na sprzedaż

Tak HVG komentuje nieco chwiejną politykę zagraniczną Węgier: niedawną wielką przyjaźń zdaje się właśnie zmieniać powrót na łono zachodu. No i wyczuwa się w tym nacisk kładziony przez nowego ministra spraw zagranicznych na relacje handlowe.

nasprzedaz

Eladó = Продается = Na sprzedaż

burczenie w brzuchu

Pisałem kiedyś o automatyźmie mówienia „na zdrowie!” w przypadku kichania, równie ciekawe jest zachowanie Węgrów gdy komuś zaburczy w brzuchu. Z dużą przewidywalnością pojawi się zawsze ktoś kto z szelmowskiem uśmiechem osoby szykującej się do rzucenia nadzwyczaj błyskotliwej i dowcipnej riposty, o której opowiada się potem latami na przyjęciach, powie „co, głodny jesteś?”

Dodajmy do tego „smacznego” (jó étvágyat) rytualnie wypowiadane przed jedzenie i „na zdrowie” (egészségedre) po i już mi się tworzą zręby słownika automatyzmów w języku węgierskim.

Pięć węgierskich pomników

Polecam mój artykuł pod powyższym tytułem (podtytuł: O paradoksach polityki historycznej), który ukazał się w najnowszym numerze Czasu Kultury. Numer jest tematycznie węgierski i zawiera więcej tekstów o Węgrzech. Mój artykuł opowiada historie o pomnikach okupacji niemieckiej, Alberta Wassa, Trianonu, 1956 roku oraz o parku pomników. Oto zajawka redakcyjna:

Od chwili objęcia rządów przez Victora Orbana Wegry stają się innym krajem. Zmianom z niepokojem przyglądają się europejscy politycy, dziennikarze, artyści, ale także węgierscy obywatele. Autorzy numeru „Czasu Kultury” zatytułowanego „Węgry: koniec republiki” przedstawiają ustrojowe, ekonomiczne i kulturowe „reformy” w ostatnich latach (Waldemar Kuligowski), mechanizmy rekonstruowania węgierskiej tożsamości – jej „wartości i misji” (Richard Papp), a także przykłady manipulowania społeczną pamięcią i historią (Miklos Szabo). Péter Portörő analizuje aktualny proces zmiany nazw budapesztańskich ulic i placów, Jerzy Celichowski natomiast opowiada o kontrowersjach powstałych wokół pomników. Aleksandra Zielińska opisuje regulacje prawne, które nakładają ograniczenia na węgierskie media, organizacje pozarządowo i działaczy społecznych oraz zagrażają wolności słowa. Magdalena Radomska analizuje przykłady sztuki węgierskiej krytycznej wobec władzy. Ponadto w numerze prezentowane są także oddolne, kontrkulturowe ruchy i wspólnoty we współczesnym Budapeszcie, których symbolem jest Gólya (Kiss Soma Abraham).

W numerze także rozmowa z Janem Gondowiczem oraz nowe felietony Agaty Araszkiewicz.

„Dzień gniewu”

„Dzień gniewu” w ostatni poniedziałek był kolejną z serii opozycyjnych demonstracji. Tym razem zorganizowała go facebookowa grupa Nem némülünk el (Nie zamilkniemy). I tak jak dotąd mieliśmy demonstrację przeciwko podatkowi od internetu, potem o odwołanie Ildkikó Vidy tak teraz tematem było odrzucenie całej elity, dotychczasowej polityki, ostatnich dwudziestu pięciu lat. Tak, tak: łał.

demonstracja Dzień gniewu, Budapeszt, 17.11.2014

flaga norweska, zarfaz się rozlegnie Ria, Ria, Norwegia!

demonstracja Dzień gniewu, Budapeszt, 17.11.2014

Miss Europa, rozmawiałem z nią, suknię uszyła jej koleżanka-projektantka mody jeszcze kiedy Węgry wstępowały do Unii, obecnie to już symbol opozycyjny

Budapeszteńska demonstracja – było ich więcej, nie tylko w innych miastach węgierskich ale i w Europie – odbyła się na placu Kossutha, który jak dotąd kojarzył się raczej z demonstracjami antygyurcsányowymi. Nie jestem w stanie ocenić ilości ludzi, ale zdaje się, że plac się wypełnił choć nie przelewał. Zaskoczyła mnie obecność zorganizowanych aktywistów kredytów walutowych. Ostatnio parlament z wielkimi fanfarami uchwalił ustawę mającą „ostatecznie” zamknąć sprawę poprzez wymuszenie na bankach zwrotu części pieniędzy kredytobiorcom a także uforintowienie pozostałego długu. To, że przyjęto rynkowy kurs franka nie spodobało się najwyraźniej części kredytobiorców, stąd ich obecność na placu.

demonstracja Dzień gniewu, Budapeszt, 17.11.2014

Żądamy państwa prawa a nie uforintowienia kredytów!

Dominowali młodzi, dla mnie przynajmniej, nieznani mówcy. Ich wystąpienia stanowiły mieszankę emocji (powtarzane „dühös vagyok” – „jestem wściekła” – było leitmotivem jednego z wystąpień), ogólników (rządy kradną), rewolucyjnej retoryki i miejscami kabotyństwa, pokoleniowego buntu z totalnym odrzuceniem ostatnich dwudziestu pięciu lat. W wyliczance dostało się i politykom opozycyjnym a nawet maleńkiej partyjce 4K, która domaga się legalizacji marihuany. Pojawiło się żądanie nowej „zmiany systemu” jak na Węgrzech określa się okres lat 1989-1990. Tak na marginesie, pomyśleć tylko, że w Polsce często się mówi o dwudziestu pięciu latach wolności, tu to dla wielu okres zmarnowany.

demonstracja Dzień gniewu, Budapeszt, 17.11.2014

Mówca rewolucyjny, koszulka CCCP

Demonstracja Dzień gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

„Przestępcom nie płacimy podatków. Republikański Ruch Oporu” – takie naklejki rozdawano w tłumie

Najkonkretniejsza była nauczycielka ze szkoły średniej, która protestowała przeciwko ostrym cięciom w budżecie oświaty zaproponowanym w obecnym budżecie oraz András Horváth, który mówił o społecznej inicjatywie stworzenia nowych instrumentów antykorupcyjnych. Przyprowadził na scenę byłego policjanta, który stracił pracę po tym jak zbyt gorliwie prowadził śledztwo w sprawie niewyjaśnionych do dziś przekrętów na ropie, które w latach 90-tych doprowadziły do gigantycznych strat budżetowych. I tak obecne machlojki symbolicznie zostały połączone z aferami poprzedniego okresu.

demonstracja Dzień gniewu, Budapeszt, 17.11.2014

nauczycielka, nazywała się, o ile pamiętam, Emília Nagy

Z ciekawszych haseł skandowano „Ria, Ria, Norwegia” (jak w piłkarskim „Ria, Ria, Hungaria”) na znak poparcia dla organizacji społecznych rozdzielających fundusze norweskie i za to atakowanych przez rząd a także „Rząd-mafia” czy też „Nie ma już Fideszu”.

demonstracja Dzień gniewu, Budapeszt, 17.11.2014

Od czasu demonstracji przeciwko podatkowi od internetu pojawiają się nawiązania komputerowo-internetowe

demonstracja Dzień gniewu, Budapeszt, 17.11.2014

takie też, V.O. to oczywiście Orbán Viktor

Demonstracja Dzien gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

i takie: demonstrant high-tech, na ekranie jego tableta przebiegało na okrągło jakieś hasło

Demonstracja Dzień gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

Są też hasła low-tech jak to: „Nie będziemy kolonią” – parodia rządowej retoryki antyunijnej

Demonstracja Dzień gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

„Viktor, może tak zrozumiesz” i dalej rowaszem. Można się domyśleć co tam napisali

Po demonstracji obalono barierki oddzielające tłum od parlamentu, ale mimo, że tłum stał oko w oko z uzbrojonymi policjantami do przemocy nie doszło. Na razie nie ma planów na następne demonstracje.

Demonstracja Dzien gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

opozycyjno-narodowe grzane wino sprzedawane na wszystkich niedawnych demonstracjach

Demonstracja Dzien gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

nieco dziwny Ruch białych chustek, uczestniczki nawołują do pokoju i miłości

Demonstracja Dzień gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

Anonimowi słuchacze w otwartych ale ciemnych oknach parlamentu

Nie wiadomo, czy to koniec fali protestów, czy też może będą kontynuowane ale zapoczątkują społeczny ruch oporu lub reform. Postaram się dalej pisać na te tematy.

Demonstracja Dzien gniewu w Budapeszcie, 17.11.2014

VIktor, конец (nawiązanie do słynnego plakatu) i inne przekazy obcojęzyczne

Na grzyby na Węgrzech

Jakiś czas temu dostaliśmy w prezencie worek z borowikami. DWA KILO NIEROBACZYWYCH BOROWIKÓW. Zrobiło to na nas mocne wrażenie. W Polsce takie coś byłoby sensacją a tu ofiarodawca zachowywał się jakby nic. Grzyby pochodziły z gór Mátra, gdzie, jak już wcześniej dostawałem sygnały, grzyby są. Poczułem, że chętnie bym się tu na grzyby wybrał.

Okazja nadarzyła się w październiku w postaci długiego weekendu. Postanowiliśmy z Chłopakiem wypróbować Mátrę. Pojechaliśmy tam 23 wieczorem, nocleg udało się nam znaleźć w Mátraszentimre u uroczych państwa w pensjonacie Tornácos ház.

Następnego dnia zerwaliśmy się przed świtem i ruszyliśmy do pobliskiego Bagolyirtás, gdzie pochodząca stąd koleżanka widziała grzybiarzy. Postanowiliśmy ruszyć zielonym szlakiem na południe. Było wcześnie i początkowo musieliśmy nawet trochę poczekać bo za ciemno było by cokolwiek widzieć. Las był, jak to na Węgrzech, bukowy i choć było tam trochę grzybów to niczego jadalnego nie widzieliśmy. Tu i ówdzie były jednak świerkowe plamy i tam było lepiej: znaleźliśmy sporo sów. Trafił się nam też jeden podgrzybek – niestety robaczywy i bardzo wilgotny – a potem, przy drodze piękny, zdrowiutki prawdziwek. Nie za dużo ale było już zdecydowanie po sezonie więc i tak uważałem, że mamy szczęście.

nasz największy sukces grzybiarski

też ładne, ale ich nie zbieraliśmy

Po paru godzinach wróciliśmy do naszego pensjonatu by spytać właścicieli o grzyboznawcę. Obiecałem Śliwce, że to zrobię, bo trzeba wiedzieć, że grzyby tutaj zbierają nie wszyscy jak w Polsce ale tylko ci nieliczni, którzy się “znają na grzybach” a i tak zbieracze rutynowo przynoszą grzyby do przebrania grzyboznawcom, którzy w sezonie bezpłatnie są dostępni na targach i w innych publicznych miejscach. Nasi gospodarze zadzwonili po mieszkającą parę domów dalej panią. Zapewnili nas, że ma egzamin z grzyboznastwa. Przyszła po paru minutach, przejrzała nasze grzyby, była supermiła i żadnych pieniędzy nie chciała, co więcej, zaoferowała, że da nam opieńki, które ma u siebie w domu w lodówce. Poszliśmy do niej, dostaliśmy coś z kilo opieniek – chciała nam dać dwa razy tyle – i kupiliśmy od niej dżem z dzikiej róży: przynajmniej za to przyjęła pieniądze.

W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze na Kékes ale wtedy już padał deszcz i była taka mgła, że widać wszystkiego było tyle:

Obiecaliśmy sobie, że w przyszłym roku znów pojedziemy na grzyby. Czy znacie inne miejsca grzybowe na Węgrzech poza Bagolyirtás, które polecam? Jeśli tak podzielcie się tą wiedzą w komentarzach – z góry dzięki!

czym się różni Ildikó Vida od eboli?

Tym, że Ebola dotarła do Stanów Zjednoczonych.

Ten w sumie przeciętnie zabawny dowcip nawiązujący do zakazu wjazdu do USA wydanego Ildikó Vidzie, szefowej urzędu podatkowego, jest znaczący bo przedtem przez lata lub nawet dekady nie słyszałem na Węgrzech dowcipów politycznych. Nie wiem co jest czynnikiem powodującym pojawianie się lub znikanie tych dowcipów, ale coś się chyba dzieje.

Inny dowcip tym razem na hasła na demonstracji: co oznacza NAV (skrót nazwy tutejszego urzędu podatkowego)? Nie mamy  Amerykańskiej Wizy

Ratowania frankistów ciąg dalszy

Pisałem jakiś czas temu o krokach przedsięwziętych przez rząd w celu ratowania frankistów tj. osób, które wzięły kredyt w obcej walucie, głównie frankach szwajcarskich. Dwie ostatnio (4 lipca i 24 września) przyjęte ustawy mają sprawę załatwić ostatecznie.

Nakazują one bankom zwrot ich klientom nadpłat wynikających z różnicy kursów oraz jednostronnych zmian umów kredytowych. Kredyty walutowe zostaną uforintowione po kursie rynkowym. Narodowy Bank Węgier wyda szczegółowe rozporządzenia regulujące sposób wyliczenia kwot do zwrotu. Jest to tym bardziej skomplikowane, że część kredytobiorców skorzystała już z jakiejś formy pomocy, co rozporządzenie ma wziąć pod uwagę. Rząd deklaruje, że w efekcie końcowym kredytobiorcy walutowi nie powinni wyjść na zmianach lepiej niż ci co zdecydowali się na wyżej oprocentowany kredyt w forintach.

W odniesieniu do jednostronnych zmian umów interesującym szczegółem było założenie winy banków: dostały one miesiąc by w sądzie udowodnić uczciwość swoich praktyk. Zdecydowana większość założonych spraw sądowych zakończyła się przegraną banków.

Decyzja dotyczy zarówno kredytów walutowych jak i, co ciekawe, udzielonych w forintach. Szacuje się, że podlega jej 400 instytucji finansowych, które mają do rozliczenia 680 tysięcy kredytów walutowych i 650 tysięcy kredytów w forintach. Przeciętnemu kredytobiorcy raty powinny spaść o 25% a sam dług o 20%. Według szacunków łączny koszt tej operacji dla banków wyniesie 1000 miliardów forintów, co odpowiada mniej więcej jednej trzeciej kapitału bankowego na Węgrzech.

Decyzja wywołała gniewną reakcję Stowarzyszenia Bankowego. W swoim oświadczeniu zaprotestowało ono przeciwko stosowaniu prawa wstecz. Obecnie sprawdza się czy stare kredyty odpowiadają dopiero co wprowadzonym wymaganiom, co jest niemożliwe z natury rzeczy. To tak jakby auto wyprodukowane przed kilku laty kontrolować według norm zanieczyszczeń odnoszących się do obecnie produkowanych samochodów i karać producentów za to, że przed laty ich produkt “nieuczciwie” nie spełniał tych norm, obrazowo tłumaczy przewodniczący stowarzyszenia.

W oświadczeniu podkreślono, że do wybuchu kryzysu do systemu kredytów walutowych nie miał zastrzeżeń ani nadzór bankowy ani żadna z partii parlamentarnych. W odniesieniu do kredytów walutowych odpowiedzialność spada zarówno na banki jak i rząd oraz klientów, natomiast obecnie jedynie z banków robi się kozła ofiarnego.

Istotny jest aspekt polityczny sprawy. W ciągu ostatnich kilku lat doszło do szeregu demonstracji zdesperowanych frankistów. Pod początkowo apolityczne protesty z czasem próbował podłączać się Jobbik atakując banki przy użyciu antykapitalistycznej retoryki.

W sierpniu zeszłego frankowcy demonstrowali przed domem Orbána, dla rządu był to wyraźny sygnał ostrzegawczy, że problem robi się coraz bardziej polityczny. Wokół domu Orbána wprowadzone strefę bezpieczeństwa uniemożliwiającą dalsze demonstracje.

Przed październikowymi wyborami samorządowymi jednym z dwóch głównych haseł propagandy rządowej było, obok kolejnej obniżki opłat komunalnych, “Rozliczamy banki”. Retoryka nieuczciwego banku znalazła odbicie w nazwie ustawy o fair bankingu, którą rząd obecnie szykuje. Ma one bronić kredytobiorców. W praktyce ustawa ta może być dla rządu instrumentem do wypierania z węgierskiego rynku banków zagranicznych: zadeklarowanym celem rządu jest zwiększenie udziału banków z kapitałem węgierskim do 50%.

*

Warto dodać, że kwestia kredytów walutowych pojawiła się wcześniej również w sądach. Dłużnicy wytoczyli bankom 2500 spraw. Najczęstszym zarzutem był brak transparentności. Podpisując umowę kredytobiorca powinien wiedzieć jaka będzie wielkość spłat, co nie jest możliwe w przypadku kredytów walutowych.

Sprawy doszły do sądu najwyższego w końcu zeszłego roku. Ten nie unieważnił masowo umów kredytów walutowych ale uznawszy, że są generalnie ważne dopuścił ich modyfikację w konkretnych przypadkach. W sprawie transparentności jednostronnych modyfikacji umów sąd zdecydował się zaczekać na decyzję Sądu Europejskiego.

Decyzja ta zamknęła nadzieje na rozwiązanie problemu przez sądy. Wywołała ona gniewne komentarze rządu oraz demonstracje kredytobiorców przed budynkiem sądowym. A w efekcie doprowadziła do obecnych ustaw.