„Uczciwa praca węgierskich jeńców wojennych”

Będąc niedawno w Kijowie odwiedziłem Międzynarodową Fundację Odrodzenia, miejscową gałąź sieci fundacji Sorosa, w ich jej siedzibie na ulicy Artema 46. I znów się okazało, że ze mną to już tak jakoś jest, że gdzie się nie obejrzę tam Węgrzy. Dostałem tam broszurkę na temat historii powstania budynku i okazało się, że zbudowali go w latach czterdziestych węgierscy jeńcy wojenni.

W trakcie gruntownego remontu budynku w 1999 roku w piwnicy robotnicy natknęli się na kapsułę zawierającą dokument napisany przez pracujących przy jego budowie Węgrów.

dokument z 1948 roku stworzony przez wegierskich jencow wojennych budujacych dom w Kijowie

dokument z 1948 roku stworzony przez wegierskich jencow wojennych budujacych dom w Kijowie

dokument z 1948 roku stworzony przez wegierskich jencow wojennych budujacych dom w Kijowie 

Podaję treść dokumentu po węgiersku:

Emlék

Kiev, 1948. február 10.-én
Ezen épületet építette 20 fő "Magyar hadifogoly Becsületes munkája". Aki megtalálod ezen írást, olvasd és jusson eszedbe a Magyar férfi keze munkája. A túlodálon feltüntetettek neveit láthatod, akik ezen épületet készítették.

1. Szábó Lajos munka vezető
2. Dombrádi Károly kőműves
3. Borsos Márton kőműves
4. Moldván János kőműves
5. Manó Lajos kőműves
6. Hunyádi György ács mester
7. Iváncsics Kálmán ács segéd
8. Varga Mihály ács segéd
9. Pál József festő
10. Fodor Mihály segéd munkás
11. Urbán Mihály segéd munkás
12. Liszkai Miklős segéd munkás
13. Abrám Zigmond segéd munkás
14. Molnár Ferenc segéd munkás
15. Kovács Ferenc segéd munkás
16. Csiki József asztalos mester
17. Bakos Albert kőműves mester
18. Presinszki János segéd munkás
19. Dénes Domokos parkettaző
20. Kocs János szakács

i po polsku:

Ku pamięci

Kijów, 10 lutego 1948 roku

Ten budynek powstał dzięki "Uczciwej pracy dwudziestu węgierskich jeńców wojennych". Ty, który znalazłeś ten dokument, przeczytaj go i pomyśl o pracy węgierskich rąk. Na drugiej stronie znajdziesz nazwiska tych, którzy ten dom zbudowali.

1. Szábó Lajos kierownik
2. Dombrádi Károly murarz
3. Borsos Márton murarz
4. Moldván János murarz
5. Manó Lajos murarz
6. Hunyádi György cieśla
7. Iváncsics Kálmán pomocnik ciesielski
8. Varga Mihály pomocnik ciesielski
9. Pál József malarz
10. Fodor Mihály robotnik niewykwalifikowany
11. Urbán Mihály  robotnik niewykwalifikowany
12. Liszkai Miklős  robotnik niewykwalifikowany
13. Abrám Zigmond  robotnik niewykwalifikowany
14. Molnár Ferenc  robotnik niewykwalifikowany
15. Kovács Ferenc  robotnik niewykwalifikowany
16. Csiki József mistrz stolarski
17. Bakos Albert mistrz murarski
18. Presinszki János  robotnik niewykwalifikowany
19. Dénes Domokos parkieciarz
20. Kocs János kucharz

Ciekawe są losy samego budynku. Zbudowany został dla rodziny radzieckiego generała Nikołaja Watutina, który zginął na Ukrainie w 1944 roku. Rodzina jednak zdecydowała się przenieść się do Moskwy i do budynku wprowadził się jeden z luminarzy radzieckiej literatury Ołeksandr Kornijczuk, który mieszkał w nim aż do śmierci w 1972 roku. W historii domu pojawia się wątek polski: żoną Kornijczuka była Wanda Wasilewska, która zmarła w 1964 roku.

Po śmierci Kornijczuka władze urządziły w domu urząd stanu cywilnego, który między innymi był sceną prób wprowadzania obrzędu świeckiego odpowiednika chrztu. W latach dziewięćdziesiątych budynek najpierw wynajęto a potem sprzedano Międzynarodowej Fundacji Odrodzenia.

Budynek, w zasadzie willa, spodobał mi się. Stoi na niewielkim podwyższeniu w ogrodzie. Jest miłym wyjątkiem na ulicy pełnej na oko sześcio-siedmiopiętrowych gmachów. A wygląda tak:

siedziba Międzynarodowej Fundacji Odrodzenia, Kijów, Artema 46

od ulicy

siedziba Międzynarodowej Fundacji Odrodzenia, Kijów, Artema 46

od ogrodu

Swoją drogą ciekawe, czy wiadomo coś na temat jeńców wojennych, którzy ten dom zbudowali. 

benzyna jest za tania na Węgrzech

W weekend pojechałem do Szolnoku. Tym razem nie samochodem jak zwykle (jeździmy tu niekiedy odwiedzać rodzinę Śliwki) ale pociągiem, bo będzie taniej a poza tym będę sobie mógł poczytać. I szok: kosztowało mnie to mniej więcej tyle ile musiałbym zapłacić za benzynę jadąc SAM autem.

Oto szczegóły. Szolnok leży 100 kilometrów od Budapesztu. Najtańszy bilet na pociąg (wszystko w jedną stronę) kosztuje 1500 forintów, bilet na autobus w Budapeszcie – jeśli kupię bloczek dziesięciobiletowy – 235 forintów, bilet na autobus w Szolnoku 140 forintów, razem 1875 forintów. Nasz samochód pali jakieś 6.5-7 litrów na sto, weźmy 7 litrów po 315 forintów za litr, w sumie będzie tego 2205. Różnica 230 forintów, jakieś dziesięć procent.

Wiem, że nie wliczyłem w to kosztów utrzymania samochodu, ale jeśli ktoś już auto ma to na ogół ich nie uwzględnia. W moim więc przypadku płacąc 230 forintów więcej miałbym luksus jazdy od drzwi do drzwi, nie musiałbym przeżywać uroków stania koło spoconego faceta w sutobusie siódemce, stresu stania w kolejce na dworcu Keleti, kontaktu z brudnym skajem siedzenia w pociągu a potem szukania (z bagażem) gdzie by tu można w Szolnoku kupić bilet na autobus po siódmej wieczorem. I to wszystko obecnie, kiedy benzyna bije kolejne rekordy cenowe.

Dodam, że gdy jadą dwie lub więcej osób to samochód robi się bezapelacyjnie tańszy.

Gdzie jest w tym logika? Jak racjonalnie kalkulujący człowiek kiedykolwiek zrezygnuje z samochodu na rzecz pociągu jeśli nie musi? Czy tak da się zmniejszyć zużycie ropy i emisje dwutlenku węgla, o których tyle się mówi? Chyba bezyna jest w dalszym ciągu po prostu za tania, trzebaby podnieść jej cenę.

jedzenie na ulicy

Z pewnym zdziwieniem natknąłem się na tutejsze tabu dotyczące jedzenia na ulicy. Jeść mianowicie na ulicy nie wypada.

Zakaz jedzenia na ulicy ma charakter właśnie taboo, podawane wyjaśnienia dlaczego nie sprawiały raczej wrażenie racjonalizacji niż racjonalnych argumentów. Na przykład, powiedziano mi raz, że na ulicy się nie je, bo to nie higieniczne: na ulicy jest brudno. Trzeba trafu, że w trakcie rozmowy weszliśmy do jakiejś herbaciarni, gdzie zaczęliśmy ręką jeść pogácse. Tak więc ręka na ulicy jest brudna, w herbaciarni już nie. 

To tabu wydaje się być jedną z tych skomplikowanych zasad, jakie należy sobie przyswoić, żeby zasłużyć na miano człowieka dobrze wychowanego. Nie kładziemy łokci na stole, nie pokazujemy palcem, nie siorbiemy herbaty, no i nie jemy na ulicy. Biedni (=niewychowani) ludzie jedzą na ulicy, my nie.

Czy sptkaliście się z tym także w Polsce? Czy ktoś wie może, jak popularne jest ten zakaz na Węgrzech? Albo może znacie jakieś inne argumenty podawane dla wyjaśnienia tego zakazu? Dzięki!

ubi zabiera głos w obronie rowerzystów

Chciałbym przedstawić wam my new hero, ubiego. Ubi wygląda on tak:

ubi

Ubi jest rowerzystą. Do mego serca trafił przez swój niesamowity post (220 komentarzy) na blogu tutejszej Critical Mass. Post przetłumaczyłem, do przeczytania poniżej ale najpierw parę słów wprowadzenia.

Parę dni po wiosennej masie krytycznej, o której pisałem wcześniej, miała miejsce dużo mniejsza "prawdziwa" masa krytyczna, "prawdziwa" bo dokładnie wypadająca w Dzień Ziemi czyli 22 kwietnia a nie jak oficjalna masa w najbliższą niedzielę. W przeciwieństwie do demonstracji, w której uczestniczyliśmy z Chłopakiem i która miała zezwolenie, ta druga masa krytyczna zorganizowana została bez zezwolenia i policja potraktowała ją jako nielegalne zgromadzenie. Do tego nawiązuje właśnie Ubi.

Zafascynowany jestem ruchem rowerzystów bo jest to bodaj najpopularniejszy ruch społeczny na Węgrzech, gdzie dominującą postawą jest zamknięcie się w sobie i zajmowanie się swoim dobrobytem. Jest to w dodatku ruch grassroot operujący i popularny zarówno w internecie jak i na ulicach. Kto wie, ten ruch może kiedyś wydać z siebie nowe pokolenie polityków z Ubim na prominentnym miejscu. Ale oddajmy głos samemu Ubiemu:

Naruszenie prawa o zgromadzeniach w Dzień Ziemi – dylematy komunikacji miejskiej

Dostałem zadziwiający list od komisariatu policji z szóstej dzielnicy. Wzywają mnie jako świadka wykroczenia (naruszenie prawa do zgromadzeń) popełnionego 22 kwietnia 2008 (Dzień Ziemi).

Próbuję przypomnieć sobie o jakie zgromadzenie może to chodzić, ale mi jakoś to nie wychodzi choć jedna ciekawa rzecz miała miejsce w czasie tegorocznego Dnia Ziemi.

Zatrzymał mnie samochód policyjny na ulicy Andrássy, ja na rowerze, on z włączonym kogutem. Pytam, czemu legitymują rowerzystę na ulicy w Dzień Ziemi a oni, że to tylko normalne kontrola dokumentów. Pytają, czy gdzieś tu mieszkam, ja, że nie, tylko tędy przejeżdzam. Na to oni pytają w jakim celu “tak sobie” jadę na rowerze, na to ja, że nie “tak sobie” ale po prostu “jadę” na rowerze, to znaczy poruszam się po mieście. Potem pytają czy mam coś wspólnego z tymi tam rowerzystami, którzy jeżdzą po okolicy. Mówię, że nic, nie znam ich, oni też z pewnością po prostu poruszają się po mieście.

Wydaje mi się, że te dwa zdarzenia, wylegitymowanie mnie oraz wykroczenie, jakoś się łączą. Pojęcia nie mam czego policja chce się ode mnie dowiedzieć, ale przygotowałem sobie z góry parę pytań.

  • Ilu kierowców w trakcie kontroli dokumentów policjant pyta w jakim celu jadą?

  • Ile kierowców policjant pyta czy tu mieszkają czy też akurat tędy przejeżdzają?

  • Ilu kierowców stojących w korku policjant pyta czy mają coś wspólnego z samochodami stojącymi przed i za nimi?

  • Ile spraw w sprawie naruszenia prawa do zgromadzeń wszczyna policja wobec stojących razem w korku kierowców?

Moim zdaniem trzeba szybko zmienić sposób myślenia!

Nie do przyjęcia jest, że policja uważa rower za narzędzie rekreacji a nie komunikacji i to w dodatku nawet w Dzień Ziemi. Nie do przyjęcia jest, że jeśli jadę na rowerze wśród samochodów to oczywiście ja jestem “winien” bo jestem “przeszkodą w ruchu”. Przecież:

  • Ruch uliczny: jest ruch sanmochodów, ruch rowerów, itd., to słowo samo w sobie oznacza wspólny ruch tych pojazdów

  • “Przeszkoda w ruchu”: każdy, kto bierze w ruchu jednocześnie przeszkadza w nim gdy uczestników ruchu jest wielu.

  • Rower przeszkadza bo jest bezbronny, bardziej trzeba na niego uważać, zwykle jedzie z prędkością zaledwie 20-40 km/h (a nie do 40-50km/h, więcej i tak, prawda, nie wolno w mieście)

  • Auto też przeszkadza bo jest od roweru dużo większe, gorzej manewruje, śmierdzi, jest głośne, zajmuje cały pas ruchu, w dodatku albo szybko jedzie i jest wtedy niebezpieczne albo wolno i powoduje korek.

Mamy zamęt co do podstawowych pojęć. Pemieszane są proporcje i relatywna waga rzeczy. Kiedy mówimy o korku spowodowanym przez rowerzystów przez dzień czy dwa to zapominamy, że korki spowodowane przez samochody wypełniają pozostałe 364 dni w roku. Kiedy sześciu rowerzystów w dwóch rzędach jedzie obok siebie to naruszają przepisy, ale kiedy auto z jednym jedynie kierowcą w środku zajmuje tyle samo miejsce to wszystko jest w porządku.

Ciekaw jestem jaka będzie rozprawa i oczekuję od policji, że udzieli odpowiedzi na powyższe i im podobne dylematy.

konkurs na plakat o przyjaźni polsko-węgierskiej

Instytut Polski ogłosił konkurs na ten temat i niedługo, 1 czwartek 10 lipca o 18:00, otwarta będzie wystawa prezentująca najlepsze prace. Na szczęście nie ma, czego można się było obawiać,czyli ciężkawych, ociekających tradycją ilustracji do szkolnej akademii. Jest za to humor, lekkość w podejściu do tematu, niebanalność. Ciekawostką jest, że autorami nagrodzonych prac są, przynajmniej sądząc z nazwisk, Węgrzy, a przecież w konkursie brały też tutejsze dzieci polonijne. To miłe, że tylu Węgrów ten temat poruszył.

Poniżej podaję cztery z najlepszych plakatów, więcej ich można obejrzeć na stronie Instytutu, a pewnie jeszcze więcej na samej wystawie.

plakat Tamasa Lakosa wykonany na konkurs plakatu o przyjaźni polsko-węgierskiej

Praca Tomása Lakosa.

plakat Zity Nagy wykonany na konkurs plakatu o przyjaźni polsko-węgierskiej

Praca Zity Nagy. Cytat Kiskacsa fürdik fekete tóban pochodzi z popularnej piosenki dla dzieci, następna linijka to anyához készül Lengyelországba czyli Kaczuszka kąpie się w czarnym stawie, szykuje się lecieć do mamy w Polsce. Fragment do posłuchania w niezapmnianym koncertowym wykonaniu zespołu Ghymes tu

 

plakat Helli Mentus wykonany na konkurs plakatu o przyjaźni polsko-węgierskiej

Praca Helli Mentus, braterstwo od szabli nienachalne i nietrywialne.

plakat Laszlo Totha wykonany na konkurs plakatu na temat przyjaźni polsko-węgierskiej

Praca László Tótha. Hoplá! znaczy po prostu Hop! Zwracam uwagę na użycie angielskich skrótów do uczczenia naszej przyjaźni.

Zamieszki podczas parady gejowskiej w Budapeszcie

W sobotę mieliśmy paradę a z nią oczekiwane zamieszki. Gazeta nie przyjęła notki, którą o tym napisałem, zamieszczam ją więc tutaj.

Zgodnie z przewidywaniami Trzynasty Marsz Godności Homoseksualistów w Budapeszcie zakończył się przemocą.

Jeszcze miesiąc temu policja nie była skłonna zarejestrować marsz powołując się na utrudnienia w ruchu jakie miał on spowodować. Protestując organizatorzy uznali to za pretekst mający “na wzór polski i rosyjski” uniemożliwić przeprowadzenie demonstracji. Policja w końcu się ugięła i zarejestrowała marsz a wraz z nim trzy zgłoszone kontrdemonstracje.

Zeszłoroczny marsz zakończył się napadami na rozchodzących się uczestników. Z tego powodu także i teraz oczekiwano przemocy, tym bardziej, że radykalna pozaparlamentarna partia Jobbik wezwała do sprzeciwu wobec tej “dewiacji”. Napięcie dodatkowo podniosły ataki koktajlami Mołotowa na gejowskie saunę Magnum oraz klub Action, gdzie zarejestrowane jest stowarzyszenie Misja Tęczy, organizator marszu.

Policja przygotowała się do marszu starannie. Z jego trasy usunięto samochody, jezdnię oddzielono od chodnika wysokim płotami z siatki, wyłączono też z ruchu żółtą linię metra jeżdzącą pod ulicą Andrássy, po której przejść miał marsz.

Na demonstrację przyszło półtora tysiąca homoseksualistów i sympatyków. Kilkuset kontrdemonstrantów, często w maskach, towarzyszyło marszowi idąc chodnikiem. Skandując antygejowskie i antyrządowe hasła rzucali w jego uczestników jajkami. Mimo mniejszej liczebności wkrótce to oni zdominowali wydarzenia.

Szybko doszło do starć agresywnych grup kontrdemonstrantów z policją, która użyła gazu łzawiącego oraz armatki wodnej. W trakcie starć kontrdemonstranci rzucali kamieniami, granatami z gazem łzawiącym, pojemnikami z substancjami żrącymi oraz koktajlami Mołotowa. Sytuacja upodobniła się do innych zamieszek organizowanych regularnie przez radykalną prawicę od pamiętnego września 2006 roku kiedy zaatakowano i podpalono budynek telewizji.

Z powodu zamieszek odwołano mający zakończyć marsz koncert. Policja pomagała jego uczestnikom w bezpiecznym rozejściu się między innymi rozwożąc ich uruchumionym na nowo metrem. Tym niemniej kontrdemonstranci zaatakowali samochód policyjny wywożący dwoje uczestniczących polityków w tym posłankę do Parlamentu Europejskiego Katalin Levai wybijając w nim szyby. Jednego z przywódców liberalnego SzDSzu Gábora Horna z opresji ratować musieli tajniacy.

Policja zatrzymała ponad pięćdziesięciu radykałów. Wśród nich jest sześciu mężczyzn zatrzymanych w mieszkaniu przy ulicy Andrássy gdzie oczekiwali na paradę z butelkami zapalającymi oraz jajkami wypełnionymi substancją żrącą. Według policji zniszczono lub uszkodzono trzynaście sanochodów policyjnych.

nowy kościół Makovecza?

Pisałem przedwczoraj o katedrze Sameba. Rozmawiałem o niej potem z pewnym węgierskim znajomym. Na Węgrzech takiego kościoła nie ma, rzuciłem. Póki co nie, odpowiedział, ale Imre Makovecz projektuje coś takiego na plac Vilmosa Ápora.

Zainteresowało mnie to. Niczego się nie dowiedziałem z googla, ale trafiłem na adres strony Makovecza. Tu potrzebna jest mała dygresja. Makovecz to chyba najbardziej znany współcześnie żyjący architekt węgierski. Jest przedstawicielem architektury organicznej, jego charakterystyczne budynki są rozpoznawalne nawet dla laików. Dużo jest tam obłych płaszczyzn, nieobrobionych pni drzewa i wogóle drewna. Te owalności, pojawiające się tu i tam skrzydła, ożebrowania przywodzą na myśl jakieś gigantyczne owady, żuki, wnętrza szkieletów, ale pewnie wypaczam intencje Makovecza.

Politycznie jest on zdecydowanie na prawo, często wypowiada sięw różnych sprawach. Kościół zaprojektowany przez niego (niedawno Index napisał o planach totalnej przebudowy wzgórza Gellérta jego autorstwa) mógłby więc jak najbardziej wpasować się w jakąś prawicową ofensywę.

Zebrałem się i napisałem w pytaniem o kościół (dzień dobry, słyszałem o kościele ale nie mogę niczego znaleźć, piszę bloga po polsku, dziękuję) na kontakty podane na stronie architekta. Ku mojemu pewnemu zdziwieniu odpowiedź zawierająca poniższe szkice przyszła dość szybko.

Okazało się, że szykuje się raczej coś w stylu Gaudiego niż państwotwórczego monumentalizmu. Kościół ma być spory ale nie przytłaczający, nieco przy tym gotycki w nastroju. Moim zdaniem ubogaciłby nasze miasto czyli miła niespodzianka. A Wy co sądzicie?

PS Ten blog jest w Creative Commons ale te zdjęcia już nie. Jeśli je ktoś chciałby wykorzystać niech pisze do Makovecza, adres na jego stronie

projekt kościoła na Vilmos Ápor tér, Budapeszt Imre Makovecza

wizja artystyczna

projekt kościoła na Vilmos Ápor tér, Budapeszt Imre Makovecza

fasada przednia

projekt kościoła na Vilmos Ápor tér, Budapeszt Imre Makovecza

widok z boku

projekt kościoła na Vilmos Ápor tér, Budapeszt Imre Makovecza

przekrój

projekt kościoła na Vilmos Ápor tér, Budapeszt Imre Makovecza

przekrój poprzeczny

Sameba i Grigol Peradze

Od jakiegoś czasu intrygują mnie nowopowstające w Europie Wschodniej wielkie kościoły, cerkwie i meczety. Niedawno będąc w Gruzji natknąłem się na kolejny przykład tego trendu: katedrę pw. św Trójcy zwaną z gruzińskiego Sameba.

Kościół jest potężny, podobno w rozmiarach jest porównywalny z moskiewską cerkwią Chrystusa Zbawiciela. Zbudowany jest w stylu klasycznym, tak, jak od setek a może i ponad tysiąca lat buduje się cerkwie z Gruzji, dla uczczenia dwutysięcznej rocznicy narodzin Jezusa. 

katedra Sameba Tbilisi

Cerkiew wyróżnia się z dala na tle innych budynków w mieście.

katedra Sameba Tbilisi

Rzecz mnie zainteresowała. Spytałem znajomych, kto sfinansował budowlę Sameby, musiała przecież kosztować masę pieniędzy. Ludzie, padła pierwsza odpowiedź. Zatkało mnie nieco: obserwując z jakim entuzjazmem ludzie zrzucają się na świątynię Opatrzności Bożej w dużo przecież większej, bogatszej i chyba też bardziej wierzącej Polsce nie chciało mi się wierzyć, że w Gruzji takie rzeczy łatwiej się udają. Wtedy padło nazwisko Ivanishvili.

Bidzina, albo Borys, Ivanishvili to chyba najbogatszy obecnie Gruzin. Na liście Forbesa jest na 149 pozycji, ma mieć majątek wart 6.4 miliarda dolarów. Dorobić się miał w Rosji w mętnych latach 90-tych. Dla niego taka cerkiew to nic takiego.

Spytałem znajomych czy Gruzinom nie przeszkadza, że ich katedrę finansuje biznesmen o nieco podejrzanej proweniencji. Absolutnie nie, dowiedziałem się, co więcej, ludziom się podoba, że ktoś, kto zrobił/nagrabił wielkie pieniądze w Rosji wydaje/rozdaje je potem w Gruzji.

Zupełnie jak w dawnych czasach, pomyślałem. Nie tylko plan cerkwi jest tradycyjny ale tradycyjny jest też układ fundator-kościół: być może kiedyś nagrzeszył ale potem ufundował jakiś kościół i już wszystko jest w porządku.

***

Przy okazji jeszcze jedna ciekawostka gruzińska, o której dowiedziałem się niedawno od poznanego mnicha libańskiego. Opowiedział mi on o gruzińskim mnichu, ojcu Grigolu czy też Grzegorzu Peradze. Był to bardzo wykształcony człowiek, po studiach w Gruzji, którą musiał opuścić po tym jak władzę przejęli tam bolszewicy, i w Niemczech. Zajmował się teologią prawosławną i wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie wojny został zaaresztowany przez Gestapo za pomoc Żydom i zginął w Oświęcimiu 6 grudnia 1942, jak podaje wikipedia, oddając swoje życie za innego więźnia (angielski artykuł mówi o śmierci w komorze gazowej, polski o indywidualnym zadręczeniu). Peradze został kanonizowany przez cerkiew gruzińską.

Wspominam tego człowieka bo jest jednym z nielicznych wspólnych bohaterów polskich i gruzińskich. Jeśli Lech Kaczyński czytuje mojego bloga (pozdrawiam!) to może pomyślałby o jego należytym uhonorowaniu, czyż nie wpisywałoby to się dobrze w obecne stosunki polsko-gruzińskie?

spotkanie maturalne

Czy ponad dwudziestu byłych uczniów na nieco ponad trzydziestu w byłej klasie Śliwki na spotkaniu z okazji dwudziestopięciolecia matury do dużo czy mało? Dla mnie dużo, tym bardziej, że moja była klasa spotkania maturalnego nie zorganizowała. A także dlatego, że jednocześnie spotkania takie miały pozostałe klasy z rocznika Śliwki. No i dlatego, że takie spotkanie wszyscy tu organizują.

Opiszę jak takie spotkania wyglądają. Mają one miejsce co pięć lat: już na tableau maturalnym, które jest tutaj powszechne, wpisuje się "spotykamy się w xxxx" gdzie zamiast isków jest data pięć lat po maturze, spotkania mają zresztą też miejsce w rocznicę opuszczenia uniwersytetu (kiedyś takie spotkanie opisałem) w sobotę. Obowiązkowym elementem przed południem jest tak zwana lekcja wychowawcza (osztályfönőki óra), na którą przychodzą wyłącznie byli uczniowie oraz były wychowawca. Każdy mówi co z nim/nią się działo w ciągu ostatnich pięciu lat. Bywa też mecz piłki nożnej czy co też jeszcze przyjdzie do głowy kreatywnym organizatorom. Rodziny – małżonkowie – nie mają wstępu. Ich za to zaprasza się zwykle na kolację. W tym roku wszystkie trzy klasy z rocznika Śliwki miały wspólną kolację w zarezerwowanej specjalnie restauracji. Atmosfera jest już nieco inna niż przed południem, bo małżonków – dzieci się nie zabiera – na ogół ludzie nie znają. Znowu, jeśli ludzie są kreatywni to będzie coś więcej poza jedzeniem. U Śliwki był zespół grający, zresztą fajnie, stare przeboje, węgierskie i nie tylko, w skład jego wchodzili koledzy z jej szkoły. Zespół założony jeszcze w liceum reaktywowali specjalnie na rocznicę matury. Do muzyki doszły więc tańce.

Nie przestają mnie zadziwiać Węgrzy tym pielęgnowaniem swoich kontaktów szkolnych. Społeczeństwo tutejsze wydaje mi się być raczej zatomizowane, każdy goni za swoim interesem, a tu taka wspólnotowość. Chyba, że uważają, że ten rodzaj kontaktów im służy. Nie wiem.

Global Voices summit 2008 dzień 2: możliwości

Drugi dzień konferencji miał pozytywniejszy wydźwięk niż dzień pierwszy (program tu). Przedmiotem jego były raczej możliwości otwierające się dzięki internetowi, i to zarówno w dziedzinie dziennikarstwa obywatelskiego jak i aktywności społecznej, niż walka z cenzurą.

Usłyszeliśmy o nowych projektach blogowych wspieranych w ramach Rising Voices (Bolivia, Madagaskar, Kolumbia, Kenia) a także o użyciu internetu w wyborach w Armenii, Wenezueli, Kenii i Iranie. Bardzo ciekawa – bodaj najciekawsza z całej konferencji – była dyskusja na temat wzajemnych przesądów między Chinami i Zachodem, niestety, z powodu jakiegoś spotkania wszedłem na salę dopiero na samym końcu.

W czasie sesji na temat projektu Lingua dowiedziałem się, że Global Voices można czytać nie tylko po angielsku ale i po francusku, niemiecku, w uproszczonym chińskim, w tradycyjnym chińskim, po portugalsku, arabsku, hiszpańsku, malgasku (Madagaskar), farsi, bangla, japońsku a także, od niedawna, po macedońsku, albańsku, włosku (informację o tym języku podano w czasie konferencji). Niedługo powinna się pojawić wersja swahili.

Ciekawe jest jak powstawały/powstają kolejne wersje językowe. Pierwsza była wersja chińska. Bloger z Tajwanu nazywający się Portnoy zaczął po prostu tłumaczyć codziennie kolejne posty GV. Z czasem pojawili się dalsi woluntariusze i dalsze języki i tak doszliśmy do stanu z dnia dzisiejszego. Co ważne, tłumaczenia są dziełem właśnie woluntariuszy. Pracują oni kiedy chcą i jak chcą, to znaczy sami decydują co przetłumaczyć. 

W końcowej sesji "kiedy świat słucha" najciekawsza była prezentacja projektu Ushahidi. Powstał w celu zbierania informacji na temat przemocy w okresie powyborczej w Kenii w zeszłym roku. Nadsyłać ją mogli zwykli ludzie przez inernet i sms. Zebrana informacja została przedstawiona w postaci mashupu z google maps.

Ushahidi

Projekt został potem zreplikowany na Madagaskarze po ataku cyklonu Iwan w lutym tego roku.

Najciekawsza tego dnia była jednak chyba prezentacja projektu wikileaks mająca miejsce poza konferencją. Projekt zajmuje się publikacją tajnych materiałów obnażających korupcję czy inne przestępstwa rządów oraz korporacji. W ciągu roku swego istnienia na stronie projektu pojawiło tam ponad milion dokumentów z całego świata. Ani polskie ani węgierskie materiały nie prezentują się okazale, ale pewnie to się w przyszłości zmieni.

Wikileaks nie tyle oferuje platformę do publikacji takich dokumentów ale także zapewnia osobom to robiącym – projekt szczyci się tym, że dotąd nie wpadło żadne z ich źródeł informacji – oraz potem walczy o to, by nikt nie usunął tych materiałów z sieci. Nie jest banalne zadanie jak pokazuje to przykład szwajcarskiego banku Julius Baer. Po opublikowaniu materiałów pokazujących jak bank ten dokonywał oszustw podatkowych wikileaks oraz inne strony, które te materiały zamieściły na celownik wzięli prawnicy banku. Koniec końców jedynie wikileaks nie ugięły się pod presją, co więcej, doprowadziły do tego, że bank wycofał swój pozew przeciwko nim co jest rzeczą bezprecedensową, bo bank dotąd nie przegrał ani jednego procesu.

Warto podać odpowiedź prezentujących projekt na pytanie, czy pewne rzeczy nie powinny jednak pozostać sekretem. Ich zdaniem jeżeli ktoś chce wypuścić jakieć dokumenty to i tak to zrobi, dla interesu społecznego jednak jest lepiej, żeby odbyło się to w jak najbardziej publiczny sposób a nie na zasadzie na przykład pokątknej sprzedaży czarnorynkowej. Stąd potrzeba wikileaks.

Julian Assange i Daniel Schmitt

Julian Assange i Daniel Schmitt

Po konferencji zabrałem grupę znajomych z Nowego Jorku, Jerewania, Duszanbe, Baku, Belgradu i Skopje na nocny obchód miasta: dach Corvina – bufet Bangla – Szimpla – Hummusz bar – Kuplung – Szimpla kert – Gödőr (koncert rumuńskiego zespoły Kumm). Udało się świetnie ale nie dałem rady już niczego napisać tego wieczoru, podobnie zresztą następnego dnia bo pracowałem, stąd ten wpis dopiero teraz. 

gvsummit08