Sonnenberg

Spoiler: w tej książce główny bohater do jednej kochanki dodaje drugą, a wszystko to zajmuje 479 strony. Widać więc od razu, że ta powieść Krzysztofa Vargi nie zalicza się do literatury akcji.

Perypetie Andrása, badacza współczesnej literatury austriackiej, beznadziejnie wciąż tylko planującego napisanie powieści, które, jak wspomniałem, nie obfitują w wydarzenia, to jedna warstwa książki. Druga to detaliczny, porażąco dokładny, instagramowy w zasadzie, opis Budapesztu i Węgier. Tu autor wykazał się imponującą znajomością topograficznych, komunikacyjnych, mentalnościowych, obyczajowych, rzecz jasna, również kulinarnych, a także wielu innych aspektów współczesnego świata węgierskiego wlicząc w to i erudycjny przegląd aktorek porno pochodzenia węgierskiego.

Opisy ulic, tras autobusów, towarów sprzedawanych na rynku, restauracycjnych jadłospisów, konkretnych miejsc (taki Czakó kert, czy też ogródek Czakó powstał ledwo jakieś dwa lata temu a już znalazł się w tekście książki) dają realistyczny i aktualny obraz miasta. Zastosowany przez autora trick polegający na tłumaczeniu mających znaczenie nazw ulic w dużej mierze usuwa barierę językową i pozwala na głębszą identyfikację ze światem Andrása. Szkoda tylko, że Krzystof Varga nie jest tu do końca konsekwentny nie tłumacząc wszystkich przetłumaczalnych nazw, jak na przykład Gyarmati (Kolonialna), Szép (Piękna), Király (Królewska) czy Istenhegyi (Boskiej Góry lub Boskogórska).

Ciekawostka – w książce pojawia się Instytut Polski w następującym fragmencie:

[Ágnes] mogłaby z ulicy Nagymező 11 iść na ulicę Nagymező 22 i jeszcze po zdążyłaby obejrzeć wystawę cudacznych plakatów albo koszmarnych bohomazów w witrynie Instytutu Polskiego, które siedziba oddzielała oba te teatry.

Książkę odczuwa się jakby była to współczesna powieść węgierska tyle że napisana akurat po polsku. Tu i ówdzie, rzecz jasna, czytelnik polski nie będzie miał wiedzy, która oczywista jest dla czytelnika węgierskiego. Nie jest to łatwe wyzwanie bo albo autor nie wchodzi w szczegóły jak na przykład kiedy na temat słynnej mowy Gyurcsánya, w której przyznał się do okłamywania wyborców, ogranicza się do epitetu „haniebna” nie wyjaśniając co w niej było, albo też te szczegóły podaje ryzykując wrażenie nieautentyczności. Weźmy taki dialog:

[…] a ja zwróciłem uwagę Virág na diabelski młyn, który już od niemal roku kręcił się dostojnie na placu Elżbiety, choć miał tam stać tylko kilka tygodni.
-Podobno największy w Europie – powiedziała Virág, lecz bez najmniejszej ekscytacji.
-Większy niż ten londyński?
-Nie, mniejszy, ale londyński jest na wyspie, a ten jest na kontynencie, więc w prawdziwej Europie.
-To tak jak z metrem! – zawołałem głosem podwórkowego odkrywcy. – Metro w Londynie było pierwsze w Europie ale nasze w Budapeszcie pierwsze na kontynencie!

To ostatnie zdanie nie padłoby w żadnej węgierskiej rozmowie bo wszyscy to wiedzą, sam okrzyk „To tak jak z metrem!” by wystarczył. Balansowanie pomiędzy polskim a węgierskim czytelnikiem, a nie mam wątpliwości ani co do tego, że autor ją pisał ze świadomością węgierskiego wydania ani co do tego, że książka po węgiersku się ukaże, nie jest łatwe.

Niekiedy opisy Budapesztu przywodzące na myśl chłopca-autystę z youtube’a, który obejrzawszy Rzym z powietrza w ciągu kilku dni narysował zdumiewająco bezbłędne panoptikum miasta, zadziwiają bogactwem szczegółów. Za przykład niech posłuży fragment opisu rynku na placu Bośniackim:

Dalej zaś zaczynały się zaklęte rewiry warzywno-owocowe, szło się wąskimi korytarzami pomiędzy napierającymi górami ziemiaków, wielkich czerwonych rzodkiewek i jeszcze większych białych rzodkwi, wśród stosów słodkich żółtych papryk i długich zielonych ostrych, wśród pomidorów czerwonych jak rysunkowe serce, cebul wielkich niczym piłki do handballu i brokułów o urodzie ogromnych komórek rakowych, brnęło się przez wydmy orzechów włoskich, laskowych i ziemnych, przez łąki długich, wężowych szczypiorów, upiększonych niezwykłym bogactwem warzyw dyniowych: kabaczków, ogórków i patisonów, wreszcie następowały mielona papryka na wagę w piaskowych piramidach, nieograniczone odmiany jabłek i mnogość podejrzanie wielkich i doskonałych w kształcie truskawek.

Mimo barwnego języka opis jest zaskakująco realistyczny: rzodkiewki są ną Węgrzech wielkie, jarzyny układa się w stosy a ostre papryki to te długie i zielone, ale czytając go przyszło mi na myśl, że szybko może nabrać on charakteru „opisu przyrody” z dziewiętnastowiecznej literatury, docenianego przez fachowców od literatury a przeskakiwanego przez czytelników.

Koniecznie wspomnieć trzeba rozpoznawalny z daleka humor Krzysztofa Vargi. Tu za przykład posłużyć może opis śniadania Andrása podczas jego pobytu w Portugalii: zrealizowanego, wbrew fatalizmowi kultowej sztuki pod tytułem właśnie Portugalia, marzenia o wyrwaniu się w daleki, stereotypowo egzotyczny świat.

Kupowałem więc sery queijo da Serra da Estrela albo queijo de Azeitão, szynkę presunto i kiełbasę chouriços, oczywiście oliwki, pomidory, bagietkę świeżo wypieczoną z zamrożonego ciasta pełnego polepszaczy, z tym towarem wracałem do mojego hoteliku, i usiadłszy na balkonie, przyrządzałem śniadanie […].

Bagietka wypieczona z zamrożonego ciasta pełnego polepszaczy w doskonały sposób rujnuje wystudiowaną „autentyczność” śniadania a przy tym wyzwala w czytelniku cichy wewnętrzny uśmiech, który często pojawia się w trakcie lektury Sonnenbergu.

No właśnie, Sonnenberg. Po węgiersku to Naphegy a po polsku Słoneczna góra, to tam mieszka András. Skąd ta niemiecka nazwa? To już raczej chyba nawiązanie do kolejnej warstwy książki czyli literatury austriackiej, w której specjalizuje się nasz główny bohater. To świat dla mnie raczej nieznany i stąd z pewnością umknęło mi tu wielu rzeczy. Ktoś z nią bardziej obyty odkryje tu pewnie masę odwołań, a nuż nabierze ochoty napisać coś o nich w komentarzach.