faszysta, sprawiedliwy wśród narodów świata

Giorgio Perlasca był autentycznym faszystą i walczył po stronie generała Franco w wojnie hiszpańskiej, co zaskarbiło mu wdzięczność frankistów. Z czasem jednak rozczarował się co do faszyzmu, zwłaszcza z powodu jego antysemityzmu.

Kiedy w czasie wojny trafił na Węgry jako reprezentant rządu włoskiego zajmujący się aprowizacją oddziałów włoskich walczących na froncie wschodnim faszystą już nie był i po upadku i po kapitulacji Włoch opowiedział się po stronie króla, co doprowadziła do internowania go przez rząd węgierski.

Z pałacyku gdzie był internowany uciekł korzystając z przepustki lekarskiej i zwrócił się o azyl w ambasadzie hiszpańskiej. Tam włączył się w akcję pomocy żydom, w której ambasada brała udział wśród innych państw neutralnych.

Po wyjeździe konsula bezczelnie oświadczył, że jego naznaczono jako następcę i dalej rozwinął akcję. W jednym przypadku wyciągnął dwóch chłopców żydowskich z wywózkowego pociągu bezpośrednio przeciwstawiając się wysokiemu niemieckemu oficerowi, jak się potem okazało, samemu Eichmannowi

W sumie ocalił ponad pięć tysięcy ludzi, czyli, jak podaje wikipedia [EN], w której znalazłem te informacje, cztery razy więcej niż Oskar Schindler.

Po wojnie wrócił do Włoch, gdzie nikomu, włączając w to swoją rodzinę, nie powiedział o swoich wojennych wyczynach. Wyszły one na jaw kiedy w latach 80-tych odnalazła go grupa żydów, których ocalił. Perlasca otrzymał tytuł sprawiedliwego wśród narodów świata. Zmarł w 1992 roku.

Zauważyłem, że nie ma poskiej wersji artykułu na jego temat w wikipedii. Postaram się tym zająć.

różnice pol-węg: nie tylko ja się dziwię

Na blogu Czy Europa pojawił się jakiś czas temu wpis zatytułowany O różnicach między Węgrami a Polską. Autor dzieli się swoimi wrażeniami z niedawnego pobytu na Węgrzech wyliczając pięć różnic między Węgrami a Polską. Ne streszczam ich, poczytajcie sobie sami.

Wpis zauważam z przyjemnością, miło spotkać innych ludzi, których też takie większe-mniejsze różnice potrafią zainteresować.

zaniedbany Fukier

Byłem niedawno w restauracji U Fukiera w Warszawie i wielkie rozczarowanie. Rozczarowanie bo poczytałem sobie przedtem na świetnym blogu Blisko Tokaju o historii Fukierów i miałem świadomość, że idę do pomnika przyjaźni polsko-węgierskiej (mało zorientowanym powiem tylko, że kiedyś w tym miejscu mieścił się największy na świecie zbiór starych win tokajskich i że jeszcze w 1939 roku były tam wina z 1606 roku!) a na miejscu w zasadzie śladów tego nie było.

Restaurację prowadzi Magda Gessler i poza wzmianką o Fukierach w menu – no i samą nazwą restauracji – wszystko pozostałe kręci się raczej wokół niej samej.

A szkoda bo w Warszawie, a może i w Polsce, trudno o miejsce bardziej wymownie uosabiające przyjaźń polsko-węgierską, a przynajmniej jej istotny, tokajski aspekt. Żal, że mało jest tam na ten temat informacji, że ta przeszłość nie jest kultywowana. 

Oczyma duszy wyobraziłem sobie imprezy polsko-węgierskie, rutynowe odwiedziny węgierskich oficjeli, menu po węgiersku, najlepszy w Polsce wybór tokaji, może półeczkę z książkami pisarzy węgierskich. Wszystko to mogłoby być – a może kiedyś i będzie. 

nieustraszeni łowcy sekretów

Jakiś czas temu obiecałem, że napiszę o átlátszó (węg. przejrzysty, transparentny), tym bardzo ciekawym internetowym projekcie medialnym. W maju 2010 roku dziennikarz śledczy Indexu Tamás Bodoky złożył rezygnację po tym jak jego redaktor naczelny wyciął mu ostatni paragraf jego tekstu [EN] na temat podejrzanej inwestycji w Páty. W paragrafie padały nazwiska biznesmenów blisko związanych z premierem Orbánem. Bodoky, który ma fan page na facebooku, uznał to za niedopuszczalną ingerencję i po odejściu z Indexu stworzył átlátszó jako platformę do publikowania dziennikarskich materiałów śledczych (szczegóły tu [EN]).

Wkrótce po rozpoczęciu działalności átlátszó w życie weszła nowa ustawa medialna, która między innymi nakazywała dziennikarzom podawanie źródeł swoich informacji. Nie trzeba było wiele czekać na pierwszą interwencję policji, która od Bodokyego domagała się podania, od kogo dostał materiały na temat ataku hackerów na Brokernet a także zarekwirowała mu komputer (później został on zwrócony).

Bodoky i współpracownicy uznali, że jeśli dziennikarz nie będzie znał źródła swoich informacji nie będzie mógł go podać policji i tak nie złamie prawa. Dlatego też stworzyli platformę do anonimowego przesyłania informacji MagyarLeaks – był to okres kiedy wszyscy mówili o WikiLeaks.

Projekt, mimo, że wciąż boryka się z brakiem środków (jeśli ktoś chciałby go wesprzeć można to zrobić tu), odniósł szereg sukcesów. Drogą sądową zdobył a potem opublikował informacje na temat podejrzanych inwestycji offshore państwowych zakładów energetycznych MVM [HU]. Opublikował również koncepcję programową złożoną przez Györgya Dörnera [HU] w ramach konkursu na dyrektora teatru Új, która będąc raczej antyliberalnym manifestem niż materiałem fachowym wywołała szereg protestów włóczając w to demontrację uliczną (Dörner i tak dostał posadę). Na átlátszó pojawiły się informacje dotyczące zakupów gruntu przez piłkarską fundację premiera Orbána [HU] działającą w jego rodzinnej wiosce Felcsút. Grupie Bodokyego udało się zdobyć informację, że właścicielem odnoszącej niesłychane sukcesy w państwowych przetargach firmy Közgép jest Lajos Simicska, były dyrektor gospodarczy Fideszu, co było wcześniej skrzętnie skrywane.

Ostatnim spektakularnym sukcesem átlátszó było zdemaskowania nazwiska właściciela największego skrajnie prawicowego internetowego portalu kuruc.info. Ten portal od dawna już nie tylko jest centralnym punktem propagandy węgierskiej skrajnej prawicy (rubryki takie jak „przestępczość cygańska”, „przestępczość żydowska” czy „cmentarz genów” – to o Cyganach) ale również podjudzania przeciwko konkretnym osobom publikując ich dane osobowe: adresy, numery telefonów, fotografie. Niejednokrotnie w stopce redakcyjnej umieszczano nazwiska niełubianych przez kuruca polityków obok postaci historycznych i zmyślonych. Miały przypadki umieszczania ogłoszeń w imieniu nieświadomych tego i potem nadaremnie protestujących firm. Niejednokrotnie wszczynano śledzctwo przeciwko portalowi ale jak dotąd bez żadnych rezultatów ponieważ portal, do niedawna, korzystał z anoninowego hostingu w USA: Tak na marginesie, obecnie kuruc.info jest 42 najbardziej popularną stroną internetową na Węgrzech zajmując przy tym trzecie miejsce wśród portali zajmujących się polityką (dane w dużej części z wikipedii).

Kuruc.info wziął sobie także Tamása Bodoky – umieszczono jego nazwisko z adresem w stopce redakcyjnej i zamieszczono w jego imieniu fałszywe ogłoszenie – na cel ale nie wyszło to mu na dobre.

stopka redakcyjna z nazwiskiem Bodokyego (pasek dałem ja, w oryginale jest pełen adres)

Bodoky zwrócił się do policji, która, jak zwykle, odmówiła wszczęcia śledztwa powołując się na amerykańską lokalzację hostingu kuruca. Bodoky złożył więc skargę bezpośrednio u firmy dostarczającej domenę oraz u firmy hostującej portal i te, uznawszy, że portal faktycznie narusza prawo, opublikowały dane właściciela. Jest to mieszkający w Kalifornii Béla Varga. Tak więc tam gdzie państwo węgierskie od lat było bezradne poradziło sobie átlátszó.

Tamásowi Bodoky i jego współpracownikom i współpracowniczkom gratuluję i życzę wielu dalszych sukcesów!

Jacy są Węgrzy?

Mimo tak obiecującego tytułu ta wystawa w Műcsarnok mnie rozczarowała. Temat fascynujący, oczekiwałem, że wystawione tam prace mnie zaskoczą, zdziwią, zainteresują, zamiast tego zobaczyłem głównie obrazy oparte na wyświechtanych kliszach lub prace, co do których nie wiedziałem czemu je wystawiono, ciekawych rzeczy było mało.

Zaczęło się nieźle: stojący naprzeciw wejście Węgierski księżyc zapowiadał subtelność artystyczną, wyluzowanie woec tematu i świeżość. Potem było jednak gorzej: legendy węgierskie, w tym i współcześni Hunowie, sala na temat cech węgierskich (ten pesymizm), itd.

wystawa_Mi_a_magyar_kon

takiego zastanowienia i wsłuchania się jak u tego jeźdzca za dużo na wystawie nie było

Widać pewne nawiązania do współczesności jak w rzeźbie trubadurów rockowych (tak ją nazywam bo nie pamiętam tytułu) czy w Turulu ale nic powalającego, raczej poziom karykatury w gazecie.

wystawa_Mi_a_magyar_muzycy

trubadurzy rockowi

wystawa_Mi_a_magyar_turul

Turul

Instalacja cytatów znanych pisarzy na temat węgierskości zajmująca osobną salę była chyba trochę nie na miejscu na wystawie sztuk plastycznych ale niech tam będzie. Przynajmniej wiedziałem o co chodzi. Gorzej z rzeczam, których po prostu nie rozumiałem, na przykład związek samej w sobie fajnej serii zdjęć Anny Fabricius pt. Standard węgierski (Magyar szabvány) z tematem wystawy pozostał dla mnie tajemnicą. Że Węgrzy zawsze wszystko muszą tak samo robić i nie są indywidualistami? Nie wiem.

wystawa_Mi_a_magyar_5_1

standard węgierski

wystawa_Mi_a_magyar_5_2

znów Standard węgierski – swoją drogą zdjęcie zrobione w Łodzi?

wystawa_Mi_a_magyar_woz

wóz, niekoniecznie pomaga zrozumieć jacy są Węgrzy

wystawa_Mi_a_magyar_pilkarze

tak, przyszła mi do głowy Złota jedenastka, co dalej?

Zabrakło mi głębszego spojrzenia na rolę historii w określeniu węgierskości. Węgrzy mają z jednej strony obsesję historii a z drugiej przecież unikają konfrontacji z niektórymi aspektami swojej przeszłości. Poza serią niepokojących zdjęć Gábora Gerhesa pokazujących domy, w których tutajsza esbecja miała swoje tajne lokale (pisałem o tym tu) niewiele było tu do oglądania.

wystawa_Mi_a_magyar_roschach

kształt dzisiejszych i wielkich Węgier – bywa, że komuś wszystko się z jednym kojarzy

No i wiadomo, że charakter narodowy najlepiej określa się przez podkreślenie kim – w odróżnieniu od sąsiadów – się nie jest, tym tropem wystawa też nie poszła.

Żałuję tego wszystkiego, bo temat mnie bardzo ciekawi a ponadto miałem już okazję zetknąć się z szeregiem znacznie ciekawszych prób odpowiedzi na tytułowe pytanie jak choćby wystawa Jacy są Finowie, Subiektywny atlas Węgier czy też nawet narodowy test Rorschacha. Nie mogą uwierzyć, że nie można mnie już niczym w kwestii jacy są Węgrzy zaskoczyć:)

Wystawa jest otwarta do 14 października.

antyterroryści łapią Luke’a Skywalkera i czemu jest to zarazem i śmieszne i nie

Mój drogi czytelnik KAILIO w komentarzu pod wpisem o najlepiej strzeżonym sekrecie Budapesztu poprosił o wpis na temat tej historii. JużJ

Historia wygląda tak (link z relacją od KAILIO tu): student przyszedł na zajęcia przebrany za Luke’a Skywalkera i przyniósł ze sobą imitację pistoletu. Był to początek roku akademickiego kiedy tu takie rzeczy się robi. Jeden z jego kolegów uznał, że pistolet może być prawdziwy, wezwano policję, przyjechali antyterroryści, opróżnili budynek, Luke’a Skywalkera zatrzymali – a potem puścili.

Komiczność sytuacji, w której antyterroryści prowadzą Luke’a Skywalkera była oczywista i internet zaryczał ze śmiechu. Pojawił się szereg memów (do obejrzenia tu i tu) a gazety a w gazetach pojawiły się zgryźliwe komentarze pod adresem antyterrorystów.

TEK

wyjaśnienie co oznacza TEK poniżej za chwilę

I to by było tyle gdyby nie parę faktów, które powodują, że sytuacja jestr trochę bardziej skomplikowana. Z jednej strony, co ważne, nie tak dawno w Peczu miał miejsce przypadek kiedy student uniwersytetu zaczął na zajęciach strzelać z prawdziwego pistoletu zabijając 1 osobę i raniąc 3 dalsze (link do artykułu gazetowego na ten temat tu [HU]). Rozumiem więc osobę, która wezwała policję na Luke’a Skywalkera, czasami lepiej dmuchać na zimne.

Z drugiej strony rozumiem jednak i tych, którzy obśmiewają antyterrorystów (Terror Elhárítási Központ, TEK, Ośrodek Antyterrorystyczny). Ta formacja powstała niedawno, już po ostatnich wyborach, które wyniosły Fidesz do władzy, i jak dotąd nie zdołała jeszcze wypracować sobie szacunku dla siebie a raczej wręcz przeciwnie.

Służba posiada szerokie, zdaniem wielu, zbyt szerokie, poddane minimalnej tylko  kontroli uprawnienia co powoduje pytania czy nie jest to prywatna armia Viktora Orbána raczej niż faktyczna jednostka antyterrorystyczna (wyczerpująca analiza uprawnień TEK-u tu [EN]).

Historia jej dotychczasowego użycia jest też nieco dziwna. TEK łapał już raz uciekającego zabójcę, bynajmniej nie terrorystę, innym razem zorganizował obławę na dilerów narkotykowych, znów domorosłych raczej niż z jakiejś poważnej mafii. TEK doprowadził też do uwolnienia i sprowadzenia na kraju trzech porwanych w Syrii Węgrów. Smaczku tej skądinąd prostej historii nadaje fakt, że cała trójka to byli policjanci, którzy utrzymują, że do Syrii pojechali na wakacje, a nie po to by, jak utrzymywali rebelianci, którzy ich porwali, służyć jako instruktorzy dla sił reżimu Assada. Kiedy na konferencji prasowej z uwolnionymi niewyłączony mikrofon nagłośnił słowa szefa TEK-u instruującego byłych policjantów „mów mniej to nie będą się mogli przyczepić” cały kraj zarżał ze śmiechu (wideo do obejrzenia tu [HU]).

Ze Lukem Skywalkerem dali sobie radę, by zobaczyć jakby poszło TEK-owi z prawdziwymi terrorystami musimy jeszcze zaczekać.

Dzielnica z góry

Codziennie mijamy ciepłożółty kościół św. Teresy, niekiedy ogłusza nas bicia jego dzwonów ale nigdy nie przyszło nam do głowy, że z jego wieży moglibyśmy sobie obejrzeć naszą okolicę. Aż w sobotę okazało się, że w ramach imprezy Templomok éjszakája (Noc kościołów) wieża jest otwarta dla zwiedzających przez cały weekend. Weszłiśmy, oto parę widoków, jakich zwykle się nie zobaczy.

wieza_sama

to widzimy zwykle na codzień

zegar na wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

mechanizm zegarowy

widok z wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

wzgórze Gellérta ze statuą wolności

widok z wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

bazylika jak ją od nas widać

widok z wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

Akademia Muzyczna (w remoncie) jest tuż-tuż

widok z wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

ulica Király z góry

widok z wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

dom naprzeciw

widok z wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

ten dom widujemy zwykle z perspektywy od dołu

widok z wieży kościoła św. Teresy w Budapeszcie

tak wygląda z góry najpopularniejszy fastfood z pizzą z okienka w naszej okolicy

Mam nadzieję, że wieża będzie udostępniania częściej. Masa chętnych do wlezienia na nią świadczy, że jest na to zapotrzebowanie. A poza kopułą bazyliki, zamkiem czy górą Gellérta byłoby kolejne miejsce do oglądania naszego miasta.

Najlepiej strzeżony sekret Budapesztu

Kultowy nowojorski sklep z przecenioną odzieżą markową Century 21 miał kiedyś slogan New York’s Best Kept Secret. W Budapeszcie jego odpowiednikiem, przynajmniej dla kobiet, jest Max Mara na wyspie Csepel.

Formalnie jest to sklep Diffusione Tessile, jedyny zresztą poza Włochami. Mieści się w betonowym hangarze niedaleko autostradowej obwodnicy Budapesztu M0. Ani lokalizacja ani zewnętrzny wygląd nie są w stanie jednak zwieść tutejszych kobiet , które doskonale wiedzą, że można tu dostać eleganckie ciuchy Max Mary w cenie Zary albo i niżej, tyle tylko, że z jakiś powodów, z wyciętą metką.  Pielgrzymują więc tam z całego miasta, zwłaszcza w weekendy i gdy jest świeża dostawa towaru (można zapisać się na listę i wtedy pocztą informują o niej), wówczas sklep zamienia się w kotłowaninę klientek i fruwających ciuchów. Męskiej odzieży nie ma.

Doświadczenie jedyne w sobie, polecam wszystkim, także turystom. Adres to

Sellő utca 8

2310 Szigetszentmiklós

Tel. 0036 24 443334

Miłych zakupów!

komiks Rejtő po polsku

Dzięki Marysi (dziękuję, dziękuję, dziękuję!) dowiedziałem się o istnieniu polskiego wydania komiksu na podstawie opowiadania Jenő Rejtő pt. Miasto milczących rewolwerów (scenariusz: Tibor Cs. Horváth, rysunek: Ernő Zorád, okładka: Zenon Porada). Stara rzecz bo z 1987 roku ale dotąd nie słyszałem o tym. Jest to tłumaczenie węgierskiego odpowiednika. Graficznie odpada przy fantastycznych komiksach z rysunkami Korcsmárosa ale i tak warto komiks odnotować. Kupiłem sobie egzemplarz na allegro, wygląda tak:

miasto_milczacych_rewolwerow_pl

„To maszyna propagandowa ale oni nawet propagandy robić nie potrafią”

Mało kto wie,  że Chiny nadają program radiowy po węgiersku, podobnie zresztą w innych językach, w tym i polskim. Dowiedziałem się o tym przypadkiem bo akurat pracuje mój kolega (nazwiska nie podaję, żeby mu nie zaszkodzić). Jak tam trafił, pomyślałem, postanowiłem się dowiedzieć więcej na ten temat i umówiłem się na rozmowę przez skype’a.

Kolega wyjaśnił, że w sekcji węgierskiej pracuje sześcioro Węgrów i piętnaścioro Chińczyków. Podział pracy jest następujący: Chińczycy odpowiedzialni są za tworzenie materiału a Węgrzy za jego poprawność językową.  Chińczycy, teoretycznie, znają węgierski i tworzą teksty w tym języku. Węgrzy jej poprawiają – lub nie, bo czasami są one wrzucane na stronę radia bez korekty (dla znających węgierski próbka tu lub skopiowana poniżej) – i niekiedy też czytają teksty na antenie.

ChinaRadiotekst

Radio, mówi kolega, jest starego typu: długie teksty, zero interaktywności (można do was zatelefonować? nie), wolne tempo. Na stronie internetowej nie ma komentarzy pod tekstami, te, które są na stronie kontaktowej dotyczą wszystkiego tylko nie materiałów radia. Same zresztą teksty nudnawe, sporo oficjalnej propagandy, nie czuje się wysiłku, by zrobić coś interesującego. Nawet propagandy nie potrafią robić.

Ilu ludzi słucha tego radia czy też odwiedza jego stronę internetową kolega nie wiem. Nie są to dane, od których zaczynałyba się odprawy zespołu (nie ma takich), nie zdaje się to nikogo interesować.

Jak wygląda kontrola redakcyjna? Takiej nie ma. Nikt mnie nie sprawdza, nie daje instrukcji co powinno być w tekście, jak poprawiać, nie ma nawet zwykłej w mediach ustalonej terminologii poza nazewnictwem geograficznym, które ma odpowiadać  zasadom transkrypcji pinyin. Czy mógłbyś więc wrzucić coś wywrotowego do tekstu? Teoretycznie tak, dowierzają nam, mówi.

Spytałem z nadzieją o chińskich kolegów. Cóż za historie muszą się kryć za tymi kilkunastu ludźmi, którzy w dalekich Chinach zdecydowali się nauczyć trudnego węgierskiego! Żadnych historii nie ma, rozwiewa moje nadzieje kolega. Ani jeden z tych Chińczyków nie chciał studiować węgierskiego ale po prostu nie byli dość dobrzy na egzaminach wstępnych na uniwersytecie języków obcych lub też nie mieli wystarczających kontaktów czy pieniędzy na łapówkę i dlatego zamiast tego co chcieli przydzielono im węgierski. Sporo z nich spędziło pół roku na Węgrzech w ramach programu zorganizowanego przez Instytut Balassiego ale i tak nie są w stanie samodzielnie pisać po węgiersku. Stylistycznie źle zresztą piszą, nikt ich nie uczył dziennikarstwa.

Ciekawsi są cudzoziemcy pracujący w redakcjach obcojęzycznych. Ci to mają historie życiowe. Sporo wśród nich jest dziennikarzy, choć formalnie w radiu pracują jako lektorzy i ich wiza nie pozwala na wykonywanie zawodu dziennikarza. Wielu przyjechało tu dla pieniędzy bo nie dawali rady wiązać końca z końcem. Jest dziennikarz śledczy, który się wypalił, jest ktoś, kto w międzyczasie pracuje nad przewodnikiem turystycznym po Chinach.

Kolega na Węgrzech udzielał się w nowych mediach. Pracując w Chinach jednak nikomu o tym nie opowiada, także węgierskim kolegom. Wolę być ostrożny, mówi. Co ciekawe, mimo, że zostawił po sobie mnóstwo śladów w internecie nie wydaje się, żeby ktokolwiek, czy to wśród Chińczyków czy też wśród Węgrów, go zguglował.

Pytam, czy nie czuje, że sprzedał duszę współtworząc propagandę autorytarnego reżymu. Jak najbardziej, odpowiada  bez uśmiechu na twarzy. Nie cieszę się z tego, ale na Węgrzech nie byłem w stanie wyżyć z tych ochłapów jakie dostawałem w ramach projektów finansowanych przez granty. Wiem, że gdzie indziej można robić takie internetowe projekty społeczne, na które miałbym ochotę , ale na Węgrzech takiej pracy nie byłem w stanie znaleźć.  W międzyczasie jednak jestem aktywny w moich starych projektach.

Wiem gdzie żyję, świadom jestem, że mogą za mną śłedzić ale jednak mimo wszystko czasami wolę być tutaj niż na Węgrzech. Nie wiem, czy wrócę, mówi.