Aleksandar Zograf o Miklósu Radnótim

O serbskim grafiku Aleksandrze Zografie (pseudonim Sašy Rakezicia) miałem przyjemność już pisać wcześniej. Niedawno dowiedziałem się o czytelnika Miłosza (dzięki Miłoszu!), że Zograf wydał komiks o węgierskim poecie Miklósu Radnótim. Komiks przetłumaczyłem, oto on.

Poniżej piszę nieco o tym jak doszło do jego powstania i o jego szerszym kontekście. Ale najpierw oddaję głos Zografowi – i Radnótiemu.

Zainteresowawszy się komiksem o Radnótim, umówiłem się z Zografem na rozmowę przez skype’a by się dowiedzieć skąd pomysł na taką publikację.

To dłuższa historia, jak mi opowiedział Zograf. Jego rodzice mają domek letni w leżącej niedaleko Boru Gamzigradskiej Banji, dlatego też spędził on w tej okolicy niejedne wakacje. Na temat miasteczka zrobił komiks, który opublikował we włoskim tygodniku Internazionale. Trafił na niego tam włoski fotograf Emanuele Mascioni, którego zaintrygowało to miejsce. Choć na codzień zajmuje się fotografią modową, zdecydował się zrobić materiał o tym górniczym miasteczku. Zdjęcia pokazano na wystawie w budapeszteńskim Instytucie Włoskim w ramach festiwalu fotografii. Mascioni poprosił Zografa, który go zainspirował do podjęcia tematu, by ten napisał wstęp do wystawy, i tak obaj znaleźli się w Budapeszcie.

Wszyscy ludzie, którzy przyszli na otwarcie wystawy kojarzyli Bor jako miejsce gdzie więziony był Radnóti. Zograf wtedy usłyszał o nim, jak mi powiedział, to był moment, kiedy zainteresował się jego postacią. Mascioni zaproponował mu by stworzył komiks, który mógłby być pokazywany razem z jego zdjęciami. Tak też się stało, odbyły się już dwie ich wspólne wystawy w instytutach węgierskich w Rzymie i w Belgradzie.

Biblioteka w Borze, która w 1979 roku opublikowała wiersze Radnótiego (w przekładzie Danilo Kiša) a teraz postanowiła dokonać ich ponownego wydania zwróciła się do Zografa z prośbą by zgodził się na umieszczenie swojego komiksu w tym nowym wydaniu, które w międzyczasie się już ukazało. Komiks włączony też został do wystawy na temat pracy przymusowej, którą zorganizował Instytut Goethego w Belgradzie.

Zograf opowiedział mi, że pracę nad komiksem poprzedził dłuższy proces zbierania informacji. Poza samym ustalaniem faktów związanych z obozem w Borze oraz samym Radnótim, Zograf dużo uwagi poświęcił kwestiom wizualnym: jak wyglądały wówczas mundury niemieckie i węgierskie, jak wyglądał obóz, itd.

Osoba Alberta Csillaga opisanego w komiksie jest ważna dla Zografa. To artysta, który stracił życie za to co narysował, dla twórcy komiksów to w naturalny sposób ważna postać.

Niesamowite jak żywa jest pamięć o Radnótim w samym Borze. Jest on chyba najbardziej znanym więźniem obozu. Wspomniałem już o bibliotece, która prowadzi szereg działań związanych z jego postacią. W miasteczku stoi pomnik poety, drugi już bo pierwszy, stojący w bardziej odludnym miejscu, został ukradziony, zapewne na złom.

Bor, autor: Béla Szabó

Ciekawostką związaną z pomnikiem Radnótiego jest to, że stoi on w kilku miastach. Poza Borem ta praca znanego węgierskiego rzeźbiarza Lajosa Vargi znajduje się w Budapeszcie, Mohácsu i Sajgótarján.

Budapeszt
Mohács, źródło: utazzitthon.hu
Sajgótarján, źródło: kozterkep.hu

I na koniec jeszcze jedno: komiks o Radnótim jest częścią nowej książki Zografa zawierającej historie z okresu drugiej wojny światowej. Ukazała się ona po serbsku w odcinkach w tygodniku Vreme, po niemiecku wychodzi w marcu a po włosku we wrześniu. Kiedy polskie wydanie?

Węgierskie wydanie Zeszytu z Boru, tomik wierszy i faksymile zeszytu
Faksymile wierszy Razglednica 2 i Razglednica 3
Oryginalna okładka zeszytu

Wnuk mordercy-strzałokrzyżowca

Parę dni temu podczas obchodów siedemdziesiątej piątej rocznicy wymordowania 328 osób w XII dzielnicy Budapesztu (ofiarami byli Żydzi a sprawcami strzałokrzyżowcy, węgierski odpowiednik nazistów, ciekawostka: ich lokalnym przywódcą był wówczas oszalały z nienawiści franciszkanin ojciec Kun) burmistrz tej dzielnicy Zoltán Pokorni wygłosił przemówienie [HU]. Nawiązał w nim do swojego dziadka Józsefa Pokorniego, który w tamtym okresie, a trwało wówczas oblężenie Budapesztu, przyłączył się do strzałokrzyżowców i wziął aktywny udział we wspomnianych morderstwach w budynkach przy ulicach Maros, Alma i Városmajor, niejednokrotnie odgrywając rolę przywódczą.

Zoltán Pokorni, źródło: wikipedia

Pokorni powiedział między innymi:

To nie jest miejsce, gdzie powinienem się zastanawiać jak z człowieka robi się morderca. […] Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Tu załamał mu się głos i dłuższą chwilę milczał.

Zapowiedział też, planuje powrócić do kwestii list ofiar umieszczonych na pomnikach a także powrót do kwestii użycia symbolu Turula w pomniku w dzielnicy, w której jest burmistrzem. Do współpracy zaprosił historyków: Gergő Bendegúza Cseha, dyrektora Archiwum Państwowych Służb Bezpieczeństwa, Tamása Kovácsa, dyrektora Centrum Pomięci Holocaustu oraz historyka Krisztiána Ungváryego. 

To wymaga pewnego wyjaśnienia. Pomnik w kształcie Turula, ptaka z mitologii węgierskiej, który został zawłaszczony przez skrajną prawicę, postawił poprzedni burmistrz w 2005 roku. Pomnik był postawiony bez pozwolenia, zalegalizowano go dopiero po długich sporach prawnych.

Pomnik Turula w XII dzielnicy, źródło: wikipedia

Turul miał upamiętniać ofiary wojny. Ich listę umieszczono na cokole, wśród nazwisk był i dziadek Pokorniego, który zginął od postrzału, dlatego zresztą uniknął powojennych rozliczeń.

Krytycy zarzucali pomnikowi, że pod symbolem oprawców próbuje upamiętnić i ofiary i ich morderców.

Pokorni, którego w międzyczasie wybrano na burmistrza dzielnicy, bronił pomnika proponując rozwiązanie kompromisowe: Turul miał upamiętniać ofiary wojskowe, ofiarom cywilnym miano postawić inny pomnik zlokalizowany gdzie indziej.

Artykuł na temat czynów dziadka Pokorniego ukazał się w październikowym numerze czasopisma Mozgó Világ [HU]. Było to już po jesiennych wyborach lokalnych. Pokorni, jako burmistrz dzielnicy wybrany właśnie na kolejną kadencję, zaproponował na posiedzeniu samorządu by nazwisko jego dziadka usunąć z tablicy na pomniku. Obecne przemówienie było kolejnym gestem jaki uczynił w odpowiedzi na rewelacje tekstu.

Autor publikacji, dziennikarz László Rab, powiedział, że opisane fakty zna od już od 2008 roku ale nie chciał się zaczynać od nowa dyskusji „ojcowie-synowie” jak na Węgrzech nazywa się wyciąganie osobom publicznym czynów ich rodziców – zwykle ojców. Pokorniemu właśnie wyciągnięto w 2002 roku, że jego ojciec, złamany w komunistycznym więzieniu, przez lata działał jako agent pod pseudonimem János Pákozdi. Polityk ustąpił wówczas ze stanowisk w Fideszie, a stał wówczas w partii wysoko bo był przewodniczącym partii i szefem frakcji. Na tym się skończyła się jego kariera krajowa (przedtem był ministrem oświaty).

Przemówienie Pokorniego odbiło się szerokim echem. Wielu przyjęło jako szczery głos pojednania. Stojący po drugiej stronie politycznej barykady burmistrz Budapesztu Gergély Karácsony napisał na facebooku:

Przyszłość domaga się wyznania win przeszłości, szczerego spojrzenia im w twarz. Naszymi rodakami były nie tylko ofiary koszmarnych zbrodni XX wieku ale i ich sprawcy. Wstrząsająca jest odwaga burmistrza Zoltána Pokorniego, żywię do niego za to wielki szacunek.

***

Ta historia rodziny jednego człowieka dla mnie szerzej symbolizuje sam kraj.

Jest tu przeszłość, nieznana bądź też przemilczana. O ile wiemy, Pokorni nie znał historii ojca-agenta. Nie wiadomo jednak ile wiedział o swoim dziadku. Czy świadomy był jego czynów kiedy bronił pomnika Turula? Jeśli tak, dlaczego zdecydował się wnioskować o usunięcie jego nazwiska z pomnika dopiero po ukazaniu się artykułu w Mozgó Világ?

(Swoją drogą warto przypomnieć tu historię polityka Jobbiku, który dowiedział się o sobie, że jest Żydem.)

Jest też instrumentalne użycie historii do bieżącej polityki. Węgry zamykają listę jeśli chodzi o rozliczenia z komunizmem, tutejsze archiwa są trudno dostępne. Ktoś, kto wiedział o agenturalnej przeszłości ojca Pokorniego był na tyle uprzywilejowany, że miał do nich dostęp. Nie wiemy kim był, wiadomo tylko, że po ujawnieniu tych faktów Pokorni wycofał się z pierwszego szeregu polityki.

Poprzez pomnik Turula mamy też przykład upolitycznego sporu o historię. Jak to jest możliwe by nazwisko takiego zbrodniarza jak dziadek Pokorniego mogło znaleźć się na pomniku – i to w dodatku razem z nazwiskami ofiar? Dlaczego rozmywa się odpowiedzialność za zbrodnie mieszając ofiary z oprawcami?

Dalej, Holocaust na Węgrzech prezentowany jest w dominującej formie jako problem żydowski, ewentualnie coś pomiędzy Żydami a Niemcami, Żydzi traktowani są jako osobna kategoria ludzi. Postać Józsefa Pokorniego przypomina, że w dramacie Holocaustu Węgrzy też mieli swój udział.

Mamy wreszcie, i tu już pozytywniej, moment kiedy uznanie ciemnych momentów z przeszłości nie musi być dowodem słabości ani oznaką poniżenia ale raczej aktem oczyszczenia, umożliwiającym budowę przyszłości nie zaprzeczającej zbrodni, które miały kiedyś miejsce a przy tym wyzwolonej od destrukcyjnego po dziś dzień charakteru ich negowania.

Szacunek dla Zoltána Pokorniego.

ewangelia według Yisroela Bessera

Pisałem kiedyś o cudownym rabinie Sájele (Yeshayah) Steinerze, który żył w Bodrogkeresztúr, a którego grób przyciąga obecnie coraz większe tłumy pielgrzymów w rocznicę śmierci (Jahrzeit). Wśród mieszkańców wsi te najazdy pielgrzymów wywołują przerażenie. Ta z jednej strony ogromna popularność rabina wśród Żydów a z drugiej obojętność Węgrów wobec jego osoby połączona z brakiem wiedzy o nim zainteresowały mnie (w wikipedii nie ma na jego temat artykułu w języku węgierskim, jest tylko po hebrajsku, w jidysz i po polsku), więc gdy okazało się, że sąsiad chasyd ma, angielskojęzyczną książkę na jego temat pt. Reb Shayele. The Warmth and Wonder of Kerestir, autor rabin Yisroel Besser, chętnie ją od niego pożyczyłem.

Książka ma podobny charakter do cytowanej w poprzednim wpisie na ten temat węgierskiej publikacji tyle, że jest znacznie obszerniejsza. Tekst zorganizowany jest w rozdziały, te w krótkie historyjki łudząco przypominające katolickie hagiografie. Rabin był dobry, mądry, skromny, pomagał innym, nie dbał o siebie a o potrzebujących, mówią nam te teksty.

Językowo interesujące się użycie masy słów z jidysz nawet wtedy gdy mają one oczywisty odpowiednik w dowolnym innym języku jak na przykład Yid czyli Żyd. Autor z jednej strony pewnie nie chciał pozbawiać słów w jidysz ich szczególnych odcieni znaczeniowych a z drugiej pewnie liczył na to, że czytelnicy, mimo że wybrali książkę po angielsku, będą te słowa jednak znali.

Co ciekawe, historyjki o rabinie Steinerze miejscami nabierają charakteru nie tyle hagiografii co wręcz ewangelii. Weźmy taką, w której cud dokonuje się za pomocą kostki cukru (pojawia się ona także w innych historyjkach) czyli kotzke tzuker.

Kostki cukru jako katalizator ozdrowienia i ocalenia

Mimo, że cotygodniowy Melaveh Malkah seudos przyciągał wszelkiego rodzaju uczestników, jeden z niż wyróżniał się tym, że nie był Żydem. Reb Naftali Yehudah Fogel był wówczas dzieckiem, który widział jak jeden z chasydów podszedł do obcego i zaoferował pomoc.

Gość przedstawił się jako doradca ważnego ministra. Minister chciał rozmawiać z Rabinem, czekał w samochodzie na zewnątrz. Chasyd powiedział Rabinowi, że czeka na niego minister, Rabin odpowiedział by wprowadzić dygnitarza do środka. Posadzono go koło Rabina. Korzystając z tłumacza opowiedział on bolesną historię swojej ukochanej córki, która cierpiała na chorobę jakiej żaden lekarz nie był w stanie wyleczyć.

Znajomy Żyd opowiedział ministrowi o tschude Rebbe i nie mając innych możliwości minister uznał, że musi spróbować. „Proszę” powiedział wśród łez, „pomóż mojej córce.”

Rabin sięgnął do półki sefarim i zdjął z niej trzy kostki kotzke tzuker. Nalał na nie wody, zawinął w kawałek papieru i wręczył ministrowi. „Weź je i daj twojej córce. Kiedy skończy je jeść będzie zdrowa.”

Minister kręcił głową nad niezrozumieniem sytuacji przez Rabina. „Moja córka nie rusza się już od tygodni. Nie jest w stanie ruszyć nawet palcem, a co dopiero jeść cukier!”

Rabin nie odpowiedział. Powtórzył tylko instrukcje i życzył ministrowi wszystkiego dobrego. Ten pocałował Rabina w rękę i wyszedł.

Gdy wrócił do domu zobaczył, że córka siedzi czekając na jego powrót. „Tato, proszę, daj mi cukier od tchudde Rebbe”, powiedziała. Zjadła go i poczuła się lepiej.

Parę tygodni później minister powrócił, tym razem z córką. Przyszli podziękowaś Rabinowi a minister zastanawiał się jak mógłby zapłacić za nieocenioną usługę Rabina.

„Nie chcę żadnych pieniędzy”, powiedział Rabin. „Proszę tylko o to by kiedykolwiek miałbyś okazję pomóc Żydom pamiętaj co się tu stało.”

„I ty też”, wrócił się Rabin do córki. „Kiedy będziesz dorosła wyjdziesz za potężnego ministra. Pamiętaj, bądź dobra dla Żydów!

Przez lata ozdrowienie, którego dokonał Rabin przyniosło ocalenie dla Żydów, którym pomogli minister i jego córka.

Czyż nie przychodzi tu na myśl Jezus ozdrawiający syna urzędnika królewskiego? Czy kostka cukru nie przypomina błota, jakie Jezus zrobił splunąwszy na ziemię i poprzez które potem uzdrowił ślepego?

Zastanawiam się skąd te podobieństwa. Czy po prostu wpadła mi w ręce opisujące życie i czyny rabina Steinera ewangelia według Yisroela Bessera? Czy też ewangelie to takie same opowieści o cudownym rabinie Jezusie? Nie zdawałem sobie sprawy jak bliskie są sobie te żydowska i chrześcijańska narracje.

Węgierska Ida

W kinie węgierskim nie ma w zasadzie filmów rozliczeniowych, nie znajdzie się tu odpowiednika Pokłosia, Idy czy choćby Wyroku na Franciszka Kłosa. Brak też filmów dotykających problemów społecznych jak weźmy Dług czy Cześć Tereska. W tym kontekście unikalny i dlatego (choć nie tylko) wart  zobaczenia jest film Ferenca Töröka pt. 1945.

Akcja filmu to parę godzin letniego dnia właśnie 1945 roku. Wojna dopiero co skończyła się we wsi położonej koło linii kolejowej. Atmosfera jest senna od upału. Wójt, a może burmistrz gdyż to może być małe miasteczko, szykuje ślub syna.

Na stację przyjeżdża pociąg, wysiada z niego dwóch Żydów. Wyładowują dużą skrzynię, wynajmują furmana i ruszają w stronę zabudowań prowadzącą polami drogą.

Ich przybycie elektryzuje mieszkańców:

-Wracają
-Ilu?
-Na razie dwóch

Ten dialog streszcza źródło napięcia. Bo stąd niedawno wywieziono Żydów, burmistrz przejął sklep najbogatszej rodziny, inni zajęli domy czy ruchomości żydowskie. Był kto aktywnie pomógł w wywózce pisząc donosy. Nikt nie ma czystego sumienia. Przybycie Żydów, którzy nic nie mówią i niczego od mieszkańców miasteczka nie chcą, samo w sobie budzi dotąd tłumione wyrzuty sumienia. Te wyrzuty sumienia niszczą ich – często dosłownie.

Końcowa scena na cmentarzu – Żydzi przywieźli pamiątki po swoich bliskich, którzy zginęli bez śladu i teraz te pamiątki grzebią zamiast ciał – kiedy burmistrz „uroczyście obiecuje pamięć o ofiarach” to program dla mieszkańców jak mają sobie radzić z tą niesłychaną zbrodnią, która miała miejsce tuż obok nich i z której nie wyszli czysto: pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie.

Film wciąga nie tylko swą fabułą ale i sposobem w jaki ją opowiada. Sam Holocaust przedstawiony jest pośrednio. Na filmie nie ma przemocy, wywózki, mordów ale i tak jest on przerażający, doświadczamy go poprzez wyrzuty sumienia mieszkańców, widzimy go w targającym ich szaleńczym strachu.

Nie bez znaczenia jest warstwa wizualna. Film jest biało-czarny, jakby przejmując tonację ubrań przybywających Żydów, obrazy z wioski są wysmakowane, każdy kadr to osobna kompozycja (dzieło László Rajka). Z lekka hiperaktywny główny bohater burmistrz (Péter Rudolf) nie pozwala oderwać od siebie oczu.

Idylliczny letni dzień zakłócony pojawieniem się żydów skrywa zresztą więcej problemów, z którymi żyją mieszkańcy. Po okolicy szwędają się żołnierze radzieccy, z osobą powracającego z niewoli żołnierza pojawia się zapowiedź nowego systemu. Choć są one w filmie tylko zarysowane widać, że w ich życiu nic już nie będzie jak było.

Węgry, których metaforą to filmowe miasteczko jest, po wojnie Holocaust traktowały właśnie w myśl programu „pamięć (zdawkowa) tak, rozliczenia nie”. Jak dotąd żadne próby przeorania świadomości społecznej w tej sprawie nie wywołały katarktycznej reakcji, nie wydaje się by i ten film wiele tu zmienił: dyskusji porównywalnych do wspomnianej Idy nie było. Mimo to dobrze, że powstał.

Wojwodina – dzień 2

Drugi dzień zaczynamy od zwiedzania Suboticy. Znalazłem ich spis na stronie Irány Szabadka, wybrałem spośród nich tego, który znał najwięcej języków i był to strzał w dziesiątkę. Attila Novák, jak się później okazało, nauczyciel angielskiego i hiszpańskiego w gimnazjum masę wszystkiego wie, jest typowym lokalsem i w dodatku bardzo lubi swoją Szabadkę bo tak się to miasto po węgiersku nazywa.

nazwy w Suboticy są podawane w trzech językach: serbskim, chorwackim i węgierskim

Subotica nie jest dużym miastem – ma jakieś 120 tysięcy mieszkańców – ale w przeszłości jej relatywne znaczenie było większe. W momencie powstania Jugosławii była przez pewnien okres największym miastem w tym kraju, także w okresie węgierskim zaliczała się do największych miast. Synagoga i urząd miejski, o których zaraz, były drugimi pod względem wielkości budynkami tego typu na Węgrzech.

Co ciekawe mimo, że Subotica jest nieco tylko większa od takiego Szolnoku ma w sobie zdecydowanie wielkomiejski sznyt. Budynki są bogatsze, historyczne zabytki pokazują, że w swoim czasie konkurowały z najlepszymi, kawiarnie eleganckie – i pełne nawet rano. Tak się nie żyje na prowincji, tak się żyje w dużych miastach.

Attila wprowadził nas do synagogi, która zwykle jest zamknięta dla zwiedzających. Do tej pory tę perełkę charakterystycznej węgierskiej secesji odnowiono tylko z zewnątrz ale i nieodnowione wnętrze również robi wrażenia. Plany węgierskich architektów Marcella Komora i Dezső Jakaba, pierwotnie zrobione dla Szegedu ale tam nie przyjęte, tutejsza wspólnota żydowska wybrała by podkreślić swoje przywiązanie do węgierskości. Po ukończeniu remontu ma tu być sala koncertowa, ale niekiedy będzie służyć dla uroczystości żydowskich.

z zewnątrz

wewnątrz

ten rodzaj ławek podobno jest typowy dla zborów kalwińskich

kopuła

witraż Miksy Rótha

ciekawostka: w sklepie na miejscu tej apteki pracował kiedyś, podobno okradając pracodawcę, Mátyás Rákosi

Urząd miejski, również dzieło Komora i Jakaba, postawiono zburzywszy uprzednio istniejący gmach, który w opinii ówczesnych władz miejskich przestał odpowiadać pozycji i ambicjom miasta. Ten niezwykle zdobny budynek imponuje nie tylko ilością zdobień wypieszczonych w każdym detalu ale i wspaniałym stanem, w jakim się znajduje.

urząd w nocy, pod folią schowana na zimę fontanna z cennymi kafelkami (o ciekawym węgierskim zwyczaju pakowania pomników na zimę pisałem już tu)

Najpiękniejsza jest wielka sala posiedzeń rady miejskiej, która służy niekiedy za salę koncertową a dla osób skłonnych by wysupłać sumę około 140 euro również jako miejsce do zawarcia małżeństwa (nieodpłatnie śluby udzielane są w sąsiedniej, mniejszej ale także bardzo pięknej sali).

wielka sala

sklepienie

detale w różnych częściach budynku – tak, ten ostatni to turul

Ciekawe są witraże, dzieło słynnego węgierskiej witrażysty (ma muzeum w Budapeszcie) Miksy Rótha, który jest też autorem witraży w synagodze. Przedstawiają kilkanaście ważnych postaci w historii węgierskiej. Fascynujący jest zawsze dla mnie taki wybór: jak się decyduje, że ten tak a ten już nie? Witraże w czasach komunizmu były schowane w piwnicy, potem wstawiono je ponownie do okien, które jednak zasłonięto czarnymi kotarami aż jakiś ważny towarzysz zdecydował, że nie ma co się bać martwych królów i witraże znów można było oglądać. Niesamowity jest też dla mnie kult Habsburgów na Węgrzech: na witrażach w centralnym miejscu stoją Franciszek Józef oraz Maria Teresa. Traktuje się ich jak własnych królów a nie zaborców.

na lewo FJ, na prawo MT

Na wieżę można wejść, stamtąd rozpościera się piękny widok na miasto, żaden inny budynek nie jest dość wysoki by go zasłonić.

synagoga widziana z wieży

Dziś te budynki to zabytki, klasyki węgierskiej, ale kiedyś przecież wymagało to ogromnej odwagi ze strony obywateli Szabadki by zdecydować się na tak nowoczesne rozwiązania.

ciekawostka: na bannerze reklamującym hotel jest odwołanie do artykułu w New York Times, który wpomniał Suboticę wśród „miejsc do odwiedzenia”.

Po urzędzie miejskim obejrzeliśmy ostatnią perełkę tutejszej secesji: pałacyk Reichla. Reichl był tutejszym architektem, który kupił sobie parcelę naprzeciw ulicy prowadzącej do dworca. To w swoim czasie był prestiżowy adres więc mimo, że chciał mieć tylko zwykły dom rodzinny władze miaste kazały mu zbudować pokaźniejszy budynek, którym cieszymy się i dzisiaj.

pałacyk Reichla, dziś jest tam muzeum

Przechadzkę zakończyliśmy w kawiarni Boss mieszczącej się na tyłach pałacu. Jej właścicielem jest jeden z najważniejszych tutejszych przedsiębiorców Lajos Csákány. Dostał on to miejsce pod warunkiem odrestaurowania tylnej części pałacu, co z pietyzmem wykonał, między innymi sprowadzając dachówki z fabryki majoliki Zsolnay w Peczu.

Wieczorem poszliśmy na spacer po Paliczu, czyli letniskowym przedmieściu Suboticy rozłożonym nad jeziorem. Miało ono kiedyś właściwości letnicze ale po katastrofie ekologicznej w latach 70-tych, kiedy wskutek wymarcia całego życia trzeba było wymienić całą wodę, je utraciło.

Nad jeziorem nastrój monarchii. Sporo budynków z przełomu wieku, pawilon kąpielowy dla kobiet Komora czy wieża wodna wnoszą elementy secesji. Mimo, że Serbia nie jest bogata w tej chwili zdumiewa świetny stan w jakim się znajdują.



pawilon kąpielowy

willa – takich jest tu więcej


Przerażenie w Bodrogkeresztúr

Na Bodrogkeresztúr padł strach. W nieco ponadtysięcznej wiosce leżącej w regionie tokajskim pojawiło się kilka tysięcy żydów, i to w dodatków ubranych na czarno chasydów. Wieś poczerniała nagle, mówiono. Czego tu chcą, będą zabierać? Dlaczego przyjechali?

Ten najazd żydów, którzy przybyli tu nawet z USA i Izraela, ma prostą przyczynę. Mijała właśnie kolejna rocznica śmierci (Jahrzeit) cudownego rabina Sájele Steinera, który większość swojego życia spędził właśnie w Bodrogkeresztúr, gdzie też umarł 23 kwietnia 1925 roku. Rabin pochowany jest na cmentarzu żydowskim w tej wsi, stąd też jego kult tutaj się ogniskuje.

Sájele Steiner urodził się w 1851 roku we wsi Zborów, obecnie leżącej w północno-wschodniej Słowacji. Uczył się rabina u Chaima Halberstamma w Starym Sączu (taki element polski), uczył się w jesziwie w Bűdszentmihály (obecnie część Tiszavasvári) po czym trafił do cadyka Hersa Friedmanna żyjącego w wiosce Olaszliszka, również znajdującej się w regionie tokajskim. Ten wyznaczył Sájele Steinera jako swojego następcę zamiast własnego syna. Na skutek niesnasek w lokalnej wspólnocie jednak Steiner przeprowadził się do Bodrogkeresztúr.

Opis jego życia i czynów do złudzenia przypomina chrześcijańskie hagiografie. Rabin udzielał rad a zwracali się do niego licznie zarówno żydzi jak i chrześcijanie, nie czynił różnic między nimi. Przewodził tętniącemu życiu duchowemu i religijnemu, we wsi działały cheder i jesziwa, wspólnota miała filie w sąsiednich wsiach. Zajmował się działalnością dobroczynną, między innymi organizował pomoc dla żydowskich uchodźców z Galicji w czasie pierwszej wojny światowej. Co miał to rozdawał potrzebującym.

Zachowane wspomnienia o nim mają formę kwiatków świętych chrześcijańskich. Parę przykładów, część mających pewnie oparcie w faktach, inne już mniej – takich kwiatków właśnie:

  • Nigdy nie spał, nigdy się nie kładł, w nocy drzemał na fotelu i wciąż rozmyślał i modlił się
  • Koło łóżka zawsze miał laskę oraz odświętne ubranie by gdy przyjdzie mesjasz móc powitać go bez zwłoki
  • Chodził jakby unosił się nad ziemią. Zawsze prowadzono go z dwóch stron, gdy szedł ustępowano mu. Bezpośrednio z nikim nie rozmawiał, tylko przez tłumacza (zwłaszcza z kobietami).
  • W jego domu zawsze było pełno gości. Tak gotowano by gdy zajrzy ktoś obcy też mógł zjeść. To czego nie zjedli do ostatniej kruszynki rozdawał biednym. Bywało, że i sto osób zasiadało do stołu.
  • Było tak, że głód zajrzał w oczy wsi rabina Steinera. Dzięki jego modlitwom akurat przed jego domem w wozie wyładowanym ziemniakami pękło koło i rabin za pół ceny kupił ładunek.
  • Mój ojciec poszedł do rabina a ten powiedział: nie martw się, dobry Bóg pomoże. Weź winnicę w arendę na rok. Wzięli też a w tym roku plony były tak obfite, że sytuacja materialna rodziny zupełnie się uporządkowała.
  • Mój teść był rybakiem. Rybacy nie chcieli ruszać do pracy bo nie było ryb. Powiedział im wysłannik świętego rabina: dam wam pięćdziesiąt krajcarów za każde zarzucenie sieci tylko zabierzcie się do roboty. Potrzebował ryby. Próbowali ale niczego nie udało im się złowić. Wtedy przyszedł rabin, zaczął się modlić na brzegu Bodrogu. I tyle ryb złapali w sieci, że nie mogli ich wyciągnąć.
  • Spłonęła synagoga, a nawet i stół, przy którym się modlił ale jego modlitewnik pozostał nietknięty.
  • Słyszałem wielkie grzmoty. Piorun strzelił w domu Antoniego. Święty człowiek poszedł tam, wbił nóż w belkę i ogień zgasł.
  • Pewien mężczyzna regularnie przepijał swoją wypłatę. Jego żona poszła poskarżyć się rabinowi. Ten dał jej kostkę cukru by dała ją mężowi. Zrobiła tak a on od tej pory przestał chodzić do karczmy bo nie mógł znieść jej woni.
  • Każdy mógł przyjść do niego po radę, zarówno żydzi jak i chrześcijanie. Nie brał za to pieniędzy.

Zmarł po tym jak wracając z Sącza nadepnął na deskę z zardzewiałym gwoździem. Pochowano go w trumnie zrobionej z jego stołu modlitewnego. Pogrzeb przyciągnął olbrzymie tłumy. Wzięli w nim udział żydzi i chrześcijanie, wielu przybyło z daleka: na stacji sprzedano dwanaście tysięcy biletów.

Od tej pory w rocznicę śmierci pielgrzymowano do jego grobu, w latach dwudziestych z tej okazji otwierano nawet granicę czechosłowacką.

Obecny „najazd” to kolejna taka pielgrzymka. Według znajomego chasyda przyjechało 13 000 ludzi czyli dziesięć razy tyle ilu mieszkańców liczy wioska. A przyjeżdzali z daleka: USA, Izraela, Kanady, Londynu, Wiednia, Antwerpii. W Stanach istnieją dwie kereszturskie wspólnoty żydowskie – tak się same nazywają – składające się z potomków pochodzących stamtąd żydów, jedna w Nowym Jorku w Williamsburg (rabin Saje Rubin) a druga na Florydzie (rabin Gross).

W czasie pielgrzymki odwiedzają grób Sájele Steinera, składają tam kvitli czyli kawałki papieru z prośbami do Boga składanymi z powołaniem się na rabina (tu jest różnica z chrześcijaństwem bo nie ma świętych obcowania), jedzą wspólny posiłek, dają datki np. na żydów z Węgier mieszkających w Izraelu. By zachować koszerność wszystkie artykuły spożywcze przywieźli ze Stanów w kontenerze (znajomy chasyd krzywił się na to – na miejscu też dałoby się załatwić koszerną żywność).

Liczba pielgrzymów była rekordowa, zarówno jeśli chodzi o ilość pielgrzymów w Bodrogkeresztúr jak i wogóle o wszystkie żydowskie miejsca pielgrzymkowe na Węgrzech a jest ich kilka. Bodrogkeresztúr staje się liderem w tej kategorii.

Spytałem chasyda skąd to się bierze – w zeszłym roku była okrągła, 90-ta rocznica a ludzi było więcej teraz. Marketing, brzmiała odpowiedź, lepsza jest też infrastruktura (dom gdzie przyjmować można przyjeżdzających) a także ukończona została obudowa grobu.

Wracając do przerażenia mieszkańców, jeszcze prze samym wydarzeniem miejsce miało nadzwyczajne posiedzenie samorządu. Zaproszono na nie Majera Bergera, jednego z organizatorów obchodów I omówiono z nim cały szereg kwestii związanych z kultem cudownego rabina (protokół z posiedzenia dostępny jest tu [HU]). 

Pytania dotyczyły zakupu nieruchomości przez żydów, (podbijają ceny a kupno gospody “podcięło miejscowej turystyce jedną z nóg”), remontów budynków tak by nie naruszały wyglądu wsi, parkowania w niedozwolonych miejscach, negatywnego wpływu na turystykę, mniejszej dotacji państwowej ze względu na niezamieszkałe na stałe budynki, hałasowania w niedzielę i śmieci. Majerowi Bergerowi przypomniano o opłacie turystycznej płatnej za każdą spędzoną tu noc a także o koniecznych zezwoleniach w przypadku prowadzenia zbiorowego żywienia. Czy będzie ktoś z kim można by się skontaktować w przypadku problemu z budynkiem, np. pęknięcia rury? Mimo ciągłych zapewnień, że każda ze stron szuka rozwiązania problemu przez protokół przebija napięcie. Jeden z radnych wręcz powiedział, że pielgrzymki naruszają spokój wsi i sam nie wie czy jego dzieci będą w stanie i chciały tu mieszkać. Kurtuazyjnego zapewnienia, że samorząd dumny jest z rabina, bądź co bądź słynnego obywatela Bodrogkeresztúr, i że cieszy się z wizyt podtrzymujących pamięć o nim, zabrakło.

Warto dodać, że każdego lata we wsi miejsce ma spotkanie motocyklistów, często demonstrujących swoje skrajnie prawicowe sympatie, po którym następuje objazd okolicznych wiosek. Zbiera się mniej ludzi ale hałas i tak jest wielki. I nikomu to nie przeszkadza.

W tym przerażeniu mieszkańców widzę jak bardzo, wraz ze zniknięciem żydów wymordowanych w czasie Holocaustu, znikła też świadomość lokalnej historii żydowskiej. Bez jej znajomości to co się dzieje wokół grobu cudownego rabina jest małorozumiałe – i obce, budzące niechęć. Rabin pamiętany jest daleko od Bodrogkeresztúr ale już nie w samej wiosce. To samo miejsce znaczy tak odmienne rzeczy dla różnych ludzi (widać to zresztą niekiedy w artykułach na temat tokajskich wiosek w wikipedii, w angielskich wersjach często są jedynie odniesienia do ich żydowskiej historii). Dla mnie jest to niesamowite.

Na cmentarzu w Bodrogkeresztúr byłem w 2013 roku. Zrobiłem wtedy parę zdjęć.

Cmentarz leży na wzgórzu i rozpościera się z niego piękny widok

Groby, zza nich prześwituje, pewnie już ukończony, domej budowany wokół grobu rabina

Grób rabina Sájele Steinera

Napisy na grobie – są tam też ręczne dopiski pielgrzymów z prośbami o pomoc przez zasługi rabina

Na cmentarzu jest zresztą wiele innych, pięknie rzeźbionych nagrobków, na przykład taki

lub taki.

Polska, lato 1939, Filandia

Kolejna perełka z fortepanu: seria zdjęć Károlya Ofnera z Polski wykonana latem 1939, tuż przed wybuchem wojny.

Ofner był inżynierem w zakładach farmaceutycznych Richtera (istnieją do dziś). W lecie 1939 roku wysłany został do przedstawicielstwa firmy w Warszawie, po drodze, jak pasjonat amator-fotograf (w fortepanie jest dużo innych jego zdjęć), fotografował. Poniżej zamieszczam wybór z tych zdjęć (Kraków i Zakopane), całość dostępna pod tym linkiem.

Całość ma nastrój jak z Filandii Świetlików, na razie lato, jakiego jeszcze nigdy nie było, zaraz jednak się to skończy. Najmocniej odczuwa się to oglądając zdjęcia z krakowskiego Kazimierza: zdecydowana większość ludzi na nich parę lat później już nie żyła zamordowana w pobliskich obozach.

Z tymi zdjęciami łączy się zresztą współczesna historia, o której dowiedziałem się z artykułu w 444.hu [HU].

Kiedy do fortepanu trafił zbiór Ofnera pojawił się pomysł by, wspólnie z Węgierskim Archiwum Żydowskim (Ofner był żydem), dzięki któremu zbiór trafił do fortepanu oraz Instytutem Węgierskim w Warszawie zorganizować wystawę fotografii z Kazimierza. Początkowo Instytut Węgierski wykazywał wielkie zainteresowanie pomysłem. Okazało się, że przedstawicielem Richtera w Warszawie był Emil Révai, którego z powodu pochodzenia żydowskiego zamordowało później Gestapo. Krakowskie fotografie więc połączone z jedynym warszawskim zdjęciem Ofnera przedstawiającym właśnie Révai doskonale łączyłyby się tematycznie.
Jednak Instytut Balassiego jako ciało nadzorcze Instytutu Węgierskiego nie poparł projektu. Nieformalne dał do zrozumienia, że nieszczęśliwym byłoby przedstawiać problematykę Holokaustu poprzez postać Révaia, który był bratem późniejszego stalinowskiego polityka od kultury, Józsefa Révaia.

Nieco mnie takie wybredne podejście to zdumiało. Napisałem do Instytutu Węgierskiego w Warszawie z prośbą o komentarz do tego artykułu. Odpisali mi szybko i uprzejmie ale wymijająco. “Nie od nas to zależało” – to od kogo? – “Raczej o tym nie mówmy” tak można streścić naszą wymianę.

Tak więc skoro tej wystawy nie dało się/nie da rady zobaczyć w Instytucie zapraszam tutaj – a także na fortepan.

Zaczynamy od Kazimierza

Kazimierz, ulica Krakowska, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan

Kazimierz, ulica Szeroka, źródło fortepan

Kazimierz, źródło fortepan


Kazimierz, ulica Józefa, źródło fortepan

Inna część Krakowa

Brama Floriańska, źródło fortepan

Jest też parę zdjęć z Tatr

Dolna stacja kolejki na Kasprowy, źródło fortepan



Skocznia, źródło fortepan



Gubałówka, źródło fortepan

Gubałówka, początek kolejki, źródło fortepan

Krupówki, źródło fortepan

Krupówki, źródło fortepan

plakat filmowy, zdaje się, też na Krupówkach, źródło fortepan

Niedźwiedź, gdzie – nie wiem, źródło fortepan

Żołnierze, źródło fortepan

Kasprowy, źródło fortepan

Bonus: ciekawostka polsko-węgierska ze Lwowa

Lwów, źródło fortepan

A na koniec sam Emil Révai w towarzystwie trzech innych kobiet i dziecka.



Warszawa zapewne, źródło fortepan