Problem z narodowością polską

Pisałem już kiedyś jak nie podoba mi się używanie słowa narodowościowy w znaczeniu mniejszościowy. Rzecz jasna, moje tyrady nie przyniosły najmniejszego efektu.

Ostatnio wpadłem na pomysł by na problem zwrócić uwagę pytając eksperta. Zacząłem od Michała Rusinka, wiadomo, były sekretarz noblistki Wisławy Szymborskiej, autor artykułów na tematy językowe. „Szanowny Panie,” napisał do mnie Michał Rusinek, “mam podobne intuicje językowe jak Pan. „Działacz narodowościowy” brzmi tak, jakby był Pan zaciekłym polskim nacjonalistą. Po polsku mówi się o narodowości – polskiej czy węgierskiej. Zdaję sobie sprawę, że „mniejszość polska” brzmi mało dumnie, ale w Polsce mówi się o mniejszości niemieckiej i jest to, jak sądzę, określenie neutralne.” Zachęcił mnie przy tym bym się zwrócił do Katarzyny Kłosińskiej, która prowadzi Poradnię Językową PWN.

Napisałem do niej tak cytując przykłady z numeru 301 Polonii Węgierskiej, który akurat miałem pod ręką (choć rzecz jasna zjawisko jest powszechne w kręgach polonijnych, weźmy na przykład ostatni Głos Polonii i już mamy takie sformułowania jak “rzecznik narodowości polskiej w Węgierskim Parlamencie Ewa Słaba-Rónayné” czy też „jako węgierski działacz narodowościowy Republiki Czechosłowackiej (…)”, zajrzyjmy na stronę polonia.hu a tam “Spotkanie robocze Miklósa Soltésza z przedstawicielkami narodowości polskiej” lub “Dzień Narodowości w Békéscsabie”).

Mieszkam na Węgrzech, gdzie istnieje system instytucjonalnego wspierania mniejszości narodowych. Kalką oficjalnego wyrażenia węgierskiego używanego w odniesieniu do tych mniejszości (nemzetiség) jest po polsku słowo narodowość, które jest niestety powszechnie używane w tutejszych kręgach polonijnych, np.:

18 grudnia z okazji Dnia Narodowości przyznano nagrody za wybitne zasługi na rzecz osiadłych na Węgrzech narodowości. W tym roku wśród laureatów znaleźli się również przedstawiciele narodowości polskiej: Halina Csúcs […] pierwsza rzeczniczka polskiej narodowości w ZN Węgier…,

Od chwili, kiedy wybrana zostałam rzecznikiem narodowości polskiej…

Do tej pory odbyły się trzy takie spotkania, na które przybyło wielu przedstawicieli naszej narodowości.

…imprezy organizowane w języku danej narodowości…

Oprócz tego pojawiają się nazwy: Komisja Narodowościowa, samorząd narodowościowy. Dla mnie brzmi to strasznie, bo narodowość rozumiem jako cechę a nie grupę społeczną. Czy mam rację, czy też jej nie mam?

Odpowiedź dostałem wyczerpującą, cytuję ją w całości:

W polszczyźnie rzeczownik narodowość ma kilka znaczeń. Oznacza on przede wszystkim przynależność do danego narodu, a także po prostu naród (zob. SJP PWN i WSJP PAN). Tak więc z semantycznego punktu widzenia przytoczone przez Pana zdania są poprawne. Mimo to część z nich brzmi nienaturalnie, gdyż w tekstach prasowych i codziennych użylibyśmy innych sformułowań. I tak, zamiast wybitne zasługi na rzecz osiadłych na Węgrzech narodowości powiedziałabym: wybitne zasługi na rzecz osiadłych na Węgrzech narodów – choć, trzeba przyznać, zdanie wyjściowe nie zawiera błędu. Użyłabym też wyrażenia język danego narodu, a nie: język danej narodowości. Natomiast zamiast przedstawiciele narodowości polskiej, rzecznik polskiej narodowości powiedziałabym (po prostu): przedstawiciele Polaków, rzecznik Polaków.

Przymiotnik narodowościowy odnosi się do rzeczownika naród w jego obu znaczeniach. A zatem nazwy komisja narodowościowa, samorząd narodowościowy są poprawne pod względem semantycznym, jednak – istotnie – mało naturalne. Dzieje się tak, dlatego że narodowościowy łączy się raczej z rzeczownikami abstrakcyjnymi; wyszukiwarka korpusowa Monco Frazeo podaje następujące kolokacje: nienawiść rasowa i narodowościowa, kwestie narodowościowe, dyskryminacja narodowościowa, białoruska grupa narodowościowa, skład narodowościowy, waśnie narodowościowe, represje na tle narodowościowym itp. Gdybym miała utworzyć nazwę komisji zajmującej się sprawami Polaków mieszkających na Węgrzech i samorządu przedstawicieli Polonii, posłużyłabym się określeniami: samorząd Polonii węgierskiej, komisja do spraw Polaków / Polonii (jeśli byłyby to nazwy oficjalny, zapisalibyśmy je, rzecz jasna, od wielkich liter).”

Streszczając: można powiedzieć osiadłe na Węgrzech narodowości, rzecznik narodowości polskiej czy też samorząd narodowościowy ale nie brzmi to ani naturalnie ani ładnie. Warto spróbować używać zasugerowanych przez panią Kłosińską alternatyw oraz innych sformułowań. Jak będziemy mówili zależy od nas. To, koniec końców, sprawa smaku.

można tak, można i tak, jak wam się bardziej podoba?

Młodzi tłumacze filmów

Jeszcze w czerwcu 2020 roku w Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst o projekcie Młodzi tłumacze filmów, który miałem przyjemność koordynować. Pomyślałem, że wrzucę go też tutaj, może zainteresować osoby zainteresowane kulturą i dwujęzycznością.

***

Właśnie powstały węgierskie napisy do dwóch polskich filmów, Magicznego drzewa oraz Córki trenera. Nie byłoby w tym niczego ciekawego, gdyby nie sposób, w jaki do tego doszło.

Pierwszą niezwykłą rzeczą jest to, że napisy są dziełem nie jednej osoby a grupy i to w większości składającej się nastolatków. Ponadto, w tym szkolnym projekcie – zorganizowała go Szkoła Polska przy Ambasadzie RP – wzięli udział nie tylko jej dwujęzyczni uczniowie, ale i absolwenci. Gdzie mamy drugą taką szkołę, do której absolwenci powracają by się czegoś nowego nauczyć? Co więcej, poza uczniami i absolwentami w przedsięwzięciu udział wzięła też studentka polonistyki na ELTE oraz jeden z rodziców. I znowu: gdzie jeszcze razem uczą się zarówno osoby związane ze szkołą jak i pochodzące z zewnątrz, uczniowie i rodzice?

Młodzi Tłumacze Filmów to trzeci już translatorski projekt szkoły zorganizowany dla jej dwujęzycznych uczniów. Poprzednio przetłumaczyli oni na węgierski książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata (do dziś do kupienia w księgarniach), a także wzięli udział w szkoleniach dla tłumaczy konsekutywnych. Niektórzy z młodych tłumaczy uczestniczyli we wszystkich tych trzech projektach.

Pomysł przedsięwzięcia był prosty: pokazać uczestnikom jak się tłumaczy filmy a potem dać im spróbować swych sił na prawdziwych filmach, które zostaną potem publicznie pokazane.

Na początku więc uczestnicy wzięli udział w szkoleniach dotyczących samego tłumaczenia filmów, które poprowadziła doświadczona w tej dziedzinie Judit Kálmán, a także techniki tworzenia napisów. László Kovács, który – podobnie jak Judit – na co dzień współpracuje z Instytutem Polskim, pokazał jak używać do tego celu bezpłatnego programu komputerowego SubtitleEdit.

Po szkoleniach rozdzieliliśmy filmy – każdy dostał swój fragment jednego albo dwóch filmów do przetłumaczenia – i … rozpoczęła się pandemia koronawirusa. Cały projekt przeniósł się do internetu.

Nadesłane tłumaczenia zostały zredagowane przez Judit, a powstałe w ten sposób napisy László wbudował w film. Końcowe spotkanie, na którym omówiliśmy to, co się w pracy uczestników udało i to, co wyszło gorzej (każdy z nich dostał pisemne uwagi) odbyło się na Zoomie.

Niestety, planowany na maj pokaz filmów, który miał się odbyć w ramach Polskiej Wiosny Filmowej, musiał zostać przełożony na jesień, mamy nadzieję, że dojdzie wtedy do skutku.

Poza pandemią wyzwaniem dla projektu był wybór filmów do tłumaczenia. Niewiele produkuje się filmów dla młodzieży czy też dzieci, a nie wszystkie filmy dla dorosłych nadają się dla takiego projektu. Język nie powinien być zbyt trudny, mowa przecież o początkujących tłumaczach, chcieliśmy też uniknąć zbytnich wulgaryzmów tak częstych we współczesnych filmach. Końcowa decyzja nie była więc łatwa, ale cieszymy się, że ostatecznie udało się znaleźć film dla dzieci (Magiczne drzewo – reż. Andrzej Maleszka), jak i film tematyką dotykający problemów nastolatków (Córka trenera – reż. Łukasz Grzegorzek).

Jeśli chodzi o cele projektu to chodziło nam przede wszystkim o przetłumaczenie obu filmów, co w pełni udało się zrealizować. Pragnęliśmy zarazem przekazać uczestnikom praktyczne umiejętności w obszarze tworzenia napisów do filmów tak, by w przyszłości wyłonili się z nich kolejni tłumacze filmów, jest jednak dużo za wcześnie, by wyrokować, na ile nam się to udało. Więcej czasu potrzeba też, by ocenić, na ile zdołaliśmy zachęcić młodych tłumaczy do zaangażowania w wymianę między polską i węgierską kulturą.

Chcieliśmy, by udział w projekcie został doceniony przez węgierskie szkoły uczestników, w tym celu wysłaliśmy do nich list informujący je o tym. Niestety, wydaje się, że niejednokrotnie nauczyciele w tych szkołach nie są zainteresowani tą niecodzienną aktywnością swoich uczniów.

Projekt został zrealizowany razem z Instytutem Polskim reprezentowanym przez Małgorzatę Takács. Współpraca obejmowała wspólny dobór filmów, rekomendacje dotyczące wykładowców, a także, to jeszcze nas czeka, pokazy gotowych już filmów. Mamy nadzieję, że w przyszłości Instytut wykorzysta nowo nabyte umiejętności uczestników projektu. Bardzo mu za tę współpracę dziękujemy!

Wniosek o wsparcie finansowe projektu złożyliśmy w końcu września do Fundacji Felczaka. Odpowiedzi na niego nie dostaliśmy niestety po dzień dzisiejszy. Na szczęście w trudnej sytuacji z pomocą przyszedł Samorząd Polski w II Dzielnicy Budapesztu, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni.

A oto lista uczestników projektu: Zofia Bedyńska, Tomasz Bedyński, Piotr Bedyński, Emil Celichowski, Márk Forreiter, Dániel Haraszti, Lujza Mária Mondovics, Ádám Pongrácz, Marko Skrodzki, Kinga Somlói oraz Ágnes Szűcs. Jeszcze o nich nie raz usłyszymy.

Spotkanie końcówe na zoomie
Rozdanie dyplomów
Screenshot z Córki trenera z nazwiskami niektórych tłumaczy

Trudni przyjaciele Polaków

Niedawno zmarł biskup pomocniczy György Snell, sufragan archidiecezji ostrzyhomsko-budapeszteńskiej, proboszcz Bazyliki św. Stefana. Taki pożegnalny tekst o nim można było przeczytać na stronie polonia.hu:

Ksiądz Biskup György Snell był wyjątkową postacią, Wielkim Przyjacielem Polski i Polaków, niezwykle oddanym sprawie przyjaźni naszych narodów.

[…] Jak wielokrotnie podkreślał: „gdyby kiedyś przyszło mi zmienić Ojczyznę, to mogłaby być to tylko Polska”. Od lat młodzieńczych regularnie odwiedzał Polskę, z którą łączyła Go prawdziwa, emocjonalna więź. Więź, którą traktował jako swój obowiązek niesienia pomocy i wspierania wszelkich inicjatyw, które umacniały przyjaźń Polaków i Węgrów.

Zwykł podkreślać, w Polsce, a szczególnie w Częstochowie, „napełnia swoje duchowe akumulatory”. […] Był jednym z inicjatorów pomysłu, by duchowym wymiarem przekazania przez Węgry Polsce przewodnictwa w RUE w 2011 r. było też przekazanie z Częstochowy kopii obrazu Czarnej Madonny i utworzenie w budapeszteńskiej Bazylice św. Stefana Kaplicy Matki Jasnogórskiej, której ikona dzięki współpracy Księdza Biskupa z ówczesną rzecznik narodowości polskiej w Zgromadzeniu Narodowym Węgier Haliną Csúcs Lászlóné w roku 2017 doczekała się koronacji. Z Klasztorem Jasnogórskim łączyła ks. bp. Györgya Snella więź szczególna tak jak szczególna więź łączyła Go ze św. Janem Pawłem II. […]

Wspaniałe koncerty muzyki polskiej w Bazylice, msze za ofiary katastrofy smoleńskiej, msze dla uświetnienia naszych świąt, spotkania,  Jego osobisty udział w życiu węgierskiej Polonii, udział w życiu Polskiego Kościoła na Kőbányi, polskie flagi na bazylice w 100-lecie naszej niepodległości, zawsze życzliwe Polsce i Polakom wypowiedzi o naszym kraju i historii to tylko niektóre przejawy ogromnej empatii, jakiej Polacy na Węgrzech doświadczali od Księdza Biskupa. Prezydent RP w 2019 r. odznaczył Księdza Biskupa Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP, Polonia w podziękowaniu za duchową opiekę uhonorowała ks. bp. Gy. Snella nagrodami: św. Władysława ( 2015 r.) i Medalem ks. W. Danka ( 2020 r.).

I tak dalej. Tak się składa, że jego nazwisko wśród Węgrów ostatnio kojarzy się nie tyle z przyjaznymi uczuciami wobec Polaków czy też kultem częstochowskiej Czarnej Madonny ale z jego rolą w tuszowaniu pedofilskiego skandalu. Jak opisał to w serii artykułów portal 444.hu kiedy zgłosiła się do niego ofiara księdza-pedofila z prośbą o pomoc biskup uciekł się do spychologii i unikania tej osoby nie reagując na kolejne próby kontaktu. Co więcej, nie tylko sprawą się nie zajął i w żaden sposób nie pomógł, ale złożył na policji skargę na tego człowieka z zarzutem … nękania: czlowiek ten miał posłać biskupowi ponad 20 smsów w ciągu jednego miesiąca oraz dwa e-maile. Miał on też, w przypadku braku odpowiedzi na próby kontaktu, grozić zakłóceniem ceremonii religijnych. Warto przypomnieć, że ta ofiara księdza pedofila chciała się spotkać z biskupem z powodu jego pozycji w kościele, nie chodziło tu to kontakty prywatne. Policja zareagowała błyskawicznie i gorliwie: przed 20 sierpnia w 2019 człowieka tego zatrzymano na ulicy siłami kilku policjantów w poniżający sposób prowadząc go na policyjnej smyczy, tak by nie mógł „zakłócić obchodów święta”.

Bp. György Snell, przyjaciel Polaków ale nie ofiar kościelnej pedofilii, źródło: 444.hu

To tylko jeden z przykładów – zaraz podam następne – ciężkostrawnych przyjaciół Polaków czyli takich osób, u których przyjaźń wobec Polski i Polaków łączy się z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi przymiotami.

Idźmy dalej: Pál Teleki. Tak jego zasługi dla Polski opisuje przy okazji niedawnego odsłonięcia pomnika w Krakowie tekst IPN-u:

Pálowi Telekiemu zawdzięczamy m.in. transporty z amunicją i wyposażeniem wojskowym, które Wojsko Polskie otrzymało od rządu węgierskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Gdy po raz drugi sprawował urząd premiera, latem 1939 r. nie wahała się odmówić Hitlerowi udziału w zbrojnej agresji na Polskę. Po ataku Niemców i Sowietów, to za sprawą Telekiego, Węgry przyjmowały uciekających polskich żołnierzy i ludność cywilną.

W 2001 r. hrabia Teleki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszystko to prawda, ale zarazem ten sam Pál Teleki, dwukrotny premier Węgier, ma też w swoim życiorysie także uchwalenie ustaw żydowskich. Pierwsza z nich, przyjęta już w 1920 roku, wprowadzała numerus clausus traktując Żydów nie, jak to było do tej pory, jako grupę wyznaniową ale narodową. Drugą przyjęto w 1939, na jej mocy Źydzi, w rasistowskim rozumieniu ustawy, nie mogli być urzędnikami państwowymi, nauczycielami, redaktorami naczelnymi gazet i wydawnictw, dyrektorami teatrów, ograniczono ich dostęp do szeregu zawodów, uniwersytetów, itd. Wielu ludzi ucierpiało w efekcie tych rozporządzeń.

Inny przykład: kilkanaście lat temu Laszlóné Csúcs, przewodnicząca mniejszościowego krajowego samorządu polskiego, w liście napisanym do Viktora Orbána, przewodniczącego Fideszu prosiła by ten nie karał Oszkára Molnára, burmistrza Edelény z ramienia tej partii, za słowa, które „rozgoryczony wypowiedział w obecnej trudnej sytuacji”.

O jakie to słowa chodziło? O jego wypowiedzi na temat różnych mniejszości. O Cyganach: że ciężarne Cyganki gumowymi młotkami biją się po brzuchach by urodzić upośledzone dziecko, bo na takie jest większy zasiłek (nie poparł tego żadnymi dowodami). O Żydach: „kocham Węgry, kocham Węgrów, i przedkładam interes węgierski nad interes światowego kapitału, nazwijmy to jasno: żydowskiego kapitału, który chce opanować cały świat a przede wszystkim Węgry”. O Gábor Szeteyu, członku rządu, który wówczas ujawnił się jako gej: „już się on tam w więzieniu dowie jak to jest kiedy homoseksualiści zawierają małżeństwa”.

Pani Csúcs tłumaczyła, że działacze lokalnych samorządów polskich w województwie Borsod-Abaúj-Zemplén w pełni popierali Molnára, który sam absolutnie miał nie być wrogiem mniejszości, co więcej, miał zawsze Polakom pomagać.

No i ostatni przykład, choć oczywistym jest, że można by podać ich więcej: zespół Hungarica. Ta gwiazda narodowego rocka mocno podkreśla swoje uczucia wobec Polski i Polaków. Koncertowali w Polsce, m.in. w ramach festiwalu w Bornem Sulinowie, grali razem z polskimi wykonawcami, na przykład z Andrzejem Nowakiem z TSA, nagrywali, także po polsku, polskie piosenki, choćby Rozkwitały pąki białych róż. W 2015 zespół wydał calkowicie polską płytę Przybądź wolności, zjeździli z nią, z sukcesem, całą Polskę. W 2017 roku koncertowali w Csopaku na pikniku polsko-węgierskim przy wsparciu szeregu samorządów polskich wliczając w to i samorząd krajowy. W zeszłym roku o mało co nie wystąpili w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie na koncercie z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej z 1920 roku – do koncertu nie doszło tylko ze względu na liczne protestu i zapowiedzi bojkotu przez inne zespoły.

Jednocześnie w ich tekstach znaleźć można typowy dla skrajnej prawicy szowinistyczny, ksenofobiczny język, nacjonalistyczne i rewizjnistyczne hasła. (Tak na marginesie, zawsze mnie ciekawi jak z tą deklarowaną przyjaźnią do Polski da się pogodzić trianońskie hasło Oddać wszystko! Mindent vissza! tytuł jednej z ich piosenek: czy Polska ma oddać niegdyś należące do Węgier Spisz i Orawę czy też jednak nie trzeba wszystkiego oddawać?)

Można sobie tylko wyobrazić jak reagują na peany pod adresem biskupa Snella ofiary kościelnej pedofilii, co sobie myślą Żydzi na wiadomość, że w Polsce postawiono pomnik twórcy ustaw żydowskich, co przychodzi do głowy Romom czytającym o obronie Oszkára Molnára przez polski samorząd mniejszościowy czy też jak odbierany jest fakt występu skrajnie prawicowej grupy rockowej na polskiej imprezie mniejszościowej, która zresztą niemal daje koncert i w Polsce w ramach państwowych obchodów ważnej historycznej rocznicy. Napisałem: ofiary kościelnej pedofilii, Żydzi, Romowie ale odnosi się to przecież do wszystkich osób, które odrzucają instytucjonalne krycie pedofilów, dyskryminację, rasizm czy też szowinizm.

Rzecz jasna nie od nas zależy zwykle kto zapała gorącymi uczuciami wobec Polski czy ten nawet wykaże swoją życzliwość czynami. Słusznym jest być za nie wdzięcznym. Dobrze jednak przy tym zawsze pomyśleć o tym na ile warto się, i w jaki sposób, z niektórymi – bo zdecydowanie nie wszystkimi – przyjaciółmi Polski publicznie obnosić, oraz nie zapominać o ich mniej sympatycznych stronach i o wrażliwości tych, których te mniej sympatyczne strony mogą odpychać.

Radio Polonia Węgierska 38 / kolęda ocalona na Węgrzech

Zapomniana w Polsce derencka kolęda ocalała na Węgrzech – o tym zaskakującym efekcie moich poszukiwań opowiadam w najnowszym podcaście (26:00). Pełen program podcastu wraz z moim tekstem poniżej.

1.Powitanie
2. Serwis informacyjny (R. Rajczyk)
3. Autorski przegląd polskich tygodników (R. Rajczyk)
4. Jeż Węgierski w eterze (J. Celichowski)
5. Rozmowa z dr Tomaszem Kurpierzem (IPN), autorem monografii H. Sławika (R. Rajczyk)
6. Pożegnanie

Parę tygodni temu opowiadałem o kolędzie z Derenka: ainteresowałem się tym czy jest może znana w Polsce i okazało się, że nikt tam o niej nie słyszał. Dowiedziałem się przy tym, że kolęda jest popularna na Słowacji, gdzie wykonywana jest po słowacku i rusińsku. Czyżby więc mowa była o kolędzie słowackiej a nie polskiej? No i czy sami derenczanie to raczej Polacy czy Słowacy?

Postanowiłem szukać dalej i udało mi się znaleźć dwóch znawców muzyki ludowej z Podhala, Jana Karpiela-Bułeckę oraz Krzysztofa Trebunię-Tutkę, którzy niezwykle życzliwie i cierpliwie odpowiadali mi na moje pytania. Okazało się, że tekst wykonywanej przez zespół Drenka Polska kolędy, mimo pewnych zniekształceń oraz naleciałości węgierskich, to gwara spiska bliższa polskiemu niż słowackiemu. Jan Karpiel-Bułecka zadał sobie trud napisania tego tekstu czystą gwarą, taką jaka jest w użyciu i obecnie.

Czyli ta kolęda, zapoznana w Polsce, przetrwała w jej polskiej wersji tu, na Węgrzech, dzięki derenczanom, a w szczególności zespołowi Drenka Polska. Żartobliwie można by powiedzieć, że to drugi, obok biblii królowej Zofii, zabytek kultury polskiej, który przeżył na Węgrzech.

Co do samej kolędy to nie warto szukać w niej jakiegoś jednoznacznie określonego charakteru narodowego. Spisz to region, gdzie kultury i tożsamości się przenikają. Krzysztof Trebunia-Tutka napisał mi:

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Do tej wyliczanki mógłby pewnie, dzięki Derenkowi, dołączyć i Węgry. Ta kolęda wszędzie jest u siebie.

Szalenie ciekawe są dla mnie te odkrycia. Tutejsza polonia, niewielka liczbowo, ma w rękach taki unikalny skarb. Przypomina on o naszych związkach ze Spiszem, warto go kultywować.

Margit Dezsőné Bozsik i Viktória Gáborné Jurecska podczas wizyty w szkole polskiej przy ambasadzie w 2013 roku, to im i wielu innym derenczanom zawdzięczymy przetrwanie kolędy.

Polsko-spisko-słowacka kolęda z Derenka

Nie tak dawno pisałem o starej kolędzie, którą usłyszałem w wykonaniu zespołu Drenka Polska. Dowiedziałem się, że ta kolęda jest znana na Słowacji ale nie w Polsce. Pojawiło się niewypowiedziane a ciekawe pytanie: czy może derenczanie mają więcej wspólnego ze współczesnymi Słowakami niż Polakami?

Zacząłem głębiej szukać i skontaktowałem się ze znawcami muzyki Podhala Janem Karpielem-Bułecką oraz Krzysztofem Trebunią-Tutką, którzy cierpliwie i wyczerpująco odpowiadali na moje pytania, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Dowiedziałem się o skomplikowanej sytuacji narodowościowej na Spiszu (większa część regionu leży na Słowacji), skąd wywodzą się derenczanie. To napisał mi Jan Karpiel-Bułecka:

Cudowne jest to, że ci ludzie jako Spiszacy zachowali polską świadomość narodową. Po prostu wyemigrowali ze Spisza jeszcze przed słowacką, póżniej czechosłowacką, indoktrynacją. (…) Dziś spiscy górale na Słowacji za Polaków się nie uważają, choć mówią, grają i noszą się po naszemu. Smutne, ale jest to robota Węgrów, którzy nie dali polskiego księdza ani nauczyciela z obawy przed utratą kawałka terytorium. Woleli dać Słowaków, aby im namieszać w głowach. I tak im z tego nic nie wyszło, bo znaczna część słowackich Spiszaków i Orawian uważa się za Górali a nie Słowaków, ale też nie Polaków. Obecna słowacka władza jak kiedyś czechosłowacka wpiera im, że są takim małym słowiańskim narodem i przeciwstawiają im literacką polszczyznę jako dowód. Oni natomiast doskonale ten język rozumieją i szybko się go uczą.

Te informacje uzupełnił Krzysztof Trebunia-Tutka:

Na Spiszu przez wieki mieszkali też Rusini (zwani po polskiej stronie Łemkami), którzy mieli poczucie odrębności etnicznej (pismo, religia), ale nie utożsamiali się wprost z Ukrainą. Do dziś niektórzy uważają się za grupę górali ruskich stanowiących odrębny naród (w 1918 r. utworzyli nawet Ruską Ludową Republikę Łemków), a inni uważają się za ruską (łemkowską) grupę etniczną narodu ukraińskiego.

A to Jan K-B napisał mi o samej kolędzie:

Uprzejmie informuję, że odsłuchałem wszystkich wersji i jest to jak z tego wynika kolęda słowacka ale w polskojęzycznych częściach Spisza, Orawy czy Kysuc ludność tłumaczyła sobie teksty w naturalny sposób. Siłą rzeczy powstawały tzw. makaronizmy celem utrzymania rymu. Baby z Derenka śpiewają ,,kie jasno gwiozda” a nie „ked jasna hvezda”, jedynym słowakizmem jest użycie ,,lem” ale kiedyś było to powszechne i na Podhalu. Jak Pan słyszy i Rusnacy i Łemkowie mają swoja wersje. Bo różnice językowe są niewielkie.

Ciekawe rzeczy dodał Krzysztof T-T:

Przez cały okres powojenny, a nawet w okresie międzywojennym Spisz był dosyć mocno podzielony granicą. Mimo kontaktów zespołów regionalnych, spotkań podzielonych granicą rodzin, pracy w strefie nadgranicznej, nie było tak mocnego przenikania repertuaru ludowego jak wcześniej (Austro-Węgry).

Te nagrania współczesne niczego do końca nie przesądzają, bo oczywiście są po słowacku, ale tak się dzieje też po polskiej stronie, że gwara stopniowo upodabnia się do języka ogólnopolskiego. 

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Wydaje mi się, że kolęda jest ze Spisza (raczej części obecnie należącej do Słowacji, ale kiedyś będącej też w granicach Rzeczypospolitej – jak Stara Lubownia i pozostałe 14 „miast spiskich” danych przez Zygmunta Luksemburczyka w zastaw królowi polskiemu). Mogła mieć więc swoje wersje w gwarze spiskiej (polsko-słowackiej) i ruskiej (rusnackiej), a potem została zaadoptowana do języka ogólnosłowackiego (2 poł. XX w). Tak stało się z wieloma melodiami z tamtych stron.

A JK-B sprawił mi wspaniały prezent podając tekst kolędy napisany gwarą góralsko-spiską oczyszczony z węgierskich naleciałości.

KIEDY JASNO GWIOZDA z njeba wychodziyła
wtedyj Panienka Maryja syna porodziyła.
Jak Go porodziyła, siumnie mu śpiywała
Loloj, luloj synu Boski bo jo by barz spała.
Mamo moja mamo, cekoj lem godzinke
Nim jo zońde jaz do raju po twojom pierzynke.
Oj synu mój synu jakbyś ty to zrobioł
Nie minena lem godzinka jageś sie narodziył.
Mamo moja mamo, cy bedzies wierzyła
Ze jo stworzył niebo i ziym i całom nature.

Tekst kolędy wrócił tak do źródeł.

Nasza derencka kolęda ma więc po prostu spiskie korzenie, a ponieważ spiska kultura stała się częścią i polskiej i słowackiej, a także zresztą rusińskiej, kultury, to i do nich kolęda należy, choć znana jest akurat na Słowacji a nie w Polsce. Dzięki Derenkowi obecna jest i w kulturze polskiej na Węgrzech. Jest unikalna, warto ją kultywować.

Derenk, kawałek Spisza na Węgrzech

Radio Polonia Węgierska 32/ słowacka kolęda z Derenka

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o zaskakującym rezultacie moich prób dowiedzenia się czegoś o derenckiej kolędzie pt. Kedė jaszna gjozda. Jest ona nieznana w Polsce a popularna na Słowacji – i to także wśród Łemków (nagrania tu, tu, tu i tu, to ostatnie jest łemkowskie). Swoje badania będę dalej prowadził i jeśli czegoś więcej się dowiem na pewno to napiszę.

Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 23:30).

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd polskich tygodników
4. Jeż węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Robert Rajczyk o węgierskim futbolu
7. Pożegnanie

Ładnych parę lat temu, tak jak teraz przed świętami, szkołę polską przy ambasadzie odwiedziły panie z Derenka. Opowiadały uczniom o wsi, swoje historie, jedna z pań pokazała dowód osobisty, w którym Derenk widniał jako miejsce urodzenia. Zaśpiewały parę piosenek bo dwie z nich to członkinie zespołu Drenka Polska.

Wśród tego co zaśpiewały była pastorałka pod tytułem Kedė jaszna gjozda. Ma ona piękną melodię i jest bardzo bożonarodzeniowa w charakterze. Od pań dostałem jej tekst w dziwnej nieco pisowni, głównie opartej na węgierskiej transkrypcji ale też zawierającej “e” z kropeczką. Jest on w dużej mierze zrozumiały, czasem dlatego, że językowo bliski jest współczesnej polszczyźnie, a czasem po prostu dzięki kontekstowi bo o czym w końcu może być mowa w pastorałce?

Pomyślałem, że to niezwykłe, że niewielka polonia węgierska ma przez to swoją własną kolędę. Postanowiłem spróbować się więcej o niej dowiedzieć. Napisałem w tej sprawie do dwóch muzykologów zajmujących się muzyką Podhala – to stamtąd trafili na Węgry derenczanie. Żaden z nich nie potrafił o niej niczego powiedzieć a sprawdzali nawet w źródłach dziewiętnastowiecznych. Jeden wspomniał jednak, że warto sprawdzić w słowackiej części Spiszu.

Napisałem więc do znajomej znajomego, która tam mieszka i która natychmiast ją rozpoznała. To je slovenská koleda! napisała i dałączyła szereg linków do jej nagrań. Zresztą nie tylko po słowacku (bądź też w lokalnej gwarze – tego nie jestem w stanie ocenić) ale w gwarze łemkowskiej.

Zamierzam dalej drążyć temat bo sprawa jest intrygująca. Już teraz jednak wygląda na to że, jak to nader często w kulturze bywa, ta pastorałka nie jest częścią jednej tylko kultury ale dzielona jest przez kilka z nich, w tym wypadku kulturę polską, słowacką, spiską jak i łemkowską. I jako taka ma też potencjał by ludzi żyjących w tych kulturach łączyć.

Powracając do naszej polonii i obecnego przedświątecznego okresu: warto, uważam, tę kolędę kultywować. Jest unikalna i piękna. Cóż więcej potrzeba.

Strajk kobiet – druga demonstracja w Budapeszcie

Kiedy ogłoszono, że odbędzie się druga demonstracja poparcia dla polskich kobiet (o pierwszej było tu) a wczoraj, na kiedy podano jej termin, cały dzień padał uporczywie deszcze spodziewałem się przed ambasadą spotkać dwudziestu znajomych. Znajomi byli ale poza nimi przyszło też sporo innych ludzi, w tym wielu Węgrów. Mimo deszczu tych ponad dwustu ludzi zrobiło porządną demonstrację. Policja zmuszona była nawet zamknąć Fasor bo nie mieścili się wszyscy na chodnikach.

Uczestnicy demonstracji, parasolki nie są tu w celach symbolicznych. Na budynku ambasady plakat To jest wojna.

Co ciekawe, element węgierski był silniej zaakcentowany jak poprzednio. Parę przemówień było po węgiersku, poza wyrazami solidarności z kobietami w Polsce mowa w nich była o tutejszych problemach tak jakby ta „polska” demonstracja poruszyła coś wśród Węgrów.

Znane z wielu demonstracji (np. tej) hasło „Wolny kraj, wolny uniwersytet” zaktualizowane na „Wolna kobieta, wolny kraj”
Jak widać, byli tam nie tylko Polacy i Węgrzy
Transparentów było mniej bo rozmywał je deszcz, ten też niedługo po sfotografowaniu spadł nasiąknięty wodą

Technicznie demonstracja tym razem lepiej wypadła niż tydzień temu. Nagłośnienie było znacznie silniejsze i był nawet projektor, z którego leciały strajowe plakaty na budynek ambasady. Jacyś mili węgierscy wolontariusze przywieźli na wózku herbatę (węgierską, ulepek), którą częstowali moknących uczestników.

Ekipa z herbatą
Scena, ta folia chroniła sprzęt techniczny

Na koniec zabrzmiał wspólny przebój Erica Prydza i Cypisa, do wykonania którego żywo włączyli się dość mokrzy zebrani.

Jak poprzednio, protest opisała część węgierskiej prasy: 444 i Mérce.

Znów czuję, że to nie ostatnia demonstracja w tej sprawie.

Radio Polonia Węgierska 24/ cudowni młodzi dwujęzyczni

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o niezwykłych dwujęzycznych dzieciach i młodych ludziach. Pełen tekst poniżej.

W sobotę odbyło się zakończenie projektu szkoły polskiej działającej przy ambasadzie, w ramach którego stworzono dwa przewodniki turystyczne: po Węgrzech w języku polskim i po Polsce w języku węgierskim. Oba napisały, w większości dwujęzyczne, tam chodzące dzieci.

Sama szkoła poprzednio zorganizowała kilka innych projektów dla swoich dwujęzycznych uczniów. Te projekty mają w sobie to wspólnego, że łączą oba światy, polski i węgierski, uczestników. Dwa lata temu nastolatkowie przetłumaczyli wspólnie książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata – do dziś do dostania w tutejszych księgarniach. A ostatnio zrobili węgierskie napisy do dwóch filmów, z których jeden (Córka trenera) akurat pokazano w ramach jesiennej Wiosny Filmowej organizowanej przez Instytut Polski.

Sukces tych projektów pokazuje parę rzeczy. Pierwsza to to, że te dzieci bądź też nastolatki są w stanie robić „dorosłe” rzeczy: napisać książkę, tłumaczyć literaturę, tworzyć napisy do filmów. Zwykle uważamy, że można robić je dopiero po osiągnięciu dorosłości, zdobyciu wiedzy i doświadczenia a oni demonstrują, że wiek nie jest tu ograniczeniem.

Druga natomiast to to, że ich dwujęzyczność i dwukulturowość ma ogromny potencjał. Tradycyjnie szkoła polska zajmuje się wychowaniem małych Polaków – a szkoła węgierska, do której równolegle uczęszczają, wychowaniem małych Węgrów. Upraszczając nieco, od polsko-węgierskich uczniów oczekuje się, że w każdej ze szkół przybiorą odpowiednią tożsamość ignorując tę drugą część swojej osobowości.

W ramach wspomnianych projektów jednak te ich osobne zwykle tożsamości zostały połączone owocując sukcesem tych ambitnych przecież przedsięwzięć.

Sądzę, że wskazuje to potencjalny kierunek dla polskiej oświaty na Węgrzech. Otwarcie się na dwujęzyczność i dwukulturowość uczniów powinno wśród nich rezonować, umożliwić im działania wykraczające poza horyzont szkolny, zwiększyć atrakcyjność polskiej kultury a także pomóc im w przyszłości bardziej angażować się w działania na styku dwóch języków i kultur.

Brawo dla szkoły polskiej za otwartość na ten kierunek. No i wielki szacunek dla wszystkich, małych i dużych, uczestników tych projektów, ich osiągnięcia są bardziej niż imponujące – i dają dużo do myślenia.

W Budapeszcie druga tura dla Trzaskowskiego

Druga tura wyborów prezydenckich zakończyła się, podobnie jak pierwsza, zwycięstwem Rafała Trzaskowskiego. Uzyskał on 749 (72.23%) głosów podczas gdy na Andrzeja Dudę oddano 288 (27.77%) głosów. W sumie oddano rekordowe chyba 1037 głosów (dla porównania: w pierwszej turze było ich 650). Źródło: protokół komisji wyborczej w ambasadzie.

Pięć lat temu również zwyciężył oponent Andrzeja Dudy, Bronisław Komorowski dostał tu wtedy 415 głosów (60.67%) wobec 269 głosów (39.33%) oddanych na obecnego prezydenta.

Dziesięć lat temu Komorowski wygrał wybory zdobywając w Budapeszcie 635 głosów (67%), jego ówczesny oponent Jarosław Kaczyński zdobył 312 głosów (33%).

Tak więc tym razem niepisowski kandydat zwyciężył w Budapeszcie wyjątkowo wysoko.

Radio Polonia Węgierska – 12. odcinek podcastu/ żubry

W najnowszym odcinku audycji mówię o żubrach na Węgrzech.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis informacji polonijnych – 01:33
3. Autorski Przegląd Polskich Tygodników przygotowany przez Roberta Rajczyka – 03:38
4. Jeż Węgierski w eterze czyli felieton Jerzego Celichowskiego – 09:54
5. Rozmowa z Marzeną Kruk, dyrektor Archiwum IPN – 16:43
6. Książka na Głos – 48:20
7. Urywki historii i tekst Izabeli Gass o hungarikach w Warszawie – 58:33
8. Pożegnanie – 01:01:34

radiopoloniawegierska1-1
Czy zwierzę może mieć narodowy charakter? Czy istnieją polskie zwierzęta? Jeśli tak to murowanymy kandydatem byłby żubr.

Pamiętam kiedy żubry – z Polski – przybyły kilka lat temu do parku dzikich zwierząt (Vadaspark) w Budakeszi. Polonia Nova zorganizowała wycieczkę by je zobaczyć. Zwierzęta prezentowały się wspaniale, podchodziły do ogrodzenia, można je było z bliska obejrzeć i oczywiście zrobić im zdjęcie.

Przewodniczka powiedziała nam, że mimo swojej poczciwości żubry są niebezpieczne. Obok rysi i niedźwiedzi są jedynymi zwierzętami, do których zagrody nie wolno było wchodzić personelowi. Chodziło o to, że przy swojej masie mogą one niechcący zgnieść człowieka.

Zabiegi o przysłanie żubrów trwały ponad rok. Białowieski Park Narodowy starannie sprawdzał czy zwierzęta będą tu miałe odpowiednie warunki. Gdyby samiec i samica, które tu przekazali rozmnożyły się, potomstwo wróciłoby do Polski w celu dalszego krzyżowania i rozmnażania w ramach programu odbudowy populacji żubrów.

Zwierzęta, niezaskakująco, sponsorował producent wódki Bols, który jest dystrybutorem żubrówki na Węgrzech.

Rok temu zabrałem do parku gości z Holandii by pokazać im żubry. Tych jednak tam nie było – okazało się, że nie czuły się dobrze w niewoli, nie chciały się rozmażać więc w 2014 roku przeniesiono je do parku narodowego Körös-Maros, gdzie, jak mnie poinformowano w vadasparku, żyje im się dobrze i się rozmnażają.

To jednak nie koniec historii bo żubry w tej chwili żyją też w parku narodowym w
Őrség. To stado pochodzi akurat ze Słowacji, trafiło ono tam w 2017 roku.

Park narodowy Körös-Maros leży na samym wschodzie Węgier a Őrség przy granicy austriackiej. Żubry więc oddalone są od siebie tak bardzo jak to tylko możliwe na Węgrzech. Może kiedyś na tyle się rozmnożą, że będzie można spotkać je na całym terytorium kraju? Przestałyby wtedy być „polskim” zwierzęciem, ale nie byłoby czego żałować.

zubr2