jeszcze jedno wyjaśnienie przyjaźni polsko-węgierskiej

Arek Biernaś, kolega z Instytutu Polskiego, podał mi niedawno jeszcze jedno wyjaśnienie tak ciekawiącego mnie (pisałem już o tym tu i tu) fenomenu przyjaźni polsko-węgierskiej. Te dwa narody łączyć ma mianowicie ich nadzwyczajne podobieństwo. Każdy Polak znajdzie podobnego do siebie Węgra i odwrotnie: antysemita antysemitę, liberał liberała, tradycjonalista tradycjonalistę, osoba wierząca innego wierzącego czy też choćby miłośnik jazzu miłośnika takiej właśnie muzyki. Dość mnie to zastanowiło bo spotykałem się już z takimi wzajemnymi fascynacjami. Sam tutaj obracam się w gronie znajomych, którzy mi odpowiadają – bo są podobni do mnie.

I choć różnice między narodami jednak istnieją, jak choćby filogermanizm Węgrów wobec antyniemieckości Polaków, to jednak wygląda na to, że podobieństw starcza dla podtrzymania wzajemnej sympatii.

będzie „Gulasz z turula”

Jeszcze trzy tygodnie i książka Krzysztofa Vargi pod tym właśnie tytułem będzie do kupienia. Rzecz, na ile się orientuję, nie jest przeznaczona dla miłośników Baszty Rybackiej, cygańskiej muzyki, pastuchów konnych z puszty czy też czardasza. To raczej coś dla fascynatów tej mniej turystyczno-folklorystycznej, bardziej codziennej strony Węgier, do których się zaliczam. Kupię sobie przy najbliższej sprzyjającej. Już się oblizuję.

okładka książki Krzystofa Vargi Gulasz z Turula
Wszystko to wiem, bo wczoraj byłem na spotkaniu z Krzysztofem i Pauliną Bukowską w Instytucie Polskim. Przyjechali tutaj z okazji targów książki, które właśnie się zaczynają. Ukazały się mianowicie węgierskie tłumaczenia ich książek, Tequila i Bildungsroman (Fejlődésregény) Krzysztofa i Niezidentyfikowany obiekt halucynogenny (Azonosítatlan hallucinogén tárgy) Pauliny. Mimo węgierskich korzeni Krzysztofa to jego pierwsze książki wydane po węgiersku.

Krzysztof powiedział ciekawą rzecz na temat struktury życia literackiego w Polsce i na Węgrzech. Reagując na stwierdzenie, że tutaj zaklasyfikowanoby go jako pisarza młodego podczas gdy w Polsce jest uważany za pisarza średniego pokolenia, stwierdził, że wynika to z różnic pomiędzy funkcjonowaniem rynku literackiego w obu krajach. W Polsce jest on bardzie, no właśnie, rynkowy, czy też może rynkowo-showbiznesowy co pozwala na takie rzeczy jak fenomen Masłowskiej (albo też właśnie Pauliny), czyli osiemnastolatki wydawanej w stutysięcznych nakładach. Tutaj natomiast jest on raczej oparty na rozbudowanej strukturze stypendiów i nagród, i młodzi autorzy zamiast wdzierać się przebojem na rynek ciężko pracują na swoją pozycję przez lata stopniowo pozyskując uznanie krytyków.

Tłumaczką na spotkaniu była pani Teresa Worowska, tłumaczka Máraia i Esterházyego, która kiedyś poprawiała moją pisownię nazwiska właśnie Esterházyego na tym blogu, za co jestem jej do dziś wdzięczny. Powaliła mnie swoją biegłością w węgierskim, tak to ja w tym języku pewnie nigdy mówić niestety nie będę. Przechodziła od polskiego do węgierskiego i z powrotem z absolutną lekkością. Zmagać się musiała przy tym z wielkim wyzwaniem, jakim jest język Krzysztofa. Bo jak przetłumaczyć ma nobliwa tłumaczka klasycznych tekstów Máraia i Esterházyego jego wyrażenie "miałem pierdolca na punkcie śmierci"? Pani Teresa wybrnęła czymś w rodzaju (w odwrotnym tłumaczeniu) "przeżywałem okres fascynacji śmiercią". Nie był to przy tym jedyny moment, w którym musiała się tak lingwistycznie gimnastykować.

spotkanie z Krzysztofem Vargą i Pauliną Bukowską, Budapeszt 24 kwietnia 2008

Początek spotkania. Zapowiada Arkadiusz Biernaś, siedzą od lewej Paulina, pani Teresa – zaraz zacznie się zmagać z językiem Krzysztofa, który siedzi na prawo od niej – i prowadzący spotkanie Gáspár Keresztes.

Tequila Krzysztofa Vargi po węgiersku

"Tequila" i "Bildungsroman" po węgiersku: z tłumaczeniem jednego tytułu nie było wiele kłopotu

Critical Mass – rekord świata

Dziś cały dzień z Chłopakiem na rowerach. Przedpołudnie na welodromie Millenáris, popołudniu udział w projekcie artystycznym Park! przekształcanie małego körútu w park, a potem masa krytyczna, na której padł rekord światowy uczestnictwa w tego typu imprezie: osiemdziesiąt tysięcy ludzi.

Millenáris (nie mylić z budańskim parkiem o tej samej nazwie) to stary welodrom leżący koło stadionu Puskása, który lata swojej świetności ma już za sobą, chyba, że grupie entuzjastów, prowadzącej kampanię na rzecz odnowy obiektu, uda się doprowadzić do jego renowacji. Dzisiejszy program tam urządzony jest jednym z elementów tej kampanii. W przeciwnym razie Millenáris zostanie zburzony a na jego miejscu powstanie jakieś centrum handlowe czy też garaż.

Na welodromie miało miejsce dziś szereg zawodów rowerowych. Oprócz klasycznych sprintów odbył się dość niesamowity wyścig rowerzystów jadących w tunelu powietrznym za specjalnie przystosowanymi motocyklami. Po węgiersku nazywa się to stréher biciklizés, po polsku – nie wiem (ktoś wie?) Pierwszy raz w życiu też widziałem polo rowerowe. Reprezentacja Węgier pobiła Austrię, bardzo dużo (nie pamiętam dokładnie ile było tych goli) do jednego. Całość w bardzo nieformalnym stylu, na przykład wyniki losowania kolejności startowej jednego z wyścigów podawał raper improwizując na bazie listy nazwisk ku wielkiej radości zebranych.

darmowy hosting obrazków

Trybuny

darmowy hosting obrazków

Sprint. Zawodnicy są w lepszym stanie niż tor.

darmowy hosting obrazków

Wskazówka jak omijać dziurę w betonie.

darmowy hosting obrazków

Oryginalna, bez wątpienia tablica, działa.

darmowy hosting obrazków

Stréher biciklizés. Motory są mniej więcej w wieku welodromu.

darmowy hosting obrazków

Reklamy przy torze. Założę się, że są nieco tańsze niż reklamy na formule 1.

darmowy hosting obrazków

Polo rowerowe.

Popołudniowy projekt artystyczny poprzedzał masę krytyczną. Chodziło w nim o zaaranżowanie zdjęcia lotniczego placu Deáka, tak aby wyglądał z góry jak park. Zazieleniony miał zostać przez tłum w zielonych koszulkach. Autorem projektu jest Jason Howkes specjalizujący się w artystycznych zdjęciach z powietrza. Wszystko udało się znakomicie: tłum przebrał się w t-shirty, helikopter krążył i robił zdjęcia, wszyscy machaliśmy. Zdjęcia nie ma, niestety, jeszcze w internecie.

darmowy hosting obrazków

Rozdawanie koszulek.

darmowy hosting obrazków

Efekt: plac zrobił się zielony.

Masa krytyczna ruszyła strasznie wolno. Z placu Deáka do Ásztórii dotarliśmy – rowerami! – dopiero po upływie jakiś dwudziestu minut. Potem poszło już, na szczęście, łatwiej. Tłum jechał zdyscyplinowanie, nie widziałem żadnych incydentów czy to typu kierowca-rowerzysta czy też, co jest rzeczą godną uznania obecnej sytuacji, o politycznym charakterze. W zasadzie nie było flag ani transparentów, całość była fiestą raczej niż demonstracją i to mimo, że oficjalnym hasłem przejazdu było "Mindenütt Minden út bicikliút!" co oznacza "Wszędzie ścieżek rowerowych Ścieżka rowerowa przy każdej ulicy!"

Końcem trasy był Városliget, gdzie odbyło się tradycyjne podnoszenie rowerów. Nie wiem, czy jest to również zwyczajem w innych krajach, tutaj jest to zawsze szczyt celebracji. Tłum podnosi rowery, macha nimi, podnosi straszny hałas – to trzeba zobaczyć.

darmowy hosting obrazków

Ruszamy z placu Deáka.

darmowy hosting obrazków

Erzsébet híd.

darmowy hosting obrazków

Regulacja ruchu przy pomocy rowerów.

darmowy hosting obrazków

Városliget

darmowy hosting obrazków

Podnoszenie rowerów.

darmowy hosting obrazków

Okazało się przy tym, że tym razem, jak już pisałem, było nas osiemdziesiąt tysięcy, i to mimo tego, że masę krytyczną się organizuje stosując wyłacznie metody guerilla marketing czyli internet i vlepki w miejscach uczęszczanych przez rowerzystów. Jest to rekord światowy, poprzedni rekord – pięćdziesiąt tysięcy – również należy do Budapesztu. I ciekawe jak bardzo to zupełnie nie obchodzi tutejszych polityków. Gdyby przyszło osiemdziesiąt tysięcy obojętnie kogo – pielęgniarek, przedstawicieli skrajnej prawicy, związkowców, czy studentów – mielibyśmy temat dla mediów i polityków na parę tygodni, ale rowerzyści domagający się ścieżek rowerowych to coś, co można sobie odpuścić bez konsekwencji.

Na zakończenie wideo promujące jeżdżenie rowerem zrobione przez Ministerstwo Gospodarki i Transportu. Węgierski nie jest potrzebny, żeby je zrozumieć: jeżdżenie rowerem jest, dosłownie, sexy!

bez automatycznej solidarności z rodakami

Ciekawy wpis na swoim blogu miała niedawno Haderech. Komentowała w nim artykuł Dominiki Wielowieyskiej pt. Lekceważyłam nasz antysemityzm, który ukazał się w Wyborczej parę dni temu. Haderech pisze między innymi:

Odkryłam mianowicie również świat Żydów – oszołomów. Żydów pełnych jadu i nienawiści. Żydów, którym duma i radość z powodu istnienia państwa Izrael i odrodzenia hebrajskiej kultury kompletnie poplątała się z fetyszyzmem, który każe bronić każdego posunięcia izraelskiego rządu, niezależnie od tego, jak byłoby głupie. Odkryłam Igala Amira, rabina Kahane i Barucha Goldsteina.

Kiedyś miałam jeden naród. Teraz mam dwa. I każdy z nich ma swoje demony.

Rozumiem Haderech. Znam sytuacje, w których trzeba się decydować między solidarnością ze "swoimi"  a odrzuceniem "demonów" – nawet jeśli są swoje.

Przyszło mi do głowy zdarzenie, które miało miejsce jakieś dziesięć lat temu. Byliśmy z grupą polskich znajomych, około piętnastu osób, w restauracji w Budapeszcie. Żadnej wielkiej konsumpcji bo popołudnie było, każdy a to kawę wypił, a to kieliszek wina, a to ciastko zjadł. Gdy kelner przyniósł rachunek wszyscy bez sprawdzania po prostu dorzucili się tak, żeby wyszła podana suma, coś ponad sześćdziesiąt tysięcy forintów. Dopiero po wyjściu ktoś przyjrzał się rachunkowi staranniej i wyszło, że nacięli nas na jakieś dwadzieścia tysięcy. Dobra, powiedział ktoś, nasi kelnerzy odbiją sobie na Węgrach jak ci przyjadą do Zakopanego. 

Nagle poczułem, że się nie zgadzam. Że dla mnie nieuczciwy kelner Polak jest tak samo obrzydliwy jak tutejszy kelner oszukujący turystów. Że ewentualnie okantowanie Węgrów nie będzie dla mnie żadnym zadośćuczynieniem. Poczułem, że nic mnie nie łączy z żadnymi cwaniaczkami nawet jeśli są takiej samej narodowości jak ja.

Rzecz jasna, kelnerzy oskubujący turystów nie grają w tej samej lidze co Igal Amir, rabin Kahane czy Baruch Goldstein, w obu jednak przypadkach chodzi o coś podobnego, a mianowicie o odrzucenie automatycznego solidaryzmu ze "swoimi". I tyle różnicy w stosunki do "obcych", że za swoich jednak można odczuwać wstyd. 

Cyganie czy Włosi?

Byłem niedawno na dyskusji poświęconej sytuacji Romów na Węgrzech i bardzo rozbawiła mnie jedna anegdota, jaką tam usłyszałem. Opowiedziała ją Ágnes Osztolykán, przedstawicielka inteligencji romskiej, do niedawna jeszcze pracojącej w rządzie nad programami integracyjnymi.

Ágnes w swoim czasie wprowadziła się z rodziną do niedużego domu – sześć bodaj mieszkań – w zielonej części Budapesztu. Wokół domu ogród, przy domu garaż – typowe miejsce życia klasy średniej. Dodać trzeba, że jej mąż nazywa się János Balogh. Ich nazwiska są więc jak najbardziej węgierskie o ile nie wręcz cygańskie, jak uważa pewien mój kolega, któremu historyjkę opowiedziałem. Sama Ágnes ma przy tym typowo romski wygląd (zainteresowani mogą rzucić sobie okiem tu).

Wprowadzili się, samochód, co dzień do pracy, dzieci do szkoły – normalnie. Sąsiedzi jakoś jednak nie bardzo mogli sobie z sytuacją dać rady. Bo nazwisko i wygląd jednoznaczne, a ci przecież tak zwyczajnie żyją. Spytali ją więc kiedyś: jesteście Włochami?

Lubię takie historyjki bo choć nie można na podstawie tego typu anegdot tworzyć uogólnień to jednak sądzę, że niekiedy świetnie ilustrują one pewne problemy. Sąsiedzi Ágnes w swoich uprzedzeniach gotowi skłonni byli posunąć się do absurdalnego przypuszczenia, że ona i jej rodzina są Włochami żeby tylko odrzucić jawiącą się przed nimi oczywistość. Cóż lepiej ilustruje do jakich idiotyzmów mogą prowadzić przesądy.

gotowanie na kociołku

Ktokolwiek tylko miał okazję poznać nieco Węgrów ten na pewno wie jak wielką miłością darzą oni gotowanie na kociołku (bogrács). Rzecz jest czysto męsko, dodam, na kociołku gotują wyłącznie mężczyźni. Danie (zupa gulaszowy lub rybna albo gulasz) gotuje się wolno. Cały proces zajmuje mnóstwo czasu nie wymagając przy tym specjalnie dużo wysiłku, więc przy okazji jest kiedy napić się wina, piwa czy też czegoś mocniejszego a także przedyskutować aktualne kwestie zarówno dotyczące polityki globalnej jak i kobiet, samochodów oraz sportu.

Niekiedy udaje się zaobserwować jak temu dość rustykalnemu zajęciu Węgrzy oddają się także w mieście, co jest urzekające. Wczoraj właśnie Śliwka przyszła do domu rano mówiąc, że na parkingu gdzie trzyma skuter parkingowi właśnie urządzili sobie bogrács. Lubi ich więc zaniosła im nieco naszego wina. Szalenie byli wdzieczni i moim zdaniem przez dłuższy czas będzie miała u nich niezłe fory.

Poszliśmy tam potem po skuter, bo Śliwka obiecała powozić po placu kolegę Chłopaka ze szkoły, i zrobiłem wtedy zdjęcie tym pastuchom z betonowej puszty.

darmowy hosting obrazków

PS Dodaję jeszcze to zdjęcie: sama konstrukcja zawieszenia kociołka jest doprawdy wzruszająca przez to użycie wielkomiejskich materiałów.

darmowy hosting obrazków