zwłoki żarówki

Dziś pochowaliśmy w kuble na śmieci żarówkę. Nie męczyła się długo: wczoraj dostała ataku błyskania i tyle. Piękne miała długie życie: ponad jedenaście lat! Jak na żarówkę to prawdziwa staruszka. A wiemy to tak dokładnie bo zapisaliśmy na niej datę jej wkręcenia, które u żarówek liczy się jako Początek:

przepalona żarówka energooszczędna

Czyli tak jak obiecują producenci takich energooszczędnych żarówek: są drogie ale mają długo świecić. Zważywszy, że żarówka służyła nam w przedpokoju, gdzie światła palimy dużo osiągnięcie spore.

Dlatego też zrobię niedużą bezpłatną reklamę firmie, która ją wyprodukowała. Niech żyje więc Biax General Electric! A wy wszyscy kupujcie energooszczędne żarówki, bo mniej energii używają.

przepalona żarówka energooszczędna 2

raper z Kuplungu

Wczoraj w Kuplungu z Szewcem i Maciejką. Byłem tam kiedyś na piwie z premierem, słyszeli o tym, więc chciałem im pokazać gdzie to było.

Wchodzimy, w miarę luźno, moim gościom się podoba. Siadamy przy stoliku po czym ruszam do baru kupić coś do picia. Szewc gdzieś znika, więc Maciejka zostaje sama. Oglądam się i widzę, że już siedzi przy niej jakiś koleś i coś tam do niej gada. Po chwili jest już ich trzech.

Kupuję drinki, wracam do stolika, pojawia się też Szewc. Tych trzech to w stosunku do nas czterdziestolatków małolaty a w dodatku nieźle już wstawione a może i czymś napakowane. Miejscami popadają w stupor więc ich ignorujemy i rozmawiamy sobie po polsku.

W pewnym momencie jeden z nich wychodzi z komy i prosi o papierosa. Szewc daje mu jednego. Drugiemu kolesiowi zapalają się oczy i po chwili popałają na spółkę.

Trzeci koleś zagaduje mnie: jesteś Węgrem? Jak myślisz, odpowiadam. Pytanie zdecydowanie zbyt trudne w obecnej sytuacji, więc koleś tylko łakomie pokazuje na moje pół unicum. Podsuwam mu lufkę, wychyla jednym haustem, po czym wstaje, podchodzi do nas i zaczyna rapować. Nawija jakieś dwie-trzy minuty, jest rytm, bywa rym, choć wszystko, co zrozumiałe zważywszy na stan w jakim się znajduje, nie do końca regularne. Na koniec kłania się i mówi, że to jego tekst, improwizowany, z serca. Maciejka pyta o czym było a my z Szewcem, mimo, że mówimy po węgiersku, nie bardzo potrafimy powiedzieć bo trochę było bez sensu.

Kończymy pić, chcemy ruszać a Szewc: gdzie jest moja marynarka? Zanim zdążymy się przestraszyć przypływa jeden z kolesiów okryty nią właśnie. Nie zauważa chyba nawet jak Szewc mu ją zdjejmuje, najwyraźniej jest gdzie indziej. Wychodzimy.

A wszystko to w zupełnie luźnej atmosferze. Ani chwili poczucia zagrożenia czy też że to się może źle skończyć. Za to cały czas chodzi mi po głowie jak tu jest bezpiecznie.

piekę bakłażany

Każdy naród mając do dyspozycji te same surowce i instrumenty ugotuje z nich coś innego. Weźmy takie ognisko. Polacy upieką nad nim kiełbasę, Węgrzy – słoninę. Do żaru wrzucamy ziemniaki, a Węgrzy, o czym dowiedziałem się niedawno ku mojemu zdziwieniu – bakłażany. Wypróbowałem to w ten weekend.

Jak się dowiedziałem: parę dni temu János, mój kolega z pracy, spytał mnie czy lubię vinettę, czyli krem z bakłażanów. Czy lubię? Jasne! To ci przyniosę, powiedział. Zrobiłem właśnie, bakłażany piekłem na podwórku. Jak to? W ogniu, takie są najlepsze.

Zaintrygował mnie. Vinetta to jedno z moich ulubionych dań tutaj. Rzecz jest znana na całym bliskim wschodzie, na Węgry przyszła przez Rumunię, ściślej pewnie przez Transylwanię, skąd też nazwa: bakłażan to po rumuńsku vinete, według internetowego słownika węgiersko-rumuńskiego. Vinettę nauczyłem się robić choć nigdy, mimo przestrzegania całego związanego z tym rytuału jak na przykład używania drewnianego noża czy też odciekania upieczonych bakłażanów, i, nie udało mi się osiągnąć najwyższego, z jakim się zetknąłem, poziomu dania. Jarzyna zawsze piekłem w piecyku, może żywy ogień to to, co im potrzeba.

Tak też było. Bakłażany zawinięte w folię trzeba piec przez 30-45 minut w żarze. Udały się znakomicie. Okazało się, że mają się przypalić nieco, to dzięki temu nabierają właśnie niepowtarzalnego smaku, którego dotąd bezskutecznie szukałem.

Dla takich jak ja miłośników bakłażanów podaję przepis:

Vinetta

  • duży bakłażan
  • 1 cebula
  • 4-5 ząbków czosnku
  • łyżeczka cukru
  • sok z połówki cytryny
  • 2 łyżeczki majonezu
  • sól, pieprz

Bakłażana upiec, obrać ze skóry (w przypadku pieczenia w piecyku opiec nad ogniem obraną jarzynę), w międzyczasie na małym ogniu zeszklić cebulę i czosnek w oliwie (można też dodać je na surowo wraz z oliwą, trzeba ich wtedy mniej), wszystko wymieszać siekając uprzednio bakłażany, ewentualnie zmiksować. Podawać rozsmarowane na grzance.

Budapeszt widziany z Białorusi

Odwiedził mnie kolega z Białorusi i poszliśmy na piwo do Gödöru. Nie widzieliśmy się już od dawna, więc najpierw omówiliśmy sprawy osobiste (żona, dzieci, praca) po czym przeszliśmy do omawiania naszych krajów.

Zaczynamy od Węgier. Tłumaczę mu, że kraj jest akurat w stanie kryzysu. Wzrost ekonomiczny byle jaki, politycznie  beczka prochu, zaraz znów będą jakieś zamieszki. A kolega nie rozumie, jego zdaniem wszystko lepiej wygląda niż kiedy był tu parę lat temu.

Przechodzimy na Białoruś. Kolega jest inteligentny i wykształcony, i w żaden sposób nie można go określić jako zwolennika Łukaszenki. Tym niemniej, przywykły do medialnych klisz na temat swojego kraju, stara się nieco prostować podkreślając pozytywne elementy sytuacji. Ulice w Mińsku są świetne, cały czas remontuje się masę domów, a jego koledzy pracujący dla rządu mają może niskie pensje ale za to mają przydziały na piękne mieszkania za kopiejki czy też prawie darmowe wakacje w jakimś, prawda, że białoruskim, kurorcie. Opozycja nie jest poważna, być może na danym etapie rorwoju taki Łukaszenko jest nawet konieczny.

Pogadaliśmy sobie – trochę się pokłóciliśmy, i już prawie kolega ma się żegnać kiedy spytał o koncerty w Budapeszcie. Poszedłem i z baru przyniosłem mu Pesti Est. Przejrzeliśmy sekcję z koncertami, poleciłem mu parę miejsc. I wtedy powiedział: na Białorusi nie ma rozrywki. Tam nic się nie dzieje. Kiedy wyszliśmy i szliśmy przez plac koło kłębiących się deskorolkowców dodał, jaka tu atmosfera wolności. 

Czyli różnimy się czymś od Białorusi:)

Budapeszt i Węgry: przewodnik internetowy

Link przysłał mi nieoceniony Rysiek. Przewodnik jest jak należy, jest wprowadzenie, informacje ogólne o kraju i mieście, opisy zabytków, Budapeszt w jeden, trzy dni lub tydzień, polecane restauracje, spis biur turystycznych, zbiór przepisów do gotowania, historia kraju – słowem wszystko. Podejście jest mainstreamowe czyli coś co mnie mniej rusza ale docenić trzeba jak bardzo wyczerpujące są podane tu wiadomości. Brakuje tylko informacji kto to zrobił, podpis Csirke pod tekstem witającym odwiedzających stronę wiele nie wnosi. Jest to tym bardziej intrygujące, że pracy z tym było ogrom a na stronie zero reklam ani nawet zachęty do kupna wersji papierowej. W dodatku przewodnik istnieje też w wersji hiszpańskiej – doprawdy jestem zaintrygowany.

Skoro nie znam rozwiązania tej zagadki mogę się oddać fantazjowaniu na jego temat.

  • Przewodnik został wydany przez jakieś popularne wydawnictwo wydające literaturę turystyczną. Ktoś dla wprawki w pracy z internetem zadał sobie trud przeniesienia tam materiału.
  • Przewodnik zrobiła studentka hungarystyki oraz turystyki i rekreacji. Była to jej praca dyplomowa.
  • Przewodnik jest dziełem prowincjonalnego fascynata Węgrami. Nic dla niego poza Węgrami nie istnieje. Powstawał przez całe lata.
  • Przewodnik został napisany na zamówienie jakiegoś wydawnictwa, które zerwało umowę. Autor chcąc się pomścić opublikował zebrany materiał w internecie uniemożliwiając jego komercyjne wykorzystanie.
  • Przewodnik powstał na zlecenie MSZ-tu. Opublikowany anonimowo miał posłużyć do ilustracji jak żywa jest przyjaźń polsko-węgierska podczas negocjacji poprzedzających ostatni szczyt Unii gdy Polska na gwałt szukała sojuszników do walki o system pierwiastkowy.
  • Przewodnik jest efektem terapii psychopatycznego mordercy seryjnego zabijającego rowerzystów. Miał się zająć czymś co będzie go odwodzić od morderczych myśli, zdecydował się na Węgry.

A może wy macie jakieś inne możliwe wyjaśnienia?

komunizm, jaki lubię

Napotkany niedawno znajomy opowiadał mi jak na wakacjach na działce ich siedmio- i pięcioletni synowie na całe dni znikali z bandą dzieci z okolicznych domków. Poinstruowani, że mają być z powrotem do wpół do dziesiątej wieczorem punktualnie się zjawiali. Dzieci szczęśliwe jak nie wiem co, rodzice spokojni. Nietypowo, co?

Nietypowo. Jakiś czas temu natknąłem się na artykuł opisujący kurczenie się przestrzeni, w której pozwala się poruszać ośmioletniemu dziecku na podstawie pewnej rodziny. Dziadek w tym wieku samodzielnie chodził na ryby sześć mil. Ojciec sam chodził do odległej o milę szkoły. Syna do szkoły odwozi się samochodem, sam może oddalać się od domu nie dalej niż trzysta jardów (artykuł po angielsku, w tekście ładna mapa ilustrująca te zmiany).

To jest raczej typowe. Boimy się o dzieci, pozwalamy im mniej, niż robiliśmy sami. A mój znajomy, skądinąd raczej normalny facet, jakoś puszcza je luzem bez obaw. Jak to jest?

Jest to możliwe ze względu na miejsce, gdzie znajduje się jego działka. Dość niezwykle, nie ma ogrodzenia wokół poszczególnych działek – właściciele często nie wiedzą nawet dokładnie, gdzie się one zaczynają i kończą – za to jest płot wokół całego terenu, na którym znajdują się działki. W płocie są furtki, które zamyka się na klucz, tak, że nikt postronny nie wejdzie a żadne dziecko nie wyjdzie bez dorosłych. Działkowicze poczuwają się do opieki nad wszystkimi dziećmi, tak więc jak zobaczą kogoś głodnego to dadzą jeść, jak płacze to pomogą albo odprowadzą do domu.

Skąd takie miejsce? Ano, dzięki komunistom. W latach dwudziestych albo trzydziestych, dokładnie nie pamiętam, grupa budapeszteńskich komunistów wykupiła wspólnie kawałek gruntu przy miejscowości Horány na wyspie szentendryńskiej, żeby spędzać na nim wakacje. Początkowo dostać się można było tam tylko łodzią a mieszkało się w namiotach. Osiedle, jeśli ten teren można tak określić, nazwali Vörös Meteor, czyli Czerwony Meteor.

Vörös Meteor dotrwał do socjalizmu i mimo, że zaczęły się tam pojawiać wielkie szyszki czarnymi samochodami a część współwłaścicieli porobiła kariery, istota osiedla się nie zmieniła. Zmiana ustroju spowodowała przechrzcenie miejsca na zwykły Meteor już bez przymiotników określających jego kolor ale poza tym znów wszystko zostało po staremu. W dalszym ciągu zmiana właściciela musi być zatwierdzana przez wspólnotę, w dalszym ciągu nie ma ogrodzeń między działkami a dzieci biegają sobie swobodnie po całym terenie. I to wszystko, mimo, że z terenu korzysta już trzecie pokolenie: wnuki inicjatorów przedsięwzięcia z rodzinami.

Muszę powiedzieć, że podoba mi się taki komunizm dla chętnych. Może byłby to nawet niezły ustrój gdyby pod wszystkimi względami był dobrowolny:) 

gyros po węgiersku

Na wakacjach odwiedziła na kilka dni nasza chrześniaczka. Lubi gyros, więc któregoś dnia pojechaliśmy do Tokaju zjeść sobie właśnie gyrosa na obiad.

Zdecydowaliśmy się na mały bar na początku głównej ulicy. Wyglądał nawet nieźle, na murze jakieś zachęcające malunki, wchodzimy. Zamawiam jedzenie, gyros dla wszystkich poza Śliwką, która decyduje się na lángosa. Nie widzę klasycznego instrumentu to pieczenia mięsa do gyrosa, pytam gdzie jest. Nie ma, dowiaduję się. Pani wysypuje z worka na patelnię małe kawałki piersi kurczaka. Niemieckie, wstępnie podsmażone, moim zdaniem smaczne, wyjaśnia.

Parę innych składników też zostało nieco zmodyfikowane. Zamiast pity bułka mleczka, z tych, co się świetnie macza w kakao na śniadanie. Kapusta zamiast sałaty. Śmietana zamiast sosu czosnkowego. Sosu ostrego, albo jego jakiegoś odpowiednika, w ogóle nie ma. Całość dość mdława.

Tokaj leży na północ Węgier. O ile pamiętam Turcy okupujący Węgry nigdy tam nie dotarli. Odczuwamy to do dziś:)

odbudowany pomnik Stalina

Pisze Peyotle na swoim blogu o parku pomników w Budapeszcie. Niesamowite miejsce. Węgrzy zebrali tam budapeszteńskie pomniki z epoki socjalizmu w formie parku. Stoją one tam do oglądania a nie do czczenia. Z tego co wiem jest to jedyne miejsce w Europie Wschodniej gdzie pomniki usunięto z ulic a przy tym nie wymazano ich z pamięci. Gdzie indziej albo uległy one zniszczeniu (sam pamiętam usuwanie pomnika Dzierżyńskiego w Warszawie, który, ku powszechnej uciesze, pękł na pół w czasie tej operacji), albo gdzieś przepadły, albo, co gorzej, do dziś dumnie stoją na ulicach i placach, zwłaszcza na terenach byłego Związku Radzieckiego. Do parku zabieram wszystkich znajomych odwiedzających nas w Budapeszcie.

Za stworzenie parku głęboko podziwiam Węgrów. W całym regionie wykazali się tu największą dojrzałością w odniesieniu do swojej historii. Jaka była taka była, nie zmieniamy rzeczy wstecz, zachowujemy je ku pamięci przyszłych pokoleń.

Ostatnio, jak widzę ze zdjęć Peyotle, Węgrzy posunęli się jeszcze dalej: odtworzyli częściowo zniszczony wcześniej pomnik. Mowa jest o pomnika Stalina zwalonym w 1956 roku, z którego zostały tylko buty na cokole. Te właśnie buty, w nieco mniejszym niż orginał rozmiarze, można teraz oglądać w parku. Ciekawe, czy ktoś uzna, że to restauracja socjalizmu.

buty Stalina w parku pomników w Budapeszcie

„szkoła nie jest taka zła”

Wczoraj początek szkół dla Chłopaka. Nie "szkoły" ale "szkół" bo obok węgierskiej jest też polska. My też uczestniczyliśmy w uroczystościach zaczynających rok szkolny.

W szkole węgierskiej uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza to przemówienie dyrektora, w którym niejednokrotnie użył wyrażeń typu właśnie "szkoła nie jest taka zła", "postaramy, żeby nie było dużo nudniej niż na wakacjach" czy też "jutro zaczyna się już praca ale się nie bójcie". No ładnie, Chłopak szkoły czekał jak Bożego Narodzenia, nie ma żadnych uprzedzeń, ale teraz się dowiedział. Dyrektor poprzez zaprzeczając wyraził się jasno: szkoła nie jest miłym miejscem. Bałem się jak to będzie z tym posyłaniem Chłopaka do szkoły no i moje obawy zostały ładnie podkreślone. Zobaczymy co dalej.

Druga rzecz to węgierski multi-kulti. Chłopak jest jednym z co najmniej pięciorga dzieci z minimum jednym rodzicem nie-Węgrem obok dwojga Indonezyjczyków oraz dziećmi z ojcami Arabem i chyba Francuzem. W szkole widać tu i ówdzie chińskie i czarne buzie ale, z jednym może wyjątkiem, nie widać Cyganów. Żałuję. Bo to pewnie ostatnia okazja, żeby spotkał ich tak po prostu, jako część codziennego życia. Rzecz jasna będzie ich widywał na ulicy, jak grają u nas w piłkę na placu, zapozna się z uprzedzeniami wobec nich ale to wszystko jest raczej wtórne i płytkie. Przy czym nie bardzo wierzę, że fakt nieobecności Romów w szkole wynika tylko stąd, że nikt z nich nie chciał tu swojego dziecka zapisać. Jak szkoła w mieście (na wsi jest mniejsze pole manewru) nie chce Romów to są możliwości, żeby ich tam nie było. I tak mamy multi-kulti po węgiersku – bez Cyganów.

A w szkole polskiej jak zwykle miło bo kameralnie. Uczniowie, rodzice, grono i goście to wszystkiego jakieś sto osób. I, może dzięki temu, zwykle dość pogodnie i nie do końca poważnie. Zdziwił mnie nieco widok księdza, bo w przeciwieństwie do przybyłych pani ambasador czy konsula, nie bardzo mogłem znaleźć wyjaśnienie dla jego obecności na uroczystości w państwowej, koniec końców, szkole (siostra, która z nim przyszła uczy chociaż religii), no ale cóż, szkoła jest polska więc rzeczy są jak w Polsce:)

PS Dowiedziałem się, gdzie znajduję się kurhan poniżej: jest to miejscowość Muhi na północy Węgier. Wzniesiono go dla upamiętnienia bitwy z Mongołami w 1241 roku.

tajemniczy kurhan

Napisał do mnie jeden z czytelników bloga z pytaniem czy nie wiem gdzie znajduje się kurhan na załączonym zdjęciu:

kurhan z krzyżami, Węgry

Szukałem, pytałem, ale nie udało się dowiedzieć. Wiem tyle z jego listu, że kurhan mieści się przy najkrótszej trasie z Polski do Rumunii przez Koszyce i Debreczyn, być może gdzieć w okolicach Debreczyna.

Czy ktoś może wie gdzie się on dokładnie znajduje? A także co to takiego? Za wszelkie informacje będziemy wraz z moim czytelnikiem bardzo wdzięczni.