kraj przerażonych ludzi

Ilu na Węgrzech żyje Cyganów? Dwa miliony. A żydów? Milion. Węgrów-przesiedleńców z krająw sąsiednich? Też milionów. Chińczyków? Sześćset tysięcy. Arabów? 2%. Afrykańczyków? Też tyle.

To rzecz jasna nie prawdziwe dane ale opis percepcji Węgrów co do ilości nie-Węgrów żyjących na Węgrzech. Dane zebrano w wyniku zeszłorocznych badań instytutu Tárki, o których usłyszałem poprzez artykuł w Indexie.

Wygląda więc na to, że w odczuciu Węgrów stanowią oni w kraju zaledwie połowę mieszkańców. Jak słusznie zauważyła autorka opracowania danych tu nie chodzi o autentyczne szacunki ilości różnych mniejszości ale o wyrażenie, że jest ich „za dużo”, o strach przed nimi.

Trzeba trafu, że niedawno miałem okazję być przy rozmowie, w której udział brał jeden z prominentnych działaczy romskich. Powiedział on między innymi, że Kanada powinna przyjmować Romów (niedawno zmieniono tam ustawę o uchodźcach tak, by o azyl było trudniej) bo chodzi o ich fizyczne przetrwanie. Też wyraz strachu.

Tak na Węgrzech wszyscy się boją „tych drugich”. Nie wchodząc w to czyj strach jest bardziej lub mniej uzasadniony taka mieszanka przerażonych ludzi jest niebezpieczna bo ze strachu ludzie potrafią czasami robić straszne rzeczy. Wszystko w ramach samoobrony rzecz jasna. Jakże przydałoby się trochę zaufania, otwarcia na innych.

A ile mniejszości jest naprawdę na Węgrzech? Index próbuje odpowiedzieć na to pytanie. Według szacunków socjologów Romów jest 400-800 tysięcy. Żydów może być około 50-100 tysięcy. Chińczyków jest ciut ponad 12 tysięcy, Afrykańczyków trochę więcej niż trzy tysiące. Statystyk dotyczących Arabów nie ma, mieszczą się oni pomiędzy 15 104 Azjatami i 3 066 Afrykańczykami. Nie wiadomo ilu jest Węgrzech-przesiedleńców z krajów sąsiednich.

Według ostatniego spisu powszechnego Węgrów jest na Węgrzech 92.3%.

ciepli

W niedzielę mieliśmy tutaj paradę równości. Rzecz tradycyjna, ma miejsce od kilkunastu już chyba lat. Nową tradycją jest, że na paradę lub jej uczestników napadają miłośnicy zwolennicy skrajnej prawicy dlatego też obecnie policja wielkim siłami chroni przemarsz izolując go od agresywnych kontrmanifestantów. Filmik na indexie do obejrzenia tu [węg.]

Ale nie o tym chciałem tylko o tym, że wśród mniej lub bardziej technicznych czy wulgarnych terminów homoseksualistę można określić niemal poetycko słowem ciepły (meleg), które to wyrażenie jest zresztą dość rozpowszechnione i homoseksualiści chętnie używają go w odniesieniu do siebie.

Zastanowiło mnie to bo w polskim taki neutralno-pozytywny odpowiednik w postaci geja pojawił się dopiero niedawno i zabrałem się by nieco zbadać tę kwestię.

Z wikipedii dowiedziałem się, że słowo meleg jest w obiegu od połowy dwudziestego wieku, czyli okresu kiedy w polskim niepodzielnie jeszcze panował pedał.

Na forum gyakorikerdesek.hu informacja była bardziej obfita. Wyczytałem tam, że meleg jest tłumaczeniem niemieckiego schwul, które pierwotnie oznaczało ciepły, parny, duszny z czasem stając się po prostu zwykłym ciepłym.

Czyli już wiem. Ciekawostką jest, że i w rosyjskim ciepły funkcjonuje, jak powiedział mi znajomy Ukrainiec, któremu opowiedziałem o intrygującym mnie słówku. Tam obok rozpowszechnionego niebieskiego (голубой) można powiedzieć ciepły brat (теплый брат).

bibliorower

Bibliorower czyli po węgiersku Bibliobicikli w swoim czasie oznaczał motor Csepel-Pannonia o pojemności silnika 125 centymetrów sześciennych (motocykl ten próbowano wykorzystywać do działalności bibliotek wiejskich na początku lat 50-tych, źródło tu [węg]) ale to było minęło. Obecnie to mała knajpka na Római part (wybrzeże Rzymskie) z poważną szansą na kultowość.

Jej nazwa pochodzi częściowo od punktu naprawy rowerów, który jest jej częścią. Bibliobicikli jest wciśnięta pomiędzy popularną ścieżkę rowerową do Szentendre a Dunaj. Za drugi człon nazwy odpowiada chyba półka z książkami, którą widziałem tam przedostatnio choć nie ostatnio.

Bibliobickili zachwyca położeniem, usługami, barem a w nim między innymi piwem o smaku wiśniowym (tak) oraz możliwością posiedzenia w leżaku nad samą wodą. Cudo, polecam. Poniżej parę zdjęć oraz mapka jak znaleźć. Idąc czy jadąc rowerem od Budapesztu jest ona zaraz za hangarem Hattyú.

Bibliobicikli Budapest

widok od ścieżki – punkt naprawy rowerów, akurat nic się nie dzieje

Bibliobicikli Budapest

koncety w środy i piątki o 19

Bibliobicikli Budapest

 

bar

Bibliobicikli Budapest

taki widok na rzekę mają dziewczyny pracujące w barze

Bibliobicikli Budapest

niecodzienna oferta

Bibliobicikli Budapest

leżaki, słońce praży więc puste

Bibliobicikli Budapest

czasem ktoś przepłynie – jest na co się pogapić

Bibliobicikli Budapest

są też takie fotele zrobione z palet

Bibliobicikli Budapest

 

mural: „gdzie twoje istnienie jest słodkie”

Bibliobicikli Budapest

tu mniej więcej mieści się Bibliobicikli

PS 3 września 2012

Byliśmy ze znajomymi w Bibliobicikili i dowiedzieliśmy, że miejsce ma też drugą nazwę, a mianowicie Fellini. Ponadto zapoznaliśmy się z interesującym systemem realizacji zamówień jedzenia. Zamówiwszy to, co się chce jeść dostaje się kamień z numerkiem. Kiedy zamówienie jest gotowa rozwija się flaga z odpowiednim numerkiem i można iść je odebrać.

Bibliobicikli Budapest

mieliśmy piątkę, można iść po nasze jedzenie

Bibliobicikli Budapest

tak romantycznie jest tam wieczorem

***

Polecam dwie nowe inicjatywy internetowe. Pierwsza to Forum Węgierskie, nazwa wystarczy tu za opis, 

Druga to 2026 FIFA World Cup Central Europe. Wyczuwam to inspirację EURO: chodzi o pomysł zorganizowania w 2026 roku mistrzostw świata w sześciu krajach środkowoeuropejskich: Austrii, Czechach, Polsce, Słowenii, na Słowacji i Węgrzech (ciekawostką jest, że na stronie wyliczając te kraje podaje się ich liczbę jako pięć). Strona jest w zasadzie tylko wizytówką, ale są kontakty dla zainteresowanych. Pomysł niesamowity nieco ale kiedy wymyślono EURO kto w to wierzył?

Trzymam kciuki za obie inicjatywy.

Global Voices Nairobi 2012 – dzień drugi

Część plenarną rozpoczęła sesja na temat Rising Voices. To jeden z projektów GV, W jego ramach  wspólnota GV wspiera nowe inicjatywy w dziedzinie mediów społecznościowych oferując mentorów oraz niewielkie granty.  Pierwszym przedstawionym projektem był projekt z Mali. Tam głównym wyzwaniem jest brak infrastruktury. Lider projektu jeżdzący po wioskach i uczący w tamtejszych szkołach nowych mediów często musi się uciekać do baterii słonecznych bo na miejscu nie ma prądu. Uczyć musi też podstaw, w wioskach nie ma za bardzo technologii komputerowej. Ciekawostką jest, że swoją wiedzę zdobył od pewnej Francuzki z GV, która uczyła go różnych technologii poprzez internet.

Projekt w Boliwii wykorzystuje media społecznościowe do promocji piśmiennictwa języka Aymara (dwa miliony użytkowników). Nowopowstałe zasady pisania tego do niedawna istniejącego tylko w ustnej formie języka wykorzystywane są przy tworzeniu postów na blogach, artykułów do wikipedii, tweetów, wpisów na facebooku czy też materiałów dla Global Voices. Dotatkowym wyzwaniem dla projektu jest fakt, że w wielu rodziców mówiących Aymara starało by ich dzieci mówiły raczej po hiszpańsku bo to miałoby zapewnić im lepszą przyszłość. Bardziej typowym problemem jest brak dostępu do internetu wśród wolontariuszy projektu.

Jedna z następujących równoległych sesji zatytułowana Czy mnie obserwują? (Are They Watching Me?) skoncentrowała się na inwigilacji internetowej. Rob Faris z Berkman Center for Internet and Society mówił między innymi o zamazywaniu się granicy między prywatną i publiczną sferą. Podkreślał ryzyko związane z używaniem komórek. Zakończył stwierdzeniem, że presję by poprawić sytuację można wywierać w dwóch kierunkach: na rządy i na firmy. Pochwalił szereg kroków Google: Transparency Report i automatyczne ustawienie gmaila na https.

Alef Abrougui z Tunezji podkreśliła, że inwigiliacja w jej kraju do rewolucji była bardzo intensywna choc wiele się o tym, w przeciwieństwie do Chin czy Iranu, nie mówiło. Mimo rewolucji ta praktyka ostatnio wraca. Niedawno ministerstwo obrony zażądało zamknięcia pięciu stron na Facebooku: bez inwigigilacji skąd by o nich wiedzieli?

Mohammed El Gohary z Egiptu opowiedział jak dowody na wszechogarniającą inwigilację wypłynęły dopiero po rewolucji. Tajna policja miała zapisy e-maili, rozmów przez skype i przez telefon oraz innego rodzaju środków komunikacji.  Na jaw wyszły też umowy między zachodnimi firmami a rządem w Egipcie o dostarczanie sprzętu do inwigiliacji. Rewolucja doprowadziła do jej przerwania ale obecnie jest ona znów stosowana.

Ellery Bride z Center for Democracy & Technology podkreśliła napięcie jakie istnieje pomiędzy uprawnionym użytkowaniem inwigilacji do zwalczania przestępczości a wykorzystywaniem jej do szerszych, nieuzasadnionych celów. Warto też pamiętać o inwigilacjji ze strony zorganizowanej przestępczości.

Rozwinęła się dyskusja w jakich sytuacjach rządy zachodnie mogą dopuszczać do sprzedaży sprzętu do inwigilacji do innych krajów. W trakcie jej okazało się, że przedstawiciele zaledwie trzech krajów uważają, że ich rząd ich nie inwigiluje (Peru, Szwajcaria, Szwecja). Aktywista z Izraela podkreślił, że w jego kraju inwigilacja jest przyjmowana przez obywateli ze zrozumieniem ponieważ jest to sposób zapewnienia bezpieczeństwa.

Kolejna sesją, w której uczestniczyłem miała tytuł Kto rządzi w świecie sieci (Who Rules Our Networked World). Wiodącym motywem dyskusji były modele zarządzania internetem.

Alex Gakuru z Kenii przedstawił swoje doświadczenie pracy w ICANN. Pierwszym problemem są masa akronimów, z którymi się wciąż człowiek spotyka i których się trzeba nauczyć. W ICANN działają formalne grupy interesu: użytkowników (ncuc.org), firm oferujących dostęp do internetu, rządów, biznesu, posiadaczy praw autorskich.

Mimo, że do różnych komisji każdy może się zgłosić reprezentacja Afryki jest słaba. Problem jest głównie koszt uczestnictwa w trzech spotkaniach rocznie. Uczestniczenie w nich przez internet nie jest łatwe ze względu na ograniczony dostęp do broadbandu.

Sana Saleem z Pakistanu opisała aktywistów wolności słowa w internecine. Ona sama jest jednych z organizatorów akcji przeciwko niedawno zaproponowanego przez rząd systemu filtracji internetu.

W Pakistanie silny jest wpływ Chin. Jednym z jego przejawów był niedawny przetarg ogłoszony przez rząd na system filtrowania internetu na poziomie krajowym.  Aktywiści sprzeciwiający się mu skontaktowali się najpierw z firmami dostarczającymi dostęp do internetu. One nie miały wiele przeciwko temu systemowI bo dla nich byłby on mniej uciążliwy niż wypełnianie żądań rządu dotyczących filtrowania każdego z osobna.

Aktywiści napisali list do rządu z żądaniem wyjaśnienia skąd ten kosztowny pomysł. Odpowiedź nie nadeszła, zwrócili się więc do prasy.

Stworzyli też koalicje, na poziomie krajowym i międzynarodowym, by walczyć z pomysłem rządu. Partnerzy zagraniczni mieli nie dopuścić by firmy zachodnie wzięły udział w przetargu. Wewnątrz kraju wyjaśniali potencjalnie dotkniętym funkcjonowaniem nowego systemu jego skutki.

Rząd oficjalnie głosił, że chodzi mu o ograniczenie dostępu do pornografii a organizacje społeczne chcą by dalej była dostępna.

Koalicja lobbowała w różnych ministerstwach, w efekcie czego ministerstwo spraw zagranicznych oraz ministerstwo ds. praw człowieka zajęły negatywne stanowisko wobec planu systemu filtrowania, promowanego przez coraz bardziej osamotnione ministerstwo ds. technologii komputerowych.  

W końcu koalicja pozwała rząd do sądu, który zadecydował, że blokowanie internetu jest niekonstytucyjne.

Ellery Biddle z Center for Democracy & Technology przedstawiła sytuację ITU. Traktat z 1988 roku zakładający dobrowolnie przyjęte standardy ma być zastąpiony tekstem renegocjowanym w zeszłym grudniu. Ustalenia dotyczyce cyberbezpieczeństwa są niepokojące ze względu na ich wpływ na ochronę prywatności. 

ITU pojawia się w dyskusjach jako alternatywa do ICANN bo jest reprezentatywne, nie bardzo nadaje się jednak jako platforma do uzgadniania stanowisk reprezentantów różnych graczy ze względu na to, że decyzje podejmowane są przez rządy.

ITU jest zamkniętą, nietransparentną organizacją. Niektóre rządy starają się to zmienić, wciągają do prac aktywistów i przedstawicieli świata akademickiego. Powstała nawet strona do publikacji dokumentów, które wyciekły z ITU  wsitleaks.org .

Popołudnie miał format barcampu. Przyłączyłem się do grupy dyskutującej możliwość stworzenia alternatywnych sieci (Alternative networks). Konkluzje nie były zbyt wesołe. Zdaje się, że dotąd nie stworzono funckjonujących sieci. Projekt oparty na stworzeniu sieci typu mesh w oparciu o komórki (serval) jest w powijakach, inne projekty tego typu (włączając w to artystyczny projekt parasolowy umbrella.net) nie wyszły poza sferę eksperymentów, koncepcja własnego serwera dla każdego użytkownika (Freedom Box)  też nie doczekała się wdrożenia.

Pojawił się pomysł wystrzelenia własnego satelity ale koszt (290 milionów dolarów plus koszty funkcjonowania) powoduje, że nie ma on szans realizacji.

Kolejna sesja w ramach barcampu to Jak zmienić zachowanie firm internetowych (How to Change the Behaviour of Internet Companies). Organizacji, które próbują to robić jest coraz więcej. Powodem jest rosnąca rola takich firm: pośrednicy zmuszeni do są podejmowania decyzji jak regulatorzy sektora  po to by wogóle móc funkcjnować.

Wspólnie zebraliśmy parę pomysłów na to jak można by działać.

  • Crowdsourcing, np. herdict czy onlinecensorship.org
  • Działania jednostek jak np. kampania Maxa przeciwko Facebookowi – łatwiej jest mówić o konkretnej osobie niż o abstrakcyjnym problemie
  • Działania akcjonariuszy firmy
  • Bojkot konsumencki jak w przypadku GoDaddy w kampanii przeciwko PIPA i SOPA w USA
  • Ranking firm według kryterium wolności w internecie
  • Monitorowanie przestrzegania praw człowieka przez firmy komórkowe – na całym świecie jest ich określona i niezbyt wysoka ilość
  • Nagroda dla firm, których zachowanie w odniesieniu do praw człowieka jest przykładowe

Niekiedy dla pewnych usług mamy system monopolu lub niemal monopolu, wówczas konieczna jest regulacja przez rząd. Odmianą tego problemu jest integracja pozioma np. łącząca sferę usług, sprzętu i sieci  (UAE).

Należy atakować firmy tam gdzie są wrażliwe na presję, np. tam gdzie są surowsze regulacje dotyczące prywatności.

Jednocześnie z powodu wewnętrznej integracji firm często stosują one najsurowsze regulacje prywatności (EU) tak by nie musieć swojej wewnętrznej polityki dalej dostosowywać do indywidualnej sytuacji w danym kraju.

Istnieje napięcie pomiędzy firmami telekomunikacyjnymi a firmami wytwarzające treści w internecie, można to wykorzystać. Te ostatnie na przykład nie lubią Facebooka bo odciąga on użytkowników od ich stron.

Obecny Max Schems zaproponował szereg zasad przy tworzeniu przakazu kampanii

  • Niech żądania będą rozsądne, nie przesadne.
  • Niech będą pozytywn: w jego przypadku on nie walczy z Facebookiem ale stara się zmusić firmę do lepszego zachowania, dlatego też nie zlikwidował kontna na FB
  • Twarz kampanii niech budzi zaufania: on sam jest studentem prawa, co w Austrii niemal automatycznie oznacza konserwatywne poglądy, osoba z dreadlockami nie byłaby tak przekonująca

I na tym konferecja się zakończyła. Odbyłem szereg ciekawych rozmów i poznałem masę niezwykłych ludzi ale to już inny historia.

PS Szczegółowa relacja z GV Summit po angielsku jest do poczytania tu.

GV2012

Global Voices Nairobi 2012 – dzień pierwszy

No i znów (patrz tu i tu)byłem na spotkaniu Global Voices Summit (spotkanie sieci aktywistów internetowych piszących na blogach o tym co się dzieje w ich krajach, GV ma również wersję polską i węgierską) więc znów piszę krótkie sprawozdanie.

Tym razem – Summit organizowany jest co dwa lata – do Nairobi, gdzie się odbył, zjechało się trzystu blogerów z sześćdziesięciu krajów. Program był bogaty, były równoległe sesje a że w dodatku pojawiła się masa ciekawych ludzi, część znajomych, część dopiero do poznania, i co chwila z kimś się interesująco gada, nie sposób zobaczyć wszystkiego. Sprawozdanie moje jest więc z konieczności subiektywne.

GVS1

przed hotelem gdzie odbywała się konferencja

GVS_namiot

wspólna sesja

Dzień pierwszy miał miejsce drugiego lipca. Po sesji wprowadzającej rozeszliśmy na równoległe sesje tematyczne

Tematem przewodnim sesji na temat ruchów protestu na świecie (#Occupy Everywhere) w ciągu ostaniego półtora roku był ich wzajemny wpływ na siebie. Rozpoczęło ją zestawienie fotografii z placu Tahrir i madryckiego Plaza del Sol. Mimo różnych żądań uczestników inspirowały się one po kolei: kraje arabskie swoimi rewolucjami dostarczyły bodźca dla ruchu Occupy Wall Street, ten z kolei doprowadził do demonstracji Oburzonych. Ci, czego nie wiedziałem, służyli za model w ciągu protestów w Rosji. Hasło Occupy Abai (оккупай Абай) – protestujący początkowo gromadzili się pod pomnikiem Abaja – ładnie to ilustruje. Podkreślano jak szybko rozeszła się po świecie nowa metodogia protestu.

Occupy Abai

Occupy Abai

Yes, Abai can

Ze swej strony dorzuciłem uwagę o polskich inspiracjach protest przeciwko ACTA na Węgrzech, o czym pisałem wcześniej.

W ramach sesji na temat roli mediów społecznościowych w ratowaniu zagrożonych języków (Keeping Endangered Languages Alive) wysłuchaliśmy ciekawych prezentacji na temat języków Rangi (Afryka wschodnia) i Bambara (Mali). We wszystkich przypadkach media społecznościowe były używane to promocji pisowni dotąd tylko mówionych języków.

Interesująca były lista problemów jakie doświadczają uczestnicy tego rodzaju projektów. Były to trudności z przekonaniem ludzi do korzystania z mediów społecznościowych, niemożność zapisania przy pomocy komputera specjalnych znaków, czasem problemy związane z przejściem z poprzednio używanego alfabetu na łaciński. Zwykle pierwszymi, którzy korzystać mieliby z new media są ludzie wykształceni w innym języku, przekonanie ich do pisania w ich języku ojczystym pozbawionym tradycyjni piśmienych jest również częstym problemem.

Poobiednie prezentacje były organizowane jako barcamp. Poszedłem posłuchać Maxa Schemsa, gwiazdy wśród obrońców prywatności w internecie (Europe vs Facebook). Ten austriacki student prawa już jakiś czas walczy z facebookiem by ta firma bardziej honorowała prywatność użytkowników serwisu. Sławę przyniosło mu uzyskanie od facebooka kopii informacji na jego temat przechowywanej na serwerach firmy: ponad 1200 stron tekstu włączając w to dawno, jak sądził, usunięte zapisy czatów i wiadomości.

GVS_Max

tak wygląda Max

W trakcie swojej prezentacji opowiadał w jaki sposób facebook zbiera i wypuszcza na temat użytkowników, na przykład, ładując daną aplikację umożliwiamy jej autorom dostęp do naszych publicznych danych. Facebook zbiera ogromną ilość danych geolokacyjnych poprzez tagi fotografii czy też przechowywanie adresów IP, z których logowaliśmy się do naszego konta. Cookies, które przesyłają informację o tym, żeśmy otworzyli jakąś stronę – nie trzeba niczego klikać – jeśli tylko jest na niej guzik Like to następna problematyczne kwestia. Facebook zresztą nigdzie nie daje gwarancji, że dane, które zbiera są bezpieczne, Max pokazał na stosowne fragmenty różnych policy FB.

Jego zdaniem właściwym podejściem byłoby potraktowanie facebooka jak monopolu na wzór zakładów energetycznych i zmuszenie go do otwarcia platformy dla innych usług.

Facebook ma złą prasę w Europie – w ciągu ostatnich pięciu lat Max nie widział ani jednego pozytywnego artykułu na temat tej firmy – ale niczego nie robi by to poprawić. Skandale w USA z drugiej strony spotykają się z żywą reakcją firmy.

Obecna na sali danah boyd zasugerowała by do każdego z serwisów, z którego korzystamy używać innego adresu e-mailowego a także by nie używać do logowania się do jakiejś strony internetowej usług innych serwisów.

Ciekawostką jest, że Max jest w dalszym ciągu użytkownikiem Facebooka. Jak powiedział, kocha serwisy społecznościowe.

Można pomóc w jego kampanii o większe poszanowanie prywatności na Facebooku poprzez tłumaczenie poświęconej jej kampanii na inne języki. Chętni powinni pisać do niego na adres info małpa europe-v-facebook kropka org.

Zatytułowaną „Giants of the internet: what role and responsibility” plenarną sesję zabawny i pogodny MC konferencji Daud VVere rozpoczął zacytowaniem kenijskiego przysłowia: „Gdy słonie walczą cierpi trawa. Gdy słonie się godzą trawa jest zjadana”.

Do panelu zaproszeni byli Ramzi Jaber (Onlinecensorship.org), Max Schrems (patrz wyżej) oraz Bob Boorstin z Google. Sesja szybko przerodziła się w spotkanie z tym ostatnim, pozostali prezenterzy zostali zmarginalizowani.

Bob określił odpowiedzialność firm w następujący sposób:

  • ochrona użytkowników
  • maksymalizacja swobody słowa w internecie
  • aktywne a nie pasywne stanowisko w tych kwestiach

Google wierzy w przejrzystość swoich działań (zwłaszcza w odniesieniu do filtrowania) oraz „wyzwolenie danych” (data liberalisation), powiedział.

Dla firm te kwestie nie powinny być corporate social responsibility ale codziennością ich funkcjonowania.

Dla Google wolność słowa to ważnym problemem, gorzej jest z prywatnością. Bob stwierdził, że „na szczęście” nie jest ekspertem w tej dziedzinie i dlatego nie może odpowiadać na związane z nią pytania.

Pewne napięcie, które się pojawiło w związku z tym stwierdzeniem zostało rozładowane przez pierwszą osobę z publiczności, która dostała mikrofon. „Mam krytyczny stosunek do Google z wielu powodów, ale należy docenić, że pojawili się tutaj, że rozmawiają z nami. Facebook nie przyjął zaproszenia, oni chętnie jeżdzą na konferencje rządowe” powiedziała. Potwierdził to zresztą Max – Facebook odmawia udziału w konferencjach, na których on występuje.

Facebooka bronił … Bob mówiąc, że to jeszcze młoda firma, która się dopiero wszystkiego uczy.  Dodał, że Google pracuje nad stroną internetową mobilemonitor, która będzie informować ludzi o ryzyku związanym z używaniem telefonów komórkowych. Powinna być gotowa w ciągu 6-12 miesięcy.

Ostatnim punktem programu było wręczenie nagród Breaking Borders, którą wspólnie co dwa lata Global Voices i Google ludziom, którzy w sposób szczególny przyczynili się do obrony i promocji swobody słowa. I tu niespodziewany akcent węgierski bo jednym z dwóch organizacji, które ją dostało zostało átlátszó.hu (przejrzysty) węgierski  wersja WikiLeaks, niezależny ośrodek dziennikarstwa śledczego a także platforma to składania przez internet podań o udostępnienie informacji publicznej (o átlátszó.hu napiszę kiedyś osobno). Drugim laureatem była marokańska platforma mediów społeczniościowych Mamfakinch (Nie poddamy się), którą założono w 2011 roku.

GVS_laureaci

laureaci (w środku)

GVS_laureaci2

Tamás Bodoky i György Peng z átlátszó.hu i ich niemal niewidoczna nagroda – oto cena transparentności

wręczanie nagród, własne (lepsze) wideo átlátszó tu.

Na koniec ładna koszulka jednego z uczestników. Z tego plakatu robi się prawdziwy mem!

GVS_keep_calm

Wkrótce postaram się napisać również o drugim dniu.

PS Szczegółowa relacja z GV Summit po angielsku jest do poczytania tu.

GV2012

pokolenie, którego nie było na Węgrzech

Należał do pokolenia wychowanego i w stopniu decydującym ukształtowanego w Polsce Międzywojennej i był tego pokolenia wybitnym przedstawicielem. Reprezentował patriotyzm i kulturę, zarówno osobistą, i jak polityczną, typową dla przedwojennej inteligencji.

Ta fraza z artykułu o śmierci Wiesława Chrzanowskiego utkwiła mi jakoś w pamięci. Telepała mi się po głowie, telepała aż uświadomiłem sobie w końcu dlaczego: Węgrzy nie mają mitu przedwojennej generacji, który mamy w Polsce.

Zupełnie inaczej postrzegany jest okres przedwojenny w obu krajach. W Polsce to radość z osiągniętej niepodległości, duma z sukcesu wojnie 1920 roku i osiągnięć w budowaniu kraju. Na Węgrzech to kultutywowana żałoba po Trianonie, doświadczenie komuny a potem białego terroru, poczucie klęski.

W Polsce funkcjonuje mit patriotycznie nastawionego pokolenia, które wyrosło w niepodległym kraju a potem „wspaniale zdało egzamin” w okresie wojny, często ginąc za Polskę, na Węgrzech tego wogóle nie ma.

Nie sugeruję, że na Węgrzech nie było wspaniałych ludzi czy też, że nikt tu nie zginął za kraj, chodzi mi tylko o to, że nie wykształcił się mit przedwojennego pokolenia jako punktu odniesienia, dumy i inspiracji.

Nie było też związanej z tym kontynuacji, związków między pokoleniami. Szacunek jakim darzy się określenia „akowiec”, „był u Andersa” czy „walczył u Maczka” nie ma tu swojego odpowiednika.

Przytoczę tu anegdotę. Oglądaliśmy ze Śliwką film pt. Osiemdziesiąt milionów, w którym pojawia się starszy mężczyzna, jak się z czasem okaże były cichociemny, który pomoga młodym chłopakom z Solidarności. Ciągłość pomiędzy podziemiem z okresu wojny i późniejszymi ruchami opozycyjnymi jest oczywista dla Polaka, Śliwce natomiast musiałem to tłumaczyć bo tego na Węgrzech nie było.

Inną rzeczą wskazującą na nieobecność tego mitu jest brak węgierskich odpowiedników słów „społecznik” czy „państwowiec”, istotnych elementów słownictwa łączącego się z pokoleniem przedwojennym, który sugeruje brak odpowiadających im pojęć a przynajmniej ich mocnego osadzenia w języku.

Kolejna subtelna różnica między naszymi krajami.