czytam znowu o wojennych gwałtach


Jakiś czas temu zainteresowałem się gwałtami na kobietach popełnianymi podczas zajmowania Węgier po koniec drugiej wojny światowej.
Pisałem o tym wcześniej. Niedawno Andrea Pető, która napisała artykuł na ten temat, powiedziała mi o książce Egy nő Berlinben. Naplójegyzetek 1945. április 20-tól június 22-ig (Kobieta w Berlinie. Dziennik pisany od 20 kwietnia do 22 czerwca 1945 roku) napisanej przez anonimową autorkę. Później trafiła mi w ręce recenzja na temat książki Catherine Marridale Ivan’s War. The Red Army 1939-45 zawierającej fragmenty odnoszące się do gwałtów popełnianych przez żołnierzy Armii Czerwonej opisanymi z ich perspektywy. Obie książki przeczytałem. Ciekawe zestawienie.

Kobieta w Berlinie to opis życia w Berlinie padającego pod natarciem Armii Czerwonej. Napisana jest zupełnie niemilitarnie przedstawiając wydarzenia z perspektywy cywila – kobiety – doświadczającej strachu przed śmiercią, głodu a także wielokrotnie gwałconej przez żołnierzy radzieckich.

Książka ta to trudna lektura. Mimo, że niemal w całości ma postać rzeczowego opisu pozbawionego komentarza nie jest łatwo uniknąć myślowych polemik z autorką. Kto stoi przed nami: kobieta czy też Niemka pozująca na cierpiętnicę dla wygody zaczynająca opis "swojej" wojny dopiero 20 kwietnia w płonącym już Berlinie atakowanym przez hordy azjatyckich barbarzyńców? Współczuć jej czy też przypominać o zbrodniach niemieckich? Załować czy może cieszyć się brutalną ale jednak odpłatą?

Kiedy jednak uda się odsunąć na bok te pytania można się w pełni oddać temu wybitnemu tekstowi. Autorka, o której prawie niczego nie wiemy, była wyraźnie osobą bardzo wykształconą, niezależną i niepozbawioną literackich talentów. Ksiażkę z trudem się odkłada przed dotarciem do końca, po części dlatego, że jest świetnie napisana, po części z powodu niezwykłego tematu i przyjętej perspektywy. Nie ma w niej nienawiści do sowieckich żołnierzy, nie ma też nienawiści do nazistów, które by zaślepiały autorkę. Opisuje to, co widzi, i mimo, że przed jej oczami rozgrywają się potworne sceny, w których niejednokrotnie bierze udział, nie ucieka do biało-czarnych uproszczeń. Tylko dzięki jej talentowi pisarskiemu można wogóle zadawać sobie pytania, o których przedtem pisałem: napisana gorzej ksiażka wogóle nie pozwoliła dostrzec w autorce i otaczająch ją ludzi właśnie ludzi – kobiety – a nie tylko Niemców.

Tak jak Kobieta w Berlinie pomaga zrozumieć Niemców, Ivan’ War pozwala spojrzeć na wojnę oczami sowieckich żołnierzy. Merridale przekopała się przez góry dokumentów z czasów wojny a także, co pewnie ważniejsze, przeprowadziła setki rozmów z żyjącymi jeszcze weteranami Armii Czerwonej właśnie po to, żeby zrozumieć czym była ta wojna dla zwykłych żołnierzy tej armii. Nie było jej łatwo przebić się przez skorupę propagandowego obrazu wojny jako heroicznego, nadludzkiego w zasadzie wysiłku narodu, który zdołał pokonać hitlerowskiego agresora. Wspomnienia wielu weteranów, oszlifowane niezliczonymi publicznymi wystąpieniami oraz oficjalnymi publikacjami na temat wojny, straciły osobisty, indywidualny charakter zamieniając się w ciąg klisz.

Mimo to Merridale udaje się powiedzieć rzeczy ciekawe. Pisze o zachęcie do zemsty i przemocy wobec Niemców obecniej w propagandowych tekstach Ehrenburga, zwłaszcza od momentu wkroczenia na tereny Rzeszy. Seria przerażająco brutalnych czynów, których żołnierze dopuścili się wobec niemieckich cywilów na terenie Prus Wschodnich jest bezpośrednio z tymi zachętami związana. Pobłażliwość dowódców sięgająca aż do samego Stalina każe patrzeć na okres gwałtów następujący w czasie po zdobyciu Budapesztu czy Berlina jako świadomą politykę a nie żołdackie wybryki. Nie bez znaczenia jest instrumentalny charakter tolerowanej brutalności: dobrowolna ucieczka ludności ze wschodnich terenów Rzeszy pozwoliła Stalinowi znacznie zmniejszyć wielkość wysiedleń koniecznych do przejęcia tych terenów, czego pośrednimi beneficjentami była też Polska.

Interesującą częścią kontekstu gwałtów jest sowiecki purytanizm. Jak pisze Merridale, człowiek radziecki nie miał czasu – a także odpowiednich warunków – na intymność i erotykę. Praca i walka nie pozostawiała miejsca na nie. Chaos wojny naruszył ten porządek wyzwalając w żołnierzach, najczęściej w najprymitywniejszej, najbrutalniejszej formie, tłumione dotąd namiętności i uczucia.

***


Trudno mi było nie myśleć o gwałtach w Bośni czytając te książki.

kłopoty z określaniem czasu

O szóstej usłyszałem wołanie Chłopaka. Poszedłem do niego. Chce do nas. Ma zimne nogi, zabieram go razem z kołdrą.

Już u nas w łóżku Chłopak mówi mi "Anikó [jego przedszkolanka] powiedziała, żebyśmy byli dzisiaj w przedszkolu przed dziewiątą". "Dobrze" mówię. Nie wiem za bardzo o co mu chodzi bo codziennie powinni być w przedszkolu przed dziewiątą. Po chwili jednak zwraca się do Sliwki i mówi (po węgiersku tym razem), że dziś mają być kwadrans po ósmej, bo będzie "fotografowanie". A, teraz rozumiem. Miło, że nam powiedział, jeszcze nie jest za późno, żeby trafić do przedszkola na czas.

Potem uświadamiam sobie, że Chłopak padł ofiarą różnicy w określania czasu w węgierskim i polskim. Po węgiersku mówi się "negyed kilenc", dosłownie "kwadrans na dziewątą" podczas gdy po polsku powie się "piętnaście po ósmej". Tu dziewiąta, tu ósma, nic dziwnego, że mu się pomyliło.

Przypomniało mi się jak kiedyś, słabo jeszcze znając węgierski, sam padłem ofiarą tej różnicy. Szedłem do kina i w gazecie znalazłem informację, że film zaczyna się o "f4". Pomyślałem, że to "f" to pewnie "godz." po węgiersku i przyszedłem na czwartą. Na moje nieszczęście "f" oznacza "wpół do" i film zaczął się już o 3:30. Od tej pory jednak umiem już czytać skróty dotyczące czasu jak na przykład: n8 – siódma piętnaście, f8 – wpół do ósmej, h8 – za piętnaście ósma.

wesołe nocne życie na ulicy

Wczoraj wieczorem wziąłem udział w kolacji służbowej. Przyjechało do nas dużo gości na seminarium, kolacja z tej okazji. Odbyła się na statku pływającym po Dunaju a więc byli zwyczajowo zblazowani kelnerzy, jedzenie o krok tylko od osiągnięcia przeciętnego poziomu i dość nędzne wino.

Do pracy pojechałem rowerem, żeby potem pojechać nim na wybrzeże Dunaju, co było najłatwiejszym sposobem dostania się tam. Powrót świetny bo pogoda pięknie wiosenna, ścieżka rowerowa nad Dunajem urokliwa a poza tym dawno już nie jeździłem na rowerze więc tym bardziej miło.

Niedaleko domu mijam popularną knajpkę znajdującą się w narożnym domu. Jak zawsze przy takiej pogodzie przed nią tłum ludzi rozmawiających, pijących i palących. Między ludźmi kręcą się bramkarze uciszając co głośniejszych.

Przechodzę przez ten tłumek aż tu jakaś dziewczyna stojąca z dwoma chłopakami rzuca "ale bym się przejechała na rowerze, nie pożyczyłbyś na chwilę?" Mówię "nie" ale zaraz potem jednak zgadzam się. Dziewczyna zaskoczona i nieco strapiona mówi "ale wiesz, ja już nieco wypiłam". "Ja też" odpowiadam i podaję jej rower. Chłopaki się śmieją, że zaraz zleci. Dziewczyna jakoś się wdrapuje (siodełko mam dość wysoko) i lekko falując rusza. Chwilę później znika w oddali.

Chłopaki naradzają się po cichu i po chwili wyciągają do mnie butelkę. "Wódka z tonikiem" komunikują. Nie bardzo mam już siły pić tego wieczoru a zwłaszcza wódki z tonikiem więc dziękuję. W oddali pojawia się dziewczyna: jedzie skupiona, troszkę to w prawo to w lewo, ale bez kolizji ze stojącymi samochodami i ludźmi przed knajpą. Na szczęście nie jedzie żadne auto.

Uff, dojechała, zsiada i dziękuje. Odchodzę, chłopaki pytają jak się nazywam. Mówię im moje imię. "Nazwisko" krzyczą. Odkrzykuję je i to dwa razy bo nie mogą tego słowiańskiego dziwoląga zrozumieć, a może po prostu już zbyt wiele wypili.

śmierć rowerzysty

Zupełnie przyzwyczaiłem się do przydrożnych pomniczków upamiętniających ofiary wypadków drogowych, które tam straciły życie. Na ogół nieduże, niskie, krzyż albo słupek, często ze zniczem stojącym obok albo wiązanką kwiatów są już stałym elementem dróg i rytuału nagłej śmierci w wypadkach.

Dziś wchodząc do poczty na ulicy Dózsa György zauważyłem kątem oka rower przywiązany łańcuchem do słupka. Rzecz niby normalna ale było w nim coś dziwnego. Stał na wysepce, cały pomalowany był na biało, kiepska wyścigówka, wyglądająca jakby nikt nie nieużywał jej od dawna. Przyjrzałem mu się uważniej i zauważyłem znicze stojące obok oraz zwisającego pluszowego misia.

Jakkolwiek niezwykły nie byłby to widok sytuacja była oczywista. Przede mną był pomnik rowerzysty, który zapewne tu właśnie stracił niedawno życie. Być może nowa – raczej smutna – tradycja rodząca się na mych oczach.

poznaję ludzi, którzy odnieśli sukces

Wracając z Polski (stąd znów moja nieobecność na blogu) po drodze zajrzeliśmy do koleżanki Sliwki. Mieszka ona w zasadzie w Budapeszcie ale niedawno urodziła dziecko i z tej okazji pojechała trochę pomieszkać u rodziców, którzy mieszkają pod Győrem.

O Timei wiedziałem, że ma zamożnych rodziców. Dziewczyna skończyła historię sztuki i chociaż teoretycznie jest dorosła to dotąd jednak niewidzialna ręka rodziców jest nader przydatna w jej życiu. Jej uroczy mąż Tibor jest malarzem pochodzącym z Siedmiogrodu wykonującym w cywilu jakąś niezbyt dochodową pracę więc tak sobie oboje pogodnie żyją w miarę na koszt rodziców Timei. Niedawno, na przykład, przeprowadzili się do nowego mieszkania ufundowanego przez jej tatę położonego na wzgórzu zamkowym; nie lubią go jednak niestety.

Timea cały czas posyłała smsy, żeby do nich koniecznie zajrzeć więc nadkładając 50 kilometrów pojechaliśmy do nich. Widać było, że bardzo się cieszyli z odwiedzin. Jej tata oprowadził nas po wciąż relatywnie nowym (pięć lat) domu, podano kolację. Po kolacji, i rzecz jasna obowiązkowym oglądaniu dziecka, rozpoczął się program dla Chłopaka. Ojciec Timei zabrał go do basenu, gdzie sobie popływali. Potem obejrzeliśmy sporą salę do ping ponga. Chłopak zachwycony: dotąd jeszcze w życiu ping ponga nie widział a my trochę w celach demostracyjnych pograliśmy sobie. Wycyganił dwie piłeczki i rakietkę i oświadczył, że w domu też musimy kupić sobie taki duży stół do ping ponga.

Dowiedziałem się, że ojciec Timei pracował w zakładach samochodowych Rába jako wysoko postawiony inżynier. W latach dziewięćdziesiątych przeszedł na swoje i otworzył mały zakład zatrudniający obecnie 16 osób, który produkuje części do samochodów. Części są wysokiej klasy, sprzedają je po całej Europie. Interes, sądząc z okazałości domu, dwóch bynajmniej nie najtańszych mercedesów, wspomnianego już basenu no i warunków życia Timei, musi iść nieźle.

Muszę powiedzieć, że nie spotkałem jeszcze chyba takiego przykładu sukcesu odniesionego przez właśnie inżyniera. Nie komputerowca, biznesmena, bankiera ale właśnie inżyniera. Gdy pokazywał mi basen i opowiedział o systemie ogrzewania pobierającym energię ze skraplania pary pochodzącej z wody w basenie, który sam wymyślił, nabrałem do niego szacunku. Cały dom sam zaprojektował wliczając w to oczywiście całe skomplikowane wyposażenie techniczne.

Jego żona w międzyczasie cicho krzątała się wokół nas. Przyniosła owoce po kolacji, wyniosła ręcznik po kąpieli Chłopaka, zajęła się dzieckiem gdy Sliwka rozmawiała z Timeą. "Biedna" pożalił się nad nią ojciec Timei. "Co dwa tygodnie myje wszystkie szyby" powiedział pokazując ręką rząd okien w jadalni. Okazało się też, że plan domu nie całkiem się udał: tam gdzie mama Timei myślała, że będzie pokój do prasowania jest basen, a w kotłowni trudno się prasuje bo tak gorąco jest tam w lecie.

pełen recycling

Pod domem na placu mamy co sobotę rynek MDF. Nazwa pochodzi jeszcze z początku lat 90tych kiedy to rządząca wówczas partia MDF (Magyar Demokrata Fórum, Węgierski Forum Demokratyczne, obecnie weszło do parlamentu ledwo przekraczając próg wyborczy z 5,03% głosów, ale nie o tym chciałem) zezwoliła rolnikom sprzedawać swoje produkty bezpośrednio na ulicach. Doprowadziło do powstania małych, nieformalnych rynków, które przetrwały do dziś choć nie zawsze sprzedaje się tam wyłącznie produkty drobnych rolników, na przykład ostatnio widziałem tam winogrona.

Jeszcze zanim wprowadzono u nas pojemniki do recyclingu (papier, szkło – osobno na przezroczyste i na kolorowe, plastik) na naszym rynku funcjonował nieformalny system recyclingu. Sprzedawcom można było dać słoiki, pudełka na jajka, butelki (na sok pomidorowy) czy też plastikowe butelki po napojach i wodzie (na wino albo moszcz jesienią). Chętnie przyjmowali też suchy chleb.

Do systemu włączyłem się chętnie. Od kiedy okazało się, że słoiczki po Hippach, które namiętnie jadł wówczas Chłopak przyjmie pewien sprzedawca, nasze słoiki i pudełka na jajka zawsze nosiłem do niego. Zbierało się to w ciągu tygodnia a w sobotę zabierało do niego. Zawsze dostawałem od niego coś extra, a to dwa jabłka a to gruszkę. Widać było, że się z naszych słoiczków cieszył. Sliwka się śmiała, że to mój kumpel.

Jakaż też była radość kiedy w poprzednią sobotę kupując od niego chrzan dostałem go w słoiczku, który niechybnie od nas pochodzi. Daliśmy mu sporo słoiczków tego typu, nawet (fleja) nie zmył naklejki więc to na pewno nasz. Pełen recycling.



dostaję filmy

Na urodziny dostaję od Sliwki szereg węgierskich filmów na DVD, w nawiasie podaję moje tłumaczenie tytułów:
Te rongyos élet (Parszywe życie, reż. Péter Bacsó)
A tanú
(Swiadek, reż. Péter Bacsó)
Sose halunk meg (Nigdy nie umrzemy,
reż. Róbert Koltai)
A Pál utcai fiúk (Chłopcy z placu Broni,
reż. Zoltán Fábri)
Indul a bakterház (S
tróżówka rusza, reż. Sándor Mihályty)
Egészséges erotika (Zdrowy erotyzm,
reż. Péter Timár)
Édes Emma, drága Böbe (Kochana Emma, droga
Böbe, reż. István Szabó)

Klasyki starsze i nowsze. O wielu słyszałem, już się cieszę na oglądanie. W orginale zawsze filmy lepiej smakują niż z napisami czy z dubbingiem.

zalewa nas

O powodzi na Węgrzech mówi się już we wszystkich możliwych mediach. Zdjęcia są wszędzie, między innymi też w takim flickrze. Dla mnie jest to pierwsza powódź w życiu, która mnie w minimalny a jednak sposób dotknęła.

W tym roku wynajmujemy maleńką kabinę (jakieś trzy na trzy metry) na wybrzeżu Rzymskim na północy Budapesztu. Znajduje się na terenie pochodzącego z czasów socjalizmu i bardzo w duchu socjalistycznego terenu wypoczynkowego. W lecie chcemy tam chodzić z Chłopakiem i znajomymi, blisko jest ścieżka rowerowa prowadząca do Szentendre, można wypożyczyć kajak czy też kenu, miejscowy bufet sprzedaje ulubionego przez Chłopaka smażone ryby.

Ponieważ teren leży nad samym Dunajem i nie jest chroniony często wiosną zalewa go woda. Tak dzieje się też teraz. W poprzednią niedzielą poszliśmy tam poukładać co się da wyżej. Woda jeszcze nie wlała się do kabiny, ale żeby się do niej dostać już trzeba było brodzić przez sięgające do kostek bajoro. Zrobiłem parę zdjęć.

Obecnie wody jest tam dobre pół metra więcej i nasze rzeczy w niej stoją. Mam nadzieję, że jej poziom spadnie do niedzieli, wybieramy się sprawdzić jak tam sprawy stoją.

na Bartóku w operze

Jakiś czas temu nawiedziła mnie myśl: mieszkam sobie tutaj na tych Węgrzech, nigdy nie wiadomo jak długo jeszcze, a niczego nie wiem o Bartóku. Gdzie nie lepiej się z nim zapoznać jak nie tu? Akurat w ramach festiwalu wiosennego opera wystawia trzy jego utwory sceniczne, szybka decyzja, kupuję bilety na premierę, idziemy. Sliwka zadowolona, bo może pokazać się w swojej nowej szalenie eleganckiej wieczorowej sukni z jedwabiu, który przywiozłem jej z Indii, dotąd nie było okazji.

Wystawiane są trzy utwory: balet Drewniany książę, pantonima Cudowny mandaryn oraz jednoaktowa opera Zamek Sinobrodego. Sliwka, która chodziła do szkoły muzycznej, mówi mi, że to w zasadzie wszystko co Bartók napisał na scenę, nieźle. Na widowni sporo znanych osobistości. W loży cesarskiej, tuż obok kamery telewizyjnej, siedzi sobie Imre Kertész, na widowni spostrzegam pewnego ponurego, dość agresywnego polityka, widać też lubi Bartóka. Sporo ludzi jest elegancko ubranych choć z różnym efektem: na korytarzu w czasie przerwy mija nas kobieta w błyszczącej bluzce z cekinami niemal rozsadzanej przez silikonowo chyba imponujące piersi wystające trochę z każdej strony. Jak to w operze, jest się czym rozerwać po prostu gapiąc się na publiczność.

Przedstawienie jest daleko mniej rozrywkowe. Bartók nie bardzo nadaje się do słuchania dla przyjemności. Muzyka jest programowa i ilustruje przedstawianą historię. Niczego w co by się moje nieszkolone ucho mogło wczepić: żadnego jasno zarysowanego motywu, interesującego solo, nic, jeśli jest cokolwiek co mogę uchwycić to jest to nastrój, dość mroczny przez cały czas. Na pocieszenie Sliwka powie mi potem, że w szkole jeden taki kawałek omawiali przez jakieś dwa tygodnie, i dopiero potem, jak przeszli przez wszystkie frazy po kolei, przynajmniej mogli słuchając muzyki ją sobie intelektualnie analizować.

Każdy z wystawianych utworów został skomponowany na kanwie baśni. Drewniany książę to opowieść księciu, który zakochawszy się bez wzajemności w pięknej dziewczynie z pomocą wróżki pobudza do życia gałąź, która staje się właśnie drewnianym księciem. Dziewczyna początkowo zakochuje się w nim ale poznawszy prawdę o nim zawstydzona wybiera jednak prawdziwego księcia. W Cudownym mandarynie dziewczyna zmuszona jest przez gang zwabiać ofiary do obrabowania. Jedną z tych uwiedzionych ofiar jest bogaty chiński mandaryn, który głęboko się w niej zakochuje. Bandyci próbują go, początkowo bezskutecznie, zabić na różne sposoby aż w końcu się im to udaje. W międzyczasie dziewczyna ulega miłości mandaryna i oddaje mu się tuż przed jego śmiercią.

W Zamku Sinobrodego występują tylko Sinobrody i jego najnowsza miłość. Przybyli właśnie do zamku i kobieta zaskoczona jest jego zimnem. Domaga się, żeby Sinobrody pootwierał zamknięte komnaty. Gdy ten to robi kobieta jest przerażona potwornością tego co zawierają (narzędzia tortur, broń, zakrwawione klejnoty). W ostatniej komnacie znajdują się byłe kobiety Sinobrodego, które przyjmują ją między siebie.

Mimo oczywistego potencjału scenicznego pierwszych dwóch utworów ich realizacja nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, może poza sceną z latarkami w ciemności w pierwszym z nich. Balet był w dużej mierze dość konwencjonalny. Pantonima była już ciekawsza – podobno zmieniono instrukcje kompozytora zwiększając liczbę postaci na scenie, choć nie bardzo widziałem sensu tego kroku poza po prostu zapełnieniem sceny – ale też brakowało tu czegoś co by mnie wciągnęło.

Jeśli Książe oraz Mandaryn były jak skąpy posiłek to Sinobrody był jak post czterdziestodniowy. Sceneria burawa bez wyraźnie zaznaczonych elementów poza śladami schodów i drzwi. Dwóch śpiewaków na scenie niewiele robi, kobieta po lewej, mężczyna po prawej stronie, niekiedy tylko zamieniają się miejscami. Spiewają po węgiersku ale dalece nie wszystko da się zrozumieć. Ratują mnie napisy po niemiecku, który trochę znam, w przeciwnym razie nie miałbym się wogóle chwytać, tak zajmuję się śledzieniem akcji.

***


Dodam jeszcze, że przez całe przedstawienie stałem i to bynajmniej nie z uwielbienia muzyki Bartóka. Po prosty z miejsca w drugim rzędzie w loży, które miałem NICZEGO nie było widać. Stojąc pochylony do przodu widziałem jakieś osiemdziesiąt procent sceny. To nie ja jednak byłem w najgorszej sytuacji: za nami były jeszcze dwa miejsca, z których, jak sądzę, nawet podskakując nie dałoby się niczego zobaczyć. Rozumiem, że opera musi zarabiać pieniądze, ale czy nie mogliby tego robić w nieco bardziej nobliwy sposób bardziej licujący się z tymi wszystkimi pluszami i złoceniami? Troszkę to żałosno-żenujące.

złoto Istanbułu

Nie pisałem znowu parę dni bo byłem w Istanbule, gdzie zbyt byłem zalatany, żeby mieć czas na bloga. Wróciłem już jednak, pytanie co było najciekawszego. Wydaje mi się, że kupowanie złotego łańcuszka dla babysitterki Chłopaka.

Pani Krystyna, bo tak się właśnie ona nazywa, przyprowadza go z przedszkola, zajmuje się nim kiedy zachoruje a także czasami robi nam pierogi czy też inne dobre rzeczy, dziś na przykład przyniosła chruściki. Pani Krystyna nie miała lekkiego życia. Ojca zabrali jej w czasie okupacji z łapanki na roboty i tam też zginął, matka zmarła w ostatni dzień wojny. Błąkała się nieco po ludziach – nikt jej nie chciał – zanim w końcu wylądowała u babci. Wychowywała się na ulicy Brzeskiej w Warszawie, kto zna to wie, że nie jest to idealne miejsce dla dzieci. Nie stoczyła się jednak, nie popadła w alkoholizm ani nie zajęła się przestępczością ale do dziś na różnych bazarach czuje się jak ryba w wodzie. Szczegółów nie znam ale w końcu trafiła z córką (już bez męża) do Budapesztu gdzie po raz drugi wyszła za mąż za przystojnego Węgra, z którym ma jeszcze jedno dziecko.

W Budapeszcie trochę pracowała sprzedając odzież Polakom tłumnie tu przyjeżdzającym w latach 80tych. Przyjęła dość interesującą strategię adaptacyjną: zamiast nauczyć się po węgiersku (do dziś mówi tym językiem fatalnie) wszystkich wokół siebie nauczyła po polsku. Co więcej, posunęła się do tego, że nauczyła też swojego męża gotować polskie dania i to on zazwyczaj robi zamawiane u niej pierogi. Pani Krystyna udziela się aktywnie w stowarzyszeniu Bema i chodzi na imprezy do ambasady (trochę jej zazdroszczę, mnie nie zapraszają:)

Wspomnianej już córce też się życie nie układa zbyt lekko. Jakiś rok temu rozwiodła się z mężem, ściślej mówiąc wyrzuciła go po tam jak już dwa lata niczego nie robił i musiała go utrzymywać razem z trójką swoich dzieci. W ramach podziału majątku jej przypadły dzieci a były mąż zatrzymał większość pieniędzy ze sprzedaży wspólnego domu. Smiesznie niskich alimentów do dziś nie płaci, bo nie pracuje i nie ma dochodów. Córka pani Krystyny to kobieta pracująca i wszystkiego się ima. Przywozi towar z Polski dla różnych przedsiębiorców, strzyże, sprząta. Nie poddaje się, radzi sobie.

Ostatnio córka pani Krystyny zgubiła złoty łańcuszek w solarium. Nieszczęście prawdziwe. Pani Krystyna, wiedząc, że jedziemy do Istanbułu, spytała nieśmiało, czy nie moglibyśmy – może – kupić jej tam łańcuszek, żeby mogła go potem dać córce. My: łańcuszek – no problem, jasne. Pani Krystyna daje nam uściubione 150 dolarów, mówi, że kiedy była ostanim razem w Stambule złoto kosztowało 7-8 dolarów za gram i że najlepiej kupuje się na ulicy przed bazarem. Ruszamy. Złota w życiu nie kupowałem, dodam.

W Stambule znajdujemy sklepy na ulicy przed bazarem (w jednym z nich uprzejma Ukrainka obsługuje po rosyjsku, pani Krystyna powie nam potem, że trzeba było mówić po polsku) i okazuje się, że najtańsze złoto kosztuje 14 dolarów. Co robić? Pojawiają się pytania: czy to dobra cena? Jaki łańcuszek kupić, gruby, cieńki, prosty czy też może o skomplikowanym wzorku? W dodatku z tych, które wyglądają najlepiej węższy kosztuje 80 dolarów a szerszy już ponad 180, który wybrać? Do pani Krystyny nie można się dodzwonić, nie wiemy jak decydować. Czy powinniśmy wydać pieniądzą na niego przeznaczone (łańcuszek ma mieć określoną wartość) czy też, wręcz przeciwnie, powinniśmy starać się wydać jak najmniej?

Tak wogóle, wpadam w nastrój filozoficzny, to po co ludzie kupują złoto: bo ładnie wygląda, żeby okazać bogactwo, czy też może, żeby odłożyć coś na czarną godzinę? Czujemy się zupełnie pozbawieni oparcia. Przecież córka pani Krystyny ma kredyt w banku do spłacenia, który zaciągnęła na kupno nowego domu, czemu pani Krystyna nie daje jej tych pieniędzy, żeby pomóc w spłacaniu tego kredytu? Jeśli tego nie robi to po co ten łańcuszek?

Decydujemy się w końcu na ten za 80 dolarów ale do końca pobytu w Stambule dręczy nas niepokój czy dobrze wybraliśmy.

PS Dziś daliśmy łańcuszek pani Krystynie, ucieszyła się. Powiedziała Sliwce, że to nowy wzór a poza tym, że nieźle jej pieniędzy oszczędziła. Już się cieszy jaką niespodziankę zrobi córce. Ufffff!