jeszcze zanim Varga zaczął pisać o Węgrzech robił to Prus

Przeczytałem niedawno ponownie Lalkę Prusa i kolejny raz przekonałem się o prawdziwości bon-motu Szymborskiej: lektury to książki dla dorosłych, które muszą czytać dzieci. Dopiero teraz doceniłem tę fascynującą powieść, widzę, że warto wracać do książek, nad którymi nie jeden raz męczyłem się w szkole, ale ja nie o tym chciałem.

W pierwszym tomie znajduje się barwny opis bitwy węgierskiego powstania 1848 roku, w którym uczestniczył Ignacy Rzecki jako jeden z polskich ochotników (było ich w sumie około 3 500). Prus, który w powstaniu nie brał udziału, opis oparł zapewne na relacjach polskich uczestników. Ze szczegółów opisu wynika, że chodzi o zwycięską dla powstańców bitwę pod Isaszeg, którą stoczono 6 kwietnia 1849 roku (źródło tu).

Tak więc to tak ważne dla Węgrów wydarzenie jakim było powstanie znalazło tak wspaniałą ilustrację w jednej z najwybitniejszych powieści w literaturze polskiej.

Ciekawie jest odkrywać ten obraz Węgier w kulturze polskiej. Jest ta bitwa w Lalce, są literackie reportaże Vargi opisujące współczesne Węgry, jest Bema pamięci żałobny rapsod z muzyką Niemena. Znacie jakieś inne przykłady?

A dla chętnych poniżej okazja do odświeżenia pamięci i ponownej lektury opisu bitwy Rzeckiego (dzięki Wolne Lektury za udostępnienie tekstu!)

 

 

A pamiętasz jeneralną bitwę, do której zawsze wzdychaliśmy odpoczywając po partyzanckiej strzelaninie? Ja bo nawet w grobie jej nie zapomnę, a jeżeli kiedyś zapyta mnie Pan Bóg: po com żył na świecie?… po to — odpowiem — ażeby trafić na jeden taki dzień. Ty tylko rozumiesz mnie, Katz, bośmy to obaj widzieli. A niby na razie wydawało się — nic…

Na półtorej doby przedtem skupiła się nasza brygada pod jakąś wsią węgierską, której nazwy nie pamiętam. Fetowali nas aż miło. W winie, co prawda nieosobliwszym, można się było myć, a wieprzowina i papryka już nam tak zbrzydły, że człowiek nie wziąłby do ust tego paskudztwa, gdyby, rozumie się, miał co innego. A jaka muzyka, a jakie dziewuchy!… Cyganie doskonale grają, a każda Węgierka istny proch. Kręciło się ich, bestyjek, wszystkiego ze dwadzieścia, a jednak zrobiło się tak gorąco, że nasi zakłuli i zarąbali trzech chłopów, a chłopi zabili nam drągami huzara.

I Bóg wie czym skończyłaby się tak pięknie rozpoczęta zabawa, gdyby w chwili największego tumultu nie zajechał do sztabu szlachcic czwórką koni okrytych pianą. W kilka minut później rozeszła się po wojsku wieść, że w pobliżu znajdują się wielkie masy Austriaków. Zatrąbiono do porządku, tumult ucichł, Węgierki znikły, a w szeregach zaczęto szeptać o jeneralnej bitwie.

— Nareszcie!… — powiedziałeś do mnie.

Tej samej nocy posunęliśmy się o milę naprzód, w ciągu następnego dnia znowu o milę. Co kilka godzin, a później nawet co godzinę przelatywały sztafety. Było to dowodem, że w pobliżu znajduje się nasz sztab korpuśny i że zanosi się na coś grubego.

Tej nocy spaliśmy na gołym polu nie stawiając nawet w kozły broni. Zaś skoro świt ruszyliśmy naprzód: szwadron kawalerii z dwoma lekkimi armatami, potem nasz batalion, a potem cała brygada z artylerią i furgonami, mając silne patrole po bokach. Sztafety przylatywały już co pół godziny.

Gdy weszło słońce, zobaczyliśmy przy gościńcu pierwsze ślady nieprzyjaciela; resztki słomy, wytlone ogniska, budynki rozebrane na opał. Następnie coraz częściej zaczęliśmy spotykać uciekających: szlachtę z rodzinami, duchownych rozmaitych wyznań, w końcu — chłopów i Cyganów. Na wszystkich twarzach malowała się trwoga; prawie każdy coś wykrzykiwał po węgiersku, wskazując rękoma za siebie.

Była blisko siódma, kiedy w stronie południowo–zachodniej huknął strzał armatni. Po szeregach przeleciał szmer:

— Oho! zaczyna się…

— Nie, to sygnał…

Padły znowu dwa strzały i znowu dwa. Jadący przed nami szwadron zatrzymał się; dwie armaty i dwa jaszczyki galopem popędziły naprzód, kilku jezdnych pocwałowało na najbliższe wzgórza. Stanęliśmy — i przez chwilę zaległa taka cisza, że słychać było tętent siwej klaczy dopędzającego nas adiutanta. Przeleciała mimo, do huzarów, dysząc i prawie dotykając brzuchem ziemi.

Tym razem odezwało się bliżej i dalej kilkanaście armat; każdy strzał można było odróżnić.

— Macają dystans! — odezwał się stary nasz major.

— Jest z piętnaście armat — mruknął Katz, który w podobnych chwilach stawał się rozmowniejszy. — A że my ciągniemy dwanaście, toż będzie bal!…

Major odwrócił się do nas na koniu i uśmiechnął się pod szpakowatym wąsem. Zrozumiałem, co to znaczy, usłyszawszy całą gamę strzałów, jakby kto zagrał na organach.

— Jest więcej niż dwadzieścia — rzekłem do Katza.

— Osły!… — zaśmiał się kapitan i podciął swego konia.

Staliśmy na wzniesionym miejscu, skąd widać było idącą za nami brygadę. Zaznaczał ją rudy obłok kurzu, ciągnący się wzdłuż gościńca ze dwie albo i trzy wiorsty.

— Straszna masa wojsk! — szepnąłem. — Gdzie się to pomieści!…

Odezwały się trąbki i nasz batalion rozłamał się na cztery kompanie uszykowane kolumnami obok siebie. Pierwsze plutony wysunęły się naprzód, my zostaliśmy w tyle. Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że od głównego korpusu oddzieliły się jeszcze dwa bataliony; zeszły z gościńca i biegły pędem przez pola, jeden na prawo od nas, drugi na lewo. W mały kwadrans zrównały się z nami, przez drugi kwadrans wypoczęły i — ruszyliśmy trzema batalionami naprzód, noga za nogą.

Tymczasem kanonada wzmogła się tak, że było słychać po dwa i po trzy strzały wybuchające jednocześnie. Co gorsze, spoza nich rozlegał się jakiś stłumiony odgłos, podobny do ciągłego grzmotu.

— Ile armat, kamracie? — spytałem po niemiecku idącego za mną podoficera.

— Chyba ze sto — odparł kręcąc głową. — Ale — dodał — porządnie prowadzą interes, bo odezwały się wszystkie razem.

Zepchnięto nas z gościńca, którym w kilka minut później przejechały wolnym kłusem dwa szwadrony huzarów i cztery armaty z należącymi do nich jaszczykami. Idący ze mną w szeregu poczęli żegnać się: „W imię Ojca i Syna…” — Ten i ów popił z manierki.

Na lewo od nas huk wzmagał się: pojedynczych strzałów już nie można było odróżnić. Nagle krzyknięto w przednich szeregach:

— Piechota!… piechota!…

Machinalnie schwyciłem karabin na tuj myśląc, że pokazali się Austriacy. Ale przed nami oprócz wzgórza i rzadkich krzaków nie było nic. Natomiast na tle grzmotu armat, który prawie przestał nas interesować, usłyszałem jakiś trzask podobny do rzęsistego deszczu, tylko o wiele potężniejszy.

— Bitwa!… — zawołał ktoś na froncie przeciągłym głosem.

Uczułem, że mi na chwilę serce bić przestało, nie ze strachu, ale jakby w odpowiedzi na ten wyraz, który od dzieciństwa robił na mnie dziwne wrażenie.

W szeregach pomimo marszu zrobił się ruch. Częstowano się winem, oglądano broń, mówiono, że najdalej za pół godziny wejdziemy w ogień, a nade wszystko — w grubiański sposób żartowano z Austriaków, którym nie wiodło się w tych czasach. Ktoś zaczął gwizdać, inny nucił półgłosem; stopniała nawet sztywna powaga oficerów zamieniając się w koleżeńską zażyłość. Trzeba było dopiero komendy: „Baczność i cisza!…”, ażeby nas uspokoić.

Umilkliśmy i wyrównały się nieco pogięte szeregi. Niebo było czyste, ledwie tu i ówdzie bielił się nieruchomy obłok; na krzakach, które mijaliśmy, nie poruszał się żaden listek; nad polem, zarośniętym młodą trawą, nie odzywał się wystraszony skowronek. Słychać było tylko ciężkie stąpanie batalionu, szybki oddech ludzi, czasem szczęk uderzonych o siebie karabinów albo donośny głos majora, który jadąc przodem, odzywał się do oficerów. A tam, na lewo, wściekały się stada armat i lał deszcz karabinowych strzałów. Kto takiej burzy przy jasnym niebie nie słyszał, bracie Katz, ten nie zna się na muzyce!… Pamiętasz, jak nam wówczas dziwnie było na sercu?… Nie strach, ale tak coś jakby żal i ciekawość…

Skrzydłowe bataliony oddalały się od nas coraz bardziej; wreszcie prawy zniknął za wzgórzami, a lewy o paręset sążni od nas dał nurka w szeroki parów i tylko kiedy niekiedy błysnęła fala jego bagnetów. Podzieli się gdzieś huzarzy i armaty, i ciągnąca z tyłu rezerwa, i został sam nasz batalion, schodzący z jednego wzgórza, ażeby wejść na drugie, jeszcze wyższe. Tylko od czasu do czasu z frontu, od tyłu albo z boków przyleciał jakiś jeździec z kartką albo z ustnym poleceniem od majora. Prawdziwy cud, że od tylu poleceń nie zamąciło mu się we łbie!

Nareszcie, już była blisko dziewiąta, weszliśmy na ostatnią wyniosłość porosłą gęstymi krzakami. Nowa komenda; plutony idące jeden za drugim poczęły stawać obok siebie. Gdy zaś dosięgliśmy szczytu wzgórza, kazano nam pochylić się i zniżyć broń, a w końcu przyklęknąć. Wtedy (pamiętasz, Katz?) Kratochwil, który klęczał przed nami, wetknął głowę między dwie młode sosenki i szepnął:

— Patrzajcie no!…

Od stóp wzgórza, na południe, aż gdzieś do krawędzi horyzontu, ciągnęła się równina, a na niej jakby rzeka białego dymu, szeroka na kilkaset kroków, długa — czy ja wiem — może na milę drogi.

— Tyralierzy!… — rzekł stary podoficer.

Po obu stronach tej dziwnej wody widać było kilka czarnych i kilkanaście białych chmur, kotłujących się przy ziemi.

— To baterie, a tam płoną wsie… — objaśniał podoficer.

Wpatrzywszy się zaś lepiej, można było dojrzeć gdzieniegdzie, również po obu stronach długiej smugi dymu, prostokątne plamy: ciemne po lewej, białe po prawej. Wyglądały one jak wielkie jeże z połyskującymi kolcami.

— To nasze pułki, a to austriackie… — mówił podoficer. — No, no!… — dodał — i sam sztab lepiej nie widzi…

Z tej długiej rzeki dymu dolatywało nas nieustanne trzeszczenie karabinowych strzałów, a w tamtych białych chmurach szalała burza armat.

— Phy! — odezwałeś się wtedy, Katz — i to ma być bitwa?… Miałem się też czego bać…

— Zaczekaj no — mruknął podoficer.

— Przygotuj broń!… — rozległo się po szeregach.

Klęcząc zaczęliśmy wydobywać i odgryzać patrony. Rozległo się szczękanie stalowych stempli i trzask odciąganych kurków… Podsypaliśmy proch na panewki i znowu cisza.

Naprzeciw nas, może o wiorstę, były dwa pagórki, a między nimi gościniec. Spostrzegłem, że na jego żółtym tle ukazują się jakieś białe znaki, które wkrótce utworzyły białą linię, a potem białą plamę. Jednocześnie z parowu leżącego o kilkaset kroków na lewo od nas wyszli granatowi żołnierze, którzy niebawem sformowali się w granatową kolumnę. W tej chwili na prawo od nas huknął strzał armatni i nad białym oddziałem austriackim ukazał się siwy obłoczek dymu. Parę minut pauzy i znowu strzał, i znowu nad Austriakami obłoczek. Pół minuty — znowu strzał i znowu obłoczek…

— Herr Gott! — Panie Boże! — zawołał stary podoficer — jak nasi strzelają… Bem komenderuje czy diabeł…

Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał warczący granat. Drugi dym… trzeci dym… czwarty…

— Mądre bestie! — mruknął podoficer.

— Batalion!… naprzód marsz!… — wrzasnął ogromnym głosem nasz major.

— Kompania!… naprzód marsz!… Pluton!… naprzód marsz!… — powtórzyli różnymi głosami oficerowie.

Znowu uszykowano nas inaczej. Cztery środkowe plutony zostały na tyle, cztery poszły naprzód, na prawo i na lewo. Podciągnęliśmy tornistry i wzięliśmy broń, jak się komu podobało.

— Z górki na pazurki!… — zawołałeś wtedy, Katz.

A w tej chwili granat przeleciał wysoko nad nami i pękł gdzieś w tyle z wielkim łoskotem.

Wtedy błysnęła mi szczególna myśl. Czy bitwy nie są hałaśliwymi komediami, które wojska urządzają dla narodów, nie robiąc sobie zresztą krzywdy?… To bowiem, na co patrzyłem, wyglądało wspaniale, ale nie tak znowu strasznie.

Zeszliśmy na równinę. Od naszej baterii przyleciał huzar donosząc, że jedna z armat zdemontowana. Współcześnie na lewo od nas padł granat; zarył się w ziemię, ale nie wybuchnął.

— Zaczynają nas lizać — rzekł stary podoficer.

Drugi granat pękł nad naszymi głowami i jedna z jego skorup padła Kratochwiłowi pod nogi. Pobladł, ale śmiał się.

— Oho!… ho!… — zawołano w szeregu.

W plutonach, które szły przed nami o jakieś sto kroków na lewo, zrobiło się zamieszanie; gdy zaś kolumna posunęła się dalej, zobaczyliśmy dwu ludzi: jeden leżał twarzą do ziemi, wyciągnięty jak struna, drugi siedział trzymając się rękoma za brzuch. Poczułem zapach prochowego dymu; Katz przemówił coś do mnie, alem go nie słyszał; natomiast zaszumiało mi w prawym uchu, jakby tam wpadła kropla wody.

Podoficer poszedł w prawo, my za nim. Kolumna nasza rozwinęła się we dwie długie linie. Na paręset kroków przed nami zakłębił się dym. Coś trąbiono, alem nie zrozumiał sygnału; natomiast słyszałem ostre poświsty nad głową i koło lewego ucha. O kilka kroków przede mną coś uderzyło w ziemię zasypując mi piaskiem twarz i piersi. Mój sąsiad strzelił; dwaj stojący za mną prawie na moich ramionach oparli karabiny i wypalili jeden po drugim. Ogłuszony do reszty, wypaliłem i ja… Nabiłem i znowu strzeliłem. Przed front spadł czyjś kask i karabin, ale otoczyły nas takie kłęby dymu, żem nic dalszego nie mógł dojrzeć. Widziałem tylko, że Katz, który ciągle strzelał, wygląda jak obłąkany i ma pianę w kątach ust. Szum w uszach spotęgował mi się tak, żem w końcu nic nie słyszał, ani huku karabinów, ani armat.

Nareszcie dym stał się tak gęsty i nieznośny, że za wszelką cenę chciałem wydobyć się z niego. Cofnąłem się z początku wolno, później biegiem, widząc ze zdziwieniem, że i inni robią to samo. Zamiast dwu wyciągniętych szeregów zobaczyłem kupę uciekających ludzi. „Czego oni, u diabła, uciekają?…” — myślałem przyspieszając kroku. Nie był to już bieg, ale koński galop. Zatrzymaliśmy się w połowie wzgórza i tu dopiero spostrzegliśmy, że miejsce nasze na placu zajął jakiś nowy batalion, a na szczycie wzgórza walą z armat.

— Rezerwy w ogniu!… Naprzód, łajdaki!… Świnie wam paść, psubraty!… — wołali czarni od dymu, rozbestwieni oficerowie, ustawiając nas na powrót w szeregi i płazując każdego, kto nawinął się im pod rękę.

Majora między nimi nie było.

Powoli, zmieszani w odwrocie, żołnierze znaleźli się w swoich plutonach, ściągnęli maruderowie i batalion wrócił do porządku. Ubyło jednak ze czterdziestu ludzi.

— Gdzież oni się rozbiegli? — spytałem podoficera.

— Aha, rozbiegli się — odparł zachmurzony.

Nie śmiałem pomyśleć, że zginęli.

Ze szczytu wzgórza zjechało dwu furgonistów; każdy prowadził konia objuczonego pakami. Naprzeciw nich wybiegli nasi podoficerowie i wkrótce wrócili z pakietami nabojów. Wziąłem osiem, bo tyle mi brakowało w ładownicy, i zdziwiłem się: jakim sposobem mogłem je zgubić?

— Wiesz ty — rzekł do mnie Katz — że już po jedynastej?…

— A wiesz ty, że ja nic nie słyszę? — odparłem.

— Głupiś. Przecież słyszysz, co mówię…

— Tak, ale armat nie słyszę… Owszem, słyszę — dodałem skupiwszy uwagę. Grzmot armat i łoskot karabinów zlały się w jedno ogromne warczenie, już nie ogłuszające, ale wprost ogłupiające. Ogarnęła mnie apatia.

Przed nami, może na pół wiorsty, bałwaniła się szeroka kolumna dymu, którą budzący się wiatr niekiedy rozdzierał. Wówczas na chwilę można było widzieć długi szereg nóg albo kasków, z połyskującymi obok nich bagnetami. Nad tamtą kolumną i nad naszą kolumną szumiały granaty, wymieniane pomiędzy baterią węgierską, która strzelała spoza nas, i austriacką, odzywającą się ze wzgórz przeciwległych.

Rzeka dymu, ciągnąca się przez równinę ku południowi, kłębiła się jeszcze mocniej i była bardzo pogięta. Gdzie Austriacy brali górę, zgięcie szło na lewo, gdzie Węgrzy — na prawo. W ogóle pasmo dymu wyginało się bardziej na prawo, jakby nasi już odepchnęli Austriaków. Po całej równinie słała się delikatna mgła niebieskawej barwy.

Dziwna rzecz: huk, choć silniejszy teraz, aniżeli był z początku, już nie robił na mnie wrażenia; ażeby go słyszeć, musiałem się dopiero wsłuchiwać. Tymczasem bardzo wyraźnie dochodził mnie szczęk nabijanych karabinów albo trzask kurków.

Przyleciał adiutant, zatrąbiono, oficerowie zaczęli przemawiać.

— Chłopcy! — wrzeszczał na całe gardło nasz porucznik, który niedawno uciekł z seminarium. — Zrejterowaliśmy, bo Szwabów było więcej, ale teraz zaskoczymy z boku ot tę kolumnę, widzicie?… Zaraz podeprze nas trzeci batalion i rezerwa… Niech żyją Węgry!…

— I ja chciałbym pożyć… — mruknął Kratochwil.

— Pół obrotu w prawo, marsz!…

Szliśmy tak kilka minut; potem pół obrotu w lewo i zaczęliśmy spuszczać się na równinę, usiłując dostać się na prawy bok kolumny walczącej przed nami. Okolica wciąż falista; z przodu widać przez mgłę pole zarośnięte badylami, za nim lasek.

Nagle między owymi badylami spostrzegłem kilka, a potem kilkanaście dymków, jakby w rozmaitych punktach zapalono fajki; jednocześnie zaczęły nad nami świstać kule. Pomyślałem, że tak wychwalane przez poetów świstanie kul nie jest bynajmniej poetyczne, ale raczej ordynaryjne. Czuć tam wściekłość martwego przedmiotu.

Od naszej kolumny oderwał się sznur tyralierów i pobiegł ku badylom. My maszerowaliśmy wciąż, jakby kule przelatujące z ukosa nie do nas adresowano.

W tej chwili stary podoficer, który szedł na prawym skrzydle gwiżdżąc Rakoczego, wypuścił karabin, rozstawił ręce i zatoczył się jak pijany. Przez mgnienie oka widziałem jego twarz: miał z lewej strony rozdarty daszek kaska i czerwoną plamkę na czole. Szliśmy wciąż; na prawym skrzydle znalazł się inny podoficer, młody blondynek.

Już zrównaliśmy się z walczącą kolumną i widzieliśmy pustą przestrzeń między dymem naszej i austriackiej piechoty, kiedy spoza niej wynurzył się długi szereg białych mundurów. Szereg podnosił się i zniżał co sekundę, a jego nogi migały raz po razu, jak na paradzie. Stanął. Nad nim błysnęła taśma stali, pochyliła się i — zobaczyłem ze sto wycelowanych do nas karabinów, lśniących jak igły w papierku. Potem zadymiło się, zgrzytnęło jak łańcuch po żelaznej sztabie, a nad nami i około nas przeleciał wicher pocisków.

— Stój!… Pal!…

Wystrzeliłem co rychlej, pragnąc zasłonić się chociaż dymem. Pomimo huku usłyszałem za sobą niby uderzenie kijem w człowieka; ktoś z tyłu padł zawadzając o mój tornister. Opanował mnie gniew i desperacja; czułem, że zginę, jeżeli nie zabiję niewidzialnego wroga. Nabijałem broń i strzelałem bez pamięci, trochę zniżając karabin i myśląc z dziką satysfakcją, że moje kule nie pójdą górą. Nie patrzyłem na bok ani pod nogi; bałem się zobaczyć leżącego człowieka.

Wtem stało się coś nieoczekiwanego. W pobliżu nas zatrzeszczały bębny i rozległy się przeraźliwe piszczałki fajfrów. Toż samo za nami. Ktoś krzyknął: „Naprzód!” i — nie wiem, z ilu piersi wybuchnął krzyk podobny do jęku albo do wycia. Kolumna poruszyła się z wolna, prędzej, biegiem… Strzały prawie ucichły i odzywały się tylko pojedynczo… Z impetem uderzyłem o coś piersiami, pchano się na mnie ze wszystkich stron, pchałem się i ja…

— Kłuj Szwaba!… — krzyczał nieludzkim głosem Katz, rwąc się naprzód. A że nie mógł wydobyć się z ciżby, więc podniósł karabin i walił kolbą w tornistry stojących przed nami kolegów.

Nareszcie zrobiło się tak ciasno, że zaczęła mi się giąć klatka piersiowa i uczułem brak tchu. Uniesiono mnie do góry, opuszczono, a wtedy poznałem, że nie stoję na ziemi, ale na człowieku, który jeszcze pochwycił mnie za nogę. W tej chwili wrzeszczący tłum posunął się naprzód, a ja upadłem. Lewa ręka poślizgnęła mi się we krwi.

Obok mnie leżał przewrócony na bok oficer austriacki, człowiek młody, o bardzo szlachetnych rysach. Spojrzał na mnie ciemnymi oczyma z nieopisanym smutkiem i wyszeptał chrapliwym głosem:

— Nie trzeba deptać… Niemcy są też ludźmi…

Wsunął rękę pod bok i jęczał żałośnie.

Pobiegłem za kolumną. Nasi byli już na wzgórzach, gdzie stały austriackie baterie. Wdrapawszy się za innymi, zobaczyłem jedną armatę przewróconą, drugą zaprzężoną i otoczoną przez naszych.

Trafiłem na szczególną scenę. Jedni z naszych chwycili za koła armaty, drudzy ściągali woźnicę z siodła; Katz przebił bagnetem konia z pierwszej pary, a kanonier austriacki chciał zwalić go w łeb wyciorem. Schwyciłem kanoniera za kołnierz i nagłym ruchem w tył przewróciłem go na ziemię. Katz i jego chciał przebić.

— Co robisz, wariacie?!… — zawołałem odbijając mu karabin.

Wtedy rozwścieczony rzucił się na mnie, ale stojący obok oficer pałaszem odtrącił mu bagnet.

— Czego się tu mieszasz?… — krzyknął Katz na oficera i — oprzytomniał.

Dwie armaty były wzięte, za resztą pognali husarzy. Daleko przed nami stali nasi pojedynczo i w gromadach, strzelając do cofających się Austriaków. Kiedy niekiedy jakaś zbłąkana kula nieprzyjacielska świsnęła nad nami albo zaryła się w ziemię wydmuchując obłoczek kurzu. Trębacze zwoływali do szeregów.

Około czwartej po południu pułk nasz ściągnięto; było po bitwie. Tylko na zachodniej krawędzi horyzontu jeszcze odzywały się pojedyncze strzały lekkiej artylerii, jak odgłosy burzy, która już przeszła.

W godzinę później na rozległym placu boju w różnych punktach zagrały pułkowe orkiestry. Przyleciał do nas adiutant z powinszowaniem. Trębacze i dobosze uderzyli sygnał: do modlitwy. Zdjęliśmy kaski, chorążowie podnieśli sztandary i cała armia, z bronią do nogi, dziękowała węgierskiemu Bogu za zwycięstwo.

Stopniowo dym opadł. Gdzie oko sięgło, widzieliśmy w rozmaitych miejscach jakby skrawki białego i granatowego papieru, bez ładu porozrzucane na zdeptanej trawie. W polu kręciło się kilkanaście furmanek, a jacyś ludzie składali na nich niektóre z owych skrawków. Reszta została.

— Mieli się też po co rodzić!… — westchnął oparty na karabinie Katz, którego znowu opanowała melancholia.

Było to bodaj czy nie ostatnie nasze zwycięstwo. Od tej chwili sztandary z trzema rzekami, częściej chodziły przed nieprzyjacielem aniżeli za nieprzyjacielem, dopóki wreszcie pod Vilagos nie opadły z drzewców jak liście na jesieni.

 

tort narodowy

Na Węgrzech „narodowy” niemal bez wyjątku równa się „nacjonalistyczny” czyli Trianon, precz z Rumunami, wielkie Węgry, Horthy, ewentualnie przedmurze chrześcijaństwa (tak, tak, nie tylko Polska obnosi się z tym tytułem) itd. Narodowe święta to pompa: hymn, wciąganie flagi, przemówienia, sztywno chodzący żołnierze. Miłym wyjątkiem w tym kontekście jest dlatego stosunkowo nowa tradycja Narodowego Tortu (Országtorta) tworzonego co roku z okazji święta 20 sierpnia, kiedy upamiętnia się tu utworzenia państwa węgierskiego i jego założyciela świętego Istvána.

Na utworzenie tortu co roku Kancelaria Premiera oraz Węgierski Krajowy Cech Cukierników ogłasza konkurs dla cukierników. Zwycięskie torty prezentowane są potem w ramach kulinarnej imprezy Magyar Ízek Utcája (Ulica Węgierskich Smaków) organizowanej w ramach obchodów święta. Zjeść je można też w stu cukierniach w całym kraju.

Tort karmelowy z palinką morelową z Pannonhalma – 2015

W zeszłym roku konkurs miał cztery etapy. W ramach pierwszego jury degustowało anonimowo zgłoszone torty. Do drugiego etapu przeszło dziesięć tortów, do trzeciego trzy. W ramach czwartego jury omówiło poszczególne kandydatury z ich twórcami dokonując ostatecznego wyboru. Więcej informacji dotyczących tortu narodowego, włączając w to listę zwycięzców. można znaleźć w wikipedii [HU].

Zielone złoto z Őrség – zwycięzca z 2016 roku

Księżniczka jagodowa – zwyciężczyni z 2016 roku w kategorii tortów bezcurkowych, jest i taka kategoria

W zamyśle narodowy tort można dostać w węgierskich cukierniach przez cały następny rok. W rzeczywistości nie jest tak łatwo trafić na niego. Niedawno jednak odkryłem budapeszteńską cukiernię, która w swojej ofercie ma nie tylko aktualny tort narodowy ale także parę tortów z poprzednich lat. Chodzi o Jégbüfé, kultową, odlskulową cukiernię latami działającą na placu Ferenciék, skąd niedawno zmuszona do przeprowadzki od razu przeniosła się w trzy miejsca: przy József körút 50 (tam byłem właśnie), Petöfi Sándor utca 3 i Fény utca 15. Jakby ktoś miał ochotę zapoznać się z tą smakowitą węgierską tradycją to wiadomo gdzie się udać.

Jégbüfé czyli Bufet lodowy na József körút …

… oraz torty narodowe, które oferuje

Narodowy tort wytwarzany jest od 2007 roku. Początki jego datują się na okres przed objęciem władzy przez Orbána. Mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy by z tego powodu tradycję przerwać – byłaby to wielka szkoda.

Rewolucja z Somló – tort narodowy w 2014 roku. Kto zwycięży w tym roku?

Węgierscy Brazylijczycy

Na prowincji niekiedy mówi się o Romach ironicznie „Argentyńczycy” lub też właśnie „Brazylijczycy”. I tak oczywistym jest tutaj, że niedawno zrobiony film pod tytułem Brazylijczycy opowiada o Cyganach a nie o rodakach Ronaldo, Ayrtona Senny czy Paulo Coelho.

Pisałem dopiero co o filmie pt. 1945, Brazylijczycy podobnie przełamują pewne tabu, przez które w zasadzie nie ma filmów o tematyce romskiej. Czyli znowu, warto film zobaczyć choćby z tego powodu, ale jest to też prostu pogodna opowieść o niewesołych sprawach, niepozbawiona humoru ani nie upiększająca rzeczywistości.

UWAGA SPOILER – następuje treść filmu

Znajdujemy się w jakiejś węgierskiej wsi, piłkę nożną kochają tutaj wójt wraz z całym urzędem, młody proboszcz, Romowie z miejscowego getta – wszyscy. Ogłoszone zostają zawody dla lokalnych drużyn, ku zdziwieniu wszystkich do udziału zgłasza się i ekipa cygańska. Sportowe emocje potęguje informacja, że pochodzący z tej wsi zamożny biznesman żyjący w Brazylii ufundował wyjazd do tego kraju dla zwycięskiej drużyny.

Perypetie związane z zawodami pozwalają ukazać złożone stosunki pomiędzy Węgrami a Romami. Czegoż tu nie ma: jest administracyjne nękanie Romów, próba wyrwania się z getta poprzez karierę w policji, kradzież złomu przez Romów – lub też tylko im przypisywana, przyjaźń poprzez podziały etniczne, czołobitność wobec romskiego piosenkarza-celebryty, życzliwy ksiądz pomagającego Romom – którzy część tej pomocy marnują, kusturicowska postać romskiego króla, nielegalne biznesy ślepe na pochodzenie uczestników, kompleksy, zdrada, nędza, radość życia – a także wszystko zmieniająca miłość między Węgrem a Romką.

Jak łatwo zgadnąć, Romowie pomimo wszystkich przeszkód wygrają zawody. Pomoże im w tym syn zastępcy burmistrza, ich największego ich wroga, który zakochawszy się w pięknej Cygance wypełnia lukę w drużynie (możecie sobie wyobrazić minę ojca kiedy spotyka się na boisku z synem w koszulce drużyny cygańskiego). W bajkową konwencję wpisuje się romski król, który pojawiwszy się z wielką pompą na finalnym meczu funduje zwycięskiej drużynie wyjazd do Brazylii bo „dali naszym trochę radości” – zamożny ziomek z Brazylii okazał się być wymysłem księdza, który chciał w ten sposób zmotywować Romów do wystawienia drużyny.

Romowie wygrali bo do ich ekipy przyłączył się motywowany przez miłość do pięknej Cyganki młody Węgier. Czy takie przełamywanie barier to nie przepis na sukces Romów także w realu?

Węgierska Ida

W kinie węgierskim nie ma w zasadzie filmów rozliczeniowych, nie znajdzie się tu odpowiednika Pokłosia, Idy czy choćby Wyroku na Franciszka Kłosa. Brak też filmów dotykających problemów społecznych jak weźmy Dług czy Cześć Tereska. W tym kontekście unikalny i dlatego (choć nie tylko) wart  zobaczenia jest film Ferenca Töröka pt. 1945.

Akcja filmu to parę godzin letniego dnia właśnie 1945 roku. Wojna dopiero co skończyła się we wsi położonej koło linii kolejowej. Atmosfera jest senna od upału. Wójt, a może burmistrz gdyż to może być małe miasteczko, szykuje ślub syna.

Na stację przyjeżdża pociąg, wysiada z niego dwóch Żydów. Wyładowują dużą skrzynię, wynajmują furmana i ruszają w stronę zabudowań prowadzącą polami drogą.

Ich przybycie elektryzuje mieszkańców:

-Wracają
-Ilu?
-Na razie dwóch

Ten dialog streszcza źródło napięcia. Bo stąd niedawno wywieziono Żydów, burmistrz przejął sklep najbogatszej rodziny, inni zajęli domy czy ruchomości żydowskie. Był kto aktywnie pomógł w wywózce pisząc donosy. Nikt nie ma czystego sumienia. Przybycie Żydów, którzy nic nie mówią i niczego od mieszkańców miasteczka nie chcą, samo w sobie budzi dotąd tłumione wyrzuty sumienia. Te wyrzuty sumienia niszczą ich – często dosłownie.

Końcowa scena na cmentarzu – Żydzi przywieźli pamiątki po swoich bliskich, którzy zginęli bez śladu i teraz te pamiątki grzebią zamiast ciał – kiedy burmistrz „uroczyście obiecuje pamięć o ofiarach” to program dla mieszkańców jak mają sobie radzić z tą niesłychaną zbrodnią, która miała miejsce tuż obok nich i z której nie wyszli czysto: pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie.

Film wciąga nie tylko swą fabułą ale i sposobem w jaki ją opowiada. Sam Holocaust przedstawiony jest pośrednio. Na filmie nie ma przemocy, wywózki, mordów ale i tak jest on przerażający, doświadczamy go poprzez wyrzuty sumienia mieszkańców, widzimy go w targającym ich szaleńczym strachu.

Nie bez znaczenia jest warstwa wizualna. Film jest biało-czarny, jakby przejmując tonację ubrań przybywających Żydów, obrazy z wioski są wysmakowane, każdy kadr to osobna kompozycja (dzieło László Rajka). Z lekka hiperaktywny główny bohater burmistrz (Péter Rudolf) nie pozwala oderwać od siebie oczu.

Idylliczny letni dzień zakłócony pojawieniem się żydów skrywa zresztą więcej problemów, z którymi żyją mieszkańcy. Po okolicy szwędają się żołnierze radzieccy, z osobą powracającego z niewoli żołnierza pojawia się zapowiedź nowego systemu. Choć są one w filmie tylko zarysowane widać, że w ich życiu nic już nie będzie jak było.

Węgry, których metaforą to filmowe miasteczko jest, po wojnie Holocaust traktowały właśnie w myśl programu „pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie”. Jak dotąd żadne próby przeorania świadomości społecznej w tej sprawie nie wywołały katarktycznej reakcji, nie wydaje się by i ten film wiele tu zmienił: dyskusji porównywalnych do wspomnianej Idy nie było. Mimo to dobrze, że powstał.

„Odwaga i solidarność z Polską niewarte pamięci” – a jednak tak

Pisalem dopiero co o mojej frustracji związanej z niemożnością załatwienia odznaczenia dla zespołu Kontroll za ich wsparcie dla Solidarności w latach 80-tych. Rok starań i nic.

Przeczytawszy mój wpis kolega Gabriel Kurczewski (skąd inąd autor świetnego bloga Blisko Tokaju) napisał do Europejskiego Centrum Solidarności, które rozdaje Medale Wdzięczności domagając się informacji w sprawie zespołu. Odpowiedź nadeszła w ciągu paru godzin: odznaczenie zostało przyznane w lipcu, wręczone ma być pod koniec tego roku albo w 2018.

A więc happy end! Mam nadzieję, że sprawa jest już na ostatniej prostej. Jeśli tylko uda mi się trafić na uroczystość odznaczenia napiszę z niej relację.

A Gabrielowi osobne podziękowania za udaną interwencję.

Odwaga i solidarność z Polską niewarte pamięci

Pisałem kiedyś tutaj o węgierskim alternatywnym zespole rockowym Kontroll, który w latach 80-tych wykonywał piosenki popierające Solidarność. Proponowałem też by jakoś upamiętnić ten gest tym bardziej wart docenienia, że na Węgrzech wówczas było dużo więcej strachu niż w Polsce i dlatego wiele on kosztował.

Nie tylko napisałem post na blogu ale spróbowałem i wziąć sprawy w swoje ręce. Wcześniejsze sugestie robione wobec tutejszej ambasady oraz Instytutu Polskiego spłynęły po nich jak woda po kaczce, napisałem więc do Europejskiego Centrum Solidarności, które prowadzi program odznaczania osób zasłużonych dla Solidarności, z wnioskiem o odznaczenia dla zespołu. Był to lipiec 2016 roku.

Odpowiedź udało mi się dostać miesiąc później wykorzystując wszystkie moje kontakty mające jakiś związek z ECS-em. Okazało się, że powinienem napisać do innych osób, co natychmiast zrobiłem. Dostałem potwierdzenie, że mój e-mail doszedł i że przekazano go kapitule Medalu Wdzięczności.

W odpowiedzi na moje wrześniowe pytanie co z wnioskiem dowiedziałem się, że czeka na inne wnioski tak by kapituła mogła więcej ich rozpatrzyć hurtem. Powinno to nastąpić w nowym roku, dowiedziałem się

Mój styczniowy e-mail (życzę do siego roku, co z moim wnioskiem) nie doczekał się już odpowiedzi. Poprzez swoje nieformalne kanały dowiedziałem się, że osoba zajmująca się wnioskami już tam nie pracuje, innej nie zatrudniono. Kolejne próby dotarcia z moim wnioskiem do ECS-u już żadnych rezultatów nie przyniosły.

Poddałem się.

Podsumowując: wyszło na to, że jako Polacy nie jesteśmy w stanie podziękować tym co wyrazili z nami solidarność kiedy, by użyć dawnego wyrażenia, jeszcze nie było wolno. I to nie jest tak, że ktoś zdecydował, że po prostu nie zasłużyli, bo na medal trzeba było więcej zrobić i już. To jeszcze byłoby w porządku. Tu jednak mamy do czynienia z niemożnością, totalną indolencją, i to już w pełni nasza zasługa, nie ma tu czego zwalać na komunistów, zabory, PO czy PiS. Troszkę irytujące, by nie wyrazić się przy użyciu bluzgów.

A dla przypomnienia kawałek pt. Polak-Wenger wykonywany akurat przez inny zespół (Pál utcai fiúk) z tekstem w pełni po polsku.