Via Carpatia

Jakiś czas temu napisałem omówienie tej książki dla Polonii Węgierskiej. Mimo, że mówiłem o niej kiedyś w podcaście, przyszło mi do głowy, że może warto je też tutaj, for the record, zamieścić.

Via Carpatia

Nie wiem, co takiego Węgry mają w sobie, że przyciągają – często niezłych – pisarzy, by pisali o tym kraju. I tak w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat ukazało się w Polsce co najmniej pięć książek o współczesnych Węgrzech: trylogia Krzysztofa Vargi Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą oraz Langosz w jurcie, napisana przez Igora Janke biografia Viktora Orbána pt. Napastnik oraz Via Carpatia Ziemowita Szczerka. Wszystkie one, w taki czy inny sposób, opowiadają o Węgrzech polskim czytelnikom.

Książka Szczerka, którą chcę przybliżyć w tym artykule, traktuje zresztą nie tylko o Węgrzech, to zapis podróży po Węgrzech i Basenie Karpackim autora. Czuje się w niej wpływ kwitnącego w Polsce reportażu literackiego. Tak na przykład opisuje autor Arad:

W pogranicznym Aradzie było nadal węgiersko, ale jakoś inaczej. Plac przed dworcem wyglądał, jakby jakiż tajfun zdarł cały asfalt i porył klepisko bruzdami. Zaparkowane samochody nie stały w równym szyku, tylko jeden wyżej, drugi niżej. (…) Płaskorzeźbie lwa sterczącej z frontonu rozkładającej się w upale kamienicy ktoś dosprejował psychodeliczne jaskrawozielone oczy. Na ławce w centrum miasta przysiadł starszy mężczyzna w czapce mimo upału naciągniętej na czubek głowy. Zdjął buty i wyciągnął przed siebie bose stopy. Zaczęły je obdziobywać gołębie. Zaczynałem podejrzewać, że jestem w jakiejś innej, dziwnej rzeczywistości.

Nie jest to jednak zwykły dziennik podróżnika. Szczerka interesuje przede wszystkim polityka oraz jej kulturowe korzenie. Nie udaje przy tym obiektywności. Pisze o sobie: Jestem wampirem chłepcącym nacjonalistyczne pieśni jak krew z alkoholem i faktycznie widać, że najbardziej fascynują go wszystkie przejawy nacjonalizmu, resentymentów narodowych, pojawiający się między wierszami rewizjonizm, wspomniany nemzeti rock, czy też dziwaczne teorie jak ta, w myśl której Jezus był w zasadzie Węgrem. Potrafi pozwolić sobie na małe złośliwości, na przykład, kiedy pisze właśnie o narodowym rocku: Zamykałem oczy i zastanawiałem się, jak musi wyglądać życie muzyków Kárpátii. Święta Korona, Trianon, męka uciśnionych Węgrów od rana do wieczora, od porannej jajecznicy, przy cały boży dzień, po kolację, piwo, pewnie jakiś dramatyczny film historyczny o cierpieniu Transylwanii, i do łóżka. I od rana to samo.

Te fascynacje prowadzą go w okolice zwykle omijane przez turystów. Zagląda do takich miejsc jak: Felcsút, Oroszlány, Várpalota, Ózd, osławione osiedle Luník IX w Koszycach, Oradea, Timisoara, Targu Mures, Chust, Mukaczewo, Czop, Subotica oraz Nowy Sad, choć w książce pojawiają się również Gruzja, Macedonia, a także Austria – cały nasz region. Ogląda te miejsca, opisuje, relacjonuje rozmowy z napotkanymi ludźmi oraz mniej lub bardziej prominentnymi politykami.

A krąg jego rozmówców jest szeroki. Jest tam mechanik samochodowy z Oroszlány, napotkany przypadkowo w barze w Satu Mare Węgier, zatrudniona przy robotach publicznych Romka w Ózd, liberalny blogger z Budapesztu, ale też Zsolt Németh, polityk Fideszu z górnej półki, Dávid Janicsák, jobbikowski burmistrz Ózdu, zresztą częściowo polskiego pochodzenia, albo autor krytycznej analizy rządów Orbána pt. Państwo mafijne Bálint Magyar.

Często wychodzi poza reportaż i – niejednokrotnie barwnym językiem – tłumaczy węgierską rzeczywistość. Fideszowskie Węgry nie są już zwinnym tygrysem – raczej leniwym, przejedzonym, cynicznym i kombinującym Garfieldem – tak opisuje na przykład konsolidację wiodącej partii w państwie.

Szczerek jest liberałem. Krytycznie zapatruje się na politykę Orbána. Jednocześnie jednak nie unika rozmówców reprezentujących obce mu poglądy, wysłuchuje ich – relacjonuje ich słowa, bywa, że przyzna im rację, wykazuje empatię, nie stroniąc jednak przy tym od dyskusji. W rozmowie ze znanym ze skrajnie prawicowych poglądów Janicsákiem na wysoce drażliwy temat Romów, na jego argument, że zagraniczna prasa krytykuje go za to, jak z nimi postępuję, ale oprócz napiętnowania nie podaje pomysłów na rozwiązanie problemu, odpowiada: To akurat prawda. Gdy Romowie wyjeżdżają z Węgier, Rumunii czy Słowacji na Zachód, tamtejsze władze nie zastanawiają się zbytnio nad tym, co robić, tylko deportują ich ciupasem na Wschód. Pomysłów zbyt wielu nie ma. Po czym jednak, zwracając się do Janicsáka, zaraz dodaje: A jaki macie wy?

Nieraz krytykuje pozycje bliskich mu ideowo osób. Często po prostu zdaje sprawozdanie z rozmowy, nie zajmując stanowiska wobec tego, co słyszy. Czuje się, że to brat-łata, który dogada się z każdym – osiedlowym „gopnikiem”, facetem spotkanym na stacji kolejowej, czy też wielkomiejskim blogerem – nawet, jeśli nie całkiem zna ich język. W jednym przypadku rozmowę przeprowadza za pomocą tłumacza Google. Szczerek śpi w tanich pensjonatach, je na stacjach benzynowych, spotyka się ludźmi w kiepskich barach. Węgry i Europę wschodnią zna od dołu, obca mu jest perspektywa luksusowego hotelu położonego w śródmieściu stolicy.

We wszystkim tym Szczerek szuka duszy węgierskiej. Próbuje ją opisać i zrozumieć, zauważyć, jak przejawia się w decyzjach codziennej polityki.

Tym, co dostrzega przede wszystkim, jest resentyment narodowy. Poczucie poniżenia, od Trianonu aż po członkostwo w Unii Europejskiej, a także będące reakcją na nie „wstawanie z kolan”. Pokazuje, że nie są one ani węgierską, ani polską specjalnością, a raczej bardziej uniwersalnym przejawem napięcia między peryferiami – Europą Wschodnią a centrum – Europą Zachodnią. Z tą ostatnią, pomimo rozszerzenia na wschód, do dziś w dużej mierze utożsamiana jest Unia Europejska.

Ten resentyment – to „wstawanie z kolan” – łączy kraje regionu. Węgry nie są więc tak unikalne, jak często Węgrzy o swoim kraju myślą.

Mimo tych podobieństw poczucie – prawdziwego czy wyimaginowanego – poniżenia nie zawsze jest wynikiem relacji z Zachodem. Nieraz za ból jednego kraju winiony jest inny kraj również akurat „powstający z kolan”. Podzielany resentyment nie wystarczy więc do budowania wspólnoty.

Jeśli coś daje nadzieję, to tytuł książki. Autostrada Via Carpatia, prowadząca przez Litwę, Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Grecję, to inicjatywa krajów Europy Wschodniej, łączy je. Czy pomoże budować więzi między nimi? Czy to, że współfinansuje ją Unia Europejska pomoże przezwyciężyć wschodnioeuropejskie poczucie krzywdy?

To pytania, na które każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. Jeśli ktoś wyda książkę po węgiersku, to zastanowić się nad nimi będą mogli także tutejsi czytelnicy.

Radio Polonia Węgierska – 16. odcinek podcastu/ Via Carpatia Szczerka

W najnowszym odcinku audycji mówię o książce Ziemowita Szczerka pt. Via Carpatia.

Pełen program podcastu:

1. Powitanie – 00:00
2. Serwis polonijny- Iga Kolasińska- 03:12
3. Jeż Węgierski w eterze – Jerzy Celichowski – 05:03
4. Urywki historii – Izabela Gass – 09:25
5. Konferencja PIBM – dr Robert Rajczyk – 15:08

radiopoloniawegierska1-1

Wyliczyłem, że w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat ukazało się w Polsce co najmniej pięć książek o współczesnych Węgrzech: trylogia Krzysztofa Vargi Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą oraz Langosz w jurcie, napisana przez Igora Janke biografia Viktora Orbána pt. Napastnik oraz Via Carpatia Ziemowita Szczerka, którą właśnie skończyłem czytać.

Ta ostatnia to zapiski, jak głosi podtytuł, z podróży po Węgrzech i Basenie Karpackim autora. W ich ramach odwiedza on dość nieturystyczne miejsca wybierając do tego często kiepskie drogi. Nie jest to więc przewodnik turystyczny a raczej reportaż polityczny i literacki. Interesują go nie lokalne atrakcje co raczej dusza Węgier oraz szeroko pojętej całej Europy Środkowej.

szczerek_blog

Zagląda do takich miejsc jak Felcsút, Oroszlány, Várpalota, Ózd czy też osławione osiedle Luník IX w Koszycach, Oradea, Timisoara, Targu Mures, Chust, Mukaczewo, Czop, Subotica oraz Nowy Sad ale w książce pojawiają się również Gruzja, Macedonia a także Austria – cały nasz region.

Szczerek podróżuje, rozmawia z napotkanymi ludźmi, robi wywiady z prominentnymi politykami i wszystko to opisuje. Robi to cudownie bogatym językiem nie stroniącym od potoczności. Czuje się, że to brat-łata, który dogada się z każdym – osiedlowym gopnikiem, facetem z warsztatu samochodowego czy też wielkomiejskim blogerem – nawet jeśli nie całkiem zna ich język.

Nie raz wychodzi poza prostą relację z podróży i spotkań opisując zachodzące na Węgrzech czy też w innych kraju procesy. Nie ukrywa, że jest z przekonania liberałem ale nie unika rozmów z osobami stojących gdzie indziej ideowo. Potrafi wykazać empatię wobec tego, co usłyszy a także wytykać słabe punkty w poglądach bliskich mu rozmówców.

Szczerka kręcą wszelkie przejawy nacjonalizmu, resentymentów narodowych, pojawiający się między wierszami rewizjonizm, nemzeti rock, czy też dziwaczne teorie jak ta, w myśl której Jezus był w zasadzie Węgrem. Wyszukuje je, opisuje, pokazuje jak wpływają na bieżącą politykę. Przygląda się „wstawianiu z kolan”, które, jak pokazuje, nie jest ani polską ani węgierską specjalnością ale raczej przejawem napięcia między peryferiami a centrum, co jest przewodnim motywem tesktu.

To subiektywna ale fascynująca książka wspisująca się w szeroki nurt reportażu literackiego, który ma się w Polsce dobrze.

Wspomniane książki Vargi i Jankego wydano po węgiersku, prawdopodobnie także Via Carpatia ukaże się tutaj. Ciekawe a zarazem szkoda, że brak podobnych pozycji po stronie węgierskiej. Chciałoby się poczytać jak Węgrzy doświadczają Polski.

Na zachodzie kawa wciąż smaczniejsza

No i jest naukowe potwierdzenie obserwacji, o której pisałem kiedyś na tym blogu. Chodzi o to, że (teoretycznie) te same produkty spożywcze mają różny smak w różnych krajach. Potwierdzenie pochodzi od Słowackiego Stowarzysznia Konsumentów, które przebadało produkty tych samych marek zakupione w ośmiu krajach unijnych: Austrii, Bułgarii, Czechach, Niemczech, Polsce, Słowacji, Rumunii i Węgrzech (tekst artykułu na ten temat po angielsku tu, PowerPoint po słowacku tu).

Moja obserwacja dotyczyła herbaty Yellow Label, której smak zmienia się z kraju na kraj. Słowacy zajęli się szerszą gamą towarów: Coca Colą, czekoladą Milka, pieprzem i papryką Kotanyi, kawą Nescafé Gold, Jacobs Kronung oraz Tchibo. Okazało się, że poza Milką oferowała identyczną jakość produktu niezależnie od kraju podczas gdy przyprawy Kotanyi wykazywały największe różnice przy czym produkty firmy były wyraźnie gorsze w krajach wschodnioeuropejskich w porównaniu z krajami na zachodzie.

Jeśli chodzi o Coca Colę to okazało się, że w Bułgarii, na Słowacji, w Rumunii i na Węgrzech zawiera ona isoglukozę, która jest tańsza, niż zwykły cukier dodawany do napoju w Austrii, Czechach, Niemczech i Polsce. Producenci neski bronili się tym, że smak kawy dostosowywany jest do lokalnych gustów.

Jakby ktoś sobie chciał poczytać o reakcjach na raport na Słowacji to może to zrobić tutaj (w sktrócie: nie są zjawiskiem zachwyceni).

Zły jestem na tych producentów (poza Milką rzecz jasna). Jeśli już muszą koniecznie „dostosowywać swój produkt do lokalnych gustów” to niech to jasno napiszą, np. kawa Nescafé, smak słowacki. A obok na półce niech stoi ta sama kawa w smaku austriackim a już sobie wybiorę według mojego, lokalnego gustu.

wszędzie nowe kościoły, cerkwie i meczety

Będąc niedawno w Belgradzie odwiedziłem budowaną tam cerkiew św. Sawy. Rzecz spora, ciężarówki z materiałami budaowlanymi wjeżdzają sobie po prostu do środka. Całość z zewnątrz pokryta białym alabastrem, w środku jednak jeszcze w stanie raczej surowym. Budynek raczej duży niż ładny. Znajomi Serbowie aż się gotują: państwo daje na to pieniądze, to przejaw zwiększania wpływu cerkwi na państwo, oburzające. I faktycznie, ta monumentalna cerkiew ma o wiele bardziej charakter polityczny niż religijny.

svsava1








Zastanowiłem się. Rzecz nie ograniczona bynajmniej do Serbii, gdzie swoja drogą pokazano mi też inną cerkiew, ufundowaną przez policję. Najbardziej może znanym przykładem takich politycznych świątyń hołubionych przez państwo jest cerkiew Chrystusa Zbawiciela w Moskwie, budowie której patronował jeszcze Jelcyn. Najbardziej egzotycznym przykładem jest może meczet zbudowany na kremlu w Kazaniu, stolicy Tatarstanu.




Ciekaw jestem, czy świątynia Opatrzności Bożej budowana obecnie w Warszawie będzie ewokowała podobne wrażenia co te cerkwie i meczet. Na razie wygląda na to, że jest ku temu spora szansa.

Krecik i kreciki

Chlopak zazyczyl sobie byc krecikiem na przedszkolna zabawe karnawalowa (jak pisalem juz wczesniej miala ona miejsce dzis, czyli grubo w wielkim poscie, ale kogo to tutaj rusza). Sliwka wziela sie wiec i uszyla mu maske krecika. Zrobila takze maske sobie, bo rodzice tez mieli sie przebrac na zabawe, taka byla umowa. Wzieli ze soba krecika, ktorego kiedys przywiozlem Chlopakowi z Pragi, gdzie pare godzin spedzilem na lotnisku wiec w efekcie do przedszkola poszly dzis trzy kreciki, rzecz jasna w niebieskich spodniach wygladajac tak:

Dla zainteresowanych zdjecie sklepu z lotniska sprzedajacego kreciki, ten okaz ma jakies dwa metry wysokosci:

Bohaterowie kreskowek dla dzieci czyli te rozne kreciki, Bolki i Lolki, itp. to dzis juz jeden z ostatnich czynnikow podzialu na Europe wschodnia i zachodnia. Nosimy podobne ubrania, znamy te same jezyki, jezdzimy samochodami tych samych marek, prowadzimy podobny tryb zycia, ale kiedy rozmowa zejdzie na bohaterow dziecinstwa widac, ze do zjednoczenia jeszcze daleko. Dalismy niedawno DVD z krecikiem dziecku znajomych z Paryza, Amelie uprzejmie podziekowala ale Kostia, ktory jest Bulgarem, rozpromienil sie: “krtek!”, jakos tak zawolal, on go rzecz jasna znal (a Amelie nie). Podobnie rzecz ma sie Winnetou oraz Karolem Mayem, ktory mimo, ze byl Niemcem sprzed podzialu znany jest swietnie na wschodzie ale zupelnie nie na zachodzie (wiem, bo spytalem kiedys Franki, ktora jest Niemka zachodnia). Amerykanie biedacy nie maja nawet pojecia jakie popularne byly te jugoslowianskie westerny …