich rodziców emigrowało z Węgier organizacja obozów była kontynuowana aż do 1978 roku. Rosły one w popularności. Stały się miejscem gdzie elita posyłała swoje dzieci, z chętnych tworzono listy czekających na zwolnione miejsce.

Po przejściu Leveleki na emeryturę obozy zaczęli organizować jej następcy. Niektórzy z nich robią to dziś. Pierwotnie bardzo postępowe pomysły Leveleki spowszedniały w nowej rzeczywistości ale utworzone niegdyś tradycje i rytuały są kontynuowane z zaskakującą niekiedy wiernością. Na przykład tak samo jak przed laty nazywa się grupy uczestników – niedźwiadki (bocsok) – mniejsi chłopcy, niedźwiedzie (medvék) – więksi czy też boszik (czarownice) – dziewczyny, od lat prowadzi się listę je-nie-je (eszinemeszi), na której uczestnicy mogą zaznaczyć jedno danie, którego nie lubią i jedno, które lubią: tego pierwszego nie muszą jeść a drugiego dostają dodatkowe porcje, śpiewa się te same piosenki, itd.

jedna z list je-nie-je, również zdjęcie z wytawy

Pomiędzy uczestnikami obozów powstawały – powstają – silne więzi łączące ich daleko poza wakacjami. Niejednokrotnie rodzice, którzy jeździli kiedyś na obozy teraz posyłają tam swoje dzieci.

Niektórzy uważają, że idea się przeżyła a koncepcja skostniała. Że coś co kiedyś było świeże dziś spowszedniało. Że twórczy charakter obozów uległ rytualizacji. Że takie inicjatywy budowane przez i wokół charyzmatycznej jednostki skazane są na uwiąd po jej odejściu.

Coś w tym jest. Ale mimo tego wszystkiego obozy i dziś zachowały swój czar. Miałem okazję widzieć je z okazji, również bardzo tradycyjnego, balu Anny, kiedy rodzice odwiedzają swoje dzieci a te prezentują specjalnie przygotowane przedstawienia. Uderza otwartość uczestników, nawet pewna zawadiackość, to jak bardzo są oni, w najlepszym tego słowa znaczeniu, wyzwoleni – i to wszyscy, nawet ci na codzień najbardziej nieśmiali. W spektaklach królują spontaniczność, kreatywność, humor i ironia.

Co ciekawe, mimo, że socjalizm dawno już się skończył, obozy nadal zachowały nieformalny charakter. Nowych uczestników werbuje się przez znajomych, obozy nie mają strony w internecie czy na facebooku, mało o nich informacji.

Do napisania wpisu zainspirowała mnie wystawa w muzeum etnograficznym pt. Kontrpedagogia na brzegu jeziora (Ellenpedagófia a tóparton). Świetnie, że ktoś się tematem zajął i go opisał. Mam nadzieję, że nastąpi to i w odniesieniu do podobnych inicjatyw, tak na Węgrzech jak i w Polsce.

plakat wystawy

putynizacja Węgier

W lipcowym przemówieniu Viktor Orbán oświadczył, że liberalna demokracja się przeżyła i na Węgrzech będzie on wprowadzał nieliberalną demokrację. To ważne stwierdzenie, niedające się zakwalifikować jako prowokacja intelektualna bo Orbán takimi rzeczami się nie bawi, on wprowadza tego rodzaju prowokacje nie na poziomie dyskuty intelektualnej ale w realu. (Przy okazji, zachęcam do lektury tego prawdopodobnie historycznego tekstu, Budapeszter przetłumaczyła go w całości na blogu Codziennik węgierski, za co należą się jej szacunek i wdzięczność, oryginał mowy tu). Wspomniał tam o dwóch przeszkodach przy wprowadzaniu nieliberalizmu (chyba do takiego to słowa musimy się przyzwyczajać), jedną z nich są „opłacani z zagranicy przez określone koła aktywiści polityczni”. Powiało Putinem. Szerszy fragment poniżej, tłumaczenie moje:

Stosunki między zawodowymi politykami a aktywistami społecznymi. Państwo mianowicie trzeba organizować i nim kierować, powinien to robić ktoś, kto został do tego wybrany i upoważniony. Natomiast zawsze pojawiają się na skraju obszaru działalności państwa organizacje społeczne. Obecnie węgierski trzeci sektor przedstawia swoisty obraz. Aktywiści, w odróżnieniu od polityków, to ludzie, lub też wspólnota, która organizuje się od dołu, sama się finansuje i jest rzecz jasna oparta na wolontariacie. Obecnie jednak, jeśli spojrzeć na węgierski trzeci sektor, który często pojawia się w życiu publicznym – obecne dyskusje wokół Funduszu Norweskiego [rząd oskarżył go o finansowanie partii politycznych, przyp. Jeża W.] wyciągnąły to na powierzchnię – to widać, że mamy tu do czynienia z opłacanymi aktywistami politycznymi. W dodatku ci opłacani aktywiści opłacani są z zagranicy. Aktywiści opłacani przez określone koła zagraniczne, co do których trudno sobie wyobrazić, że traktują to jako inwestycję społeczną, znacznie bardziej uzasadnione jest przypuszczenie, że poprzez ten system próbują zdobyć wpływ w danym momencie i w danej kwesti na węgierskie życie państwowe.

Jeśli wtedy powiało Putinem retorycznie to wczoraj Putinem zaduło. Do biura atakowanej werbalnie (zarzut: finansowanie partii politycznych) i poprzez kontrolę podatkową fundacji Ökotárs w poniedziałek zawitała policja. Pojawienie się silnego oddziału, do którego potem dołączyło dziesięciu agentów w cywilu, wywołało w okolicy sensację ale wkrótce okazało się, że zamiast spektakularnej akcji przeciwko gangsterom chodzi o kontrolę dokumentów biurze NGO. Policja prowadziła rewizję do 18. W południe podobno kontrola odbyła się w innej organizacji rodzielającej fundusze norweskie Demnet.

Wieczorem odbyła się przed biurem Ökotársu demontracja protestująca przeciwko akcji policji. Wzięło w niej udział 400 osób.

Nieco tła: fundusz norweski rozdziela pieniądze dla organizacji społecznych poprzez cztery fundacje wyłonione na drodze konkursu. Jakiś czas temu rząd zaczął atakować ten mechanizm utrzymując, że pieniądze tak rozdzielane trafiają do partii politycznych, konkretnie LMP. Dowodów na to jednak nie przedstawiono. Rząd utrzymywał też, że te pieniądze to w zasadzie węgierskie fundusze publiczne i jako takie powinny trafić pod kontrolę państwową. Najnowszym zarzutem, na podstawie którego obecnie toczy się śledztwo, jest to, że Ökotárs prowadził nielegalną działalność gospodarczą poprzez udzielanie pożyczek dla innych organizacji pozarządowych. Ökotárs wyjaśnia, że chodzi o wsparcie tych organizacji, które zdobyly finansownie płatne z dołu i tylko dzięki tym pożyczkom mogły przeprowadzenie swoich projektów, oprocentowanie pożyczek było takie jakie Ökotárs dostałby na lokacie bankowej.

Rząd norweski ostro zaprotestował przeciwko temu co się stało. Napięte już stosunki węgiersko-norweskie pogorszyły się dalej.

Jeśli ktokolwiek interesuje się losem organizacji społecznych w Rosji to natychmiast dostrzeże analogię. Najpierw atak polityczny, potem przesadna akcja policji na wątpliwych podstawach, w efekcie zastraszenie aktywistów społecznych.

Nie lubię przesady w ocenach politycznych (“dyktatura”, “faszyści”, “komuniści”) bo zamyla ona obraz ale obecnie analogie do putinowej Rosji są jak najbardziej na miejscu. Powodem jest wspomniana mowa Orbána, w której wymienia on Rosję jako jeden ze swoich modeli i atakuje NGOsy. Akcja policji jest u logiczną konsekwencją.

Zgadzam się z Orbánem, że lepiej byłoby gdyby organizacje społeczne były finansowane przez ofiarnych obywateli. By to osiągnąć rząd mógłby jednak działać inaczej, wprowadzić ulgi podatkowe na darowizny, propagować te darowizny, itd. Zamiast tego mamy jednak atak na “aktywistów opłacanych przez określone koła z zagranicy”.

***

A tak przy okazji jeszcze jedna uwaga na temat mowy Orbána. Podaje on parę krajów, które jego zdaniem są przykładami jak ustrój niebędący liberalną demokracją może odnosić sukces: Chiny, Indie, Rosja, Singapur i Turcja. Ich wzrost gospodarczy za każdym razem ma inne podłoże – trudno do jednego worka wrzucać jedną ze finansowych stolic globalnego kapitalizmu, jaką jest Singapur z żyjącą z gazu i ropy Rosji oraz opartych o tanią siłę roboczą Chin – ale ważniejsze jest chyba to, że poza Indiami, które są raczej liberalną demokracją, pozostałe państwa są autorytarne i o to chyba chodzi najbardziej. Ciekawe, że szukając swojego modelu daleko Orbán jakoś nie chce zauważyć tego, co ma pod nosem, a mianowicie Polski. Będąc liberalną demokracją ten kraj, dużo podobniejszy do Węgier niż Chiny czy Indie, i tak nieźle się rozwija, i, co ważne, robi to dużo szybciej niż Węgry. Może więc demokracja liberalna nie jest tak straszna?