Pomnik morderców

Jeden z najbardziej zdumiewających pomników w Budapeszcie jest turul z XII dzielnicy. Oficjalnie ma on upamiętniać ofiary drugiej wojny światowej z tej dzielnicy. Tak jednak nie jest bo zdaniem wielu jest to raczej pomnik wystawiony mordercom-strzałokrzyżowcom.

Dwunasta dzielnica to szczególne miejsce z punktu widzenia historii strzałokrzyżowców. Tutaj ich partia osiągała świetne wyniki wyborcze, tutaj też, w końcowej fazie wojny, działała ich najprężniejsza – najbrutalniejsza – organizacja. Zamknięty wokół Budapesztu pierścień zaciskał się coraz bardziej, jej aktywność tym niemniej koncentrowała się na „wrogach wewnętrznych” czyli Żydach, których łapano, grabiono, torturowano, gwałcono i mordowano. Pisałem o tym więcej tu omawiając wstrząsające książki Gábora Zoltána Orgia i Szomszéd.

Te książki poruszyły też dziennikarza portalu 444 Dániela Ácsa, który postanowił zająć się temat i zrobić film dokumentalny na temat pomnika, który już wcześniej budził wielkie kontrowersje. Godzinny film dostępny jest w internecie z angielskimi napisami. Ten wpis w dużej mierze opieram na pochodzących z niego informacjach.

Pomnik postawiono w 2005 roku. Zrobił to kontrolowany przez Fidesz samorząd dzielnicy – bez wymaganych zezwoleń. Próby działań administracyjnych mające na celu usunięcie nielegalnego obiektu budowlanego spotkały się z protestami organizowanymi przez skrajnie prawicowy Jobbik razem z Fideszem, co było pierwszym przykładem takiej współpracy. Na demonstracjach pojawiały się maszerujące kolumny Węgierskiej Gwardii, bojówki Jobbiku, grzmiało hasło Precz z Żydami (Mocskos zsidók).

Problemem nie były jedynie administracyjne braki. Pomnika nieprzypadkowo broniła skrajna prawica: turul to od czasów strzałokrzyżowców jej jednoznaczny symbol. Sam pomnik ustawiono w centrum obszaru działalności dzielnicowej organizacji strzałokrzyżowców od odległości kilkuset metrów od miejsc ich kolejnych zbrodni.

Nie tak dawno okazało się, że z pomnikiem łączy się jeszcze jedna ciemna sprawa. Na jego bokach umieszczono kilkaset nazwisk mieszkańców dzielnicy, którzy zginęli w czasie wojny. Zbierano jej między innymi przez ogłoszenia w dzielnicowej gazetce samorządowej. W październiku 2019 roku w czasopiśmie Mozgó Világ ukazał się artykuł [HU] opisujący zbrodniczą działalność w ramach partii strzałokrzyżowców Józsefa Pokorniego, dziadka obecnego burmistrza dzielnicy z ramienia Fideszu Zoltána Pokorniego. Okazało się, że jego nazwisko widnieje na pomniku. Nazwisko mordercy obok nazwisk ofiar.

Nazwiska na pomniku są na paskach z boku.

Krótko po tym burmistrz wygłosił poruszające przemówienie i obiecał zająć się sprawą pomnika, którego poprzednio bronił („turul będzie stał póki ja jestem burmistrzem”). Pisałem o tym tu.

Wracając do pomnika, jeszcze w okresie pierwszej wojny światowej turul był symbolem męstwa wojskowego. Dlatego często spotkać go można na licznych pomnikach upamiętniających ofiary tej wojny stojące w większych i mniejszych miejscowościach na Węgrzech.

W okresie międzywojennym jednak przejęła go skrajna prawica, między innymi Stowarzyszenie Turula (Turul Szövetség), które głosiło hasła całkowitego wyeliminowania Żydów z życia publicznego.

Pod symbolem turula dzielnicowa organizacja strzałokrzyżowców dokonywała swoich zbrodni. Jednym z ich form było rozstrzeliwanie osób uznanych przez nich za Żydów nad Dunajem tak by ciała od razu wpadały do wody – tak zamordowano tysiąc trzysta osób.

Jeszcze wtedy kiedy walki toczyły się już na terenie dzielnicy miejscowi strzałokrzyżowcy wymordowali uznanych za Żydów chorych i personel szpitala przy ulicy Maros, szpitala im. Dániela Bíró oraz mieszkańców domu starców przy ulicy Alma. Aktywnym udziałem w tych trzech zbrodniach odznaczył się József Pokorni.

Organizacja strzałokrzyżowców w XII dzielnicy liczyła 110 członków. Z tego 22 skazano po wojnie na karę śmierci, 38 dostało inne wyroki. Część, w tym i József Pokorni, zginęła jeszcze w czasie wojny, część uniknęła kary.

Najsłynniejszą postacią tej organizacji był András Kun, były franciszkanin, który chodził w habicie z partyjną opaską na ramieniu i pistoletem przy pasie. Wygłaszał on kazania w kościołach, zagrzewał do działania, pełnił rolę charyzmatycznego ideologa. Szaleństwo jego działań przekroczyło próg wrażliwości przywództwa partii i został on zaaresztowany. Z więzienia wypuścili go Rosjanie, którzy wypuścili wszystkich więźniów bez badania kim są. Zatrzymany powtórnie został skazany na wyrok śmierci, który wykonano.

András Kun, kadr z filmu
András Kun, kadr z filmu

Po krótkiej fali rozliczeń bezpośrednio po wojnie strzałokrzyżowców nie nękano w sposób systematyczny. Nie byli oni celem żadnej z kampanii prześladowań, które dotykały przedwojennych oficerów, posiadaczy, kler, bogatych chłopów, socjaldemokratów itp. Związane z nimi śledztwa prowadzono tylko po rewolucji 1956 roku. W 1967 roku zorganizowano process strzałokrzyżowców z XIV dzielnicy. Nie jeden z byłych nyilasów wstąpił do partii.

Historycy, których samorząd poprosił o zbadanie sprawy pomnika po nagłośnieniu sprawy nazwiska Józsefa Pokorniego na pomniku doszukali się na nim w sumie 21 nazwisk strzałokrzyżowców. Okazało się przy tym, że brak jest nazwisk wielu znanych ofiar, między innymi uczestnika ruchu oporu generała Jánosa Kissa czy też ratującego Żydów księdza Ferenca Kálló, obu zamordowanych przez nyilasów. Pojawia się nazwisko Istvána Poisa, który choć sam nie był Żydem to jednak nie chciał opuścić aresztowanej żony Żydówki. Oboje ich zamordowali nyilasowie, ale jej nazwiska na pomniku brak. Jak zauważył jeden z badających pomnik historyków Krisztián Ungváry, nie byli oni ofiarami wojny, zostali zamordowani przez rodaków, sąsiadów.

Pojawia się pytanie czy stawiając ten pomnik samorząd tych wszystkich faktów nie znał, co fatalnie świadczyłoby o jego kompetencjach, zignorował je czy też była to świadoma próby rehabilitacji strzałokrzyżowców w historii węgierskiej. Nie wiadomo, która z tych opcji jest gorsza.

Historycy zaproponowali by pomnik przemianować na pomnik pierwszej wojny światowej, przenieść na inne miejsce a nazwiska usunąć. W głosowaniu na posiedzeniu samorządu głosami Fideszu (sam Pokorni się wstrzymał) propozycję przeniesienia pomnika odrzucono.

Nazwisko Józsefa Pokorniego na pomniku już nie ma. Ale problem, który jest większy, niż to nazwisko czy też nawet sam pomnik, pozostał.

Miejsce po nazwisku Józsefa Pokorniego. Było obok nazwiska Istvána Poisa.
Turul, problem dla dzielnicy, problem dla kraju

Radio Polonia Węgierska 38 / kolęda ocalona na Węgrzech

Zapomniana w Polsce derencka kolęda ocalała na Węgrzech – o tym zaskakującym efekcie moich poszukiwań opowiadam w najnowszym podcaście (26:00). Pełen program podcastu wraz z moim tekstem poniżej.

1.Powitanie
2. Serwis informacyjny (R. Rajczyk)
3. Autorski przegląd polskich tygodników (R. Rajczyk)
4. Jeż Węgierski w eterze (J. Celichowski)
5. Rozmowa z dr Tomaszem Kurpierzem (IPN), autorem monografii H. Sławika (R. Rajczyk)
6. Pożegnanie

Parę tygodni temu opowiadałem o kolędzie z Derenka: ainteresowałem się tym czy jest może znana w Polsce i okazało się, że nikt tam o niej nie słyszał. Dowiedziałem się przy tym, że kolęda jest popularna na Słowacji, gdzie wykonywana jest po słowacku i rusińsku. Czyżby więc mowa była o kolędzie słowackiej a nie polskiej? No i czy sami derenczanie to raczej Polacy czy Słowacy?

Postanowiłem szukać dalej i udało mi się znaleźć dwóch znawców muzyki ludowej z Podhala, Jana Karpiela-Bułeckę oraz Krzysztofa Trebunię-Tutkę, którzy niezwykle życzliwie i cierpliwie odpowiadali mi na moje pytania. Okazało się, że tekst wykonywanej przez zespół Drenka Polska kolędy, mimo pewnych zniekształceń oraz naleciałości węgierskich, to gwara spiska bliższa polskiemu niż słowackiemu. Jan Karpiel-Bułecka zadał sobie trud napisania tego tekstu czystą gwarą, taką jaka jest w użyciu i obecnie.

Czyli ta kolęda, zapoznana w Polsce, przetrwała w jej polskiej wersji tu, na Węgrzech, dzięki derenczanom, a w szczególności zespołowi Drenka Polska. Żartobliwie można by powiedzieć, że to drugi, obok biblii królowej Zofii, zabytek kultury polskiej, który przeżył na Węgrzech.

Co do samej kolędy to nie warto szukać w niej jakiegoś jednoznacznie określonego charakteru narodowego. Spisz to region, gdzie kultury i tożsamości się przenikają. Krzysztof Trebunia-Tutka napisał mi:

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Do tej wyliczanki mógłby pewnie, dzięki Derenkowi, dołączyć i Węgry. Ta kolęda wszędzie jest u siebie.

Szalenie ciekawe są dla mnie te odkrycia. Tutejsza polonia, niewielka liczbowo, ma w rękach taki unikalny skarb. Przypomina on o naszych związkach ze Spiszem, warto go kultywować.

Margit Dezsőné Bozsik i Viktória Gáborné Jurecska podczas wizyty w szkole polskiej przy ambasadzie w 2013 roku, to im i wielu innym derenczanom zawdzięczymy przetrwanie kolędy.

Polsko-spisko-słowacka kolęda z Derenka

Nie tak dawno pisałem o starej kolędzie, którą usłyszałem w wykonaniu zespołu Drenka Polska. Dowiedziałem się, że ta kolęda jest znana na Słowacji ale nie w Polsce. Pojawiło się niewypowiedziane a ciekawe pytanie: czy może derenczanie mają więcej wspólnego ze współczesnymi Słowakami niż Polakami?

Zacząłem głębiej szukać i skontaktowałem się ze znawcami muzyki Podhala Janem Karpielem-Bułecką oraz Krzysztofem Trebunią-Tutką, którzy cierpliwie i wyczerpująco odpowiadali na moje pytania, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Dowiedziałem się o skomplikowanej sytuacji narodowościowej na Spiszu (większa część regionu leży na Słowacji), skąd wywodzą się derenczanie. To napisał mi Jan Karpiel-Bułecka:

Cudowne jest to, że ci ludzie jako Spiszacy zachowali polską świadomość narodową. Po prostu wyemigrowali ze Spisza jeszcze przed słowacką, póżniej czechosłowacką, indoktrynacją. (…) Dziś spiscy górale na Słowacji za Polaków się nie uważają, choć mówią, grają i noszą się po naszemu. Smutne, ale jest to robota Węgrów, którzy nie dali polskiego księdza ani nauczyciela z obawy przed utratą kawałka terytorium. Woleli dać Słowaków, aby im namieszać w głowach. I tak im z tego nic nie wyszło, bo znaczna część słowackich Spiszaków i Orawian uważa się za Górali a nie Słowaków, ale też nie Polaków. Obecna słowacka władza jak kiedyś czechosłowacka wpiera im, że są takim małym słowiańskim narodem i przeciwstawiają im literacką polszczyznę jako dowód. Oni natomiast doskonale ten język rozumieją i szybko się go uczą.

Te informacje uzupełnił Krzysztof Trebunia-Tutka:

Na Spiszu przez wieki mieszkali też Rusini (zwani po polskiej stronie Łemkami), którzy mieli poczucie odrębności etnicznej (pismo, religia), ale nie utożsamiali się wprost z Ukrainą. Do dziś niektórzy uważają się za grupę górali ruskich stanowiących odrębny naród (w 1918 r. utworzyli nawet Ruską Ludową Republikę Łemków), a inni uważają się za ruską (łemkowską) grupę etniczną narodu ukraińskiego.

A to Jan K-B napisał mi o samej kolędzie:

Uprzejmie informuję, że odsłuchałem wszystkich wersji i jest to jak z tego wynika kolęda słowacka ale w polskojęzycznych częściach Spisza, Orawy czy Kysuc ludność tłumaczyła sobie teksty w naturalny sposób. Siłą rzeczy powstawały tzw. makaronizmy celem utrzymania rymu. Baby z Derenka śpiewają ,,kie jasno gwiozda” a nie „ked jasna hvezda”, jedynym słowakizmem jest użycie ,,lem” ale kiedyś było to powszechne i na Podhalu. Jak Pan słyszy i Rusnacy i Łemkowie mają swoja wersje. Bo różnice językowe są niewielkie.

Ciekawe rzeczy dodał Krzysztof T-T:

Przez cały okres powojenny, a nawet w okresie międzywojennym Spisz był dosyć mocno podzielony granicą. Mimo kontaktów zespołów regionalnych, spotkań podzielonych granicą rodzin, pracy w strefie nadgranicznej, nie było tak mocnego przenikania repertuaru ludowego jak wcześniej (Austro-Węgry).

Te nagrania współczesne niczego do końca nie przesądzają, bo oczywiście są po słowacku, ale tak się dzieje też po polskiej stronie, że gwara stopniowo upodabnia się do języka ogólnopolskiego. 

Myślę, że w tradycji muzycznej najpiękniejszą rzeczą jest właśnie to przenikanie motywów muzycznych, tanecznych i słownych pomiędzy Słowakami, Rusinami (Łemkami) i Polakami. Wielu czuje się członkami dwóch (lub trzech) narodów (mieszane pochodzenie, mieszane małżeństwa itd.) Dzięki Bogu (i Unii Europejskiej) – dziś można dosyć spokojnie się do tego przyznać. Na swoich koncertach (Trebunie-Tutki, Śleboda, Kapela Młodych Tutków) podkreślam nasze polskie (małopolskie), ale też karpackie pochodzenie.

Wydaje mi się, że kolęda jest ze Spisza (raczej części obecnie należącej do Słowacji, ale kiedyś będącej też w granicach Rzeczypospolitej – jak Stara Lubownia i pozostałe 14 „miast spiskich” danych przez Zygmunta Luksemburczyka w zastaw królowi polskiemu). Mogła mieć więc swoje wersje w gwarze spiskiej (polsko-słowackiej) i ruskiej (rusnackiej), a potem została zaadoptowana do języka ogólnosłowackiego (2 poł. XX w). Tak stało się z wieloma melodiami z tamtych stron.

A JK-B sprawił mi wspaniały prezent podając tekst kolędy napisany gwarą góralsko-spiską oczyszczony z węgierskich naleciałości.

KIEDY JASNO GWIOZDA z njeba wychodziyła
wtedyj Panienka Maryja syna porodziyła.
Jak Go porodziyła, siumnie mu śpiywała
Loloj, luloj synu Boski bo jo by barz spała.
Mamo moja mamo, cekoj lem godzinke
Nim jo zońde jaz do raju po twojom pierzynke.
Oj synu mój synu jakbyś ty to zrobioł
Nie minena lem godzinka jageś sie narodziył.
Mamo moja mamo, cy bedzies wierzyła
Ze jo stworzył niebo i ziym i całom nature.

Tekst kolędy wrócił tak do źródeł.

Nasza derencka kolęda ma więc po prostu spiskie korzenie, a ponieważ spiska kultura stała się częścią i polskiej i słowackiej, a także zresztą rusińskiej, kultury, to i do nich kolęda należy, choć znana jest akurat na Słowacji a nie w Polsce. Dzięki Derenkowi obecna jest i w kulturze polskiej na Węgrzech. Jest unikalna, warto ją kultywować.

Derenk, kawałek Spisza na Węgrzech

Radio Polonia Węgierska 37 / cała prawda o „znajomych”

Nie zrozumiesz Węgrów dopóki nie zrozumiesz czym jest tutaj znajomy. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu (21:20). Pełen program tu, moja gadka poniżej.

– Powitanie
– Serwis przyg. Robert Rajczyk
– Autorski przegląd polskiej prasy przyg. Robert Rajczyk
– Jeż Węgierski w eterze przyg. Jerzy Celichowski
– Urywki historii przyg. Maciej Jasiński
– Pożegnanie

Czasami wydaje mi się, że drugim słowem po słowie „mama”, którego się uczą węgierskie dzieci jest słowo „znajomy”.

Kto mieszka czy mieszkał na Węgrzech wie, że w sytuacji gdy potrzeba hydraulika, lekarza, mechanika samochodowego i tak dalej, pierwszą rzeczą, o którą Węgier spyta jest: czy znasz kogoś? Nie jest to pytanie: czy możesz kogoś polecić? ale właśnie: czy znasz kogoś?

Różnica z pozoru niewielka ale jednak istotna. Tu nie chodzi o wybór najlepszego, sprawdzonego i wartego rekomendacji fachowca czy też informację o sposobie rozwiązania problemu ale pytanie o to, czy w danej sytuacji istnieje możliwość powołania się na nieformalny kontakt. Tak jakby to, że się kogoś zna liczyło się bardziej niż to jak dana instytucja powinna normalnie działać. Tak jakby formalne reguły funcjonowania instytucji, społeczeństwa, państwa nie miały tu żadnego znaczenia.

Ten kult znajomości, ich paniczne poszukiwanie w sytuacji potrzeby, pokazuje jak niskie jest poziom zaufania społecznego na Węgrzech. Obcemu nie można zaufać, dlatego potrzeba znajomego. Jeśli zwrócić się do danego fachowca bez powołania się na znajomości nie można liczyć na to, że sumiennie wykonana zlecone mu zadanie, nawet jeśli wchodzi to w zakres jego obowiązków.

Ciekawe, że w zasadzie nie liczy się na ile dobry jest dany hydraulik, lekarz czy też mechanik samochodowy bo nie tego tyczy się pytanie tylko czy się go zna. I to nie koniecznie osobiście, wystarczy, że sąsiadka ma kuzynkę, której brat chodził do postawówki z danym hydraulikiem, lekarzem czy też mechanikiem samochodowym, to już jest znajomy.

Zważywszy na to, że każdy hydraulik, lekarz czy też mechanik samochodowy, zarówno ten dobry jak i kiepski, ma podobną ilość znajomych, widać, że samo kryterium bycia znajomym nie stanowi koniecznie gwarancji jakości poszukiwanej usługi.

Kult znajomości jest oznaką strachu. Bez kokonu znajomych chroniących przed światem, który przeraża, nie ma jak żyć. Nie wiem kiedy to mogło by się zmienić, póki co więc zapamiętajmy to słowo: znajomy to po węgiersku ismerős.

Stary, nie znasz może jakiegoś mechanika samochodowego? źródło: Fortepan / Piarista Levéltár/Holl Béla
O tak, sąsiadka ma kuzynkę, której brat chodził do postawówki z chłopakiem, który jest teraz mechanikiem samochodowym, źródło: Fortepan / Szűcs Lóránd

Radio Polonia Węgierska 36 / antyrockowy musical

Czy można zrobić rockowy musical z antyrockowego paszkwilu? Można. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu (20:40). Program poniżej, jeszcze niżej cały mój tekst.

1. Powitanie
2. Serwis ( R. Rajczyk)
3. Autorski przegląd polskich tygodników (R. Rajczyk)
4. Jeż Węgierski w eterze (J. Celichowski)
5. Urywki historii (I. Gass)
6. Pożegnanie

Czy można zrobić rockowy musical z antyrockowego paszkwilu? Można. I to z jakim rezultatem.

Może zacznijmy od paszkwilu: w 1971 roku pisarz Tibor Déry napisał niewielką powieść pt Képzelt riport egy amerikai popfesztiválról czyli Wyobrażony reportaż z amerykańskiego festiwalu pop. Głównymi bohaterami są mąż i żona, węgierskie emigracyjne małżeństwo. Ona uciekła od męża na festiwal rockowy, on jej teraz szuka. Można się domyśleć, że całość skończy się tragicznie: kobieta umiera od przedawkowania heroiną, mężczyzna, ugodzony nożem w plecy, trafia do szpitala.

Sam festiwal co do szczegółów zgadza z Altamont Speedway Free Festival, który odbył się w Kalifornii w grudniu 1969. Owiany jest ponurą sławą z powodu fali przemocy, która się na nim pojawiła. Emblematyczne stało się morderstwo Mereditha Huntera popełnione przez członków gangu Hells Angels zatrudnionych jako ochroniarze na koncercie The Rolling Stones.

Déry oparł się na relacjach w zachodniej prasie niemal słowo w słowo wykorzystując zamieszczone tam artykuły. Obecnie brzmi to absurdalnie ale wówczas dostęp do zachodnich czasopism oraz znajomość języków obce były bardzo ograniczone i coś takiego było możliwe.

Obraz festiwalu jaki wyłania się z tekstu jest ponury: narkotyki, ogłupiająca muzyka, przemoc, błoto, głód i zimno. Tłum idący na koncert kojarzy się bohaterom z kolumną popędzanych na egzekucję Żydów a Hells Angels ze strzałokrzyżowcami.

I to z tego tekstu teatr Víg postanowił zrobić musical. Najpierw do współpracy zaprosili słynne duo rockowych twórców Jánosa Bródy i Levente Szörényiego, który odmówili pracy z tym tekstem z powodu jego antyrockowego charakteru. Zgodzili się natomiast Gábor Presser oraz Anna Adamis. Presser tłumaczył później, że gdy zapytał Déryego czy dobrze rozumie, że w tekście chodzi o to, że gdziekolwiek człowiek wyjedzie zawsze ze sobą zabierze Węgry, ten to potwierdził. To miało przeważyć w decyzji.

I tak w 1973 roku powstał pierwszy węgierski, jak to nazwano, tragiczny musical rockowy. Odniósł on oszałamiający sukces. Oryginalny spektakl doczekał się czterystu przedstawień a i potem wystawiano go jeszcze wielokrotnie na różnych scenach, w tym po niemiecku oraz po angielsku. Muzyka z musicalu do dziś cieszy się popularnością. Paradoksalnie jak na utwór będący przeniesieniem na scenę antyrockowego paszkwilu niektóre z tych piosenek trafiły do kanonu węgierskiego rocka i niewielu tylko pamięta okoliczności ich powstania.

Legendarna okładka płyty z muzyką musicalu autorstwa Györgya Keménya

Zainteresowanym tą muzyką polecam trzy kawałki: Valaki mondja meg, Ringasd el magad oraz Vinnélek vinnélek.