„nie w moim imieniu” po polsku

Pisałem dopiero co o tej interesującej inicjatywie. Rozwija się i apel podpisało już ponad 6500 osób. Zaczęli tworzyć wersje w innych językach i zdecydowałem się pomóc im z polskim. Proszę Was o pomoc: czy ktoś mógłby rzucić okiem na moje tłumaczenie i przejrzeć/poprawić język? Oryginał, który dostałem do tłumaczenia jest tu, moje tłumaczenie (dodałem parę wyrażeń, których zabrakło w tym tekście) tu (sorry za pdfy, jakoś blox nie chciał przyjąc .doców) Czekam do południa jutro, potem muszę materiał przesłać. Dziękuję!!

PS Piszcie na Jezw MAŁPA gazeta.pl

jacy są ci Finowie?

Tę wystawę (Milyenek a Finnek?) obejrzeliśmy sobie wczoraj wspólnie z prezydentem Węgier László Sólyomem i Finlandii Tarją Halonen w Muzeum Etnograficznym (jeśli za wspólne oglądanie można uznać jednoczesne przebywanie w tym samym tłumie:)

O tym, że będą tam ci prezydenci nie wiedziałem zanim tam nie trafiłem. Koleżanka Śliwki, która zajmuje się zawodowo fińsko-węgierskimi stosunkami, zaprosiła nas na otwarcie i jakoś do mnie nie trafiło, że to ważna impreza na najwyższym szczeblu państwowym, taka z zamykaniem otaczających ulic przez policję i bramkami do wykrywania metalu. Całe szczęście, że przebrałem się i nie poszedłem w krótkich spodniach! Ale do rzeczy.

Wystawa strasznie fajna. Pokazuje Finlandię i Finów podkreślając to, co łączy ten kraj z Węgrami. Jest więc sporo na temat pokrewieństwa językowego, kultu Kalevali czy sukcesów Węgrów na olimpiadzie w Helsinkach w 1952 roku a także informacja, że raper Ganxsta Zolee wystąpił kiedyś w fińskim stroju do hokeja oraz, że Finlandia solidarnie z Węgrami potępiała traktakt z Trianon. Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o włączeniu do wystawy youtubowego przeboju Miklósa pt. Márpedig rokonok! (A jednak krewni!), o którym pisałem kiedyś (film niestety został usunięty z youtuba na skutek żądania wytwórni WMG posiadającej prawa do muzyki i nie posiadającej ani ksztyny poczucia humoru).

Na temat samych Finów dowiedziałem się też paru rzeczy. Że wynaleźli pepeszę a Sowieci tylko ten model od nich zerżnęli. Że wymyślili też koktajl Mołotowa: był to ponury żart w odpowiedzi na zapewnienia tegoż, że samoloty sowieckie zrzucają pomoc humanitarną dla Finów – butelki zapalające, które podobno niezłego spustoszenia dokonały w wojnie zimowej z 1939-40 roku, były po prostu powitalnym napojem dla spieszących z pomocą żołnierzy radzieckich. Że fabryka Nokii zaczęła jako tartak w XIX wieku, potem dorzuciła do tego produkcję wyrobów gumowych zanim wreszcie zajęła się tym, z czego ją wszyscy znamy czyli produkcją komórek. A także, że pierwszą powieść w języku fińskim napisano dopiero w 1870 roku.

Najciekawsza dla mnie jednak była próba określenia na czym polega fińskość Finów. Rzecz jasna pojawiło się trochę materiału na tematy ludowe – stroje, rybołóstwo – ale to nie on dominuje. Pokazano też komórki Nokii, projektantów mody Marimekko, rolę jaką gra w życiu Finów sport, książki o Muminkach, fińskich kierowców rajdowych, podbicie świata przez sauny czy też międzynarodowe uznanie dla fińskiej minimalistycznej architektury. Najbardziej intrygujące dla mnie było pokazanie wpływu Kalevali na fińską muzykę metalową.

Naprawdę inteligentna wystawa. Marzy mi się zobaczyć coś podobnego w odniesieniu do Węgier czy Polski. Parę razy pisałem już o moim zdegustowaniu kultywowaniem tożsamości polskiej przez tutejszą Polonię polegającym na mszach z okazji wszystkich świąt i rocznic, bigosach i innych tradycyjnych polskich wyżerkach, a także tańcach ludowych. Tak jakby jedyną możliwością samookreślenia było sięganie do tradycji z przeszłości, często tak odległych, że już w Polsce martwych. A gdyby znaleźć coś tak świeżo polskiego tak jak fiński jest metal. Ech, rozmarzyłem się. Póki co pozostaje kujawiak i strój krakowski z pawim piórem.

„nie w moim imieniu”

Pod takim imieniem powstała strona internetowa zbierająca podpisy i zdjęcia osób protestujących przeciwko wyborowi kandydatów Jobbiku (tutejsza skrajna prawica) do Parlamentu Europejskiego. Tekst głosi:

Jobbik posyła trzech posłów do Parlamentu Europejskiego. Krisztina Morvai, Zoltán Balczó i Csanád Szegedi tym niemniej nie reprezentują mnie, obywatela Węgier.

Podpisz też ty: niech nie wypowiadają się w twoim imieniu! Zaprotestuj przeciwko nienawiści i dyskryminacji. Pokaż, co Węgry sądzą o Jobbik!

A Jobbik három képviselőt küldhet az Európai Parlamentbe. De Morvai
Krisztina, Balczó Zoltán és Szegedi Csanád engem, magyar állampolgárt
nem képviselnek.

Írd alá te is: ők ne beszéljenek a te nevedben! Tiltakozz a
gyűlölködés, a kirekesztés ellen. Mutasd meg, hogy Magyarország mit
gondol a Jobbikról!

Zdjęcia tworzą mozaikę, którą można powiększać oglądając poszczególne osoby. Część z nich przysłała zdjęcia z tekstem "nie w moim imieniu". Podpisy dodawane do spisu na dole. Ich liczba – 5070 w tej chwili – wciąż rośnie a organizatorzy (A Méltoságot Mindenkinek Mozgalom – Ruch Godności dla Wszystkich) obiecują, że strona pozostanie otwarta przynajmniej aż do następnych wyborów do PE w 2014.

tak wygląda strona gdy się ja otworzy

a tak kiedy się powiększy jedno ze zdjęć na mozaice

w tłoku do muzeum

No i szczęśliwie mamy za sobą noc muzeów. Wziąłem w niej udział pierwszy raz i wrażenia mam mieszane.

Sam pomysł genialny. Za jedne 1300 forintów (dzieci 600) czyli odpowiednio 21 i 10 złotych, ma się wstęp do ponad 200 muzeów oferujących niemal 2000 różnych imprez w całym kraju i to nie tylko w nocy ale już przez całą sobotę. Często są to rzeczy unikalne takie jak koncerty w niecodziennych miejscach. Dodajmy do tego, że komunikacja miejska uruchamia z tej okazji specjalne linie nocne – bezpłatne dla posiadaczy biletu – oczywistym się staje, że proponuje się nam nocną nirwanę.

Sukces przedsięwzięcia doprowadził jednak do tego, że na imprezy walą tłumy i całość niekiedy zaczyna przypominać zwiedzanie Wenecji albo Luwru w lecie, co jest małofajne.

Może jednak o tym jak wyglądała ta nasza noc. Przedsmak tłoku uzyskaliśmy w internecie kiedy nie mogliśmy wejść na stronę imprezy muzeumokejszakaja.hu. Najprawdopodobniej padła z powodu nadmiernego zainteresowania.

Zaczęliśmy od wystawy Antona Corbijna, portrecisty gwiazd rocka i twórcę ciekawych teledysków, w muzeum Ludwiga. Potem chwileczkę zatrzymaliśmy się na koncercie dwóch jazzmanów grających na ekspozycji i jazda do zamku na wystawę Józsefa Borsosa modnego dziewiętnastowiecznego portrecisty w galerii narodowej. I pierwsze zaskoczenie: pojechaliśmy do zamku od tyłu, żeby wjechać windą ale nigdzie w promieniu zapewne dobrego pół kilometra żadnego miejsca do zaparkowania samochodu! Nic to, wrócimy tu później, na razie więc do muzeum sztuki na pokaz mody dyplomantek szkoły Krea.

Z trudem parkujemy samochód na olbrzymim parkingu za Műcsarnok, przy okazji jestem świadkiem kłótni o miejsce do
zaparkowania auta pomiędzy dwiema osobami spragnionymi kulturalnych
przeżyć nocą. Podchodzimy do muzeum a tak kolejka. Strażnicy wpuszczają tylko co jakiś czas gdy wystarczająca ilość osób opuściła już budynek. W środku straszny tłok i pokaz oglądamy w ścisku.

Następnie wracamy na zamek, tym razem udaje się zaparkować samochód bez problemu. Oglądamy Borsosa i jedziemy jeszcze do Városliget, gdzie w nocy ma grać DJ Palotai. Po drodze mijamy wypchane ludźmi autobusy nocnomuzealne. Palotai gra bardzo ładnie ale w końcu wracamy skonani do domu koło trzeciej. W mieście wciąż ruch, choć już luźniej.

podglądanie Budapesztu

Podczas gdy Google, jak zapewnia, tymczasowo zawiesił fotografowanie ulic Budapesztu dla stworzenia street view dynamiczna firma rumuńska Norc (oddziały, poza rumuńskim, także w Austrii, Czechach, Polsce – obejmuje Warszawę, Kraków, Poznań i Wrocław – Rosji i na Słowacji) niedawno zaczęła udostępniać widok budapeszteńskich ulic. Niby wiadomo o co chodzi w serwisie ale i tak niesamowite wrażenie kiedy człowiek zacznie sobie podglądać znane sobie kąty.

Wiem, że będę tu zaglądał i pewnie co jakiś czas wkleję coś z serwisu na tym blogu – jest opcja embed. Na początek najbardziej przesadny zdobny, secesyjny budynek na ulicy Izabella. Złota goła baba, ornamenty, geometryczne rośliny, węże, pawie, dziwne zwierzęta – niemal kicz, estetyka już w zasadzie gejowska. Budynek, nie trzeba dodawać, bardzo lubię. Teraz wy też możecie się na niego poprzez internet pogapić. Miłego (p)o(d)glądania!

http://norc.hu/embed.aspx?id=84781f8b45a329511b6170ee58c0ac6d&ppa=312.7&r=241.9&vla=-28.7&lz=20&acc=cefe98df-17bc-405c-978e-9d09007f667a

PS. Dzięki Arkowi za zwrócenie mojej uwagi na ten serwis!

20 lat temu – strach

Dziś na Węgrzech rocznica końca socjalizmu. Tak jak w Polsce taką cezurą były wybory z czwartego czerwca, tutaj był to powtórny pogrzeb Imre Nagya i jego towarzyszy na Placu Bohaterów. Nagy, gdyby ktoś nie wiedział, był premierem w 1956, który opowiedział się za powstaniem. Aresztowany, został stracony w nocy z 15 na 16 czerwca 1958. 

Dziś zapytałem Śliwki co robiła wtedy. Nie, nie była na pogrzebie, studiowała wtedy w Debreczynie. I co pamięta? Że ludzie się bali, że będą zamieszki i że wszystko się źle skończy. Miała kolegę, który bliski końca uniwersytetu planował odłożyć obronę dyplomu i wyjechać za granicę na rok, ale jego ojciec nakazał mu zdać egzamin zaraz, bo "nie jest pewne, czy potem będzie wogóle miał możliwość obrony". Wszystko z powodu możliwych ruchawek.

Śmieszne? Absurdalne? Pewnie, tyle tylko, że dopiero teraz. Wtedy tak myślało – tak bało się – wielu ludzi. To dopiero teraz pojawiają się ci mędrkowie, którzy wyśmiewają się z ówczesnej opozycji mówiąc, że "koniec tego wszystkiego był oczywisty" a oni już wtedy planowali dogadać się z komunistami. Że te minimum represji, które spadło na niepokornych jest wręcz śmieszne: parę zatrzymań? kilka rewizji? jakieś głupie groźby? Jakie to tam bohaterstwo!

Jak łatwo ten strach zapomnieć. Albo go wyprzeć.

jak pszczoły – sok z czarnego bzu

Niedawno Śliwka zrobiła sok z kwiatów czarnego bzu. Pisałem kiedyś o tej ciekawej różnicy kulturowej: podczas gdy w Polsce sok robi się z owoców (jesienią) to na Węgrzech powstaje on z kwiatów – na wiosnę. Zrywając kiść kwiatów zdmuchnąłem siedzącego na niej owada i ze zdumieniem zobaczyłem powstającą chmurkę pyłku. Toż to on jest podstawą tego soku, uświadomiłem sobie, pijąc go jesteśmy, może nie całkiem ale prawie, jak pszczoły.

Podaję przepis, może w chłodniejszej niż Węgry Polsce gdzieś jeszcze ten czarny bez kwitnie i ktoś sobie taki sok zrobi. A jeśli nie teraz to może w przyszłym roku.

Składniki:
  • 20 kiści kwiatów
  • 4 kg cukru
  • 6 litrów wody
  • 5 cytryn
  • 10dkg kwasku cytrynowego (podejrzewam, że można go zastąpić większą ilością cytryn)
  • 1 łyżeczka benzoesanu sodowego (dla konserwacji)
Kwiaty zbierać z dala od dróg by nie były zanieczyszczone. Obejrzeć je by upewnić się, że nie ma na nich żadnych owadów. Następnie je ostrożnie umyć tak by stracić jak najmniej pyłku.

Zagotować 5 litrów wody z 3.5 kg cukru. Pozostały cukier skaramelizować w garnku po czym zalać go litrem wody i zagotować. Zawartość obu garnków zlać do jednego naczynia, zagotować.

Gdy wystygnie dodać kwiaty, cytrynę w plasterkach, kwasek i konserwant. Zostawić na 4-5 dni co jakiś czas mieszając a następnie zlać przez sitko do butelek.

Do picia sok należy rozcieńczać wodą lub wodą sodową do smaku w proporcji 1:6 – 1:7.

Jedno ze źródeł (po węgiersku), z którego korzystałem do przestudiowania tu. Warto nawet jak się nie zna języka – zawiera ponętne zdjęcia.

Jakby ktoś sok zrobił to proszę dać znać jak się udało. Powodzenia!