Radio Polonia Węgierska 34/ kiedy pijane nastolatki śpiewają hymn

W ostatnim podcaście opowiadam o węgierskim zwyczaju śpiewania hymnu w czasie zabawy sylwestrowej (26:45). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

1. Powitanie
2. Serwis informayjny
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Pożegnanie

Opowiadała mi znajoma jak jeszcze na etapie narzeczeństwa pojechali z ukochanym na Sylwestra do Paryża. Tam w trakcie zabawy okazało się, że niedaleko od nich przy stoliku siedzą Węgrzy. Kiedy wybiła północ wstali i zaczęli śpiewać jakąś smutną piosenkę. O jejku, czy ktoś umarł? pytała.

Oczywiście nie. Śpiewali oni po prostu węgierski hymn.

To zwyczaj, który nie przestaje mnie fascynować. Węgrzy w trakcie zabawy sylwestrowej o północy albo słuchają hymnu albo go śpiewają. I to nie tylko na jakiś oficjalnych przyjęciach ale także na szalonych domówkach nastolatków czy też w wiejskich kocsmach. Śpiewanie hymnu jest szeroko przyjęte.

Sylwestrowi wykonawcy hymnu, źródło: fortepan ofiarodawca Gyula Nagy

Kto słyszał kiedyś węgierski hymn wie, że ma melancholijną, bardzo piękną zresztą, melodię. Mniej znany jest tekst hymnu autorstwa Ferenca Kölcseya, który napisał go w 1823. Oto jego pierwsza zwrotka (jest ich osiem) w wolnym tłumaczeniu:

Boże pobłogosław Węgrów
I obdarz swymi łaskami
Wspomóż ich swą prawicą
Gdy walczą z wrogami

Dawno już ich dręczy los
Daj im rok szczęśliwy
Odpokutował już lud
Swe przeszłe i przyszłe winy

Niesamowite jest nasycenie fatalizmem w tekście. Przebija poczucie klęski i bezsilności, jeden Bóg może pomóc, ponieważ zresztą to on sam te wszystkie nieszczęście zsyła jako karę za grzechy. Jedyne, co można zrobić to starać się go przebłagać.

Ciekawe, oficjalnie za hymn państwa został przyjęty dopiero w 1903 roku, ponad 30 lat po uzyskaniu statusu narodu współtworzącego monarchię, kiedy Węgry były niemal u szczytu swej potęgi. Kraj był wówczas parę lat po millenium państwowości obchodzonego z wielką pompą, akurat zbudowano parlament, gospodarka rozwijała się, kwitły kawiarnie budapeszteńskie. Czemu wybór padł akurat na taki tekst? No i czemu stał się on częścią obchodów Sylwestra? Chciałbym znać odpowiedzi na te pytania.

Radio Polonia Węgierska 33/ rockowy Sylwester w Akademii Muzycznej

Co robią melomanii w Sylwestra? To samo co miłośnicy klasycznego węgierskiego rocka: idą na koncert Amadindy grającej razem z Gáborem Presserem w Akademii Muzycznej. Niestety nie w tym roku, ale, miejmy nadzieję, za rok. O tym mówię w najnowszym podcaście (26:15). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

Powitanie
Serwis informacyjny – przyg. Robert Rajczyk
Przegląd prasy – przyg. Robert Rajczyk
Życzenia Marii Felfoeldi – przewodniczącej Ogólnokrajowego Samorządu Polskiego
Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerz Celichowski
Urywki Historii
Muzyczne listy
Pożegnanie

Sylwester kojarzy się zwykle z niewyszukaną zabawą. Szampan – dużo szampana – i inne alkohole, głośna muzyka, tańce, uliczne koncerty popowe, petardy, fajerwerki. Tak jest w zasadzie wszędzie, różnice są może w zakresie jadanych wówcas potraw: w Polsce będzie to raczej bigos, na Węgrzech parówki.

Zdarzają się jednak wyjątki. Takim jest coroczny sylwestrowy koncert zespołu Amadinda w Akademii Muzycznej. Dla tych co Amadindy nie znają: mowa jest o zespole perkusyjnym choć nie należy tego rozumieć jako ekipy pałkerów rockowych ale muzyków grających na wszystkim w co da się uderzać od bębnów, czyneli czy też kotłów począwszy po wszelakie wibrafony, marimby oraz ksylofony. To muzycy wysokiej klasy, dwóch z tej czwórki wykłada na Akademii Muzycznej. Grają wszystko od transkrypcji na intrumenty perkusyjne utworów klasycznych, poprzez tradycyjną muzykę afrykańską aż po muzykę współczesną: specjalnie dla nich komponował na przykład Steve Reich.

Sylwestrowy koncert Amadindy to jednak nie wyłącznie muzyka klasyczna. Pierwsza jego część – ta do północy – jest bardziej na poważnie. Na jej zakończenie lider zespołu Zoltán Rácz gra na fortepianie hymn węgierski – bez tego żaden węgierski sylwester się nie obędzie – i następuje przerwa, w trakcie której w foyer podawany jest szampan.

Po przerwie pojawia się zaprzyjaźniony z zespołem Gábor Presser, jedna z najwybitniejszych postaci węgierskiego rocka i popu. Grają razem i to już jest dużo luźniejsza część. Wykonują napisane przez Pressera utwory zespołu LGT, oddają się żartom i wygłupom muzycznym. Dołączają zwykle do nich innych zaproszeni goście. Rockendrollowe kawałki wykonane z wirtuozerią na klasycznych instrumentach przez najwyższej klasy muzyków to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Tego w żaden sposób nie można nazwać muzyką poważną.

Amadinda i Presser grają razem, źródło: programturizmus.hu

Koncerty zrobiły się tak popularne, że Amadina zmuszona została do organizowania poza koncertem północnym także drugiego koncertu o 19 wieczorem. Dla tylu ludzi tak pociągający jest ten rodzaj wysmakowanej, opartej na muzyce klasycznej rozrywki.

W tym roku z powodu wirusa koncertu nie będzie, a szkoda. Mam jednak nadzieję, że za rok ta tradycja powróci.

Radio Polonia Węgierska 25/ „na ty” po węgiersku i po polsku

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o różnicy między przechodzeniu „na ty” po węgiersku i po polsku. Pełen tekst poniżej.

Rozmawiałem niedawno przez telefon z pewnym Węgrem, który był starszy ode mnie a w dodatku niegdyś zajmował wysoką pozycję w polityce. Był to nasz pierwszy w życiu kontakt więc zacząłem oczywiście na pan (Ön). On jednak w trakcie rozmowy, mimo że był to telefon a myśmy się na oczy jeszcze nie widzieli, szybko przeszedł on na ty. Komunikat był jasny: na ty mam do niego mówić też ja.

Jest to rzecz, która nie przestaje mnie pozytywnie dziwić na Węgrzech. Tutaj jeśli osoba „godniejsza” czyli starsza czy też o wyższej pozycji społecznej powie ci „ty” to natychmiast możesz też mówić do niej „ty”. W przeciwieństwie do Polski nie ma mowy o protekcjonalnym „ty” od osoby godniejszej, na które trzeba pokornie odpowiadać „pan/pani”. Zasada nie dotyczy dzieci ale jeśli skończyło się 18 lat to rozmówca może mieć choćby 80 lat, jeśli zwróci się do ciebie „ty” też powinieneś tak się do niego zwracać bez osobnych zaproszeń czy zachęt.

Węgrzy w ogóle łatwiej używają formy „ty”. Miałem kiedyś związane z tym ciekawe przeżycie. Na jakiejś imprezie poznałem Węgra, który świetnie znał polski. Początkowo rozmawialiśmy po węgiersku i naturalnie byliśmy na ty. Potem przeszliśmy na polski i ze zdziwieniem zauważyłem, że nagle zaczął mówić co mnie „pan”. Najwyraźniej tak odczuwał odpowiednie formy w obu językach.

Co ciekawe, w węgierskim poza ty oraz Pan/Pani istnieje jeszcze inna forma (maga), która nie ma odpowiednika w polskim. Stwarza ona jeszcze jedną możliwość równościowej relacji językowej, na przykład wiem, że kiedyś w szkołach średnich tak się zwracali do siebie nauczyciele i uczniowie, w niektórych szkołach ta forma jest używana i dziś.

To wszystko demokratyczne zwyczaje. Są one w dodatku o tylu bardziej zaskakujące, że na Węgrzech, w porównaniu z Polską, wydaje mi się, że ludzie przywiązują większą wagę do pozycji społecznej. W języku jednak nie nie ma to większego znaczenia.

Przechodzenie na ty jest na Węgrzech mniej formalne …, źródło: Fortepan / Chuckyeager tumblr

… i prostsze niż tu na zdjęciu, źródło: Fortepan / Chuckyeager tumblr

Radio Polonia Węgierska – 18 odcinek podcastu/ prywatne muzeum wojenne

W najnowszym odcinku audycji mówię o prywatnym muzeum wojennym na Słowacji oraz potędze działań społecznych.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Przegląd tygodników Roberta Rajczyka – 02:13
3. Jeż Węgierski w eterze, czyli felieton Jerzego Celichowskiego – 06:34
4. Książka na Głos – 11:03
5. Urywki historii autorstwa Izabeli Gass – 15:06
6. Wykład dr hab. Pétera Pátrovicsa – 26:24

Niedawno byliśmy na Słowacji. Trafiliśmy do prywatnego muzeum wojennego w Pohronským Ruskovie niedaleko granicy węgierskiej.

Jadąc tam spodziewaliśmy się takiego typowego małego wiejskiego muzeum: niewielka izba, trochę małointeresujących eksponatów na zakurzonych półkach, tematyka ważna jedynie lokalnie. Tu jednak zaskoczenie. Przed samym gospodarstwem, w który mieści się muzeum zaaranżowane pole bitwy: okopy, ruiny domu, zniszczone pojazdy, słup z tabliczkami „Berlin”, „Moskau” czy też „Budapest”, zapory przeciwczołgowe. Nieco to wszystko amatorskie, na przykład zapory z desek a nie żelaza ale czuć rozmach przedsięwzięcia.

Ikona muzeum: drzewo z wrośniętym w nie hełmen

W środku zapłaciliśmy 3 euro od osoby, dostaliśmy tablet z nagranym oprowadzaniem przez twórcę muzeum László Zsákovicsa juniora (w technice 360 stopni!) i ruszyliśmy na zwiedzanie. Ekspozycja zdaje się nie mieć końca. Ciągnie się po dwóch poziomach sporego budynku gospodarczego, do tego dochodzi podwórze. Na obejrzenie tego wszystkiego bez jakiegoś przeciągania potrzeba co najmniej półtorej godziny.

Eksponatów jest masa: broń, przybory wojskowe, mundury, fragmenty pojazdów i samolotów, odznaczenia, zdjęcia, i tak dalej. Oprowadzanie jest zarazem kompetentne – widać, że pan Zsákovics wie wszystko o najmniejszym kawałku metalu, który ma w swoim muzeum, a także rozrywkowe bo o niektórych eksponatach opowiada anekdoty no i ma spore poczucie humoru. Chichraliśmy więc nieraz, bez tego tabletowego przewodnika muzeum byłoby dużo mniej ciekawe.

Muzeum jest tym bardziej godne uwagi, że László Zsákovics jest Węgrem a Węgrzy w zasadzie nie zajmują się tematem drugiej wojny światowej – przynajmniej jeśli porównać ich do Polaków.

Na terenach koło Pohronskýego Ruskova miała miejsce bitwa, w której węgierska elitarna dywizja świętego Stefana (Szent László hadosztály) poniosła ciężkie straty, dzięki tej bitwie właśnie w okolicy było tyle eksponatów do zebrania. Ekspozycja pokazuje zarówno walczących Węgrów, jak i Rosjan oraz Niemców. Właściciel muzeum zajmuje się też organizacją ekshumacji i odpowiedniego pochówku wszystkich żołnierzy, niezależnie od tego, w jakiej armi walczyli, co zasługuje na szacunek.

Imponujące jest jak wiele László Zsákovics zdołał osiągnąć niemal wyłącznie dzięki swojej pracy, pasji, znajomości okolicy oraz zaufania miejscowych. Muzeum dostaje niewielką obecnie pomoc od władz Słowacji i Węgier ale to rzecz wtórna.

Podobnie jest zresztą z budapeszteńskim radiem Tilos, które operując niemal wyłącznie na podstawie wolontariatu oraz zbierając fundusze wśród wspólnoty słuchaczy podczas dorocznego Tilos Maraton oferuje fantastyczną gamę audycji.

A także internetowym archiwum Fortepan, który przy minimalnym budżecie, dzięki oddaniu założyciela Miklósa Tamásiego oraz armii wolontariuszy robi rzeczy, o którym nie śniło się nawet instytucjom finansowanym z budżetu państwa.

Takie przykłady można by mnożyć. Łączy je to, że w każdym przypadku pasja, wolontariat, oddolna inicjatywa, kreatywność potrafią stworzyć rzeczy, którym pewnie żadne państwowe instytucje z dowolnym budżetem nie byłyby w stanie dorównać.

Radio Polonia Węgierska – 14. odcinek podcastu/ samotność językowa Węgrów

W najnowszym odcinku audycji mówię o językach słowiańskich i samotności językowej Węgrów.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny przygotowany przez Igę Kolasińską – 11:03
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 13:02
4. „Jeż Węgierski w eterze” by Jerzy Celichowski – 20:42
5. Książka na Głos – fragment „Polsko-węgierskiej mozaiki” poświęcony Derenkowi – 29:49
6. Urywki historii – Izabela Gass o XVIII wiecznym skandalu w Rzeczypospolitej – 47:22
7. Pożegnanie – 52:09

radiopoloniawegierska1-1

W ostatni weekend byliśmy na Słowacji. Zatrzymaliśmy się w niedużym hoteliku, rozmawiam tam z panienką z recepcji. Nie zna angielskiego, mówię więc po polsku, a ona po słowacku. W pewnym momencie pada słowo „raňajky“, którego dotąd nigdy nie słyszałem, a które mimo to z kontekstu i brzmienia rozumiem: chodzi o śniadanie.

Chciałem dodać dla efektu, że słowackiego nie znam bo się go nigdy nie uczyłem ale po zastanowieniu się wiem, że nie jest to prawdą. Bo mimo tego, że nigdy się go nie uczyłem dużo rozumiem jak słyszę ten język. Na Słowacji zwykle przecież można się dogadać po polsku bez większych problemów.

Nie tylko zresztą na Słowacji: kto miał do czynienia z Ukraińcami czy Białorusinami, kto był w Czechach czy nawet nad morzem w Chorwacji potwierdzi jak łatwo się dogadać „po słowiańsku“ zgadując słowa i łapiąc ich formy. Przecież od niemal Berlina aż do Władywostoku a na południe aż po Adriatyk dwa wszędzie znaczy dwa: wspólne jest wiele słów, podobna jest gramatyka. Nie ucząc się tych słowiańskich języków jakoś jesteśmy w stanie się porozumieć, łatwo możemy je łapać, nie czujemy się obco.

Nie tak jest z Węgrami. Oni nie mają tego doświadczenia podobnego języka, możliwości dogadania się, zrozumienia czegoś-tam. Dla nich wyjazd poza Węgry to zderzenie się z czarną ścianą niezrozumienia. Jeśli nie znają języka obcego to już choćby parę kilometrów za granicą może być tak, że nie mogą się wogóle porozumieć. Węgrzy nie mają odpowiednika słowiańszczyzny. Świat zewnętrzny dla Węgrów to dużo mniej otwarte a zapewne i dużo mniej przyjazne miejsce.

Dlatego właśnie dla Węgrów nauka obcych języków jest tak istotna jeśli nie chcą być w życiu ograniczeni do swojego tylko, nie nazbyt zresztą wielkiego, kraju. Nie jest to dla nich łatwe: kto zna węgierski wie, że wszystko jest tam „odwrotnie“ i dlatego ten język jest taki trudny – dla Węgrów na zasadzie symetrii tak trudne – tak „odwrotne“ – są inne języki. A w dodatku nie mają oni tego ułatwienia jakie mamy my ucząc się rosyjskiego czy serbskiego, albo też Rumuni lub Hiszpanie ucząc się francuskiego.

Ta językowa samotność z pewnością przyczynia się do melancholii Węgrów.

Orgia

Kiedy parę miesięcy temu burmistrz XII dzielnicy Zoltán Pokorni publicznie przyznał, że jego dziadek był strzałokrzyżowcem (nyilasem), który brał udział w masowych morderstwach to wyznanie odbiło się szerokim echem. Powiedział wtedy:

Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Nieprzypadkowo te słowa zrobiły wrażenie. Do takiego podejścia do tego, co robili tu strzałokrzyżowcy ani wśród nich samych ani wśród ich potomków nie jesteśmy przyzwyczajeni. Tu na ten temat panuje cisza, brak wyrazów skruchy czy też poczucia winy.

To stało się jednym z powodów, dla których Gábor Zoltán napisał Orgię. Ta powieść dokumentalna opisuje działalność organizacji nyilasów w XII dzielnicy Budapesztu – tej właśnie gdzie burmistrzem jest Pokorni – pod koniec 1944 i na samym początku 1945 roku. Tytułowa orgia to amok nienawiści i przemocy, także seksualnej.

W szeregu wywiadów autor tak opsiywał inspiracje do napisania powieści. „Wciąż mam to poczucie, że nic nie zostało zamknięte w 1945 roku, i że od jakiegoś czasu wracają z coraz większą mocą tendencje lat 20-tych, 30-tych, 40-tych.” „Trzeba powiedzieć, że terror strzałokrzyżowców czy też nawet Auschwitz nie spowodowały traumy u Węgrów.” Podkreśla, że nawet po upływie wielu lat nyilasowie nigdy nie wyrażli skruchy za swoje czyny.

Choć nie mówi tego wprost to czuje się, że Orgię napisał by wstrząsnąć społeczeństwem, szokiem obudzić zmusić je do spojrzenia w lustro. I chyba mu się to częściowo przynajmniej udało, o czym świadczy popularność książki.

W powieści strzałokrzyżowcy występują pod swoimi nazwiskami. Wspomniany jest tam też dziadek Pokorniego (na stronach 66, 101, 267, 272 i 277). To co robią i mówią oparte jest na dokumentach. Zoltán mówi, że wszystko pisał tak by mógł to potem bronić w sądzie choć do tej pory nikt go za książkę nie pozwał.

A opisuje rzeczy straszne. Nyilasowie w tym okresie, mimo że trwało oblężenie Budapesztu i odgłosy walk było nieustannie słychać, zajmowali się łapaniem Żydów i innych podejrzanych jednostek oraz rabunkiem, wszystko w patriotycznej otoczce.

Złapane osoby torturowano, istniała reguła dwudziestu minut, którym, co najmniej, miano poddać wszystkich, wliczając w to i dzieci. Tortury były wymyślne, szacunek wewnątrz grupy zdobywało się tworząc nowy sposób męczenia. Regułą były udręka z elementami seksualnymi, gwałty były normą. Celem było odebranie ofiarom godności, poniżenie ich w maksymalnym stopniu.

W torturach udział brali nie tylko mężczyźni ale i kobiety. A także były zakonnik, który w dalszym ciągu chodził we franciszkańskim habicie i wygłaszał płomienne, zagrzewające do walki kazania w kościele, perwersyjny ojciec András Kun.

Żydów zwykle na końcu mordowano. Prowadzono ich nad Dunaj i tam rozstrzeliwano, ciała wpadały do wody, bywało, że mordowano ich blisko miejsca ich uwięzienia i tortur. „Ciotka Erzsi czekała na nich z kolacją, tam ich zawieźliśmy”, tak brzmi typowy dowcip strzałokrzyżowców nawiązujący do mostu Elżbiety (Erzsébet – Erzsi), skąd zrzucano trupy. Autor zresztą włożył wiele wysiłku w jak najdokładniejsze odtworzenie języka nyilasów.

Pomnik Żydów rozstrzeliwanych na brzegu Dunaju przez strzałokrzyżowców

Nie-Żydom niekiedy składano propozycję nie do odrzucenia: mogą przyłączyć się do strzałokrzyżowców i „walczyć o Węgry” albo … Taki los przypadł głównemu bohaterowi książki, Rennerowi. Właściciel małej fabryki wyrobów metalowych ma żonę Żydówkę, kochankę Żydówkę i pomaga Żydom. Zostaje aresztowany, po strasznych torturach zgadza się przyłączyć się do swoich oprawców. To również prawdziwa historia choć zmyślone nazwisko: Zoltán ofiarom zapewnił w książce anonimowość a Rennera, mimo wszystko, za jedną z takich ofiar uznał.

Kim są strzałokrzyżowcy przedstawieni w książce? W większości to niższa klasa średnia, dla nich obecna sytuacja oznacza możliwość rewanżu za poniżenia wynikające z ich pozycji społecznej. Warto przytoczyć tu scenę uroczystego zebrania nyilasów kiedy zaproszona historyczka wygłasza wykład o następującej treści. Przywódca strzałokrzyżowców Ferenc Szálasi wypełnia przesłanie Györgya Dózsy, który w XVI wieku przewodził rewolcie chłopskiej skierowanej przeciwko magnaterii. Osiemnastowieczni Kurucowie walczyli przeciwko panom szkodzącym swojemu narodowi i barbarzyńskim wrogom. Franciszkanie zagrzewali lud do walki – inne zakony daleko były od prostych ludzi. Tak jest i dziś, to franciszkanie najgorliwiej przyjęli Szálasiego gdy ten ruszył na objazd kraju. Ukoronowaniem tego jest jego przyjaźń z ojcem Kunem.

W wywiadach Zoltán podkreśla, że uproszczeniem byłoby zrównywać nyilasów z plebsem. Mieli poparcie w różnych kręgach społecznych. W relatywnie wolnych wyborach w 1939 roku strzałokrzyżowcy zdobyli 15% głosów stając się największą partią opozycyjną. Szereg innych partii zresztą reprezentowało podobnie skrajnie prawicowe poglądy. To nie było ciało obce w społeczeństwie.

Mimo tego, że to książka ważna dla zrozumienia najnowszej historii Węgier, nie doczekała się tłumaczeń na obce języki. Wyjątkiem jest polski: jej fragment ukazał się w Zeszytach Literackich.

Jednym z tego powodów mogą być przerażająco szczegółowe opisy okrucieństwa nyilasów niebezpiecznie zbliżającej się do pornografii przemocy. Problemem może też być bezkrytyczne oparcie książki na dokumentach sądowych, których wiarygodność, jak to wyjaśniła mi zapytana o książkę znajoma historyczna zajmująca się tym okresem, zostawia często dużo do życzenia.

Warto wspomnieć o drugiej książce Zoltána, którą napisał on w zasadzie równolegle z Orgią, chodzi mi o jego Sąsiada (Szomszéd). Jest to w zasadzie duży esej, w którym, z niezwykłą erudycją, opisuje on część XII dzielnicy, w której dorastał a potem mieszkał a która też była terenem działalności grupy strzałokrzyżowców opisanej w Orgii. Autor przedstawia kolejne budynki, ich historię, ich twórców, ich mieszkańców. Opisuje przedstawicieli elit – pisarzy, polityków, architektów – wskazuje na powiązania między nimi. Wyszukuje wśród nich bogato reprezentowanych nyilasów i ich zwolenników (choć nie tylko – tu miał niektóre ze swoich domów dziecka ratujący Żydów Gábor Sztehlo). Przywodzi wydarzenia, w których brali udział. Łączy współczesność z okołowojenną przeszłością.

Odręcznie narysowany plan okolicy, o której mówi książka – to wszystkiego kilka ulic i miejsc

Ciekawostką jest, że pojawia się w niej wątek polski w postaci o. Maksymiliana Kolbego. Przeciwstawiona jest wspomnianemu byłem franciszkaninowi, Andrásowi Kunowi. Najwyraźniej autot nie jest świadom kontrowersji związanych z zarzutami antysemityzmu, które Kolbemu czyniono.

Obie książki konfrontują czytelnika z kwestią roli strzałokrzyżowców w historii Węgier. Zoltán argumentuje, że nie był to przypadkowy epizod, pokazuje ich zakorzenienie w społeczeństwie, wskazuje na poprzedników w postaci oddziałów siejących biały terror po krótkotrwałym okresie komunizmu na Węgrzech zaraz po pierwszej wojnie światowej, przypomina powierzchowne tylko rozliczenia, brak skruchy u zbrodniarzy i społeczną amnezję w odniesieniu do tych wydarzeń. To nie był margines, argumentuje. Wydźwięk jest pesymistyczny, autor cytuje Máraia, który w odniesieniu do tego okresu napisał „społeczeństwo pokazało swoją prawdziwą twarz”.

Paradokslanie, może te książki jednak, choćby w niewielkim stopniu, przyczynią się do tego, by Węgrzy zaczęli konfrontować ten fragment swojej historii.

Węgrzy o Trianonie dziś – trochę statystyk

Mija właśnie setna rocznica Trianonu, z tej okazji grupa badawcza Węgierskiej Akademii o nazwie Trianon 100 przeprowadziła badania na temat stosunku Węgrów do tego wydarzenia. Były to klasyczne badania opinii publicznej przeprowadzone na reprezentatywnej próbce ludności [HU]. Oto najciekawsze ustalenia:

  • Ponad 40% respondentów za najtragiczniejsze wydarzenie w historii węgierskiej uznała właśnie Trianon.
  • Dwadzieścia osiem procent respondentów ma w rodzinie kogoś, kto przeprowadził się na Węgry z utraconych terenów. Obecnie 18% Węgrów na krewnych mieszkających w granicach Wielkich Węgier ale poza obecnymi Węgrami. Znajomych mieszkających na utraconych terenach ma 37% respondentów.
  • Co dwudziesty Węgier regularnie porusza temat Trianonu w rozmowach ale co drugi nigdy tego nie robi.
  • Datę podpisania traktatu poprawnie potrafi podać 27% zapytanych, 31% wie ile ziem utracił wówczas kraj a 20% ile ludności. Zaledwie 9% respondentów zna stosunki ludnościowe w przedtrianońskich Węgrzech.
  • Za najważniejsze powody, które doprowadziły do Trianonu uznawane są geopolityczne dążenia zwycięskich potęg, dążenia do powiększenia terytorium przez sąsiednie kraje oraz przegrana wojna (70-80%). Za ważne czynniki uznano też osobistą niechęć do Węgrów przejawianą przez premiera Francji, nieskuteczność węgierskiej dyplomacji, politykę premiera Mihály Károlya i izolację dyplomatyczną kraju (40-50%). Politykę wobec mniejszości, działalność masonerii, Rewolucję Astrów, Republikę Rad, działalność wrogich wobec Węgier dziennikarzy w mniejszym ale też istotnym stopniu zostały uznane za czynniki odpowiedzialne za traktat.
  • Niemal wszyscy respondenci (94%) uważają, że Trianon był niesprawiedliwy wobec Węgier. „Węgrem jest ten, kogo boli Trianon” – ten pogląd podziela 84% Węgrów. Ponad trzy czwarte ich (77%) uważa, że kraj dotąd nie poradził sobie z tą traumą a 71% zapytanych widzi w traktacie przyczynę roli odegranej przez Węgry w drugiej wojnie światowej oraz napięcia w stosunkach z sąsiadami. 55% respondentów odrzuca pogląd, że członkostwo w EU niweluje skutki traktatu, 61%; że Trianon był wynikiem konieczności dziejowej.
  • Jedna trzecia zapytanych wierzy, że traktat traci moc 100 lat po podpisaniu, czyli teraz (!).
  • Przyjaciół wśród innych krajów Węgrzy widzą w pierwszym rzędzie w Polsce, drugie miejsce zajmują – zaskoczenie – Chiny. Najmniej popularne są Rumunia i Ukraina.
  • Sześćdziesiąt procent Węgrów odwiedziła kiedyś utracone tereny w Słowacji, 51% w Rumunii (Siedmiogród). Najrzadziej odwiedzane jest Zakarpacie – była tam tylko jedna piąta Węgrów. 27% nigdy nie było na utraconych terytoriach.
  • Zdecydowana większość respondentów (80%) uważa, że Węgrze żyjący poza krajem są tak samo dobrymi Węgrami jak ci, którzy w nim mieszkają. 70% popiera nadanie im obywatelstwa węgierskiego ale 58% negatywnie się odnosi do umożliwienie im udziału w wyborach.
Pałac Grand Trianon, źródło: Fortepan

***

A na zakończenie ciekawostka: film animowany dla dzieci o Trianonie [HU]. Peti mieszka w Budapeszcie, jego kuzynka Panka w Kolozsvárze (Kluż). Idylliczny świat wielkich Węgier jak grom z jasnego nieba przerywa Trianon. Rumuński policjant jest nieogolony. I tak dalej.

Sporo jest w nim nieścisłości, błędów historycznych a także ordynarnych przekłamań dlatego zaciekawiło mnie kto jest jego twórcą, nie udało mi się tego niestety ustalić.

Radio Polonia Węgierska – 7. odcinek podcastu/Trianon

W najnowszym odcinku audycji mówię o tym co mnie dziwi w węgierskim stosunku do Trianonu.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie- 00:00
2. Serwis polonijny- 06:58
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka- 08:41
4. Jeż Węgierski w eterze czyli felieton Jerzego Celichowskiego- 17:38
5. Rozmowa tygodnia- gościem dr Robert Rajczyk- 23:52
6. Książka na Głos- 53:56
7. Matki Boskie Węgierskie-58:44
8. Pożegnanie- 01:01:23

Zbliża się setnia rocznica Trianonu. Tak to się tutaj skrótowo nazywa ten kończący dla Węgier I Wojnę Światową traktat pokojowy (przez Węgrów często określany jako dyktat) podpisany w wersalskim pałacyku Trianon. Wszyscy wiemy jak ważna i jak żywa, można niemal powiedzieć, jak aktualna to dla Węgrów sprawa.

Skutki Trianonu dotknęły Węgry na wielu poziomach. Państwo straciło terytoria. Zmniejszyła się też jego ludność a wielu Węgrów znalazło się poza granicami państwa. Wszystko to doprowadziło do kryzysu humanitarnego a także wielu indywidualnych tragedii.

Nie o samym bez wątpienia tragicznym dla Węgier Trianonie chcę jednak teraz mówić ale o stosunku Węgrów do niego, w którym wiele rzeczy nie przestaje mnie zadziwiać. Oto parę z nich.

Do dziś o Trianonie mówi się jako o akcie „niesprawiedliwości.” Tak jakby przedtem nie było wojny, którą Węgry, jako część monarchii przegrały – a nie zapominajmy, że to monarchia tę wojnę rozpoczęła. Jakby nie było węgierskich polityków, którzy ponoszą odpowiedzialność za doprowadzenie do sytuacji, w której inne państwa mogły swobodnie określać kształt granic kraju. Nie wiadomo przy tym jak miałoby wyglądać „sprawiedliwe” potraktowanie Węgier po tej wielomilionowej hekatombie.

Żywa jest religijna narracja trianońska. Przykład: węgierska kalwaria w Sátoraljaújhely. Zawiera ona, jak każda porządna droga krzyżowa, 14 stacji, upamiętniają one utracone na mocy Trianonu miasta. Ta kalwaria to przykład narracji męki i śmierci państwa, której częścią jest wizja zmartwychwstania czyli odtworzenia Wielkich Węgier. Choć zbudowano ją w 1936 roku to na początku lat 2000-nych lokalny samorząd odremontował ją najwyraźniej uznając jej przekaz za aktualny.

Częste jest też traktowanie Trianonu jako „największej tragedii w historii Węgier”. Największej, czyli nie umywają się do niej najazd tatarski (zginęła niemal połowa ludności kraju), półtorawiekowe rządy tureckie czy też, by wziąć bliższe przykłady, pierwsza wojna światowa (ponad 650 tysięcy zabitych), druga wojna światowa (900 tysięcy zabitych, z czego niemal połowa to Żydzi, ofiary Holocaustu), oraz masowe gwałty zaraz po wojnie, których ofiarą padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet.

Od traktatu mija właśnie sto lat. Być może rewizjonizm, który zrodził, i który był głównym motorem napędowym węgierskiej polityki zagranicznej w okresie międzywojennym, zredukował się do poziomu naklejek z Wielkimi Węgrami oraz przyśpiewek na meczach piłkarskich, to jednak ta żałoba po Trianonie, jego perwersyjny kult w dużej mierze ciągnie się dalej. Ciekaw jestem co mogłoby to zmienić.

Radio Polonia Węgierska – 6. odcinek podcastu/Gábor Sztehlo

W najnowszym odcinku audycji mówię małoznanym węgierskim bohaterze Gáborze Sztehlo.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Wiadomości polonijne – 04:06
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 07:42
4. Cykl Jerzego Celichowsiego „Jeż Węgierski w eterze” – 17:14
5. Rozmowa z Łukaszem Malczykiem, prezesem Unii Polskich Przedsiębiorców – 20:43
6. Książka na Głos – 47:00
7. Matki Boskie Węgierskie – 58:06
8. Pożegnanie – 01:00:01

Często zabawiam się pytaniem znajomych, Polaków jak i Węgrów, czyj to pomnik stoi na środku placu Deáka. To jest tam w ogóle jakiś pomnik? to najczęstsza odpowiedź. Ci, którzy jakoś mgliście sobie coś na ten temat przypominają zwykle nie wiedzą o kogo chodzi.

Fakt, że pomnik swoją niedosłownością nie ułatwia zadania. Masywna, zarysowana kubistycznie postać chroni schowane z tyłu kruche w porównaniu dziecko. Nieco wyjaśnia dopiero napis z tyłu rzeźby „Gábor Sztehlo 1909-1974, pastor ewangelicki z bożą pomocą ocalił około 2000 dzieci i dorosłych w czasie koszmaru strzałokrzyżowców a później osieroconym ocaleńcom dał dom, wiarę i godność.” Z jakiś powodów nie jest wspomniane, że ocalonymi byli Żydzi.

Sztehlo zorganizował i potem prowadził 32 domy dziecka w okresie od marca 1944 roku do końca wojny. Nie tylko dzieci ale i większość personelu była Żydami. W ich utrzymaniu pomagał mu szwajcarski Czerwony Krzyż. Warto dodać, że w przeciwieństwie do bardziej znanego Wallenberga Sztehlo za swoją działalność ratowniczą mógł łatwo zapłacić głową.

Jednym z ocalonych dzieci był późniejszy zdobywca nagrody Nobla z chemii György/George Oláh.

Po wojnie dla ośmiuset żydowskich sierot oraz dzieci oficerów, wysiedlonych czy więźniów – w tym i strzałokrzyżowców, zorganizował Gaudiopolis. Ta dziecięca republika miała dziecięcy rząd, ustawy, własną walutę a nawet czasopismo satyryczne. Mieszkańcy uczyli się zawodów, uprawiali ogród, organizowali wydarzenia kulturalne. Kiedy instytucję odebrano mu nacjonalizując ją w 1950 roku zaczął zajmować się porzuconymi, przez nikogo nie chcianymi dziećmi z różnymi problemami.

Zmarł w Szwajcarii dokąd pojechał odwiedzić rodzinę, która opuściła Węgry w 1956 roku.

Zadziwiające dla mnie jest, że postać takiego formatu, przywodząca na myśl zarówno Irenę Sendlerową jak i Janusza Korczaka, jest tak słabo znana na Węgrzech. Wydawałoby się, że niewiele jest bardziej bezdyskusyjnych rzeczy niż ratować dzieci ale jednak Sztehlo nie trafił do kanonu wielkich Węgrów. Choć zdecydowanie ma tam swoje miejsce.

Pogański kościół w Verőce

Dziesięć lat temu pisałem o kościele w Verőce, którego poświęcenia odmówili biskupi trzech wyznań chrześcijańskich [HU]: katolicki, kalwiński i ewangelicki. Niedawno przejeżdzaliśmy przez tę wieś więc zboczyliśmy z drogi by zobaczyć tę niecodzienną budowlę zaprojektowaną przez architektów Endre Szűcsa i Pétera Tótha.

Widok z przodu, niech nas nie zwiedzie IHS na frontonie.
Widok z tyłu
W środku

Kościół koniec końców został zresztą poświęcony choć nie przez biskupów ale przez miejscowego pastora kalwińskiego, kapłana unitariańskiego oraz emerytowanego polowego biskupa kalwińskiego.

Ością niezgody był witraż z mitycznym ptakiem turulem. Legenda głosi, że nawiedził on we śnie Emese, żonę węgierskiego władcy, według jednej wersji zapładniając ją a według drugiej komunikając ciężarnej już kobiecie, że z jej łona wypłynie potok, który rozleje się po obcej ziemi. Było to odniesienie do syna Álmosa, który miał wyprowadzić Węgrów z Lewedii, krainy, w której wówczas żyli zaczynając ich wędrówkę w kierunku kotliny Karpackiej. Jak podkreśla opis kościoła [HU], z rodu Emese – dynastii Arpadów – wyszło najwięcej świętych w Europie i na świecie.

Turul trzymający Emese

Innym kontrowersyjnym elementem jest postać na sklepieniu. Choć wygląda jak Maria jest to Boldogasszony lub też Babba Mária [HU] czyli też przechrześcijańska jeszcze, boska postać kobieca wywodząca się z sumerskiego kultu płodności. Do niej to miała trafić po śmierci Emese.

Patronka płodności na sklepieniu

We wspomnianym opisie kościoła fakt, że biskupi odmówili konsekracji świątyni cytowany jest z oburzeniem: Węgrzy nie byli poganami odrzucającymi boga! Wierzyli w jednego boga, nie byli poganami! To jest świątynia a nie, jak sugerują biskupi, tylko jakieś miejsce pamięci!

Upamiętniany jest tutaj Trianon. Kościół uroczyście otwarto 4 czerwca 2010 roku właśnie w rocznicę podpisania tego traktatu (tu raczej używa się słowa „dyktatu”). Tutaj Węgrzy dowolnego wyznania mogą się błagać Boga (Węgrów) o „zmartwychwstanie” kraju, ulubionego terminu używanego przez rewizjonistycznych nacjonalistów.

Sam kościół jest pięknie położony na wzgórzu z pięknym widokiem na szereg wyremontowanych starych chałup do wynajęcia przez turystów. Jest nieduży, to w zasadzie kaplica ale foremny. Formą nawiązuje do ziarna pszenicy. Przypominać ma też niektóre z kościołów epoki Arpadów.

Widok ze środka
A na dole taka oto chałupa. Sprawdzam co to: muzeum Alberta Wassa.
Przed muzeum stoi takie oto gustowne popiersie pisarza.

Świątynia przybliża nie tyle Boga co Węgrów. Warta jest odwiedzin.