Węgrów Ukraina mało obchodzi

Z przeprowadzonego w czerwcu i lipcu badania opinii publicznej [HU] w Bułgarii, Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji i na Węgrzech wyłania się obraz obojętności wobec wojny w Ukrainie i braku sympatii wobec Ukraińców na Węgrzech w porównaniu do pozostałych krajów objętych badaniem.

Tutaj 36% respondentów – najwięcej w całym regionie – uważa, że Ukraina powinna się poddać (w Polsce jest to 8%).

Podobnie w całym regionie to na Węgrzech najmniej ludzi rozmawia o wojnie – 85% wobec 95% w Polsce.

Najmniej jest też popierających opinię, że Zachód powinien więcej zrobić dla poparcia Ukrainy – 21% wobec 69% w Polsce.

W odniesieniu do wszystkich tych pytań Węgry i Polska zajmują pozycje na dwóch krańcach skali. Widać, że oba kraje różni nie tylko polityka rządów ale i poglądy społeczeństw.

Tyle, że na Węgrzech, moim zdaniem, te poglądy w dużej mierze kształtuje propaganda rządowa.

Graffiti w wykonaniu anonimowego twórcy, któremu wojna w Ukrainie nie jest chyba obojętna.

Reklama

Radio Polonia Węgierska 82 / Kapuś

Ten serial przemknął się przez HBO Max jak meteor a mimo wszystko na wielu Węgrach zrobił duże wrażenie. Besugó czyli Kapuś powinien być ciekawy nie tylko dla Węgrów, o tym opowiadam w kolejnym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (22:30).

Co istnieje coś, co może bardziej kręcić Węgrów niż Batman? Okazało się, że tak. Kiedy w kwietniu w ofercie HBO Max równolegle z Batmanem właśnie pokazano węgierski ośmioodcinkowy serial pt. Besugó czyli Kapuś, on właśnie okazał się być bardziej popularny od Batmana.

Jest rok 1985. Na studia do Budapesztu przyjeżdza z prowincji Gergő. Jeszcze w pociągu zostaje on szantażem zmuszony do współpracy z węgierską ubecją. Ma rozpracować działającą wśród studentów opozycyjną grupę kierowaną przez charyzmatycznego Zsolta Szavę.

Gergő podejmuje grę niekiedy wyciągając dla siebie korzyści z układu, w którym się znalazł. Donosi na kolegów, coraz bardziej zdobywa zaufanie opozycjonistów, a przy tym doskonali się w sztuce manipulowania wszystkimi w swoim otoczeniu, włączając w to swojego oficera prowadzącego.

Serial w niemal fotograficzny odtworzył świat lat osiemdziesiątych. Tytułowy klip z muzyką undergroundowej kapeli Európa Kiadó mistrzowsko łączy oficjalne i nieoficjalne obrazy z tego okresu. Bardzo przekonująco przedstawione jest kilka postaci, na przykład mały cwaniak zajmujący się wszelkimi geszeftami czy młodzieżowy działacz komunistyczny.

Gorzej poszło natomiast z odtworzeniem historycznych realiów, co ściągnęło na serial wiele krytyki. Podnoszono, że inaczej wyglądała ówczesna opozycja, że przedstawiony w filmie szantaż w życiu nigdy by nie miał miejsca, że nie oddano w nim wszechobecnego strachu.

Tak czy inaczej, serial zahipnotyzował Węgry. Pewną rolę odegrała w tym na pewno nostalgia za latami osiemdziesiątymi, które, jak wspomniałem, są w warstwie wizualnej odtworzone nadzwyczaj wiernie.

Sądzę jednak, że ważniejsze było podjęcie tematu współpracy z bezpieką. Ten temat to na Węgrzech w zasadzie tabu. Mimo upływu tylu lat od upadku komunizmu, do dziś dostęp do archiwów jest ograniczony. Społeczeństwo nie zmierzyło się z tą kwestią. A, jak się wydaje, jest do tego gotowe.

Serial był dostępny zaledwie przez parę miesięcy bo już pod koniec czerwca usunięto go z oferty HBO Maxa powołując się na względy oszczędnościowe. Trudne to zrozumiałe zważywszy na jego popularność. Może zadbali o to nieujawnieni agenci z tamtych czasów?

Tytułowy klip
Mocskos idők czyli Parszywe czasy

Radio Polonia Węgierska 80 / Morze słowiańszczyzny

Morze słowiańszczyzny oblewa Węgry. O tym mówię w najnowszym odcinku wznowionego właśnie podcastu (33:11).

Panslawizm ma się świetnie na Węgrzech.

Ot, nie tak dawny przykład: pochodząca z marca wypowiedź Viktora Orbána na temat wojny w Ukrainie: „Nigdy nie uczestniczyliśmy w sporze z ilu państw ma się składać morze słowiańszczyzny, i w przyszłości nie zamierzamy tego robić”.

Słowiańskie morze: to nie wymysł premiera ale funkcjonujące wśród wielu Węgrów pojęcie. Dla nich słowiańszczyzna to rzecz obca, zagrożenie. Nie raz można usłyszeć, że Węgry są „wyspą na morzu słowiańszczyzny”. Pominąwszy już ciekawą kwestię słowiańskiego charakteru Austriaków czy też Rumunów, obraz ten wyraźnie pokazuje poczucie otoczenia.

Dla mnie, jak pewnie i dla przeważającej większości Polaków, słowiańskość co cecha języka. Określam się jako Polak, Europejczyk, poznaniak, budapeszteńczyk ale słowianin? Zdecydowanie nie!

Dla wielu Węgrów natomiast słowiańszczyzna to niemal narodowość. Słowianie są podobni do siebie, tworzą jedną wspólnotę, różnice między nimi są pomijalne. Dużo chętniej odwołują się do pojęcia słowiańszczyzny niż Polacy (czy też zapewne inni słowianie).

Na przykład, pamiętam jak kiedyś widziałem billboard reklamujący koncert hasłem „Bartók i słownianie”. W programie, poza Bartókiem, Borodin, Czajkowski, Dvořák, Janáček, Glinka, Musorgski, Prokofiew, Rachmaninow, Rimski-Korsakow, Smetana, Szostakowicz i Strawiński, czyli kompozytorzy czescy i rosyjscy. Nie jestem w stanie powiedzieć czy akurat kryterium lingwistyczne najlepiej nadaje się klasyfikowania tej grupy kompozytorów, było nie było, niewerbalnej muzyki, organizator koncertu takich rozterek nie miał.

Tak więc muzułmanin z Bośni, czeski ateista, katolik z Polski, posługujący się cyrylicą prawosławny Rosjanin czy też Ukrainiec to wszystko jeden pies. Panslawizm, który w krajach słowiańskich traktowany jest raczej jako eksponat z muzeum idei, na Węgrzech nadal żyje.

Bartók + Słowanie czyli Węgrzy i reszta (ich otaczającego) świata

Radio Polonia Węgierska 78 / Puliszka

Puliszka albo polenta czy też kasza kukurydziana zaintrygowała mnie na tyle, że to o niej opowiadam w najnowszym odcinka podcastu Radio Polonia Węgierska (19:40). To więcej jak tylko danie kuchni węgierskiej, posłuchajcie!

Zaprosiliśmy kiedyś parę znajomych na obiad. Przychodzą, siadają, mówię co przygotowałem: jakaś tam zupa (już nie pamiętam), smażony kurczak i polenta. Widzę, że znajoma zamarła. Puliszkę – tak się polenta po węgiersku nazywa – jedliśmy kiedy nie było już niczego innego do jedzenia, tłumaczy.

Trochę czasu mi zajęło zrozumienia co się stało. Znajomi są dobrze sytuowani ale koleżanka pochodzi z biednej rodziny. Kiedy była dzieckiem bywało, że brakowało pieniędzy na jedzenie, wtedy właśnie jedli puliszkę.

Puliszka na Węgrzech ma dwa skojarzenia. Jedno to to, że jest to potrawa siedmiogrodzka. A drugie, że to pokarm biedoty. Jedzenie jej nosi więc na sobie stygmat. Te dwie rzeczy przy tym się nie wykluczają.

Puliszka ma też inne nazwy: kukoricagánica, kukoricamálé, ganca. Po rumuńsku to mămăligă, co dla ucha polskiego brzmi znajomo.

Danie przyrządza się z kaszy kukurydzianej, którą gotuje się na wodzie albo na mleku. Można dodać do niej ser – klasycznie jest to bryndza ale może być też jakikolwiek inny ser. Można dodać śmietanę czy masło, gotową kaszę można zapiekać ze skwarkami. Przyrządzać ja można na miękko lub na twardo.

Dawno temu puliszkę przyrządzano z mąki gryczanej. Pod koniec XVII wieku zastąpiła ją właśnie kukurydza.

Biedota jadała – albo też jada – puliszkę gotowaną na wodzie samą w sobie. W zamożniejszych domach towarzyszy ona zwykle gulaszowi czy też gołąbkom.

Puliszka to klasyka kuchni siedmiogrodzkiej. W dowolnej książce dziejącej się w Siedmiogrodzie na co drugiej stronie ktoś ją je. Co ciekawe, mimo, że dla Węgrów wszystko co siedmiogrodzkie jest zwykle turbowęgierskie to jednak na samych Węgrzech puliszkę je się rzadko.

Może dlatego właśnie, że tutaj to danie kojarzy się raczej z ubóstwem. A wielu pewnie woli odpuścić sobie tę pyszną potrawę niż ryzykować, że ktoś pomyśli o nich z pogardą: biedota.

Bohaterka podcastu: puliszka, źródło: twice.hu

Radio Polonia Węgierska 71 / węgierska gorączka sobotniej nocy na ludowo

W najnowszym, 71 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska opowiadam o szaleństwie tańców ludowych, które pojawiło się na Węgrzech w latach 70-tych i którego można doświadczyć i dziś (19:10).

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Przegląd prasy polskiej
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Autorzy: J.Celichowski, R.Rajczyk, P.Piętka

Niedaleko miejsca gdzie mieszkam mieści się niewielki klub o nazwie HellóAnyu! czyli Cześć mamuśka! To miejsce dla matek z małymi dziećmi, które mogą tam spędzić czas w towarzystwie innych mam i ich maluchów. Małe stoliki i krzesła definiują charakter miejsca. Podawane są tam też obiady, na które może wstąpić każdy. Miejsce prowadzi ekologiczna fundacja.

W niektóre wieczory w ciągu tygodnia HellóAnyu! zmienia się w miejsce dla potańcówek. Pojawia się trzech muzyków – na moje niefachowe oko grają oni na skrzypcach, altówce i basie – a kilka czy też kilkanaście zebranych osób, zwykle w średnim wieku, tańczy tańce ludowe. Ta impreza to táncház czyli dom tańca.

Historia táncházów sięga wczesnych lat 70-tych. Wydarzeniem, które można uznać za ich początek był táncház, który zorganizowano na placu przed Akademią Muzyczną 6 maja 1972 roku. Zagrało trzech muzyków, zatańczyli tancerze z zespołu ludowego Bihari. Nowością było to, że zamiast precyzyjnie wypracowanej monumentalnej choreografii wykonanej przez dużą grupę tancerzy do muzyki z partytury zagranej przez zespół rozmiarach orkiestry symfonicznej – tak wyglądała wówczas muzyka ludowa, zostawiono miejsce dla improwizacji.

Wydarzenie było ogromnym sukcesem. Zaczęto organizować kolejne táncházy – i pojawił się pierwszy spór: czy organizować wydarzenia tylko dla profesjonalnych tancerzy czy też umożliwić tańczenie także totalnym amatorom – ludziom z ulicy? Historia przyznała rację zwolennikom drugiego podejścia.

Ruch táncházów stał się ruchem masowym. Co chwila organizowano kolejną potańcówkę, jeden po drugim powstawały zespoły grające muzykę ludową, pojawiły się płyty, znacząco wzrosło zainteresowanie muzyką ludową wśród badaczy i działaczy kultury, zaczęto organizować obozy dla miłośników tańców ludowych. W 1982 roku zorganizowano pierwsze krajowe spotkanie táncházów. Co ciekawe, táncházy ogromną popularność zdobyły w miastach mimo, że kultura ludowa na Węgrzech to kultura chłopska. Dla wielu młodych ludzi weekendowa potańcówka ludowa stała się ulubioną formą rozrywki.

Mimo, że węgierski w swoim rdzeniu, ruch szybko wykroczył poza czysto węgierską kulturę. Z jednej strony od samego początku otwarty był na muzykę mniejszości mieszkających na Węgrzech, z drugiej szybko pojawiło się zainteresowanie węgierską kulturą ludową spoza terenu Węgier. W pierwszym rzędzie mowa tu o Siedmiogrodzie, gdzie, z powodu zacofania ówczesnej Rumunii, kultura ludowa zachowała się dłużej niż na Węgrzech. Kiedy tylko było to możliwe jeżdżono tam by potańczyć sobie z miejscowymi, przywożono płyty, ściągano tamtejsze melodie.

Táncházy zaczęły pojawiać się poza granicami kraju, poza wspomnianym Siedmiogrodem także i w innych częściach świata, w tym w obu Amerykach i w Azji, przyciągając uczestników, którzy z racji pochodzenia z kulturą węgierską nie mieli nic wspólnego.

Po upadku socjalizmu kultura ludowa, będąca paliwem táncházów, stała się częścią mainstreamu. Zaczęto ją nauczać w szkołach, powstały instytucje poświęcone jej promowaniu. W 2011 UNESCO wpisało táncház, jako metodę propagowania tańców ludowych, na listę niematerialnego dziedzictwa kulturalnego.

Dziś táncházy okres swojej świetności mają poza sobą. Uczniowie w szkołach, dla których nauka tańców ludowych jest obowiązkowa, kręcą na nią nosem. Uczestnicy wieczorków z HallóAnyu! pokazują, że tradycja jest jednak jeszcze żywa.

Seklerscy tancerze – idole młodzieży, źródło: Abkarovits Endre – Négyvenéves a magyarországi táncmozgalom
Nie wszystkie táncházy bywają takie duże, źródło: wikipedia
HellóAnyu!

ślub gejowski

Tak się złożyło, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy brałem udział w dwóch ceremoniach ślubnych. Obie świeckie, obie zorganizowane poza urzędem. Obie zaskakująco podobne, jeśli zważyć, że pierwsza z nich połączyła parę heteroseksualną, a druga dwóch mężczyzn.

Technicznie rzecz biorąc były to akt zawarcia związku małżeńskiego oraz akt zawarcia zarejestrowanego związku partnerskiego (bejegyzett élettársi kapcsolat). Związki partnerskie, między osobami tej samej płci, można zawierać na Węgrzech od 1 lipca 2009 roku. Warto podkreślić, że chodzi tu o co innego niż związki partnerskie, które można potwierdzić u notariusza, i które dają szereg praw swoim członkom, zarówno tej samej jak i różnej płci.

Zarejestrowane związki partnerskie to de facto związki małżeńskie – o ile ustawa nie określa tego inaczej stosować do nich należy regulacje dotyczące małżeństw – istnieje jednak parę istotnych różnic (szczegółowe omówienie tu [HU]) .

W zarejestrowanych związkach partnerskich nie można przyjąć nazwiska partnera czy też partnerki. Możliwe jest to jedynie poprzez procedurę zmiany nazwiska niezależną o samego aktu zawarcia związku partnerskiego.

Nie można wspólnie adoptować dzieci ani też adoptować dzieci partnera/partnerki. Co istotne, każdy z członków związku może jednak adoptować oddzielnie dziecko.

W przypadku lesbijek nie mają one dostępu do państwowego programu zapłodnień in vitro. Gdy jednak jedna z nich urodzi dziecko, jej partnerka ma te same prawa co macocha, podobnie jest w przypadku gejów gdy jeden z nich zostanie ojcem. Co oczywiste, nie ma domniemania ojcostwa.

Zarejestrowany związek partnerski można rozwiązać nie tyle na drodze sądowej (rozwód) ale w niektórych przypadkach także przed notariuszem.

Dużo więcej jest identycznych rozwiązań. Do nich należą wspólnota majątkowa, obowiązek utrzymania partnera/partnerki, dziedziczenie majątku, wdowia emerytura, możliwość odmowy zeznań w sprawie, w która dotyczy partnera/partnerki, dostęp do informacji medycznej, konflikt interesów, łączenia rodzin, itd.

Identyczny jest też sposób zawierania małżeństwa oraz zarejestrowanego związku partnerskiego. Ma on miejsce przed urzędnikiem stanu cywilnego i tego właśnie miałem okazję doświadczyć. I tu i tu uczestnicy musieli złożyć deklarację stanu wolnego, i tu i tu związek, małżeński czy też partnerski, zawarto przy użyciu niemal identycznej formuły – różnica dotyczyła wyłącznie nazwy związku. Urzędniczka, bo w obu wypadkach była to kobieta, wygłaszała te same formuły prawne, byli świadkowie, podpisywanie aktu, podobne było nawet imitujące kazanie w kościele przemówienia urzędniczki z obowiązkowymi cytatami z literatury. Obrączki, choć opcjonalne, pojawiły się w obu przypadkach. Podobnie opcjonalny był pocałunek wstępujących w związek, choć przyznać muszę, że w przypadku naszych przyjaciół gejów, chyba stremowanych sytuacją, był on dość nieśmiały.

Różnica, jeśli jakaś, była w zachowaniu uczestników. Zwyczajowo powściągliwe w przypadku ślubu heteroseksualnego, w przypadku ślubu gejowskiego było bardziej żywiołowe. Może dlatego, że wśród zebranych sporo było gejów i lesbijek, dla których sam fakt publicznej ceremonii był powodem do dodatkowej radości zwłaszcza w kontekście niedawno rozpoczętej przez rząd kampanii skierowanej przeciwko wspólnocie LGBTQ+ (pisałem o tym nieco tu i tu).

Dlatego też sama uroczystość była dla mnie tak dziwna. Z jednej strony oficjalna propaganda skierowana przeciwko homoseksualistom, z drugiej tak funkcjonujące związki partnerskie. Choć jeśli spojrzeć na datę ich wprowadzenia to widać, że stało to jeszcze przed przejęciem władzy przez Fidesz. Nie oczekiwałbym rozszerzenia łączących się z nimi uprawnień póki Fidesz pozostaje u władzy, jeśli już to jestem w stanie sobie wyobrazić, że kiedyś ta partia zdecyduje się je ograniczyć lub wręcz zlikwidować.

Urzędowy stół, tak samo wygląda w każdym przypadku
Panowie młodzi
Panowie młodzi ze świadkami

Radio Polonia Węgierska 63 / pokojowy tłum na fajerwerkach

Węgrzy potrafią zebrać się w wielkim tłumie i zachowywać się całkiem spokojnie, co dla mnie jest niesamowite. Opowiadam o tym w 63 odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (29:30).

Właśnie odbyły się w Budapeszcie fajerwerki. Według policji obejrzało je na żywo siedemset tysięcy ludzi, żadnych incydentów nie było. Takie wiadomości nie przestają mnie zdumiewać. Siedemset tysięcy ludzi i nic?

Kto choć raz oglądał fajerwerki to wie jak to jest. Tłum ludzi, niektórzy z własnymi krzesełkami zajmujący miejsca na wiele godzin przed ich rozpoczęciem by tylko mieć dobry widok. Domówki organizowane w mieszkaniach z widokiem na Dunaj, na które wpraszają się bliźsi i dalsi znajomi. Pokoje wynajmowane w naddunajskich hotelach na ten właśnie wieczór. Specjalne rejsy statkiem po Dunaju, podobno także loty samolotem nad miastem. Ale przede wszystkim ogromny tłum na nabrzeżach rzeki.

Pamiętam jak kiedyś braliśmy udział w fajewerkowej domówce organizowanej przez kolegę Australijczyka. Był zdumiony: jakże to, tylu ludzi i żaden nie rzuci butelki od piwa w powietrze, czy też nie zrobi czegoś podobnego? W Australii, zresztą nie tylko tam, to niemal gwarantowane, od razu zaczęłaby się od tego bijatyka.

Nie na Węgrzech. Tutaj samo zebranie się tłumu, no poza demonstracjami skrajnej prawicy czy też meczami piłkarskimi, nie wyzwala agresji. Na fajerwerkach byłem też w roku 2006, kiedy skrajne załamanie pogody doprowadziło do tragedii: życie straciło 5 osób a trzysta zostało rannych. Także wtedy mimo elementów paniki udało się w dużej mierze zachować spokój: w tłumie uciekającym przed osiągającą 100 kilometrów na godzinę wichurą i gwałtowną ulewą nikt nie został stratowany na śmierć.

Sam fajerwerków nie lubię, 20 sierpnia jednak to dla mnie zawsze okazja do przypomnienia sobie o tej fascynującej cesze węgierskiego społeczeństwa, z której wszyscy tu powinni być dumni.

Fajerwerki w Budapeszcie w 1938 roku, pewnie i wtedy tłum był pokojowy, źródło: Fortepan / Bojár Sándor

Radio Polonia Węgierska 57 / Magyar nóta

Ani ludowa ani cygańska, ale węgierska: magyar nóta czyli taka wymyślona muzyczna tradycja. O niej opowiadam w najnowszym odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (17:35).

Program:

– powitanie
– serwis polonijny
– Jeż Węgierski w eterze
– urywki z historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R. Rajczyk, J. Celichowski, P. Piętka

W niektórych turystycznych restauracjach można spotkać zespół cygański w połyskujących złotem, szamerowanych kamizelkach grający gościom do ucha na ogól rozdzierająco smutne melodie. Nie jest to ani muzyka cygańska ani, mimo stylizacji na ludowość, muzyka ludowa (i ta i ta jest dużo ciekawsza).

Ta restauracyjna muzyka to magyar nóta, do dziś lubiana przez wielu sztuczna muzyka pseudoludowa. Powstała ona w początkach dziewiętnastego wieku w okresie wzrostu świadomości narodowej na Węgrzech, dla której ten nowy gatunek stał się jedną z form wyrazu. Wykonywana była zwykle przez cygańskich muzyków, wśród których dominującą rolę odgrywał skrzypek – prímás. Smętna zwykle melodia oraz stylizowane na ludowe a przy tym banalne teksty miały mieć “węgierski” charakter nadając piosenkom ogromną popularność wśród wszystkich warstw społecznych.

Nóta rozbrzmiewała w eleganckich restauracjach i spelunkach. Melodie można było zamówić u Cyganów, śpiewać je można było też samemu, zwykle po pijaku. Każdy szanujący się mężczyzna miał swoją ulubioną nótę. Nóty dawały życiu muzyczne tło.

Najsłynniejszym z cygańskich skrzypków w świecie magyar nóta była Pista Dankó. Urodził się w biednej rodzinie niedaleko od Segedynu. Przedwczesna śmierć ojca zmusiła go do rozpoczęcia pracy przed osiągnięciem dorosłości. Muzycznie był samoukiem i nigdy nie nauczył się zapisu nutowego ale miał talent do tworzenia muzyki. Jak mówili współcześni „jego muzyka płynęła mu z serca.”

Pierwszy zespół założył w wieku lat piętnastu, początkowo często grywali zaledwie za poczęstunek. Z czasem ich popularność zaczęła rosnąć i kiedy Dankó wygrał konkurs na muzykę do tekstów piosenek Lajosa Pósy przeniósł się do Budapesztu, gdzie jego kariera rozkwitła – grał nawet na dworze cara.

Gdy umarł pochowano go w Segedynie a na jego pogrzebie pięciuset cygańskich skrzypków zagrało jego wielki przebój Eltörött a hegedűm czyli Pękły mi skrzypce. W mieście ma zresztą pomnik, kto wie czy nie jest to jedyne w kraju pomnikowe przedstawienie Roma.

Magyar nóta, choć dalece nie tak populana jak jeszcze w połowie dwudziestego wieku, do dziś ma swoich wielbicieli. Mają oni nawet swój program radiowy (Dankó Rádió), gdzie ta muzyka leci przez cały dzień na okrągło. Kogo ta muzyka ciekawi może jej sobie tam i dziś posłuchać.

Pista Dankó za życia …
… i po śmierci, źródło: wikipedia

Radio Polonia Węgierska 50 / czego najbardziej żałują maturzyści

Węgierscy uczniowie ze szkołą żegnają się z przytupem. Wydawało się, że w tym roku tak nie będzie choć okazuje się, że jednak wolno będzie urządzać ballagáse, ten niepowtarzalnie węgierski obyczaj. Przygotowując ten podcast tego jeszcze nie wiedziałem ale i tak warto go posłuchać (24:20) lub poczytać poniżej.

Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– Urywki historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Wszyscy moglibyśmy długo wymieniać co też nas przez covida ominęło, spotkania towarzyskie, rodzinne, wyjazdy, imprezy kulturalne, przeżycia kulinarne, i tak dalej i dalej. Najbardziej mi jest żal dzieci i młodzieży, którzy, może pierwszy raz w życiu, mieli okazję zatęsknić za szkołą. Covid w szczególny sposób dotknął maturzystów, którzy nie mieli ani balu szalagavató ani ballagásu.

Ta pierwsza impreza odbywa się jesienią. Pretekstem jest przypinanie tytułowej „wstążki” czyli w praktyce plakietki szkolnej, którą potem – niektórzy – maturzyści noszą na wierzchniej odzieży. Wszystko to się łączy z wielogodzinnym programem artystycznym dla rodziców i nauczycieli w wynajętej zwykle hali z kuliminacyjnym pokazowym tańczeniem walca.

Ballagás odbywałby się teraz. Samo słowo oznacza coś w rodzaju procesji z całą należną jej dostojnością – ballagni znaczy kroczyć. Ballagás tradycyjnie odbywa się na zakończenie szkoły średniej, jeszcze przed maturą, aczkolwiek obecnie robi się ballagáse także na zakończenie podstawówki, a nawet przedszkola.

Często klasy zamawiają identyczne garnitury dla chłopaków i analogiczne ubiory dla dziewczyn, rodziny wypruwają się na gigantyczne prezenty, a kwiaciarnie mają jeden z najlepszych dni w roku. Elementem centralnym jest kameralny (tylko uczniowie i nauczyciele) przemarsz przez udekorowaną bzem szkołę a potem procesja na zewnątrz, w mniejszych miejscowościach może to być zamknięta na ten dzień główna ulica. Klasy prowadzą wtedy wychowacy idący pod rękę tradycyjnie z najładniejszymi dziewczynami, wszyscy idą z wielkimi snopami kwiatów jeden za drugim z ręką na ramieniu poprzednika. Przez ramię uczniowie przewieszoną mają małą sakiewkę (tarisznya), w której znajdują się symboliczne wyposażenie na dorosłe życie. Rodziny i zaproszeni goście stoją i podziwiają.

Istotą ballagásu jest mieszanka pożegnania ze szkołą z marszem triumfalnym celebrującym udane zakończenie tego ważnego etapu edukacji. Na mnie robi to zawsze wrażenie bo nie pamiętam, żeby w Polsce ktoś się aż tak przejmował takimi wydarzeniami. Potrafią Węgrzy docenić osiągnięcia edukacyjne, szacunek. Jednocześnie jednak pewnym niesmakiem napełnia mnie infantylizm tarisznyi, która wygląda jak zabawka na przerośniętych dzieciach, pompa procesji i cała sztucznawa ideologia ballagásu nawiązująca do wyprawiania czeladników w świat.

Jednak co by się o ballagásu nie sądziło, żal mi uczniów, których on nie z ich wyboru ominął.

Ballagás w Győr (ulica Bástya) w 1943 roku, źródło: Fortepan / Konok Tamás id
Ballagás w Budapeszcie (ulica Népszínház) w 1980 roku, źródło: Fortepan / Antal Gábor
Ballágás w środku szkoły (Hajnik Károly Közgazdasági Szakközépiskola w Budapeszcie), źródło: wikipedia

Opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech

Kiedy Mette Frederiksen została premierką Danii Rasmus Bo Sørensen z dziennika „Information” postanowił przygotować dla niej listę współczesnych powieści z kilku krajów unijnych, które mówią o nich coś ważnego, by pomóc jej w zrozumieniu europejskich partnerów. O pomoc poprosił krytyków z „Guardiana” (Wielka Brytania), „De Telegraaf” (Holandia), „Aftonbladet” (Szwecja), „Die Zeit” (Niemcy) i „Wyborczej”. Natalia Szostak, która przygotowała rekomendację z Polski, zaproponowała Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk.

Jak widać, wśród tych krajów nie było Węgier. Zastanowiłem się jaką książkę można by stąd polecić Mette Frederiksen. Na pewno bym rozważył coś László Krasznahorkaia, który, obok Pétera Nádasa, od szeregu lat jest węgierskim kandydatem na Nobla. Klimat jego książek świetnie oddaje tę ciemniejszą stronę Węgier i węgierskiej duszy.

Niedawno przeczytałem Báró Wenckheim hazatér (Baron Wenckheim powraca do domu), drugą już dla mnie po Sátántangó powieść tego autora (o Sátátangó pisałem tu). Klimat jest przedapokaliptyczny: w kraju panują polityczne niepokóje, nie wszystko już funkcjonuje, są braki w zaopatrzeniu, w miasteczku gdzie dzieje się większość akcji, oczywiście leżącym na depresyjnej Nizinie Węgierskiej, panuje marazm, beznadzieja i poczucie upadku. Miejscową społeczność elektryzuje – na chwilę – wiadomość, że powraca kiedyś tam mieszkający baron Wenckheim. Wszyscy są podeskscytowani i spekulują na temat inwestycji czy też darowizn, które ma poczynić i które mają doprowadzić miasteczko do rozkwitu. Więcej akcji nie zdradzę by nie odbierać przyjemności lektury, a są w niej zaskakujące zwroty.

W książce wszystko jest nieco nierealistyczne i przesadne. Postaci są mocno zarysowane, to często raczej archetypy niż poszczególne jednostki. Takimi są burmistrz, komendant policji, profesor czy przywódca miejscowej grupy faszystów. Niektóre wydarzenia, jak sposób w jaki miasteczko przyjmuje barona, ocierają się o groteskę.

Ta konwencja nierealizmu pozwala w skondensowany sposób oddać węgierski fatalizm. Kto chce poczuć ten aspekt węgierskości, dla przyjeżdzających skryty za błyskotkami oferty turystycznej, może to zrobić za pośrednictwem tej książki.

Podobnie jak w Sátántangó pojawia się wątek beznadziejnej sytuacji i oczekiwania na mesjasza, który ma przywrócić wspominaną jako złoty czas przeszłość. Ten przybywszy jednak rozczarowuje pozostawiając za sobą jeszcze bardziej rozczarowanych ludzi.

Sama lektura nie jest łatwa. Autor operuje jednozdaniowymi akapitami, które mogą się ciągnąć przez kilka stron. Każdy akapit oddaje perspektywę jednego z bohaterów, zmiana akapitu to zmiana bohatera. Nie ma dialogów. Część wątków nie zostaje zakończona prowokując czytelnika do spekulacji kim byli poszczególni bohaterowie czy też co się z nimi potem stało. To wszystko powoduje, że nie jest łatwo śledzić akcję powieści.

Ale mimo tego książka warta jest wysiłku. Jak pisałem, pozwala ona na obcowanie z węgierskim fatalizmem a zarazem to wysmakowana literatura. No i może kiedyś się okazać, że jej autor został noblistą.

W Polsce, dzięki wydawnictwu W.A.B. ukazały się trzy książki Krasznahorkaia: Szatańskie tango, Melancholia sprzeciwu oraz Wojna i wojna. Niedostępne są obecnie w księgarniach, jakbyś ktoś był zainteresowany to pozostają antykwariaty i allegro.

Może i opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech znajdzie swojego tłumacza oraz wydawcę.

Ta niezła okładka nieźle zapowiada klimat książki