Radio Polonia Węgierska – 14. odcinek podcastu/ samotność językowa Węgrów

W najnowszym odcinku audycji mówię o językach słowiańskich i samotności językowej Węgrów.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny przygotowany przez Igę Kolasińską – 11:03
3. Autorski przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka – 13:02
4. „Jeż Węgierski w eterze” by Jerzy Celichowski – 20:42
5. Książka na Głos – fragment „Polsko-węgierskiej mozaiki” poświęcony Derenkowi – 29:49
6. Urywki historii – Izabela Gass o XVIII wiecznym skandalu w Rzeczypospolitej – 47:22
7. Pożegnanie – 52:09

radiopoloniawegierska1-1

W ostatni weekend byliśmy na Słowacji. Zatrzymaliśmy się w niedużym hoteliku, rozmawiam tam z panienką z recepcji. Nie zna angielskiego, mówię więc po polsku, a ona po słowacku. W pewnym momencie pada słowo „raňajky“, którego dotąd nigdy nie słyszałem, a które mimo to z kontekstu i brzmienia rozumiem: chodzi o śniadanie.

Chciałem dodać dla efektu, że słowackiego nie znam bo się go nigdy nie uczyłem ale po zastanowieniu się wiem, że nie jest to prawdą. Bo mimo tego, że nigdy się go nie uczyłem dużo rozumiem jak słyszę ten język. Na Słowacji zwykle przecież można się dogadać po polsku bez większych problemów.

Nie tylko zresztą na Słowacji: kto miał do czynienia z Ukraińcami czy Białorusinami, kto był w Czechach czy nawet nad morzem w Chorwacji potwierdzi jak łatwo się dogadać „po słowiańsku“ zgadując słowa i łapiąc ich formy. Przecież od niemal Berlina aż do Władywostoku a na południe aż po Adriatyk dwa wszędzie znaczy dwa: wspólne jest wiele słów, podobna jest gramatyka. Nie ucząc się tych słowiańskich języków jakoś jesteśmy w stanie się porozumieć, łatwo możemy je łapać, nie czujemy się obco.

Nie tak jest z Węgrami. Oni nie mają tego doświadczenia podobnego języka, możliwości dogadania się, zrozumienia czegoś-tam. Dla nich wyjazd poza Węgry to zderzenie się z czarną ścianą niezrozumienia. Jeśli nie znają języka obcego to już choćby parę kilometrów za granicą może być tak, że nie mogą się wogóle porozumieć. Węgrzy nie mają odpowiednika słowiańszczyzny. Świat zewnętrzny dla Węgrów to dużo mniej otwarte a zapewne i dużo mniej przyjazne miejsce.

Dlatego właśnie dla Węgrów nauka obcych języków jest tak istotna jeśli nie chcą być w życiu ograniczeni do swojego tylko, nie nazbyt zresztą wielkiego, kraju. Nie jest to dla nich łatwe: kto zna węgierski wie, że wszystko jest tam „odwrotnie“ i dlatego ten język jest taki trudny – dla Węgrów na zasadzie symetrii tak trudne – tak „odwrotne“ – są inne języki. A w dodatku nie mają oni tego ułatwienia jakie mamy my ucząc się rosyjskiego czy serbskiego, albo też Rumuni lub Hiszpanie ucząc się francuskiego.

Ta językowa samotność z pewnością przyczynia się do melancholii Węgrów.

na zdrowie, miłej zabawy

Na Węgrzech kichniesz i z pewnością zaraz usłyszysz od kogoś „na zdrowie!” („egészségére!”). Pisałem o tym intrygującym automatyzmie już kiedyś.

Niedawno uświadomiłem sobie, że powiedzenie „na zdrowie” używane jest w podobny sposób szerzej. Innymi inputami, które wywołują ten output są sytuacje przy jedzeniu i, rzecz jasna, piciu. Na przykład skończyłeś obiad u ciotki a ta mówi „na zdrowie”. Dziękujesz za kawę u kolegi i już leci „na zdrowie”. Pochwalisz ciastko w gościnie i zaraz gospodarz wyskakuje ze swoim „na zdrowie”.

W restauracji kelner podając talerze, sprzątając ze stołu, słysząc pochwałę dania, przynosząc kolejną wodę mineralną czy też przyjmując zapłatę zawsze – zawsze – robi to mówiąc „na zdrowie”, ewentualnie „na zdrowie łaskawego Pana/Pani”, co po węgiersku brzmi zresztą tak sztucznie („kedves egészségére”) jak i po polsku, taka kelnerska nowomowa. Te „na zdrowie” usłyszymy pewnie kilka razy podczas jednej wizyty w restauracji jak również cukierni, kawiarni czy też barze. Co ciekawe, ta fraza jest tak sztywno osadzona w sytuacje tego rodzaju, nikt nie wykazuje się w zasadzie nawet szczątkową kreatywnością by na, dajmy na to, pochwałę zupy powiedzieć „bardzo się cieszę, że Państwu smakowało!”

Na zdrowie, źródło: Fortepan/Gyula Nagy
Na zdrowie łaskawych pań, źródło: Fortepan/Sändor Bauer

I co więcej, „na zdrowie” można usłyszeć także na końcu masażu, lekcji jogi czy gimnastyki, ogólnie w sytuacjach usług związanych z ciałem. I tutaj nie ma żadnych wariacji, jest „na zdrowie” i cześć.

Innym takim automatycznym wyrażeniem jest „miłej zabawy!” („jó szórakozást!”, dosłownie: „dobrej rozrywki!”), które słyszy się w kontekście szeroko rozumianych sztuk performatywnych takich jak przedstawienia teatralne, koncerty czy inne wszelakie występy. Pół biedy jeśli wygłosi je konferansjer przed spektaklem kabaretu czy też koncertem popowym. Gorzej jeśli występ, który nas czeka nie ma nic wspólnego z rozrywką czy też zabawą: niedawno usłyszałem tę frazę w teatrze przed psychologicznie ciężką sztuką.

Według znanej anegdoty w swoim czasie „jó szórakozást!” życzył słuchaczom burmistrz Demszky przed Requiem Mozarta wykonanym dla uczczenia ofiar powstania 1956 roku.

Znowu, w takich sytuacjach nikomu do głowy nie przychodzi jakieś samemu utworzone, własne zdanie odpowiednie do danego wydarzenia lub choćby nawet neutralniejsze „udanego wieczoru”, bez „miłej zabawy” się nie obędzie.

Miłej zabawy, źródło: Fortepan/Tivadar Lissäk

Węgrów, z którymi rozmawiałem o tym zjawisku ono nie dziwi, nie widzą też w nim niczego nie na miejscu. Sam jednak jeżę się co usłyszę sobie to „na zdrowie” lub „miłej zabawy” i obiecuję sobie uważać na to co i kiedy mówię.

wiele mówiące słowa

Zaciekawiły mnie ostatnio słowa, których pozornie oczywisty, lustrzany odpowiednik w tłumaczeniu ma inne, bywa, że radykalnie odmienne, znaczenie lub kontekst w drugim języku, rzecz jasna chodzi mi o polski i węgierski. Mam trzy przykłady takich słów.

Węgierski polgári to po polsku mieszczański. Przy czym po węgiersku używa się tego słowa z pełną afirmacją, jest więc polgári mieszkanie czy też polgári rodzina i jest to cool. Tak na marginesie węgierska inteligencja kulturalnie zawsze aspirowała, także w czasach socjalistycznych, do bycia właśnie polgári, w Polsce analogiczne aspiracje odnosiły się do szlachty. Powiedzmy zatem po polsku: pochodzi z mieszczańskiej rodziny, mają mieszczańskie mieszkania – toż to już wstyd i poruta. To samo, słownikowo, słowo, a inny kontekst znaczeniowy.

Albo weźmy takie węgierskie igénytelen. W słowniku to sympatycznie brzmiący niewymagający. Tyle, że w węgierskim igénytelen to burak, któremu jest wszystko jedno: mieszkać może w mieszkaniu lub w oborze, jeść z talerza albo z gazety, ubierać się w cokolwiek. Najbliższy temu słowu byłyby pewnie prymityw, nawet abnegat brzmi tu zbyt pozytywnie bo dopuszcza jakieś, ignorowane ale jednak być może istniejące, smak czy potrzeby estetyczne. Kto zna węgierski doceni smaczek dosłownie przetłumaczonego na węgierski zdania Proszę się nie trudzić, nie jestem wymagający: Ne fárodjon, igénytelen vagyok.

Esztéta to, znowu, według słownika, po prostu esteta. Tyle, że węgierskie słowo oznacza w zasadzie krytyka sztuki i do bycia esztétą można się spokojnie przyznawać w towarzystwie wywołując zapewne szmer uznania, a po polsku użyjąc tego określenia w stosunku do siebie ryzykujemy, w najlepszym razie, ośmieszenie się brakiem skromności a w gorszym wywołanie zażenowania wobec demonstracji tak bezkrytycznego pięknoduchostwa.

Każda z tych par słów jest oczywiście inna. Mimo tych różnic wspólna jest odmienność pomiędzy obrazem świata, jego pojęć i wartości doświadczanych przez użytkowników obu języków.

fajne ale miejscami nieco zawodne słowniki

Narodowościowy czy mniejszościowy

„Nagroda narodowościowa dla zespołu Polonez” obwieszcza okładka styczniowego numeru Polonii Węgierskiej. Na piątek stronie miesięcznika pojawia się wyrażenie „prawa narodowości”. Na piętnastej informacja o „Spotkaniu samorządów narodowościowych”. Artykuł stronę dalej omawia wspomnianą nagrodę Premiera Węgier za pracę „na rzecz narodowości” dla zespołu Polonez. I tak pewnie dalej – nie przeczytałem miesięcznika od deski do deski więc możliwe, że słowo „narodowościowy” – w znaczeniu „mniejszościowy” – pojawia się tam częściej. Osobiście zgrzyta mi w uszach.

PolWeg

Sprawdziłem w słowniku języka polskiego PWN-u: narodowość to „przynależność do danego narodu lub oznaczenie wspólnoty etniczno-kulturowej, poczucie tej przynależności; niekiedy naród”. Czyli nie mniejszość narodowa.

Oczywiste jest skąd się to bierze: w węgierskim mówi się o samorządach mniejszościowych, że są „nemzetiségi”, same mniejszości to „nemzetiségek”, itd. Tłumaczenie dosłowne to “narodowość” i już jesteśmy na miejscu. Sytuacja podobna jak w przypadku słowa „programok”, które niekiedy tutejsi Polacy tłumaczą jako „programy” (pisałem o tym wcześniej).

Czyli błąd i lenistwo w tłumaczeniu. Sprawa prosta choć jednocześnie nie do końca. Wszystkie języki podlegają zmianie poprzez kontakty z innymi, zwykle sąsiadującymi językami, weźmy choćby użycie słowa „dokładnie” czy „absolutnie” jako potwierdzenia. Dzieje się z polskim w Polsce, czemu nie ma się dziać z polskim na Węgrzech? Tylko źródło wpływów inne, sam proces taki sam.

oże. Tu nie ma pewnie prostych recept – językiem nie da się kierować. Pozostaje własne wyczucie języka. Pozostaję przy wyrażeniu „mniejszościowy”. A Polonia Węgierska, największe bodaj pismo tutejszej polonii, niech sama decyduje jak używa polskiego, jaki język promuje.

gramatycznie montypythonowskie dowcipy nastolatków

Wiadomo, że każda grupa wiekowa ma swój rodzaj humoru, weźmy na przykład takie dowcipy dzieci, które rzadko śmieszą dorosłych. Ostatnio poprzez Chłopaka miałem okazję zetknąć się z popularnym ostatnio wśród jego kolegów absurdalnym humorem gramatycznym.

Chłopak z kolegami opowiadają sobie dowcipy gramatyczne, źródło: fortepan

Tak, ten wpis będzie na temat języka węgierskiego, jeśli ktoś go nie zna to nie doceni tych językowych subtelności, o których będzie. Takie osoby zapraszam to starszych wpisów na śmieszne tematy, proszę, na Boga, nie wychodzić z bloga!

Nieoczywiste dowcipy kolegów Chłopaka wyglądają na przykład tak:

  • Annyire szeretnék Dani egyet.
  • Jönnek a gyerek.
  • Eladók a telek.
  • Az én petrezselyem.
  • Kié ez a huzat? A kanapé.
  • Ott áll a szalon.
  • Dunna ha akarna.
  • Tüsszögőroham van.
  • Ugorj a kobra.
  • Gyere be a szoba, mássz fel a létra, és hozz le egy sajt.

Śmieszne? Okropnie, ale nie od razu.

Absurdalność tych krótkich tekścików (sorry, wyjaśnianie dowcipów to mało przyjemne zajęcie ale muszę) umożliwia pewna właściwość języka węgierskiego, a mianowicie używanie przyrostków tam gdzie, na przykład w polskim, używa się przyimków. Po polsku na stole, po węgiersku asztalon (w tłumaczeniu lustrzanym stółna). Jeśli końcówki słów mają brzmienie takich przyrostków (-ra, -re, -ba, -be, -t, -k, -ni) materiał na gramatyczny dowcip jest gotowy.

Wykładowcom hungarystyki podaję pomysł na egzamin dla studentów: powiedzieć im jeden z powyższych dowcipów, jeśli zarechoczą, zdali, jeśli nie – więcej gramatyki i Monty Pythona.

Dzięki dla Chłopaka za materiał!

-Gyere be a szoba, mássz fel a létra, és hozz le egy sajt, niezłe, co? -Hi, hi, źródło: fortepan

PS 2 czerwca 2016

Nowe dowcipy:

  • Rálépek a zebra, de előtte állok a beton, mert a peron várom a vonat, ami elvisz Szentendre.
  • Add ide az elefant.
  • Írok egy fuzet.
  • Élem a veszélyes élet.
  • Én megettem Pista kaját.
  • A dolgozatba kellenek a százalék.
  • Itt nyaralunk Balaton.
  • Ahol laknak a Siófok.
  • He ez a te Balatonfüred?
  • Lilinek elszakadt a harisnya.
  • Kinek a korcsolya?
  • Gyere fel a Tátra/Mátra!
  • Kérsz desszert?

Fałszywi przyjaciele

Proszę się nie denerwować, tym razem nie będzie o polityce czy Orbánie a o języku. W translatorstwie mówi się o “fałszywych przyjaciołach tłumacza” czyli słowach, które choć wyglądają podobnie do jakiś słów w innym języku to mają jednak inne, bywa, że zupełnie odmienne lub nawet sprośne, znaczenie. Typowe przykłady to angielski pathetic (żałosny a nie patetyczny), rosyjskie брюки (spodnie a nie bruki) czy też, sięgając coś mniej przyzwoitego, czeskie šukat (pieprzyć a nie szukać).

Takich fałszywych przyjaciół mamy rzecz jasna także na styku polskiego i węgierskiego. Poniżej podaję te, na które się natknąłem.

  • Huj huj hajra! – okrzyk zachęty węgierskich kibiców, w węgierskim zupełnie niewinny a jednak zakazany podczas meczów z reprezentacją ZSRR
  • programok – słowo w węgierskim używane zawsze w liczbie mnogiej w znaczeniu wydarzeń (kulturalnych, sportowych, festynowych czy festiwalowych), pisałem o tym już tu
  • civil – pozarządowy. Słowo to w węgierskim oznacza też cywila ale w tym znaczeniu jest znacznie rzadziej używane.
  • pohar – kubek, zwykły kubek. Puchar po węgiersku jest inaczej – zobacz poniżej.
  • kupa – puchar właśnie a nie to co mieliście na myśli. Niekiedy trudno się Polakowi nie uśmiechnąć jak przeczyta o zaciętej walce drużyn o, na przykład, kupę puchar Budapesztu.
  • Cyc! cyc! – nic zdrożnego, to po węgiersku kici, kici, tak tu się woła koty. Śliwka wywołała entuzjazm wśród moich kolegów kiedy przy nich zaczęła tak właśnie przywoływać jakiegoś dachowca.
  • ruha – ubranie. Angol extra ruha to nic innego jak Super ciuchy z Anglii (typowy napis na szmateksie). 
  • cipő, cipó – podobnie nic takiego: to pierwsze to buty a drugie bochenek
  • puska (wym. puszka) – strzelba
  • dr – niby taki sam skrót tytułu “doktor” ale jednak coś troszkę innego: tutaj używają go wszyscy absolwenci medycyny i prawa, i to w dodatku nie jako tytułu naukowego ale jako części nazwiska czyli również w kontekście, w którym w Polsce nikt by go raczej nie użył, na przykład przy podawaniu nazwiska w pralni chemicznej (było o tym tu)
  • kutas – studzienny. Mój kolega o tym nazwisku nie mógł zrozumieć radości wopistów na granicy kiedy po raz pierwszy przyjechał do Polski.
  • bizony – z pewnością
  • tutaj – tratwa, may w Budapeszcie nawet taką tutejszą ulicę Tratwową
  • pipa – znowu proszę bez skojarzeń, chodzi o fajkę
  • baba – odwrotność polskiej baby: małe dziecko

 

źródło: wiocha.pl

Znacie jakiś innych takich fałszywych przyjaciół? Jeśli tak opiszcie ich w komentarzach!

burczenie w brzuchu

Pisałem kiedyś o automatyźmie mówienia „na zdrowie!” w przypadku kichania, równie ciekawe jest zachowanie Węgrów gdy komuś zaburczy w brzuchu. Z dużą przewidywalnością pojawi się zawsze ktoś kto z szelmowskiem uśmiechem osoby szykującej się do rzucenia nadzwyczaj błyskotliwej i dowcipnej riposty, o której opowiada się potem latami na przyjęciach, powie „co, głodny jesteś?”

Dodajmy do tego „smacznego” (jó étvágyat) rytualnie wypowiadane przed jedzenie i „na zdrowie” (egészségedre) po i już mi się tworzą zręby słownika automatyzmów w języku węgierskim.

ciekawa nazwa ulicy

Tak więc stało się: ulica na osiedlu Wrzeciono w Warszawie zachowa swoją błędną nazwę Szegedyńska. Błędną, bo miasto Szeged (wym. Seged) to po polsku Segedyn. No i przy tym nieco zabawną bo szeged (w wymowie polskiej) to po węgiersku twoja dupa. 

Rozumiem mieszkańców bo każda zmiana nazwy to ból z formalnościami a ilu w końcu ludzi zna węgierski i pałęta się po Wrzecionie, nie mówiąc już o tym, że to w końcu ulica Szegedyńska a nie wprost Szeged.

Pech na takiej ulicy mieszkać, nie neguję, współczuję. Ale i tak korci mnie, a gdyby tak spróbować oddać tę nazwę po polsku? Jak brzmiałaby ona najlepiej? Twapupińska? A może Twadupna? Czy też Zatwedupie? Albo subtelniej choć nie do końca precyzyjnie Tyłeczkowa? Twojezady/Twezady? A może Wy macie jakieś pomysły?

 

Wernisaż a túlvilágon

Kiedy zacząłem jakoś mówić językiem obcym przyszła mi do głowy wizja książki – powieści – napisanej jednocześnie w dwóch czy większej liczbie języków, które bym znał. I to nie tam takie, że tu i ówdzie wtrącone wyrażenie w innym języku dla kolorytu (jak ekscytująca może być rzucenie mięsem w oryginale!) ale całe dialogi, cytaty z, powiedzmy, listów, fragmenty gazet, i tak dalej. Bez żadnego tłumaczenia w przypisach. Tak jak to w życiu jest. Część rzeczy może nawet niezrozumiałych – jak to w życiu jest.

Miałem więc takie sobie marzenie na jawie, nigdy poważnie nie zastanawiałem się nad realnymi szansami realizacji czegoś takiego, a potem po prostu o tym zapomniałem.

Przypomnialem sobie o pomyśle niedawno na przedstawieniu polonijnego teatru Zebra, który pokazał w sobotę spektakl pod tytułem Wernisaż w zaświatach na podstawie dramatu Maxa Frischa pt. Bierdemann i podpalacze. I przedstawienie grane było jednocześnie po polsku i po węgiersku. Aktorzy wypowiadali swoje kwestie każdy w swoim języku, nawet dialogi odbywały się przy użyciu innego języka przez każdego z uczestników.

Dla kogoś tutaj żyjącego, kto zna oba języki, spektalk w pełni zrozumiały. Na scenie oddana sytuacja dwujęzyczności, w której tylu z nas funkcjonuje. Prawdziwe sztuka dla mniejszości. Chciałoby się takich rzeczy więcej.

Lao Che a język węgierski

Język fiński jest tak trudny, że jak dwóch Finów chce sobie szybko coś powiedzieć to przechodzą na angielski, głosi stary dowcip, który przyszedł mi do głowy gdy Chłopak pokazał mi klip do piosenki Lao Che pt. Czarne Kowboje. Klip składa się z montypythonowskiego komiksu-serii rysunków przedstawiających wywiad z Bogiem, element węgierski pojawia się w 4:08 minucie, ale warto obejrzeć całość. Nie powinno się pokazywać osobom religijnym zaczynającym się uczyć węgierskiego bo się zniechęcą.