Radio Polonia Węgierska 57 / Magyar nóta

Ani ludowa ani cygańska, ale węgierska: magyar nóta czyli taka wymyślona muzyczna tradycja. O niej opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (17:35).

Program:

– powitanie
– serwis polonijny
– Jeż Węgierski w eterze
– urywki z historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R. Rajczyk, J. Celichowski, P. Piętka

W niektórych turystycznych restauracjach można spotkać zespół cygański w połyskujących złotem, szamerowanych kamizelkach grający gościom do ucha na ogól rozdzierająco smutne melodie. Nie jest to ani muzyka cygańska ani, mimo stylizacji na ludowość, muzyka ludowa (i ta i ta jest dużo ciekawsza).

Ta restauracyjna muzyka to magyar nóta, do dziś lubiana przez wielu sztuczna muzyka pseudoludowa. Powstała ona w początkach dziewiętnastego wieku w okresie wzrostu świadomości narodowej na Węgrzech, dla której ten nowy gatunek stał się jedną z form wyrazu. Wykonywana była zwykle przez cygańskich muzyków, wśród których dominującą rolę odgrywał skrzypek – prímás. Smętna zwykle melodia oraz stylizowane na ludowe a przy tym banalne teksty miały mieć “węgierski” charakter nadając piosenkom ogromną popularność wśród wszystkich warstw społecznych.

Nóta rozbrzmiewała w eleganckich restauracjach i spelunkach. Melodie można było zamówić u Cyganów, śpiewać je można było też samemu, zwykle po pijaku. Każdy szanujący się mężczyzna miał swoją ulubioną nótę. Nóty dawały życiu muzyczne tło.

Najsłynniejszym z cygańskich skrzypków w świecie magyar nóta była Pista Dankó. Urodził się w biednej rodzinie niedaleko od Segedynu. Przedwczesna śmierć ojca zmusiła go do rozpoczęcia pracy przed osiągnięciem dorosłości. Muzycznie był samoukiem i nigdy nie nauczył się zapisu nutowego ale miał talent do tworzenia muzyki. Jak mówili współcześni „jego muzyka płynęła mu z serca.”

Pierwszy zespół założył w wieku lat piętnastu, początkowo często grywali zaledwie za poczęstunek. Z czasem ich popularność zaczęła rosnąć i kiedy Dankó wygrał konkurs na muzykę do tekstów piosenek Lajosa Pósy przeniósł się do Budapesztu, gdzie jego kariera rozkwitła – grał nawet na dworze cara.

Gdy umarł pochowano go w Segedynie a na jego pogrzebie pięciuset cygańskich skrzypków zagrało jego wielki przebój Eltörött a hegedűm czyli Pękły mi skrzypce. W mieście ma zresztą pomnik, kto wie czy nie jest to jedyne w kraju pomnikowe przedstawienie Roma.

Magyar nóta, choć dalece nie tak populana jak jeszcze w połowie dwudziestego wieku, do dziś ma swoich wielbicieli. Mają oni nawet swój program radiowy (Dankó Rádió), gdzie ta muzyka leci przez cały dzień na okrągło. Kogo ta muzyka ciekawi może jej sobie tam i dziś posłuchać.

Pista Dankó za życia …
… i po śmierci, źródło: wikipedia

Radio Polonia Węgierska 50 / czego najbardziej żałują maturzyści

Węgierscy uczniowie ze szkołą żegnają się z przytupem. Wydawało się, że w tym roku tak nie będzie choć okazuje się, że jednak wolno będzie urządzać ballagáse, ten niepowtarzalnie węgierski obyczaj. Przygotowując ten podcast tego jeszcze nie wiedziałem ale i tak warto go posłuchać (24:20) lub poczytać poniżej.

Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– Urywki historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Wszyscy moglibyśmy długo wymieniać co też nas przez covida ominęło, spotkania towarzyskie, rodzinne, wyjazdy, imprezy kulturalne, przeżycia kulinarne, i tak dalej i dalej. Najbardziej mi jest żal dzieci i młodzieży, którzy, może pierwszy raz w życiu, mieli okazję zatęsknić za szkołą. Covid w szczególny sposób dotknął maturzystów, którzy nie mieli ani balu szalagavató ani ballagásu.

Ta pierwsza impreza odbywa się jesienią. Pretekstem jest przypinanie tytułowej „wstążki” czyli w praktyce plakietki szkolnej, którą potem – niektórzy – maturzyści noszą na wierzchniej odzieży. Wszystko to się łączy z wielogodzinnym programem artystycznym dla rodziców i nauczycieli w wynajętej zwykle hali z kuliminacyjnym pokazowym tańczeniem walca.

Ballagás odbywałby się teraz. Samo słowo oznacza coś w rodzaju procesji z całą należną jej dostojnością – ballagni znaczy kroczyć. Ballagás tradycyjnie odbywa się na zakończenie szkoły średniej, jeszcze przed maturą, aczkolwiek obecnie robi się ballagáse także na zakończenie podstawówki, a nawet przedszkola.

Często klasy zamawiają identyczne garnitury dla chłopaków i analogiczne ubiory dla dziewczyn, rodziny wypruwają się na gigantyczne prezenty, a kwiaciarnie mają jeden z najlepszych dni w roku. Elementem centralnym jest kameralny (tylko uczniowie i nauczyciele) przemarsz przez udekorowaną bzem szkołę a potem procesja na zewnątrz, w mniejszych miejscowościach może to być zamknięta na ten dzień główna ulica. Klasy prowadzą wtedy wychowacy idący pod rękę tradycyjnie z najładniejszymi dziewczynami, wszyscy idą z wielkimi snopami kwiatów jeden za drugim z ręką na ramieniu poprzednika. Przez ramię uczniowie przewieszoną mają małą sakiewkę (tarisznya), w której znajdują się symboliczne wyposażenie na dorosłe życie. Rodziny i zaproszeni goście stoją i podziwiają.

Istotą ballagásu jest mieszanka pożegnania ze szkołą z marszem triumfalnym celebrującym udane zakończenie tego ważnego etapu edukacji. Na mnie robi to zawsze wrażenie bo nie pamiętam, żeby w Polsce ktoś się aż tak przejmował takimi wydarzeniami. Potrafią Węgrzy docenić osiągnięcia edukacyjne, szacunek. Jednocześnie jednak pewnym niesmakiem napełnia mnie infantylizm tarisznyi, która wygląda jak zabawka na przerośniętych dzieciach, pompa procesji i cała sztucznawa ideologia ballagásu nawiązująca do wyprawiania czeladników w świat.

Jednak co by się o ballagásu nie sądziło, żal mi uczniów, których on nie z ich wyboru ominął.

Ballagás w Győr (ulica Bástya) w 1943 roku, źródło: Fortepan / Konok Tamás id
Ballagás w Budapeszcie (ulica Népszínház) w 1980 roku, źródło: Fortepan / Antal Gábor
Ballágás w środku szkoły (Hajnik Károly Közgazdasági Szakközépiskola w Budapeszcie), źródło: wikipedia

Opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech

Kiedy Mette Frederiksen została premierką Danii Rasmus Bo Sørensen z dziennika „Information” postanowił przygotować dla niej listę współczesnych powieści z kilku krajów unijnych, które mówią o nich coś ważnego, by pomóc jej w zrozumieniu europejskich partnerów. O pomoc poprosił krytyków z „Guardiana” (Wielka Brytania), „De Telegraaf” (Holandia), „Aftonbladet” (Szwecja), „Die Zeit” (Niemcy) i „Wyborczej”. Natalia Szostak, która przygotowała rekomendację z Polski, zaproponowała Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk.

Jak widać, wśród tych krajów nie było Węgier. Zastanowiłem się jaką książkę można by stąd polecić Mette Frederiksen. Na pewno bym rozważył coś László Krasznahorkaia, który, obok Pétera Nádasa, od szeregu lat jest węgierskim kandydatem na Nobla. Klimat jego książek świetnie oddaje tę ciemniejszą stronę Węgier i węgierskiej duszy.

Niedawno przeczytałem Báró Wenckheim hazatér (Baron Wenckheim powraca do domu), drugą już dla mnie po Sátántangó powieść tego autora (o Sátátangó pisałem tu). Klimat jest przedapokaliptyczny: w kraju panują polityczne niepokóje, nie wszystko już funkcjonuje, są braki w zaopatrzeniu, w miasteczku gdzie dzieje się większość akcji, oczywiście leżącym na depresyjnej Nizinie Węgierskiej, panuje marazm, beznadzieja i poczucie upadku. Miejscową społeczność elektryzuje – na chwilę – wiadomość, że powraca kiedyś tam mieszkający baron Wenckheim. Wszyscy są podeskscytowani i spekulują na temat inwestycji czy też darowizn, które ma poczynić i które mają doprowadzić miasteczko do rozkwitu. Więcej akcji nie zdradzę by nie odbierać przyjemności lektury, a są w niej zaskakujące zwroty.

W książce wszystko jest nieco nierealistyczne i przesadne. Postaci są mocno zarysowane, to często raczej archetypy niż poszczególne jednostki. Takimi są burmistrz, komendant policji, profesor czy przywódca miejscowej grupy faszystów. Niektóre wydarzenia, jak sposób w jaki miasteczko przyjmuje barona, ocierają się o groteskę.

Ta konwencja nierealizmu pozwala w skondensowany sposób oddać węgierski fatalizm. Kto chce poczuć ten aspekt węgierskości, dla przyjeżdzających skryty za błyskotkami oferty turystycznej, może to zrobić za pośrednictwem tej książki.

Podobnie jak w Sátántangó pojawia się wątek beznadziejnej sytuacji i oczekiwania na mesjasza, który ma przywrócić wspominaną jako złoty czas przeszłość. Ten przybywszy jednak rozczarowuje pozostawiając za sobą jeszcze bardziej rozczarowanych ludzi.

Sama lektura nie jest łatwa. Autor operuje jednozdaniowymi akapitami, które mogą się ciągnąć przez kilka stron. Każdy akapit oddaje perspektywę jednego z bohaterów, zmiana akapitu to zmiana bohatera. Nie ma dialogów. Część wątków nie zostaje zakończona prowokując czytelnika do spekulacji kim byli poszczególni bohaterowie czy też co się z nimi potem stało. To wszystko powoduje, że nie jest łatwo śledzić akcję powieści.

Ale mimo tego książka warta jest wysiłku. Jak pisałem, pozwala ona na obcowanie z węgierskim fatalizmem a zarazem to wysmakowana literatura. No i może kiedyś się okazać, że jej autor został noblistą.

W Polsce, dzięki wydawnictwu W.A.B. ukazały się trzy książki Krasznahorkaia: Szatańskie tango, Melancholia sprzeciwu oraz Wojna i wojna. Niedostępne są obecnie w księgarniach, jakbyś ktoś był zainteresowany to pozostają antykwariaty i allegro.

Może i opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech znajdzie swojego tłumacza oraz wydawcę.

Ta niezła okładka nieźle zapowiada klimat książki

Radio Polonia Węgierska 48 / herbata na Węgrzech, wino w Polsce

W najnowszym odcinku podcastu biadam nad jakością herbaty na Węgrzech (20:10). Ale nie tylko, warto posluchać. Pełen program podcastu i mój tekst poniżej.

– powitanie
– serwis informacyjny 
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze 
– Dzień Polonii i Polaków za granicą – życzenia uczniów Szkoły Polskiej przy Ambasadzie
– Dzień Polonii i Polaków za granicą – „Pogadajmy jak Polak z Polakiem”
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

W restauracji, i to z gatunku tych wypasionych – niebanalne menu, trendy design, niezły wybór win, zamawiam po kolacji herbatę. Przynoszą mi gruby kubek z nie do końca zagotowaną wodą (jest na niej piana), do tego maczajka Earl Greya. Na pytanie czy nie mają zwykłej czarnej herbaty kelner robi okrągłe oczy: pojęcia nie ma, że ta herbata jest aromatyzowana olejkiem bergamotowym. Innej swoją drogą i tak nie ma.

To sytuacja, która wielu Polakom żyjącym czy też przebywającym na Węgrzech, nie jest obca. Na Węgrzech mało się pije herbaty, dostępny jest zwykle jedynie Earl Grey i to pośledniejszego sortu, z kulturą podawania herbaty też nie jest najlepiej.

Dla Węgrów punktem odniesienia jeśli chodzi o herbatę jest przedszkole. Wszyscy pamiętają podawany tam słomkowy w kolorze, mocno ocukrzony, ze smakiem lekko tylko złamanym kwaskiem cytrynowym, napój.

Mocna herbata Węgrów przeraża. Namiętni konsumenci kawy odmówią picia herbaty, kiedy już jest, dajmy na to, po 15, „bo nie będą mogli spać w nocy”. Nawet światowe marki, jak na przykład Yellow Label, na rynek węgierski robią produkt mniej intensywny w smaku – wiem, bo kiedyś dla eksperymentu kupiłem Yellow Label w kilku krajach i zrobiłem sobie degustację porównawczą.

Tak więc na Węgrach można sobie poużywać jeśli rodzi o herbatę. Ale nie radzę bo możliwe to jest i w drugą stronę.

Węgrzy przyjechawszy do Polski nie mogą się nadziwić piciu zalewanej kawy. Plucie fusami to temat nienudzących opowieści.

Szokujący jest też dla nich niski poziom kultury picia wina. Byłem kiedyś na weselu w wypasionej restauracji w wypasionej miejscowości – obejdzie się bez nazw – gdzie dostarczone przez młodą parę czerwone, białe i deserowe, słodkie wina zostały po prostu odkorkowane i porozstawiane na stołach między butelkami wódki i napojami gazowanymi. Wizja, że kelner nalewa gościom odpowiednie do danej potrawy wina się nie zrealizowała. Byłbym zapomniał – białe wina podane nieschłodzone.

Wszędzie znajdziemy i coś, co nas zdziwi brakiem wyrafinowania oraz coś, co nas zachwyci i nam zaimponuje. Sam staram się zawsze cieszyć tym, co w danym miejscu najlepsze.

A na herbatę chodzę do tureckich barów – jest ona tam nie do pobicia.

Picie herbaty na Węgrzech rzadko tak wygląda, na zdjęciu sekretarki szwajcarskiego konsultu we Wiedniu w trakcie wizyty w Budapeszcie. źródło: Fortepan / Archiv für Zeitgeschichte ETH Zürich / Agnes Hirschi

Radio Polonia Węgierska 46 / przedchrześcijańskie Węgry

Węgrzy mają bogatą przedchrześcijańską historię – i są jej świadomi. O tym mówię w najnowszym podcaście Radio Polonia Węgierska (25:05). Pełen program podastu oraz mój tekst poniżej.

  1. Powitanie
  2. Serwis
  3. Przegląd prasy
  4. Jeż Węgierski w eterze
  5. Urywki historii
  6. Pożegnanie

Dopiero co mieliśmy święto chrztu Polski. Przyjęło się mówić, że to wydarzenie stanowiło zarazem początek państwa polskiego. Pomijając już kwestię na ile takie podejście jest historycznie uzasadnione warto przypomnieć, że w przypadku Węgier sugestia, że historia państwa – narodu – zaczyna się od chrztu władcy byłyba w oczywisty sposób bezsensowna: Węgrzy mają długą przedchrześcijańską historię.

Przed pojawieniem się w Kotlinie Karpackiej przebyli oni długą drogę ze wschodu. Ich trwająca kilka wieków wędrówka z praojczyzny za Uralem poprzez przystanki koło Uralu, koło Kaukazu, w Etelköz leżącym pomiędzy Donem a dolnym Dunajem doprowadziła do terenów dzisiejszych Węgier. Po drodze prowadzacy często nomadzki tryb życia Węgrzy zetknęli się z szeregiem kultur, co zostawiło ślady w języku. Przybywając do Kotliny Karpackiej Węgrzy byli politycznie i militarnie zorganizowani.

Świadomość tego jest wśród Węgrów obecna. Nawiązania do tego pojawiają się w polityce. Hasło „wiatru ze wschodu” promowane przez Orbána jest tego przykładem. Węgry uczestnicą, jako obserwator, w pracach Rady Współpracy Państw Języków Tureckich co jest kolejnym ukłonem do wschodniego pochodzenia Węgrów.

Choć prawica chętnie odwołuje się do chrześcijańskiego charakteru kraju to jednak spotyka się nawiązania do przechrześcijańskich Węgier. Kult pogańskiego jeszcze wodza Arpada, który przeprowadził podbój Kotliny Karpackiej jest niekontrowersyjny. Gorzej bywa gdy popularny symbol turula, obecnie zwykle traktowany jako część legendarium narodowego, niekiedy odzyskuje swój religijny, pogański charakter. By się o tym przekonać można odwiedzić świątynię w Verőce, której w swoim czasie nie chcieli poświęcić biskupi ze względu na pogańskie symbole, między innymi właśnie turula. Warto zajrzeć też do Dobogókő i obejrzeć sobie tam liczne symbole pogańskie oraz nawiązania do szamanizmu. Mieścić ma się tam jedna z czakr ziemi i to tam właśnie energią mieli się napełniać węgierscy królowie przed koronacją. W internecie można na jej temat znaleźć sporo nie całkiem chrześcijańskich w charakterze materiałów.

świątynia w Verőce
Turul a nie Duch święty

Ciekawą kwestią jest jak w takiej sytuacji uczyć historii. Możliwości jest kilka: można się skupić na historii państwa – wtedy mowa byłaby tylko o okresie od podboju Kotliny Karpackiej ale trzeba by uwzględnić mniejszości w nim żyjące, na historiii terenów – wtedy uwzględniona byłaby również przedwęgierska historia Kotliny, czy też na historii ludu bądź narodu, co uwzględniałoby całą historię wędrówki Węgrów. Sprawdziłem: w szkołach dominuje historia państwa choć uczniowie (trochę) uczą się też o prehistorii Węgrów oraz o historii Acquincum. Na proporcje wpływ na dostępność źróde, dość ograniczona w przypadku tych dwóch ostatnich tematów.

O ile prostsze jest wszystko w Polsce …

Radio Polonia Węgierska 45 / (ogólna) duma z Węgier

Z czego na Węgrzech są Węgrzy dumni? O tym mówię w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (23:00). Pełen program oraz mój tekst poniżej.

1, Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd prasy polonijnej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. pożegnanie

Węgrzy to, wiadomo, dumny naród ale często w ogólny tylko sposób. Uświadomiłem to sobie gdy kiedyś przyszło mi do głowy by popytać znajomych co tak konkretnie, poza jednak turystyką czy kuchnią, jest fajnego na Węgrzech, z czego można być dumnym.

Reakcje na moje pytanie były interesujące. Węgrzy – pytałem też cudzoziemców, o nich zaraz – nawet ci najdumniejsi ze swej węgierskości, tysiącstoletniej historii kraju, itd., albo odpowiadali, że niczego nie są w stanie wymienić albo prosili o czas do namysłu – po którym zwykle i tak nie byli w stanie niczego powiedzieć. Co więcej, zdarzyło mi się, że na pytanie co jest dobrego na Węgrzech obecnie jeden z takich dumnych Węgrów powiedział: nic, absolutnie nic, cały kraj nam do szczętu rozwalili!!

Tutejsi cudzoziemcy, wygląda na to, bardziej lubią Węgry od Węgrów bo zawsze mieli coś do powiedzenia. Pewnie dlatego, że potrafili porównać Węgry do swoich krajów ojczystych i dostrzec różnice na korzyść Węgier – a wielu Węgrów nie zna innych krajów na tyle by takich porównań dokonać. Może też dlatego, że skoro już tu mieszkają to pewnie coś się im tutaj podoba.

Podam parę przykładów tego co mi powiedziano. Pokojowy tłum: jak tu się dużo ludzi zbierze to, z wyjątkiem meczy piłkarskich oraz demonstracji skrajnej prawicy, nie wyzwala to w nich agresji. Podam przykład: kiedy się odbywają sierpniowe fajerwerki w Budapeszcie to schodzi się je oglądać jakiś milion ludzi i nic, nikt nie rzuca butelek w powietrze, nie ma burd, wyzwisk. Pilnuje tego pewnie jakiś trzydziestu policjantów, co zupełnie starcza.

Dalej: bezpieczeństwo publiczne: Budapeszt – Węgry – są strasznie bezpiecznym miejscem. Na ulicach w nocy można chodzić, od napotkanych ludzi nie oczekuje się agresji. Kolega Francuz zwrócił moją uwagę, że tu nie widzi się bójek na ulicach. Kolejna rzecz, której się nie widuje to pijani. Alkohol można kupić wszędzie i o każdej porze, pálinkę można legalnie pędzić w licznych małych, miejscowych gorzelniach – i nic. Pijanych, poza turystami z zagranicy, nie ma.

Z innej beczki: szoborpark czyli park pomników. Jedyni w Europie Wschodniej Węgrzy genialnie zachowali wszystkie swoje pomniki komunistyczne przenosząc je do parku na przedmieściach Budapesztu, ku pamięci – i ku uciesze turystów.

Kolejna rzecz: Węgierska Partia Psa o Dwóch Ogonach potrafi zarazem rozśmieszyć przypominającymi Pomarańczową Alternatywę happeningami czy też hasłami a także wzbudzić szacunek aktywizmem, pardon, pasywizmem, jak to sama partia nazywa, swoich członków.

Plakaty wyborcze Węgierskiej Partii Psa o Dwóch Ogonach: Niech wszystko będzie lepiej! oraz Rozdawnictwa pieniędzy!

No i rzecz jasna porszívó-orrszívó czyli genialny oczyszczacz nosa dla dzieci. Dzięki niemu nie ma problemu zatkanego nosa u małych dzieci. Nie pamiętam już ile z nich posłałem (cały dumny) znajomym do Polski. Mała rzecz a cieszy.

Mógłym jeszcze długo, długo wyliczać. Ale co tam, zadajcie lepiej sami to pytanie swoim węgierskim i niewęgierskim znajomym i zobaczcie co ciekawego Wam powiedzą.

Zrozumieć Trianon – tekst w Polonii Węgierskiej

W zeszłorocznym czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst pt. Zrozumieć Trianon. Dwa numery później PW opublikowała list László Szabó, który skrytykował tekst, a także moją odpowiedź, i tak teraz te teksty są dostępne w jednym miejscu, może kogoś zainteresują.

***

Zrozumieć Trianon

Trianon nie jest łatwy do zrozumienia dla nie-Węgrów, w tym i dla Polaków.

Nieraz na historię innych krajów, czy też narodów, patrzymy poprzez analogie do własnej historii. Dzieje się tak mimo tego, że każda analogia kuleje.

Wobec Trianonu nasuwają się dwa takie – sprzeczne – porównania. Jedno to rozbiory: poprzez traktat Trianon Węgrom zabrano tereny jak Polsce w XVIII wieku. Stało się tak na mocy decyzji europejskich potęg. Drugie to narracja niepodległościowa: po pierwszej wojnie światowej na gruzach imperiów, a takim była też Monarchia Austro-Węgierska, powstały niepodległe państwa narodów, które ich przedtem nie miały, tak jak i Polska. Można więc patrzeć na Trianon i tak, i tak.

Sytuacji nie ułatwia fakt, że część terytorium Wielkich Węgier, a mianowicie północny Spisz i Orawa, znalazła się w Polsce. Mimo, że do dziś można się natknąć na ślady ich węgierskiej przeszłości, to jednak od dawna zdominowane są przez ludność polską. W tym kontekście największym nawet sympatykom Węgier trudno jest chyba popierać trianonowe hasło Oddać wszystko! (Mindent vissza!)

Trianon był bez wątpienia tragedią dla Węgier, zarówno dla państwa, jak i wielu pojedyńczych Węgrów. To pierwsze poniosło straty terytorialne i ludnościowe, utraciło rangę lokalnego mocarstwa i stało się jednym z wielu małych wschodnioeuropejskich państw. Wielu Węgrów z terenów utraconych przesiedliło się na Węgry nie chcąc, bądź też nie mogąc, dalej mieszkać w miejscach, które trafiły pod obcą władzę. Rodziny zostały rozdzielone, majątki potracone, wielu doświadczało szykan.

Jak wszyscy wiemy, dla Węgrów Trianon jest sprawą żywą, aktualną można powiedzieć. Jego pamięć jest szeroko kultywowana. Jednak sposób w jaki jest to robione, potrafi zadziwić.

Jak wykazały to niedawne badania opinii publicznej przeprowadzone przez grupę badawczą Trianon 100 Węgierskiej Akademii Nauk, dla ponad 40% Węgrów Trianon był najtragiczniejszym wydarzeniem w historii kraju. Czyli nie umywają się do niego najazd tatarski (zginęła niemal połowa ludności kraju), półtorawiekowe rządy tureckie czy też, by wziąć bliższe przykłady, pierwsza wojna światowa (ponad 650 tysięcy zabitych), druga wojna światowa (900 tysięcy zabitych, z czego połowa to Żydzi, ofiary Holocaustu), oraz masowe gwałty zaraz po wojnie, których ofiarą padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet.

Zdziwić też potrafi brak dyskusji nad Trianonem. Fakt, że rewizjonizm, który był główną siłą napędową przedwojennej polityki Węgier, obecnie już nią nie jest, choć nadal obecny jest w sferze symbolicznej – dość pomyśleć o wszechobecnych naklejkach i mapach Wielkich Węgier. Tym niemniej publiczny dyskurs największej tragedii w historii, krzywdy, niesprawiedliwości wobec Węgier, odwołań religijnych nie zmienił się od czasów przedwojennych. By się o tym przekonać warto odwiedzić cieszące się półoficjalnym statusem muzeum Trianonu w Várpalota: wystawia ono bez komentarza przedwojenną antytrianonowską propagandę.

Do dziś nie słyszy się w dyskursie publicznym namysłu nad odpowiedzialnością Węgier za doprowadzenie do sytuacji, w której obce państwa mogły decydować o węgierskich granicach – Trianon nie wziął się przecież z niczego.Uderzać może brak prób zrozumienia innych narodów, które skorzystały na traktacie Trianon. Wydawałoby się, że doświadczenie przez Węgrów czym jest bycie mniejszością narodową mogłoby być źródłem empatii wobec innych, którzy wcześniej, w ramach Węgier, jako mniejszość żyli, a tak nie jest.

W tej sytuacji brak inicjatyw mających na celu pojednanie z sąsiednimi narodami już nie dziwi. Dla Polaka nie jest to jednak oczywiste. Mimo konfliktów w przeszłości istnieją działania mające na celu pojednanie polsko-niemieckie czy polsko-ukraińskie, były nawet próby pojednania polsko-rosyjskiego. Można znaleźć w Polsce germanofilów, ukranofilów czy też miłośników kultury rosyjskiej. Skoro jest to możliwe w Polsce, to dlaczego czegoś podobnego nie da się zrobić na Węgrzech?

Trianon jest raną na węgierskiej duszy. Nie wydaje się, by setna rocznica tego traktatu przysłużyła się do jej zabliźnienia. Nie wiem, na ile sami Węgrzy by tego pragnęli.

Jerzy Celichowski

***

Z zaskoczeniem i z niezrozumieniem czytaliśmy artykuł Jerzego Celichowskiego pt. Zrozumieć Trianon w czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej.

Z niezrozumieniem dlatego, że artykuł nie mówi o tym, o czym głosi jego podtytuł, a więc o tym na ile nie-Węgrzy rozumieją Trianon. Nie wiadomo, kogo autor miał na myśli; zakładam, że beneficjentów Trianonu, sąsiednie narody (a raczej państwa), gdyż oni oczywiście uważają go za sprawiedliwy. Sprawiedliwy jest z punktu widzenia Polaków (Polski), gdyż tereny, które od nas zdobyli, były terenami czysto polskimi. Zakwestionowała tylko Słowacja w 1939 r, kiedy to oddzieliła je od Polski.

Z niezrozumieniem, gdyż nasuwa się pytanie, co kierowało chęcią publikacji przemyśleń na temat Trianonu takiego Polaka, który najwidoczniej nie jest ekspertem w tej dziedzinie, ani nie jest tą problematyką osobiście dotknięty, za to zachowuje się tak, jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Na to wskazuje wrogi, agresywny i żądający wyjaśnień ton oraz liczne potknięcia.

1. Tak, Trianon był tragedią, gdyż politycy narzucający warunki pokoju chcieli uczy-nić Węgry państwem niezdolnym do życia. Pokój wersalski oznaczał tragedię nie tylko dla nas, ale także dla całej Europy, prowadząc prosto do wybuchu II wojny światowej. Według wielu historyków jego twórcy powinni zasiąść na ławie oskarżonych o popełnienie zbrodni wojennych w Procesie Norymberskim.

2. W okresie międzywojennym węgierska polityka nie zabiegała o całkowitą rewizję, nie głosiła hasła „Wszystko z powrotem”. Jako punkt wyjścia posługiwano się tzw. „czerwoną mapą” opracowaną przez Pála Telekiego – który dwukrotnie się przysłużył Polsce, – na której to czerwonym kolorem oznaczono tereny czysto węgierskie. Wyniki osiągnięte przez rewizję do 1940 r. postrzegane są jako sprawiedliwe: nowa granica ze Słowacją ustanowiona została zgodnie z granicą językową, z Rumunią zaś przyłączenie północnej część Siedmiogrodu doprowadziło do zrównoważonych stosunków: w dwóch częściach krainy ludność obcego pochodzenia była mniej więcej jednakowa, co mogło wymusić na Rumunii uczciwe traktowanie narodowości węgierskiej.

3. Pokój paryski po II wojnie światowej zabetonował granice, komunizm zaś temat Trianonu zamiótł pod dywan. Tak naprawdę dopiero w ostatnich trzydziestu latach przepracowanie bolesnej spuścizny Trianonu znalazło się w polu widzenia polityki. Ponieważ granice pozostały niezmienione, w grę wchodziły dwie możliwości: wydostać się z izolacji i uczynić wszystko, by poprawić sytuację węgierskich mniejszości narodowych zamieszkujących sąsiednie państwa. Cel ten ma swoje uzasadnienie z jednej strony w tym, że po 100 latach państwa, do których wcielono węgierskie ziemie, wciąż są jeszcze w stosunku do nas podejrzliwe (wyrzuty sumienia?), z drugiej strony żyjącym tam Węgrom w dalszym ciągu nie przyznają oczekiwanych praw mniejszości narodowych. Rząd obywatelski dał na to stosowną, realną odpowiedź, ale najwyraźniej irytuje ona liberalne NGO, które J. Celichowski reprezentuje.

Na czym polega proponowane przez rząd rozwiązanie syndromu Trianon i czego on dokonał?

1. Przyznał obywatelstwo węgierskie wszystkim Węgrom żyjącym poza granicami państwa węgierskiego i ogłosił ideę narodowej spójności ponad granicami.

2. Zrozumiał zamieszkujące na terenie Węgier narodowości i hojnie je wspiera, np. współfinansując PW; miejmy nadzieję, że kiedyś także sąsiedzi pójdą w nasze ślady.

3. Wyrwał się ze „stu lat samotności”. A to oznacza, że wypracował dobre stosunki ze Słowacją (V4) i Serbią, wbrew temu, że ta pierwsza wciąż jeszcze nie anulowała dekretów Benesza zbiorowo oskarżających tamtejszą ludność węgierską za zbrodnie wojenne, a ta ostatnia nie przeprosiła za krwawe represje Węgrów w latach 1944-1945. Niestety, nie udało się to ze wszystkimi sąsiadami. Jeśli chodzi o Rumunię, sytuacja jest wciąż zła, ponieważ według ich konstytucji tworzą oni państwo jednorodne narodowościowo. Na tej podstawie zlikwidowali półmilionową narodowość saską i gnębią Węgrów. Także na Ukrainie sytuacja z powodu znanej ustawy o języku ukraińskim nie wygląda lepiej.

Na drodze do spektakularnego pojednania lub – którego domaga się Jerzy Celichowski – wzajemnego zrozumienia narodów stoi wiele przeszkód, np. odmienna interpretacja (fałszowanie) faktów historycznych, ale nade wszystko panująca w tych państwach wrogość względem Węgrów. Same Węgry nie są w stanie tego dokonać, więc daremne są żądania Autora. Swoją drogą to nie narody zasiadają do stołów konferencyjnych, tylko politycy, ale tego, czego oni dokonali, Autor nie chce uznać. Stąd wnioskuję, że sprawę pojednania chciałby powierzyć (liberalnym) NGO. Tak jakby polsko-niemieckie pojednanie, które głównie mówiło o odszkodowaniach dla wysiedlonych, nie zostało osiągnięte przez polityków.

Godnym pożałowania jest też to, że PW opublikowała ten artykuł bez żadnego komentarza, co jest sprzeczne z dotychczasowym duchem gazety i w żadnym wypadku nie służy przyjaźni naszych narodów. Całe szczęście, że artykuł nie został przetłumaczony na język węgierski.

Szabó László

***

Wdzięczny jestem László Szabó za reakcję na mój tekst pt. Zrozumieć Trianon zamieszczonego w czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej. Z zainteresowaniem przeczytałem to co napisał odnośnie przezwyciężania syndromu Trianonu przez obecny rząd. Nie mogę jednak zgodzić się z szeregiem jego innych uwag.

1. Nie jestem ekspertem od Trianonu czyli historykiem ale, na ile rozumiem, nie jest nim László Szabó ani też Konrad Sutarski, autor równoległego tekstu zamieszczonego w Polonii Węgierskiej. Interesuję się tematem, w artykule zamieściłem moje opinie, do których, podobnie jak i László Szabó – oraz Konrad Sutarski, mam prawo.

2. Nie słyszałem nigdy o historykach uważających, że odpowiedzialni za Trianon powinni trafić na ławę oskarżonych w procesach norymberskich. Ciekaw jestem kim są i jakich argumentów używają. Pisząc o nich László Szabó, niechcący zapewne, potwierdził tezę, że dla wielu Węgrów Trianon był największą tragedią w historii ich kraju. Tragedią, dla której osądzenia odpowiedni byłby trybunał w Norymberdze, gdzie, przypomnijmy, sądzono zbrodniarzy odpowiedzialnych za wywołanie drugiej wojny światowej i śmierć milionów ludzi.

3. „Mindent vissza” było oficjalną linią propagandy przed wojną, można się o tym przekonać choćby w muzeum Trianonu w Várpalota. Nie znam żadnej deklaracji ówczesnego rządu węgierskiego rezygnującej z niektórych utraconych wcześniej terytoriów. Warto dodać, że obecny rząd nie nawołuje do zmian granic.

4. Przywołanie liberalnych NGO, które mam rzekomo reprezentować, jest argumentem ad personam, który nie może zastąpić argumentów merytorycznych. Podobnie nadużyciem jest przypisywanie mi poglądu, że ewentualnie pojednanie pomiędzy Węgrami a sąsiadami powinno być realizowane przez liberalne NGO – tego po prostu nie napisałem.

5. Uwaga „całe szczęście, że tekstu nie przetłumaczono na węgierski” ilustruje mój argument o niechęci Węgrów do dyskusji o Trianonie wykraczającej poza kanon ustalony jeszcze przed wojną. Jednocześnie zarazem, sam list László Szabó pokazuje, że może to jednak możliwe.

Z poważaniem,

Jerzy Celichowski

Naszywki z kształtem Wielkich Węgier, źródło: kezimunkahaz.hu

Via Carpatia

Jakiś czas temu napisałem omówienie tej książki dla Polonii Węgierskiej. Mimo, że mówiłem o niej kiedyś w podcaście, przyszło mi do głowy, że może warto je też tutaj, for the record, zamieścić.

Via Carpatia

Nie wiem, co takiego Węgry mają w sobie, że przyciągają – często niezłych – pisarzy, by pisali o tym kraju. I tak w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat ukazało się w Polsce co najmniej pięć książek o współczesnych Węgrzech: trylogia Krzysztofa Vargi Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą oraz Langosz w jurcie, napisana przez Igora Janke biografia Viktora Orbána pt. Napastnik oraz Via Carpatia Ziemowita Szczerka. Wszystkie one, w taki czy inny sposób, opowiadają o Węgrzech polskim czytelnikom.

Książka Szczerka, którą chcę przybliżyć w tym artykule, traktuje zresztą nie tylko o Węgrzech, to zapis podróży po Węgrzech i Basenie Karpackim autora. Czuje się w niej wpływ kwitnącego w Polsce reportażu literackiego. Tak na przykład opisuje autor Arad:

W pogranicznym Aradzie było nadal węgiersko, ale jakoś inaczej. Plac przed dworcem wyglądał, jakby jakiż tajfun zdarł cały asfalt i porył klepisko bruzdami. Zaparkowane samochody nie stały w równym szyku, tylko jeden wyżej, drugi niżej. (…) Płaskorzeźbie lwa sterczącej z frontonu rozkładającej się w upale kamienicy ktoś dosprejował psychodeliczne jaskrawozielone oczy. Na ławce w centrum miasta przysiadł starszy mężczyzna w czapce mimo upału naciągniętej na czubek głowy. Zdjął buty i wyciągnął przed siebie bose stopy. Zaczęły je obdziobywać gołębie. Zaczynałem podejrzewać, że jestem w jakiejś innej, dziwnej rzeczywistości.

Nie jest to jednak zwykły dziennik podróżnika. Szczerka interesuje przede wszystkim polityka oraz jej kulturowe korzenie. Nie udaje przy tym obiektywności. Pisze o sobie: Jestem wampirem chłepcącym nacjonalistyczne pieśni jak krew z alkoholem i faktycznie widać, że najbardziej fascynują go wszystkie przejawy nacjonalizmu, resentymentów narodowych, pojawiający się między wierszami rewizjonizm, wspomniany nemzeti rock, czy też dziwaczne teorie jak ta, w myśl której Jezus był w zasadzie Węgrem. Potrafi pozwolić sobie na małe złośliwości, na przykład, kiedy pisze właśnie o narodowym rocku: Zamykałem oczy i zastanawiałem się, jak musi wyglądać życie muzyków Kárpátii. Święta Korona, Trianon, męka uciśnionych Węgrów od rana do wieczora, od porannej jajecznicy, przy cały boży dzień, po kolację, piwo, pewnie jakiś dramatyczny film historyczny o cierpieniu Transylwanii, i do łóżka. I od rana to samo.

Te fascynacje prowadzą go w okolice zwykle omijane przez turystów. Zagląda do takich miejsc jak: Felcsút, Oroszlány, Várpalota, Ózd, osławione osiedle Luník IX w Koszycach, Oradea, Timisoara, Targu Mures, Chust, Mukaczewo, Czop, Subotica oraz Nowy Sad, choć w książce pojawiają się również Gruzja, Macedonia, a także Austria – cały nasz region. Ogląda te miejsca, opisuje, relacjonuje rozmowy z napotkanymi ludźmi oraz mniej lub bardziej prominentnymi politykami.

A krąg jego rozmówców jest szeroki. Jest tam mechanik samochodowy z Oroszlány, napotkany przypadkowo w barze w Satu Mare Węgier, zatrudniona przy robotach publicznych Romka w Ózd, liberalny blogger z Budapesztu, ale też Zsolt Németh, polityk Fideszu z górnej półki, Dávid Janicsák, jobbikowski burmistrz Ózdu, zresztą częściowo polskiego pochodzenia, albo autor krytycznej analizy rządów Orbána pt. Państwo mafijne Bálint Magyar.

Często wychodzi poza reportaż i – niejednokrotnie barwnym językiem – tłumaczy węgierską rzeczywistość. Fideszowskie Węgry nie są już zwinnym tygrysem – raczej leniwym, przejedzonym, cynicznym i kombinującym Garfieldem – tak opisuje na przykład konsolidację wiodącej partii w państwie.

Szczerek jest liberałem. Krytycznie zapatruje się na politykę Orbána. Jednocześnie jednak nie unika rozmówców reprezentujących obce mu poglądy, wysłuchuje ich – relacjonuje ich słowa, bywa, że przyzna im rację, wykazuje empatię, nie stroniąc jednak przy tym od dyskusji. W rozmowie ze znanym ze skrajnie prawicowych poglądów Janicsákiem na wysoce drażliwy temat Romów, na jego argument, że zagraniczna prasa krytykuje go za to, jak z nimi postępuję, ale oprócz napiętnowania nie podaje pomysłów na rozwiązanie problemu, odpowiada: To akurat prawda. Gdy Romowie wyjeżdżają z Węgier, Rumunii czy Słowacji na Zachód, tamtejsze władze nie zastanawiają się zbytnio nad tym, co robić, tylko deportują ich ciupasem na Wschód. Pomysłów zbyt wielu nie ma. Po czym jednak, zwracając się do Janicsáka, zaraz dodaje: A jaki macie wy?

Nieraz krytykuje pozycje bliskich mu ideowo osób. Często po prostu zdaje sprawozdanie z rozmowy, nie zajmując stanowiska wobec tego, co słyszy. Czuje się, że to brat-łata, który dogada się z każdym – osiedlowym „gopnikiem”, facetem spotkanym na stacji kolejowej, czy też wielkomiejskim blogerem – nawet, jeśli nie całkiem zna ich język. W jednym przypadku rozmowę przeprowadza za pomocą tłumacza Google. Szczerek śpi w tanich pensjonatach, je na stacjach benzynowych, spotyka się ludźmi w kiepskich barach. Węgry i Europę wschodnią zna od dołu, obca mu jest perspektywa luksusowego hotelu położonego w śródmieściu stolicy.

We wszystkim tym Szczerek szuka duszy węgierskiej. Próbuje ją opisać i zrozumieć, zauważyć, jak przejawia się w decyzjach codziennej polityki.

Tym, co dostrzega przede wszystkim, jest resentyment narodowy. Poczucie poniżenia, od Trianonu aż po członkostwo w Unii Europejskiej, a także będące reakcją na nie „wstawanie z kolan”. Pokazuje, że nie są one ani węgierską, ani polską specjalnością, a raczej bardziej uniwersalnym przejawem napięcia między peryferiami – Europą Wschodnią a centrum – Europą Zachodnią. Z tą ostatnią, pomimo rozszerzenia na wschód, do dziś w dużej mierze utożsamiana jest Unia Europejska.

Ten resentyment – to „wstawanie z kolan” – łączy kraje regionu. Węgry nie są więc tak unikalne, jak często Węgrzy o swoim kraju myślą.

Mimo tych podobieństw poczucie – prawdziwego czy wyimaginowanego – poniżenia nie zawsze jest wynikiem relacji z Zachodem. Nieraz za ból jednego kraju winiony jest inny kraj również akurat „powstający z kolan”. Podzielany resentyment nie wystarczy więc do budowania wspólnoty.

Jeśli coś daje nadzieję, to tytuł książki. Autostrada Via Carpatia, prowadząca przez Litwę, Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Grecję, to inicjatywa krajów Europy Wschodniej, łączy je. Czy pomoże budować więzi między nimi? Czy to, że współfinansuje ją Unia Europejska pomoże przezwyciężyć wschodnioeuropejskie poczucie krzywdy?

To pytania, na które każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. Jeśli ktoś wyda książkę po węgiersku, to zastanowić się nad nimi będą mogli także tutejsi czytelnicy.

Radio Polonia Węgierska 37 / cała prawda o „znajomych”

Nie zrozumiesz Węgrów dopóki nie zrozumiesz czym jest tutaj znajomy. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu (21:20). Pełen program tu, moja gadka poniżej.

– Powitanie
– Serwis przyg. Robert Rajczyk
– Autorski przegląd polskiej prasy przyg. Robert Rajczyk
– Jeż Węgierski w eterze przyg. Jerzy Celichowski
– Urywki historii przyg. Maciej Jasiński
– Pożegnanie

Czasami wydaje mi się, że drugim słowem po słowie „mama”, którego się uczą węgierskie dzieci jest słowo „znajomy”.

Kto mieszka czy mieszkał na Węgrzech wie, że w sytuacji gdy potrzeba hydraulika, lekarza, mechanika samochodowego i tak dalej, pierwszą rzeczą, o którą Węgier spyta jest: czy znasz kogoś? Nie jest to pytanie: czy możesz kogoś polecić? ale właśnie: czy znasz kogoś?

Różnica z pozoru niewielka ale jednak istotna. Tu nie chodzi o wybór najlepszego, sprawdzonego i wartego rekomendacji fachowca czy też informację o sposobie rozwiązania problemu ale pytanie o to, czy w danej sytuacji istnieje możliwość powołania się na nieformalny kontakt. Tak jakby to, że się kogoś zna liczyło się bardziej niż to jak dana instytucja powinna normalnie działać. Tak jakby formalne reguły funcjonowania instytucji, społeczeństwa, państwa nie miały tu żadnego znaczenia.

Ten kult znajomości, ich paniczne poszukiwanie w sytuacji potrzeby, pokazuje jak niskie jest poziom zaufania społecznego na Węgrzech. Obcemu nie można zaufać, dlatego potrzeba znajomego. Jeśli zwrócić się do danego fachowca bez powołania się na znajomości nie można liczyć na to, że sumiennie wykonana zlecone mu zadanie, nawet jeśli wchodzi to w zakres jego obowiązków.

Ciekawe, że w zasadzie nie liczy się na ile dobry jest dany hydraulik, lekarz czy też mechanik samochodowy bo nie tego tyczy się pytanie tylko czy się go zna. I to nie koniecznie osobiście, wystarczy, że sąsiadka ma kuzynkę, której brat chodził do postawówki z danym hydraulikiem, lekarzem czy też mechanikiem samochodowym, to już jest znajomy.

Zważywszy na to, że każdy hydraulik, lekarz czy też mechanik samochodowy, zarówno ten dobry jak i kiepski, ma podobną ilość znajomych, widać, że samo kryterium bycia znajomym nie stanowi koniecznie gwarancji jakości poszukiwanej usługi.

Kult znajomości jest oznaką strachu. Bez kokonu znajomych chroniących przed światem, który przeraża, nie ma jak żyć. Nie wiem kiedy to mogło by się zmienić, póki co więc zapamiętajmy to słowo: znajomy to po węgiersku ismerős.

Stary, nie znasz może jakiegoś mechanika samochodowego? źródło: Fortepan / Piarista Levéltár/Holl Béla
O tak, sąsiadka ma kuzynkę, której brat chodził do postawówki z chłopakiem, który jest teraz mechanikiem samochodowym, źródło: Fortepan / Szűcs Lóránd

Radio Polonia Węgierska 34/ kiedy pijane nastolatki śpiewają hymn

W ostatnim podcaście opowiadam o węgierskim zwyczaju śpiewania hymnu w czasie zabawy sylwestrowej (26:45). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

1. Powitanie
2. Serwis informayjny
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Opowiadała mi znajoma jak jeszcze na etapie narzeczeństwa pojechali z ukochanym na Sylwestra do Paryża. Tam w trakcie zabawy okazało się, że niedaleko od nich przy stoliku siedzą Węgrzy. Kiedy wybiła północ wstali i zaczęli śpiewać jakąś smutną piosenkę. O jejku, czy ktoś umarł? pytała.

Oczywiście nie. Śpiewali oni po prostu węgierski hymn.

To zwyczaj, który nie przestaje mnie fascynować. Węgrzy w trakcie zabawy sylwestrowej o północy albo słuchają hymnu albo go śpiewają. I to nie tylko na jakiś oficjalnych przyjęciach ale także na szalonych domówkach nastolatków czy też w wiejskich kocsmach. Śpiewanie hymnu jest szeroko przyjęte.

Sylwestrowi wykonawcy hymnu, źródło: fortepan ofiarodawca Gyula Nagy

Kto słyszał kiedyś węgierski hymn wie, że ma melancholijną, bardzo piękną zresztą, melodię. Mniej znany jest tekst hymnu autorstwa Ferenca Kölcseya, który napisał go w 1823. Oto jego pierwsza zwrotka (jest ich osiem) w wolnym tłumaczeniu:

Boże pobłogosław Węgrów
I obdarz swymi łaskami
Wspomóż ich swą prawicą
Gdy walczą z wrogami

Dawno już ich dręczy los
Daj im rok szczęśliwy
Odpokutował już lud
Swe przeszłe i przyszłe winy

Niesamowite jest nasycenie fatalizmem w tekście. Przebija poczucie klęski i bezsilności, jeden Bóg może pomóc, ponieważ zresztą to on sam te wszystkie nieszczęście zsyła jako karę za grzechy. Jedyne, co można zrobić to starać się go przebłagać.

Ciekawe, oficjalnie za hymn państwa został przyjęty dopiero w 1903 roku, ponad 30 lat po uzyskaniu statusu narodu współtworzącego monarchię, kiedy Węgry były niemal u szczytu swej potęgi. Kraj był wówczas parę lat po millenium państwowości obchodzonego z wielką pompą, akurat zbudowano parlament, gospodarka rozwijała się, kwitły kawiarnie budapeszteńskie. Czemu wybór padł akurat na taki tekst? No i czemu stał się on częścią obchodów Sylwestra? Chciałbym znać odpowiedzi na te pytania.