Radio Polonia Węgierska 53 / zapomnieć gwiadzę na koszulce Puskása

Z którego osiągnięcia rákosizmu są Węgrzy do dziś bezgranicznie dumni? No właśnie, o tym opowiadam w ostatnim odcinku podcastu Radio Polonia Węgierska (23:15).

Zaczęło się właśnie Euro i jako że w mistrzostwach bierze udział reprezentacja Węgier nie sposób nie wspomnieć Złotej Jedenastki. Osiągnęła ona niewyobrażalne sukcesy, przede wszystkim zwycięstwo nad Anglią na Wembley 6:3 w 1953 roku potwierdzone miażdzącym rewanżem w Budapeszcie 7:1, i słusznie stała się legendą, nie tylko zresztą sportową ale i narodową. Przyznają się do niej wszyscy Węgrzy bez względu na poglądy polityczne. Nie mówi się przy tym, że ta drużyna ogromnie wiele zawdzięczała szalejącemu wówczas na Węgrzech stalinizmowi Mátyása Rákosiego.

Jej trener Gusztáv Sebes, przy okazji komunista, wiceminister sportu i przyjaciel Rákosiego, wprowadził szereg nowinek. Uznał, że piłkarze muszą cały czas przebywać ze sobą, więc za jego wskazaniem Ministerstwo Obrony przejęło klub Kispest przemianowując go na Honvéd, nakłaniając zawodników by służbę wojskową odbywali na boisku – w jego ramach. Honvéd swobodnie przejmował upatrzonych przez trenera zawodników z innych klubów.

Skoszarowani tam zawodnicy poddawani byli przez Sebesa surowemu reżymowi szkoleniowemu. Kładł on nacisk na sprawność ogólną i umiejętność współpracy na boisku, co szło w poprzek rozpowszechnionemu wówczas skupianiu się na indywidualnościach. Przed meczem na Wembley urządził boisko o identycznych wymiarach co tamten stadion, nieco szerszy niż węgierskie boiska, sprowadził na treningi piłkę z Anglii, i ćwiczył grę przy zapalonych świecach dymnych symulujących londyńską mgłę. Ponieważ miał polityczne poparcie do szkolenia dostawał wszystko czego sobie zażyczył.

Rzecz jasna, przyszło mu pracować z fantastycznie utalentowanymi piłkarzami ale posiadający dzięki totalitarnemu systemowi absolutną władzę w sporcie mógł ją wykorzystać zarówno do pogrążenia reprezentacji kraju jak i do wyniesienia jej na niezrównane od tej pory wyżyny.

Rezultaty wprawiały w euforię zarówno węgierskich kibiców łechcąc ich dumę narodową jak i komunistyczne władze, które sukcesy Złotej Jedenastki wykorzystywały co celów propagandowych dowodząc wyższości „socjalistycznego futbolu” a zarazem i samego ustroju.

Dziś nie mówi się już publicznie o roli socjalizmu w sukcesach drużyny, są to po prostu sukcesy Węgier. Dobrze zilustrował to niedawno minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó wręczając premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu koszulkę najwybitniejszego z członków Złotej Jedenastki Ferenca Puskása z umieszczonym na niej współczesnym herbem Węgier mimo że w okresie swoich największych sukcesów drużyna grała z ówczesnym komunistycznym godłem z gwiazdą na piersi.

W historii węgierskiej, a może w ogóle w historii, nic nie jest proste.

Mural upamiętniający mecz na Wembley, koszulki z gwiazdą
Péter Szijjártó, Benjamin Netanjahu, koszulka Puskása – z dzisiejszym herbem, źródło: 444.hu

Radio Polonia Węgierska 52 / Szkot, węgrzyny i królowie polscy

Mój niedawny pobyt w Krośnie śladami Portiusa przypomniał mi jak można sobie ubogacać wyjazdy turystyczne o elementy węgierskie. O tym mówię w najnowszym podcaście, do którego słuchania jak zawsze zachęcam. Program:

– powitanie
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– rozmowa z Tomkiem i Piotrem Bedyńskim
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Jak się mieszka na Węgrzech to ten fakt może posłużyć jako pretekst do rozszerzenia tematyki wyjazdowej o sprawy węgierskie czy też polsko-węgierskie – nawet jeżdżąc po Polsce. Podam przykład: jadąc do Niedzicy można sobie przedtem wygmerać jakieś informacje na temat węgierskiej historii tamtejszego zamku, w Przemyślu można sobie podumać nad węgierskimi obrońcami twierdzy z okresu pierwszej wojny światowej a w warszawskiej restauracji Fukiera poczytać sobie o roli win węgierskich w kulturze polskiej.

Tak się złożyło, że mój niedawny weekend minął właśnie pod ich znakiem. Odwiedziłem właśnie Krosno, które oprócz tego, że słynie z wyrobów szklanych znane jest i z tego, że związany był z nim szkocki imigrant Robert Wojciech Portius. Urodził się on około 1600 roku jako Robert Gilbert Portius Lanxeth, do miasta przybył dwadzieścia lat później, od 1623 zaś używał imienia Wojciech, co zapewne wiązało się z przejściem na katolicyzm.

Początkowo był pomocnikiem innego kupca Laurenstena – też Szkota – ale niedługo później był już samodzielnym kupcem. Kupił kamienicę na rynku i ożenił się z jedną z najbogatszych krośnianek, wdową Anną z Hesnerów. Wkrótce był jednym z najbogatszych ludzi w mieście. Jego kontakty sięgały daleko, handlował z Koroną, Śląskiem, państwami Rzeszy Niemieckiej, Prusami, Gdańskiem, Szkocją – oraz Węgrami, skąd sprowadzał wino. Dostarczał je nawet na dwór królewski, co dało mi przywilej serwitoriatu czyli wyłączenie go spod władzy miejskiej, lokalnego sądownictwa i podatków. Wino od niego trafiało na dwory kolejnych trzech królów, Władysław IV mianuje go oficjalnym królewskim faktorem.

Kamienica Portiusa na rynku

Kiedy spłonęła krośnieńska fara Portius ufundował wieżę, kaplice oraz szereg obrazów. Do dziś stoi w niej ozdobna ławka małżeństwa Portiusów ozdobiona jego gmerkiem czyli mieszczańskim odpowiednikiem herbu. W okresie potopu szwedzkiego kierował przygotowaniami do obrony miasta dokładając do wydatków swoje własne pieniądze, wyremontowano wówczas między innymi Bramę Węgierską. Choć za życia krytykowano za praktyki monopolistyczne i nadużycia finansowe to dziś pamiętane są raczej jego talenty biznesowe oraz akty dobroczynności: w mieście ma swój pomnik i ulicę.

Fara z wieżą
Ławka małżeńska Portiusów w farze
Gmerk Portiusa w farze
Pomnik

Jego pamięć jest utrzymywana zresztą nie tylko w Krośnie. Lokalne stowarzyszenie Portius stara się popularyzować tę postać, między innymi doprowadzając do odsłonięcia jego tablicy w Tokaju.

Tablica Portiusa w Tokaju

Koło Sárospatak, mieście partnerskim Krosna, działa nawet wytwórnia wina o nazwie Portius zręcznie budując swoją markę na historii tej postaci.

Gdybym nie mieszkał na Węgrzech to ta krośnieńska historia szkockiego imigranta, który wzbogacił się dostarczając węgierskie wino na dwory polskich królów pewnie mnie by aż tak nie zainteresowała.

Radio Polonia Węgierska 51 / feministyczna niefeministka

W najnowszym odcinku podcastu opowiadam o ikonicznej postaci ruchu kobiecego, która odrzuca feminizm. Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
–  III Forum Polska-Węgry
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Ruch kobiecy – feminizm – jest na Węgrzech, w porównaniu do Polski, mniej widoczny. Nie ma Kongresu Kobiet, nie ma Strajku Kobiet, nikt nie oblicza procentowej obecności kobiet w życiu publicznym. Koncepcje feministyczne odgrywa marginalną rolę w debatych społecznych.

W tym kontekście ciekawa jest postać Ágnes Geréb, działaczki na rzecz porodów domowych i zarazem może najbardziej znanej działaczki kobiecej.

Lekarka-położniczka z wykształcenia od początku swojej działalności zawodowej wchodzi w konflikt z medycznym establishmentem. Najpierw, jeszcze w latach 80-tych, zaczęła dopuszczać ojców do porodów. Robiła to po kryjomu wprowadzając ich na salę porodową w kitlach, jako studentów. Kiedy sprawa się wydała dostała półroczny zakaz wstępu na porodówkę.

Z porodami domowymi zapoznała się w Stanach pod koniec lat 80-tych. Po powrocie do kraju zaczęła przyjmować porody w domach swoich pacjetek. Był to czas początku transformacji na Węgrzech i Geréb starała się wykorzystać klimat dla zmian. Pisała memoranda, układała plany ale wszędzie odrzucono jej pomysły argumentując, że na Węgrzech „ nie ma odpowiedniej infrastruktury do porodów domowych”.

Medyczny establishment argumetuje zwykle odwołując się do ryzyka łączącego się z takimi porodami, ale ich zwolennicy uważają, że niezakłócane porody zwiększają bezpieczeństwo rodzących i dzieci bo gdy kobieta czuje się bezpieczna szansa na komplikacje jest mniejsza. W szpitalach w dodatku miejsce ma strukturalna przemoc wobec rodzących: popędzanie, protekcjonalne traktowanie i nieliczenie się z ich potrzebami. No i pieniądze: położnictwo to najbardziej zarażona kopertówkami część węgierskiej służby zdrowia a przy porodach domowych, gdzie wystarcza obecność duli, do kieszeni lekarza nie trafia nic.

W końcu wytoczono Geréb proces w związku z przypadkami śmierci oraz trwałego uszkodzenia dzieci podczas prowadzonych przez nią porodów domowych. Została skazana za karę więzienia oraz zakaz wykonywania zawodu, tę pierwszą część wyroku starł akt łaski prezydenta. Jej zwolennicy zwracali uwagę na to, że w jej przypadku prawo zastosowano selektywnie cytując drastyczne przypadki błędów lekarskich, które nie doczekały się konsekwencji.

W międzyczasie popularność Geréb rosła. W jej obronie występowały osoby reprezentujące całe spektrum polityczne, listy pisały międzynarodowe autorytety medyczne, demonstrowały młode matki a podczas jej pobytu w areszcie śledczym pod jego oknami w dzień jej urodzin organizowano zbiorowe śpiewanie piosenek.

Sama Geréb nie aspiruje do roli społecznej czy politycznej. Nie uważa się też za feminstkę. Od feminizmu oddala ją jej stosunek do aborcji, którą Geréb odrzuca. Jednak to co mówi przetłumaczone na język feministyczny – że kobieta nie potrzebuje mężczyzny by urodzić – to czysty feminizm.

Obecnie lekarka żyje w Wielkiej Brytanii zmuszona do wyjazdu zakazem wykonywania zawodu. Sprawa porodów domowych pozostaje otwarta. Inne kwestie kobiece zresztą też.

Graffiti w obronie Ágnes Geréb na budynku w Warszawie

Radio Polonia Węgierska 50 / czego najbardziej żałują maturzyści

Węgierscy uczniowie ze szkołą żegnają się z przytupem. Wydawało się, że w tym roku tak nie będzie choć okazuje się, że jednak wolno będzie urządzać ballagáse, ten niepowtarzalnie węgierski obyczaj. Przygotowując ten podcast tego jeszcze nie wiedziałem ale i tak warto go posłuchać (24:20) lub poczytać poniżej.

Program podcastu:

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze
– Urywki historii
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Wszyscy moglibyśmy długo wymieniać co też nas przez covida ominęło, spotkania towarzyskie, rodzinne, wyjazdy, imprezy kulturalne, przeżycia kulinarne, i tak dalej i dalej. Najbardziej mi jest żal dzieci i młodzieży, którzy, może pierwszy raz w życiu, mieli okazję zatęsknić za szkołą. Covid w szczególny sposób dotknął maturzystów, którzy nie mieli ani balu szalagavató ani ballagásu.

Ta pierwsza impreza odbywa się jesienią. Pretekstem jest przypinanie tytułowej „wstążki” czyli w praktyce plakietki szkolnej, którą potem – niektórzy – maturzyści noszą na wierzchniej odzieży. Wszystko to się łączy z wielogodzinnym programem artystycznym dla rodziców i nauczycieli w wynajętej zwykle hali z kuliminacyjnym pokazowym tańczeniem walca.

Ballagás odbywałby się teraz. Samo słowo oznacza coś w rodzaju procesji z całą należną jej dostojnością – ballagni znaczy kroczyć. Ballagás tradycyjnie odbywa się na zakończenie szkoły średniej, jeszcze przed maturą, aczkolwiek obecnie robi się ballagáse także na zakończenie podstawówki, a nawet przedszkola.

Często klasy zamawiają identyczne garnitury dla chłopaków i analogiczne ubiory dla dziewczyn, rodziny wypruwają się na gigantyczne prezenty, a kwiaciarnie mają jeden z najlepszych dni w roku. Elementem centralnym jest kameralny (tylko uczniowie i nauczyciele) przemarsz przez udekorowaną bzem szkołę a potem procesja na zewnątrz, w mniejszych miejscowościach może to być zamknięta na ten dzień główna ulica. Klasy prowadzą wtedy wychowacy idący pod rękę tradycyjnie z najładniejszymi dziewczynami, wszyscy idą z wielkimi snopami kwiatów jeden za drugim z ręką na ramieniu poprzednika. Przez ramię uczniowie przewieszoną mają małą sakiewkę (tarisznya), w której znajdują się symboliczne wyposażenie na dorosłe życie. Rodziny i zaproszeni goście stoją i podziwiają.

Istotą ballagásu jest mieszanka pożegnania ze szkołą z marszem triumfalnym celebrującym udane zakończenie tego ważnego etapu edukacji. Na mnie robi to zawsze wrażenie bo nie pamiętam, żeby w Polsce ktoś się aż tak przejmował takimi wydarzeniami. Potrafią Węgrzy docenić osiągnięcia edukacyjne, szacunek. Jednocześnie jednak pewnym niesmakiem napełnia mnie infantylizm tarisznyi, która wygląda jak zabawka na przerośniętych dzieciach, pompa procesji i cała sztucznawa ideologia ballagásu nawiązująca do wyprawiania czeladników w świat.

Jednak co by się o ballagásu nie sądziło, żal mi uczniów, których on nie z ich wyboru ominął.

Ballagás w Győr (ulica Bástya) w 1943 roku, źródło: Fortepan / Konok Tamás id
Ballagás w Budapeszcie (ulica Népszínház) w 1980 roku, źródło: Fortepan / Antal Gábor
Ballágás w środku szkoły (Hajnik Károly Közgazdasági Szakközépiskola w Budapeszcie), źródło: wikipedia

Radio Polonia Węgierska 49 / niesamowici węgierscy winiarze

Gdyby całe Węgry rozwijały się przez ostatnie 30 lat tak jak tutejszy sektor winny to byśmy żyli w Szwajcarii. O tym opowiadam w najnowszym odcinku podcastu. Program podcastu oraz mój tekst poniżej.

-Powitanie

-Serwis informacyjny
-Przegląd prasy
-Studio „Gdańsk” – Dzień Polonii i Polaków za granicą – „Pogadajmy jak Polak z Polakiem”
-Jeż Węgierski w eterze
-Urywki historii
-Pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Od odwiedzających Węgry Polaków często słyszę głosy rozczarowania: tu się nic nie zmieniło. Chodzi im w pierwszym rzędzie o to, że Budapeszt wygląda tak, jak przed trzydziestu laty – porównajmy to choćby z lasem drapaczy chmur w centrum Warszawy, niekiedy wspominają także poziom obsługi w restauracjach.

Rzecz jasna, choć na Węgrzech sporo pozostało takie, jak dawniej to jednak dużo się też zmieniło. Dla mnie najciekawszym przykładem zmian jest sektor winny na Węgrzech.

Kto pamięta sytuację z momentu końca socjalizmu na pewno wspomni kilka gigantycznych kombinatów produkcyjnych – każdy region winny miał przypisany jeden taki kombinat, nastawienie na niewymagający rynek wschodni, ograniczona gama poślednich produktów. Osoby mające wejścia wśród pracowników wytwórni wina potrafiły czasem zdobyć wino, które „winiarze robili dla siebie”, podobno lepszej jakości. Symboliczna dla tego okresu była kariera radzieckiego szampana Sowieckoje igristoje, pod którego nazwą, nota bene, do dziś sprzedawane jest w okresie Sylwestra podłe węgierskie wino musujące.

To wszystko się zmieniło. Kombinaty podzielono i sprywatyzowano, często sprzedając je zagranicznym inwestorom, którzy wprowadzili nowoczesne technologie. Powstała masa małych wytwórni, często w oparciu o rodzinne tradycjne oraz winnice. Ci producenci na rynek wprowadzili swoje wina znacząco poszerzając asortyment w sklepach. Pojawiły się też nowe, dotąd nieznane, typy win, na przykład wina jednoparcelowe czy też organiczne. Niedawno rozkwitł rynek szampanów. Nowopowstałe specjalistyczne sklepy oraz bary winne umożliwiły konsumentom zaopatrywanie się w ulubione wina a także zapoznawanie się z wciąż wzbogacającą się ofertą. Pobudowane przepiękne winnice, pojawiła się specjalistyczna turystyka winna i odpowiednie przewodniki (także po polsku!)

Cisi bohaterowie tych zmian czyli w dużej mierze mali wytwórcy, póki co są ilustracją branżowego bon motu: z kogo będzie winiarz-milioner? Z inwestora-miliardera. Choć sami nie dysponowali miliardami zakładając swoje wytwórnie to jednak fakt, że w tej branży na zysk czeka się długo znają aż za dobrze. Wielu z nich, mimo upływu lat, nie udało się jeszcze rozwinąć swojej firmy do takich rozmiarów by się móc z niej utrzymać i w dalszym ciągu zmuszonych jest też podejmować się pracy w innych miejscach.

Mimo tych wszystkich trudności odnoszą oni sukcesy także za granicą. Wielu z nich pokaźną ilość swojej produkcji sprzedaje na wymagających rynkach zachodnioeuropejskich, amerykańskim i dalekowschodnim. Ich wina trafiają tam na górne półki.

Gdyby tylko całe Węgry zmieniały się w takim tempie i w takim kierunku jak sektor winny …

Winnica Disznókő, zdjęcie: Gergély Szatmári

Opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech

Kiedy Mette Frederiksen została premierką Danii Rasmus Bo Sørensen z dziennika „Information” postanowił przygotować dla niej listę współczesnych powieści z kilku krajów unijnych, które mówią o nich coś ważnego, by pomóc jej w zrozumieniu europejskich partnerów. O pomoc poprosił krytyków z „Guardiana” (Wielka Brytania), „De Telegraaf” (Holandia), „Aftonbladet” (Szwecja), „Die Zeit” (Niemcy) i „Wyborczej”. Natalia Szostak, która przygotowała rekomendację z Polski, zaproponowała Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk.

Jak widać, wśród tych krajów nie było Węgier. Zastanowiłem się jaką książkę można by stąd polecić Mette Frederiksen. Na pewno bym rozważył coś László Krasznahorkaia, który, obok Pétera Nádasa, od szeregu lat jest węgierskim kandydatem na Nobla. Klimat jego książek świetnie oddaje tę ciemniejszą stronę Węgier i węgierskiej duszy.

Niedawno przeczytałem Báró Wenckheim hazatér (Baron Wenckheim powraca do domu), drugą już dla mnie po Sátántangó powieść tego autora (o Sátátangó pisałem tu). Klimat jest przedapokaliptyczny: w kraju panują polityczne niepokóje, nie wszystko już funkcjonuje, są braki w zaopatrzeniu, w miasteczku gdzie dzieje się większość akcji, oczywiście leżącym na depresyjnej Nizinie Węgierskiej, panuje marazm, beznadzieja i poczucie upadku. Miejscową społeczność elektryzuje – na chwilę – wiadomość, że powraca kiedyś tam mieszkający baron Wenckheim. Wszyscy są podeskscytowani i spekulują na temat inwestycji czy też darowizn, które ma poczynić i które mają doprowadzić miasteczko do rozkwitu. Więcej akcji nie zdradzę by nie odbierać przyjemności lektury, a są w niej zaskakujące zwroty.

W książce wszystko jest nieco nierealistyczne i przesadne. Postaci są mocno zarysowane, to często raczej archetypy niż poszczególne jednostki. Takimi są burmistrz, komendant policji, profesor czy przywódca miejscowej grupy faszystów. Niektóre wydarzenia, jak sposób w jaki miasteczko przyjmuje barona, ocierają się o groteskę.

Ta konwencja nierealizmu pozwala w skondensowany sposób oddać węgierski fatalizm. Kto chce poczuć ten aspekt węgierskości, dla przyjeżdzających skryty za błyskotkami oferty turystycznej, może to zrobić za pośrednictwem tej książki.

Podobnie jak w Sátántangó pojawia się wątek beznadziejnej sytuacji i oczekiwania na mesjasza, który ma przywrócić wspominaną jako złoty czas przeszłość. Ten przybywszy jednak rozczarowuje pozostawiając za sobą jeszcze bardziej rozczarowanych ludzi.

Sama lektura nie jest łatwa. Autor operuje jednozdaniowymi akapitami, które mogą się ciągnąć przez kilka stron. Każdy akapit oddaje perspektywę jednego z bohaterów, zmiana akapitu to zmiana bohatera. Nie ma dialogów. Część wątków nie zostaje zakończona prowokując czytelnika do spekulacji kim byli poszczególni bohaterowie czy też co się z nimi potem stało. To wszystko powoduje, że nie jest łatwo śledzić akcję powieści.

Ale mimo tego książka warta jest wysiłku. Jak pisałem, pozwala ona na obcowanie z węgierskim fatalizmem a zarazem to wysmakowana literatura. No i może kiedyś się okazać, że jej autor został noblistą.

W Polsce, dzięki wydawnictwu W.A.B. ukazały się trzy książki Krasznahorkaia: Szatańskie tango, Melancholia sprzeciwu oraz Wojna i wojna. Niedostępne są obecnie w księgarniach, jakbyś ktoś był zainteresowany to pozostają antykwariaty i allegro.

Może i opowieść o baronie Wenckheimie i depresyjnych Węgrzech znajdzie swojego tłumacza oraz wydawcę.

Ta niezła okładka nieźle zapowiada klimat książki

Radio Polonia Węgierska 48 / herbata na Węgrzech, wino w Polsce

W najnowszym odcinku podcastu biadam nad jakością herbaty na Węgrzech (20:10). Ale nie tylko, warto posluchać. Pełen program podcastu i mój tekst poniżej.

– powitanie
– serwis informacyjny 
– przegląd prasy
– Jeż Węgierski w eterze 
– Dzień Polonii i Polaków za granicą – życzenia uczniów Szkoły Polskiej przy Ambasadzie
– Dzień Polonii i Polaków za granicą – „Pogadajmy jak Polak z Polakiem”
– pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

W restauracji, i to z gatunku tych wypasionych – niebanalne menu, trendy design, niezły wybór win, zamawiam po kolacji herbatę. Przynoszą mi gruby kubek z nie do końca zagotowaną wodą (jest na niej piana), do tego maczajka Earl Greya. Na pytanie czy nie mają zwykłej czarnej herbaty kelner robi okrągłe oczy: pojęcia nie ma, że ta herbata jest aromatyzowana olejkiem bergamotowym. Innej swoją drogą i tak nie ma.

To sytuacja, która wielu Polakom żyjącym czy też przebywającym na Węgrzech, nie jest obca. Na Węgrzech mało się pije herbaty, dostępny jest zwykle jedynie Earl Grey i to pośledniejszego sortu, z kulturą podawania herbaty też nie jest najlepiej.

Dla Węgrów punktem odniesienia jeśli chodzi o herbatę jest przedszkole. Wszyscy pamiętają podawany tam słomkowy w kolorze, mocno ocukrzony, ze smakiem lekko tylko złamanym kwaskiem cytrynowym, napój.

Mocna herbata Węgrów przeraża. Namiętni konsumenci kawy odmówią picia herbaty, kiedy już jest, dajmy na to, po 15, „bo nie będą mogli spać w nocy”. Nawet światowe marki, jak na przykład Yellow Label, na rynek węgierski robią produkt mniej intensywny w smaku – wiem, bo kiedyś dla eksperymentu kupiłem Yellow Label w kilku krajach i zrobiłem sobie degustację porównawczą.

Tak więc na Węgrach można sobie poużywać jeśli rodzi o herbatę. Ale nie radzę bo możliwe to jest i w drugą stronę.

Węgrzy przyjechawszy do Polski nie mogą się nadziwić piciu zalewanej kawy. Plucie fusami to temat nienudzących opowieści.

Szokujący jest też dla nich niski poziom kultury picia wina. Byłem kiedyś na weselu w wypasionej restauracji w wypasionej miejscowości – obejdzie się bez nazw – gdzie dostarczone przez młodą parę czerwone, białe i deserowe, słodkie wina zostały po prostu odkorkowane i porozstawiane na stołach między butelkami wódki i napojami gazowanymi. Wizja, że kelner nalewa gościom odpowiednie do danej potrawy wina się nie zrealizowała. Byłbym zapomniał – białe wina podane nieschłodzone.

Wszędzie znajdziemy i coś, co nas zdziwi brakiem wyrafinowania oraz coś, co nas zachwyci i nam zaimponuje. Sam staram się zawsze cieszyć tym, co w danym miejscu najlepsze.

A na herbatę chodzę do tureckich barów – jest ona tam nie do pobicia.

Picie herbaty na Węgrzech rzadko tak wygląda, na zdjęciu sekretarki szwajcarskiego konsultu we Wiedniu w trakcie wizyty w Budapeszcie. źródło: Fortepan / Archiv für Zeitgeschichte ETH Zürich / Agnes Hirschi

Radio Polonia Węgierska 47 / fałszywi przyjaciele tłumacza

W najnowszym odcinku podcastu opowiadam czemu nie ma niczego zdrożnego w węgierskim wyrażeniu Angol extra ruha i o paru innych podobnych rzeczach (35:25). Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

Urodzinowy odcinek Radia Polonia Węgierska

– powitanie
– serwis polonijny
– przegląd prasy
– rozmowa z twórcami RPW
– Jeż Węgierski w eterze
– Urywki historii
– pożegnanie

Kiedyś musiałem komuś wyjaśnić koncept fałszywych przyjaciół tłumacza między węgierskim a polskim. Chodzi o wyrazy w obcym języku, które na piewszy rzut oka wydają się nam być zrozumiałe ze względu na podobieństwo do słowa w polskim a jednak ich znaczenie znacząco odbiega. Znane przykłady: „fabric” po angielsku to nie „fabryka” ale „materiał” czy też „tkanina”, „рожа” po rosyjsku to nie „róża” ale „morda”, „čerstvý“ po czesku to akurat „świeży“ a nie „czerstwy“ lub „wyschnięty“. I tak dalej, wszyscy na pewno mają swoje przykłady.

Mimo, że węgierski i polski to dość różne języki i tu można znaleźć wiele ciekawych przykładów fałszywych przyjaciół tłumacza. Nawet osoby, które węgierskiego nie znają ani się go nawet nie uczą zauważą na ulicy mój ulubiony sklep „GROBY“ (po węgiersku: gie robi – nazwa pochodzi od założyciela, który nazywa się Gárdonyi Róbert), uśmiechną się z nazwy smateksu „Angol extra ruha“ czy też usłyszawszy kibiców skandukących „Huj-huj, hajrá!“ – starowęgierskie zawołanie bitewne, którego zakazywano w trakcie meczów z reprezentacją Związku Radzieckiego.

Próby interakcji w węgierskim też mogą dać okazję do doświadczenia tego fenomenu. Jak wiadomo „s“ i „sz“ wymawia się w węgierskim dokładnie odwrotnie jak w polskim. Nie wszyscy jednak to wiedzą. Opowiadał mi kolega o spotkaniu polskich autostopowiczów, którzy próbowali łapać stopa do Segedynu pytając kierowców „szeged“? Ci na szczęście reagowali spokojnie mimo, że pytanie dotyczyło ich, jakby to powiedzieć, zadów. Zresztą – co tam autostopowicze, na warszawskich Bielanach istnieje ulica Szegedyńska (poprawnie byłoby to Segedyńska), tak więc widać, że nie jest to łatwa dla Polaków nazwa miasta.

Uczący się węgierskiego dowiedzą się, że „tutaj“ to „tratwa“, swojskie w pisowni słowo „bizony“ wymawia się nieco inaczej – bizoń – i oznacza „z pewnością“, „baba“ to nie „baba“ ale „małe dziecko“, „kupa“ natomiast to rzecz, o której marzą węgierscy sportowcy bo to mianowicie słowo oznaczające „puchar“. Znajomy, który nazywa się Kutas (wymowa: kutasz, pisownia: kutas), co po węgiersku oznacza „studziennego“, nie mógł się nadziwić wesołości wopistów gdy po raz pierwszy przyjechał do Polski.

Fałszywi tłumacze potrafią być też subtelniejsi. Słowo „polgári“ w słownikowym tłumaczeniu to „mieszczański“. Ta definicja zwiedzie nas na manowce jeśli nie weźmiemy pod uwagę kontekstu kulturowego. Słowo „polgári“ ma na Węgrzech wydźwięk pozytywny, w Polsce „mieszczański“ nie kojarzy się natomiast dobrze. I tak węgierskie „polgári lakás“ przetłumaczymy raczej nie jako „mieszczańskie mieszkanie“ ale „mieszkanie w starym budownictwie“, „polgári család“ to nie tyle „mieszczańska rodzina“ co „dobra rodzina“, i tak dalej.

Jak zabawna i ciekawa może być nauka języków.

Radio Polonia Węgierska 46 / przedchrześcijańskie Węgry

Węgrzy mają bogatą przedchrześcijańską historię – i są jej świadomi. O tym mówię w najnowszym podcaście Radio Polonia Węgierska (25:05). Pełen program podastu oraz mój tekst poniżej.

  1. Powitanie
  2. Serwis
  3. Przegląd prasy
  4. Jeż Węgierski w eterze
  5. Urywki historii
  6. Pożegnanie

Dopiero co mieliśmy święto chrztu Polski. Przyjęło się mówić, że to wydarzenie stanowiło zarazem początek państwa polskiego. Pomijając już kwestię na ile takie podejście jest historycznie uzasadnione warto przypomnieć, że w przypadku Węgier sugestia, że historia państwa – narodu – zaczyna się od chrztu władcy byłyba w oczywisty sposób bezsensowna: Węgrzy mają długą przedchrześcijańską historię.

Przed pojawieniem się w Kotlinie Karpackiej przebyli oni długą drogę ze wschodu. Ich trwająca kilka wieków wędrówka z praojczyzny za Uralem poprzez przystanki koło Uralu, koło Kaukazu, w Etelköz leżącym pomiędzy Donem a dolnym Dunajem doprowadziła do terenów dzisiejszych Węgier. Po drodze prowadzacy często nomadzki tryb życia Węgrzy zetknęli się z szeregiem kultur, co zostawiło ślady w języku. Przybywając do Kotliny Karpackiej Węgrzy byli politycznie i militarnie zorganizowani.

Świadomość tego jest wśród Węgrów obecna. Nawiązania do tego pojawiają się w polityce. Hasło „wiatru ze wschodu” promowane przez Orbána jest tego przykładem. Węgry uczestnicą, jako obserwator, w pracach Rady Współpracy Państw Języków Tureckich co jest kolejnym ukłonem do wschodniego pochodzenia Węgrów.

Choć prawica chętnie odwołuje się do chrześcijańskiego charakteru kraju to jednak spotyka się nawiązania do przechrześcijańskich Węgier. Kult pogańskiego jeszcze wodza Arpada, który przeprowadził podbój Kotliny Karpackiej jest niekontrowersyjny. Gorzej bywa gdy popularny symbol turula, obecnie zwykle traktowany jako część legendarium narodowego, niekiedy odzyskuje swój religijny, pogański charakter. By się o tym przekonać można odwiedzić świątynię w Verőce, której w swoim czasie nie chcieli poświęcić biskupi ze względu na pogańskie symbole, między innymi właśnie turula. Warto zajrzeć też do Dobogókő i obejrzeć sobie tam liczne symbole pogańskie oraz nawiązania do szamanizmu. Mieścić ma się tam jedna z czakr ziemi i to tam właśnie energią mieli się napełniać węgierscy królowie przed koronacją. W internecie można na jej temat znaleźć sporo nie całkiem chrześcijańskich w charakterze materiałów.

świątynia w Verőce
Turul a nie Duch święty

Ciekawą kwestią jest jak w takiej sytuacji uczyć historii. Możliwości jest kilka: można się skupić na historii państwa – wtedy mowa byłaby tylko o okresie od podboju Kotliny Karpackiej ale trzeba by uwzględnić mniejszości w nim żyjące, na historiii terenów – wtedy uwzględniona byłaby również przedwęgierska historia Kotliny, czy też na historii ludu bądź narodu, co uwzględniałoby całą historię wędrówki Węgrów. Sprawdziłem: w szkołach dominuje historia państwa choć uczniowie (trochę) uczą się też o prehistorii Węgrów oraz o historii Acquincum. Na proporcje wpływ na dostępność źróde, dość ograniczona w przypadku tych dwóch ostatnich tematów.

O ile prostsze jest wszystko w Polsce …

Kibic drukker dwa bratanki – artykuł w Polonii Węgierskiej

W najnowszym numerze Polonii Węgierskiej (303) ukazał się mój tekst pt. Kibic drukker dwa bratanki. To skrócona wersja mojej wcześniejszej prezentacji.

***

Kibic drukker dwa bratanki

Kibicowska przyjaźń polsko-węgierska realizuje słynne powiedzenie w całości: są „bratanki”, jest „szabla”, jest rzecz jasna i „szklanka”. Odcisnęła też swoje piętno w warstwie językowej i branży odzieżowej.

Warto może przypomnieć, że na gruncie piłkarskim przyjaźń kwitnie także między kibicami na poziomie klubów. Przyjaźń realizowana jest na kilku płaszczyznach, które choć dają się oddzielić analitycznie, to w rzeczywistości są jednak zwykle nierozewalnie ze sobą związane.

Bratanki

Istnieją kontakty czysto kibicowskie, przede wszystkim odwiedziny na meczach czy wspólnie rozgrywane mecze. Uczestnicy takich wyjazdów biorą udział także w innych kibicowskich atrakcjach, na przykład kibice Śląska Wrocław w trakcie swojego wyjazdu do Budapesztu wzięli udział w demonstracji partii Jobbik, koncercie narodowego rocka, popijawie z węgierskimi narodowcami oraz meczu Ferencvárosu. Istnieje też wspólne kibicowanie ulubionemu klubowi, jako przykład podam tu polskich i węgierskich fanów Juventusu.

Bywają zbiórki pieniędzy na godne przyjęcie kibiców z drugiego kraju. Kibice Diósgyőr wystosowali kiedyś taki apel:

„Chcielibyśmy ich (polskich kibiców) znów tu zobaczyć i dlatego prosimy was o pomoc. Organizujemy zbiórkę na pokrycie oczekiwanych kosztów. W trakcie meczu DVTK-Kaposvár w ten weekend będą wystawione pudełka przy wejściach i prosimy wszystkich, dla kogo ważna jest przyjaźń polsko-węgierska i którzy chcieliby nam pomóc w organizacji wizyty, by wrzucili jakąś kwotę do pudełka.” („Magyar-lengyel barátság”, amigeleken.hu, 2014, tłum. autor)

Niekiedy kibice rozgrywają ze sobą mecze, jak to miało miejsce w przypadku grup z Rzeszowa i Nyíregyháza w marcu 2014 roku.

Ważna jest solidarność międzyklubowa. Aczkolwiek, o ile wiem, nie ma specjalnych zgód między klubami polskimi i węgierskimi (zgoda to przyjaźń między kibicami poszczególnych klubów, często przejawia się ona współpracą między klubami, np. wymianą młodych graczy lub akcjami promocyjnymi). Nie słychać też, by któreś kluby „miały ze sobą kosę” (przeciwieństwo zgody), choć sympatie i antypatie krajowe przenoszą się niekiedy na grunt międzynarodowy: jeśli ci lubią moich wrogów, to będę ich unikał, itd.

Przyjazne relacje między klubami prezentują się następująco (nie jest to wyczerpująca lista):

• Videoton Székesfehérvár – Raków Częstochowa
• Újpest – Legia i Pogoń Szczecin
• Ferencváros – Śląsk Wrocław, Bałtyk Gdynia i Ruch Chorzów
• Diósgyőri VTK – GKS Bełchatów i Wisła Sandomierz
• Sopron – Odra Opole
• Debrecen – Stal Rzeszów
• Spartacus Nyíregyháza – Resovia Rzeszów
• Szeged – Wisłoka Dębia
• Győr – Unia Tarnów

Jak powstają takie zgody? Zwykle przez budowanie nieformalnych kontaktów, potem włącza się logika „wróg mego przyjaciela jest moim wrogiem”, jak to było w przypadku klubów z Rzeszowa.

„Początkiem znajomości na linii Raków-Videoton był wyjazdowy mecz Videotonu w Pucharze Europy z Slovanem Bratysława, na którym pojawiło się 17 fanów Rakowa. Kolejny mecz, na którym byli obecni fani Rakowa w liczbie 7 osób, został rozegrany na ziemi węgierskiej, rywalem był wówczas Trabzonspor. 14 osób z dwiema flagami uczestniczyło w eskapadzie do Belgii, gdzie Videoton w Pucharze Europy podejmował Genk. Tydzień temu 33 osoby wspierały Videoton na ich własnym stadionie w meczu z Ferencvarosem. Fani Videotonu byli obecni na naszej wczorajszej wyjazdowej wyprawie do Sosnowca w 13 osób.” (źródło: http://www.rakow.com.pl/archives/5120)

Kibice poszczególnych klubów często świetnie się orientują w sytuacji zaprzyjaźnionego klubu lub ich kibiców, a w przypadku kłopotów wyrażają solidarność. Za przykład niech posłuży przyjaźń Legii Warszawy i Újpestu. Gdy w areszcie przebywał Piotr Staruchowicz „Staruch”, przywódca kibiców Legii, kibice Újpestu wywieszali popierające go transparenty, a nawet organizowali zbiórki pieniędzy dla niego (jeden z kibiców zaoferował na aukcję koszulkę znanego piłkarza Lipcseiego). Kibice Legii odwdzięczali się popierającymi transparentami, gdy Újpest znalazł się w trudnej sytuacji finansowej.

Ważnym elementem jest celebrowanie przyjaźni polsko-węgierskiej. Okazję do tego daje ustanowiony w 2007 roku na 23 marca Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej. Na meczach pojawiają się specjalne oprawy lub transparenty, rozgrywane są niekiedy specjalne spotkania.

W Tarnowie, miejscu urodzin Józefa Bema, przyjaźń polsko-węgierską celebruje się bardziej niż gdzie indziej, a kibice biorą aktywny udział w obchodach. Świętowana jest też w internecie w formie okolicznościowych wpisów, odnoszących się do wspólnej historii obu narodów. Wrzucane są montaże, klipy wideo czy też piosenki.

Okazję do podkreślania więzów polsko-węgierskich dają też rocznice historyczne. Szczególną rolę odgrywają tu nawiązania do roku 1956, kiedy to miało miejsce powstanie na Węgrzech i zamieszki w Poznaniu. Widowiskową oprawę przygotowali kibice Śląska Wrocław na meczu z Lechem Poznań w maju 2013 roku. Hasłem wydarzenia było „Braterstwo narodów zobowiązuje – razem stanęli przeciw komunie”, skandowano także „Precz z komuną”, „Cześć i chwała bohaterom”, „Bóg, Honor i Ojczyzna” oraz „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Relacje o tym pojawiły się zarówno w polskiej prasie kibicowskiej i prawicowej, jak i na węgierskim portalu skrajnej prawicy kuruc.info. Filmik z oprawy robił furorę w internecie.

Gadżety i symbole

Istotny jest materialny aspekt subkultury kibicowskiej: odzież, szaliki, flagi, vlepki, a także graffiti uliczne.

Ciekawą inicjatywą był „Sklep kibola”, który pod taką właśnie polską nazwą funkcjonował przez kilka miesięcy w Budapeszcie (obecnie zamknięty). Sprzedawano tam polską odzież kibicowską, szaliki, flagi, płyty.

Popularny wśród kibiców był pomysł przerobienia spalonej po raz kolejny tęczy na placu Zbawiciela w Warszawie na symbol przyjaźni polsko-węgierskiej. Ilustruje to dobrze prowęgierskie sympatie kibiców, a także ich niechęć do środowiska LGBT+. Złośliwi zauważyli, że kolory flagi węgierskiej do złudzenia przypominają kolory Legii.

Szabla

Kibiców obu krajów łączy nie tylko sympatia między narodami, ale także wspólne poglądy polityczne. Kibice to prawica, często skrajna. Choć kibice nie angażują się raczej w działalność partyjną, to jednak chętnie biorą udział w skrajnie prawicowych demonstracjach (także w innych krajach) i demonstrują swoje poglądy na stadionach.

Oglądanie meczu Węgry-Rumunia w marcu 2013 roku (mecz był rozgrywany przy pustych trybunach) poprzedził koncert zespołów grających narodowego rocka, a organizatorzy zachęcali do przynoszenia transparentów z wielkimi Węgrami, flag z pasami Árpádów lub też flag seklerskich.

Kibice wspierają się także w akcjach politycznych. Wspomnianą flagę seklerską, będącą symbolem walki o autonomię Seklerszczyzny, kibice polscy wywiesili na meczu Zagłębie Lubiń – Sandecja Nowy Sącz w 2014 r. A na meczu Polska-Rumunia w 2009 roku pojawiła się flaga z kształtem wielkich Węgier.

Wielkie Wyjazdy na Węgry organizowane przez kluby „Gazety Polskiej”, w których uczestniczyli także kibice, były obficie relacjonowane w mediach, niewiele pisano jednak o rewizytach Węgrów w Polsce. Oto fragment relacji węgierskiego kibica z Marszu Niepodległości w 2013 roku, kiedy to spalono budkę strażniczą przed Ambasadą Rosji w Warszawie:

„(…) po zakwaterowaniu udaliśmy się do ambasady węgierskiej.

(…) Przed ambasadą spotkaliśmy się z kolegami z Újpestu, którzy podobnie jak kilku z nas byli w „nieświeżym” stanie. (…) słowacką ambasadę, która wypadała po drodze zaszczyciliśmy paroma dobranymi wyrażeniami, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że tu inaczej się te sprawy załatwia.

Na placu zbierał się tłum. Zbierały się ładnie brygady chuliganów z różnych miast.

(…) Wielu twardo, zdyscyplinowanie, w jednakowych maskach i strojach.(…) Mieliśmy szczęście oglądać na żywo, z kilku metrów, podpalenie budki strażniczej przed ambasadą rosyjską. Wszyscy pomyśleliśmy o jednym: Budapeszt, czwarty czerwca, Ambasada Rumunii.” (www.ultrasliberi.hu tłum. autor)

Polityka dla kibiców to nie tylko „wielkie idee”, ale także konkretne sprawy, które ich dotyczą, a więc przede wszystkim regulacje związane z bezpieczeństwem imprez masowych, a także egzekwowanie zakazów mowy nienawiści, które oni postrzegają jako próby ograniczenia swobody wypowiedzi. Na Węgrzech w swoim czasie kibicowskie twarde jądro bojkotowało nowe stadiony z powodu nowego systemu identyfikacji kibiców.

Warstwa językowa

Polskim kibicom język węgierski zawdzięcza nowe słowo: „ustawka”.

Zwyczaj organizowania ustawek, czyli umawianych masowych bójek między grupami kibiców, przyjął się na Węgrzech właśnie za pośrednictwem naszych rodaków, choć nie w Polsce go wymyślono. Polscy kibice cieszą się na Węgrzech dużym szacunkiem z powodu swojej waleczności przejawianej w ustawkach. Węgrzy przyswoili sobie termin i obecnie organizują własne ustawki, z których relacje można znaleźć w internecie (także po angielsku!) a nawet przeprowadzili losowanie „spotkań” nieformalnej ligii ustawkowej. Poza ustawkami odbywają się niekiedy tradycyjne starcia uliczne. Wiadomo, że kibice węgierscy wykorzystują w nich zaprzyjaźnionych kibiców polskich.

„Ustawka” posłużyła za nazwę nieistniejącej już węgierskiej firmie produkującej odzież kibicowską. Obok odzieży sprzedawała ona również takie artykuły niezbędne do kibicowania jak ochraniacze na zęby. Jej autoprezentacja brzmiała tak:

„Walka mężczyzn, zawody honorowych i odważnych wojowników. Symbol wartości coraz bardziej znikających z dzisiejszego świata, słowa honoru i braterstwa broni. Na bazie tych wartości stworzyliśmy w pełnej mierze węgierską markę USTAWKA. Markę dla tych, którzy chcą nosić w czasie treningu, pracy czy też odpoczynku ubrania wygodne a przy tym wysokiej jakości. (…) Nasze produkty są dla tych, którzy chcą się wybić z tłumu i być czymś więcej niż przeciętnymi.”

Warto też przypomnieć, że początki polskiego futbolu związane są z Węgrami. To oni stanowili dla nas wzór i to od nich uczyliśmy się gry w piłkę nożną – wśród trenerów naszych drużyn było wielu Węgrów. Znalazło to swoje odbicie w języku polskim – skórzaną, szytą piłkę nazywano wtedy „węgierką”.

Szklanka

Nie można zapomnieć o wspólnym piciu. Wszelkie relacje z kontaktów dwustronnych zawierają nawiązania do tej jednoczącej czynności. Weźmy dwa przykłady. Polacy w Budapeszcie:

„Na miejscu sympatyczna atmosfera, młodzi ludzie, flagi, piwo, mocniejsze napitki i chleb ze smalcem i cebulą. Wieszamy braterską flagę i wyciągamy polską wódkę. Śpiewamy „ria, ria, Hungaria” (wielkie, wielkie Węgry), za co otrzymujemy potężne brawa, później Węgrzy śpiewają „Wielka Polska” i nie tylko.

Polska wódka zrobiła wśród Węgrów furorę, zresztą G też. Nasz zawodnik został okrzyknięty przez Węgrów mistrzem świata w pewnej konkurencji, którą namiętnie trenuje. (…) Ogólnie spokój, poza chwilowym nerwem jednego z uczestników wyprawy – cóż: palinka, paprykówka, piwo…“ (fanatik.ogicom.pl)

Węgrzy w Polsce:

„Po przekazaniu prezentów w piciu następuje dramatyczny zwrot. Nasi polscy przyjaciele o palince zapamiętali tyle, że robi się ją w domu. Zatem i oni poczęstowali nas czymś domowym. To bimber. Przygotowanie i picie odbywa się w zasadzie tak samo jak w przypadku powitalnego picia naszej palinki, czyli nalewanie, trącanie się, „na zdarowie”, „egessegedre”, i …“ (http://ultrasliberi.hu/huliganfoldon-a-kartya-masik-oldalan/, tłum. autor)

Jak widzimy, przyjaźń między kibicami z Polski i Węgier poprzez kultywowanie wszystkich aspektów przysłowia “Polak Węgier dwa bratanki” wpisuje się w kontynuację tej idei, to bratanki, szabla i szklanka nabierają tu niekiedy znaczeń, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni.