Radio Polonia Węgierska – 5. odcinek podcastu/Tokaj

W najnowszym odcinku audycji mówię najbardziej polskiej części Węgier czyli regionie tokajskim.

Pełen program podcastu:

– Powitanie- 00:00
– Serwis informacyjny- 02:48
– Przegląd polskich tygodników Roberta Rajczyka- 05:22
– Jeż Węgierski w eterze czyta autor Jerzy Celichowski- 15:13
– Rozmowa tygodnia z Alicją Śmigielską z Centrum Dokumentacji Zsyłek, Wypędzeń i Przesiedleń Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie- 23:31
– Książka na Głos- 51:43
– Matki Boskie Węgierskie- 01:00:25
– Pożegnanie- 01:02:56

Tegoroczne wakacje zapowiadają się skromniej niż zwykle. Wszyscy mamy mniej pieniędzy, w wielu miejscach w dalszym ciągu w mocy są niesprzyjające turystyce ograniczenia, obawiamy się obecnej wciąż zarazy, która zresztą może znów wybuchnąć. Będzie więc pewnie ostrożniej i bardziej lokalnie. Znakomita to okazja by odkryć dla siebie nieodległe a ciekawe miejsca, które w innych okolicznościach zwykle przegrywają z egzotyczniejszymi celami.

Jednym z takich miejsc będzie z pewnością najbardziej z Polską związana część Węgier czyli region tokajski. O jakim związku tu mowa? Rzecz jasna chodzi tu o wino. W swoim czasie – w XVI, XVII, XVIII wieku – wino tokajskie, węgrzyny właśnie, dominowało na polskim rynku. Tokaje były nie tylko artykułem spożywczym, ale stały się częścią obyczajowości polskiej, głęboko wbudowały się w kulturę. Jan Kochanowski w żartobliwej fraszce Do starosty muszyńskiego wspomina Uhry – Węgry – skąd przywozi on dla siebie wina, mowa jest bez wątpienia o nieodległym regionie tokajskim. Polacy byli więcej niż po prostu odbiorcami win, kupcy z Polski byli obecni w regionie, swoimi zamówieniami kształtowali produkcję, niejednokrotnie się tam osiedlali. Dość powiedzieć, że po rozbiorach, kiedy region tokajski stracił polski rynek, sam też doświadczył uwiądu.

Dziś nie ma wielu widocznych śladów tej wcześniejszej symbiozy. Jednym z nielicznych jest nazwa szamorodni, według tradycji ustnej to odniesienie do win robionych z niewyselekcjonowanych gron – takich, jakimi się same urodziły – na rynek polski. Drugim, jak mi się wydaje, jest szklanka w znanym dwuwierszu o bratankach.

Tym niemniej tradycja kontaktów odżywa i okolice Tokaju dziś także chętnie odwiedzane są przez turystów z Polski. Więcej jest tam aut z polską rejestracją niż z sąsiedniej przecież Słowacji. W wielu restauracjach oferowane są jadłospisy po polsku, wielu wytwórców wywiesza polskie flagi by okazać, że chętnie widzą u siebie Polaków.

Choć w tym roku mniej będzie pewnie imprez masowych, festiwali to i tak warto podokrywać dla siebie różnych wytwórców, piwnice, miejsca. Jeśli ktoś ma małe dzieci można, jak to jest tutaj praktykowane w ramach lokalnej tradycji, w trakcie wyjazdu zapolować na słodkie aszú zrobione w roku urodzenia dziecka i odłożyć je na jego osiemnaste urodziny albo na wesele.

Tym co lubią więcej wiedzieć polecam blog Blisko Tokaju, którego autor Gabriel Kurczewski w unikalnie kompetentny sposób opowiada o regionie, jego związkach z Polską no i samych winach.

bal karnawałowy z winiarzami (bez piwa)

W sobotę trafiliśmy na bal karnawałowy w Bodrogkisfalud. To wieś leżąca koło Tokaju, jak najbardziej część tego regionu winnego. Znajoma powiedziała, że będzie bal, tematyczny, o Chłopcach z placu Broni, załatwiła bilety.

Z Tarcalu ruszamy w parę osób po 18-tej. Przyjeżdza po nas samochód zapewniony przez organizatorów. Dziesięć minut później jesteśmy już przed bodrogkisfaludzkim domem kultury. Za wjazd dziesięć tysięcy, jak się okaże, śmiesznie mało jak na to co za to dostaliśmy. Na miejscu nieco znajomych, w dużej sali przy rozstawionych stołach sto osób. Niemal wszyscy przebrani. Wszędzie koszule w kratkę – lub czerwone, nieco krótkich spodenek i kolanówek, sporo szelek, kamizelek. Królują oprychówki.

Widok od wejścia
Widok z góry

Stoły zastawione, jest woda w plastiku ale i szklane syfony, butelki z sokiem miejscowej wytwórni Csicsörke, talerze z pogaczami, ciastkami, plasterkami sera. Sztućce na serwetkach sugerują, że na tym się nie skończy.

Sok&Syfon

Bar jest charytatywny, dochód ma być przeznaczony na projekty z miejscowymi dziećmi i młodzieżą (w tym roku będzie to upiększanie kawałka centrum wsi). Napoje więc teoretycznie powinniśmy kupować w barze ale i tak winiarze wnieśli swoje o co chwila ktoś podchodzi oferują swój produkt z butelki zwykle bez etykietki. Częstują także sąsiadów swoich znajomych więc dostaje się i nam.

Tylko wino

W barze ani na całym balu w ogóle nie ma piwa. Najmniejszą jednostką wina jest butelka, sprzedaje się je w jednakowej cenie pięciu tysięcy forintów (szampan kosztuje sześć). Obok barman o wyglądzie jakby wyskoczył z filmu Wesa Andersona kręci drinki z dwóch węgierskich ginów (jeden to Opera, drugi produkuje jakiś lokalny wytwórca palinki).

Sprzedaż wina na butelki
Barman

Choć ilość w dużej mierze bezpłatnego alkoholu jest w zasadzie nieograniczona aż do końca nie widzę nikogo pijanego.

Zaczyna się bal! Dwie organizatorki a zarazem aktywistki (Judit Bodó-Bott i Mónika Márkus) prezentują swoją działalność ilustrując to zdjęciami z rzutnika. Zbierając pieniądze i angażując wolontariuszy zbudowały tor dla BMX-ów, plac zabaw dla małych dzieci, robią obozy letnie, w których z roku na roku bierze udział coraz więcej dzieci. Zabrały też grupę dzieci ze wsi do Budapesztu na przedstawienie Chłopców z placu Broni.

Judit i Mónika

Gwiazdami wieczoru są Miklós H. Vecsei, aktor grający Nemecska w tym ogromnie popularnym musicalu (leci w Víg Színház, widziałem i polecam) oraz Zsolt Sütő, winiarz ze Słowacji, który opowiada jak grał główną rolę w przedstawieniu szkolnym na podstawie tej właśnie książki.

Wszyscy dostajemy kawałki kitu (w zasadzie plasteliny), z których mamy wykonać prace przedstawiające poszczególne winnice regionu. Ich mapa wisi w przedsionku, można sobie wybrać taką, której nazwa najbardziej nadaje się do plastycznego wyrażenia. Decydujemy się na Krakkó i z plasteliny robimy małą bazylikę Mariacką ale niestety nie zajmujemy pierwszego miejsca.

Wytwory Związku Zbieraczy Kitu

Nemecsek wraz z grupą młodzieży śpiewają jeden z przebojów musicalu a potem, wraz i kilkoma przyjaciółmi, w tym i liderem zespołu ludowego Csík, Jánosem Csíkiem, wykonują kilka piosenek, między innymi kultowego zespołu rockowego Kispál és a Borz. Zobaczyć tego jednego z najpopularniejszych wykonawców muzyki ludowej jak je śpiewa to nie byle jakie przeżycie mimo, że Csík ma na swoim koncie niezwykle popularny cover Most múlik pontosan zespołu Quimby.

Nemecsek z młodzieżą
Nemecsek z Jánosem Csíkiem śpiewają kawałek Kispál és a Borz

Po muzyce następuje kolacja. Przygotowała ją miejscowa restauracja Kisfalucska, jedzenie jest pyszne.

Po kolacja zaczyna grać miejscowa kapela weselna i to jest najsłabszym punktem programu. Jest typowo: wokalista i wokalistka, którzy wykonując kolejne węgierskie i międzynarodowe szlagiery zmieniają głos by jak najbardziej upodobnić się do oryginału, dwóch członków zespołu z imponującą nadwagą, zblazowane wyrazy twarzy. Ale i tak podłoga zapełnia, tańce idą na całego.

Współczesna muzyka ludowa
Tańce

Po dłuższym secie muzycznym następuje tradycyjna licytacja. W tym roku można wylicytować „dziurę” czyli końcówkę węża winiarskiego. Brzmi to absurdalnie więc wyjaśniam (w trakcie balu też dopiero po ładnych kilku minutach zorientowałem się o co chodzi): na ścianie zbudowano konstrukcję z pięciu węży winiarskich, które utworzyły tory wyścigowe. Wylicytowawszy dziurę można wziąć udział w wyścigu wrzucając tam kulkę jednocześnie z innymi uczestnikami.

Mónika pokazuje menzurkę z kulkami do licytacji

Licytacja przebiega żywo, prowadząca Judit zachęca uczestników do podbijania stawki. Jedna z kulek zostaje wylicytowana na nieco ponad sto tysięcy forintów, inne za niewiele mniej. Teraz można, na wzór wyścigów konnych, obstawiać rezultaty.

Po kolejnym secie muzycznym odbywa się wyścig. Biorący w nim udział zwycięzcy licytacji dostają nagrody zaoferowane przez winiarzy: pięcioputonowe aszú, butelkę esencji, giny, itp.  

Wyścig: zawodnicy na górze, widać tory utwarzone z węży winiarskich, na dole Mónika trzyma lejek i menzurkę, gdzie wpadną kulki

Nasze towarzystwo pada więc prosimy o samochód do domu. Kiedy wychodzimy zespół zaczyna grać Nélküled.

Siedemnastowieczne sprośności z tokajskim winem w tle

Nieoceniony Gabriel Kurczewski przysłał mi fraszkę Wacława Potockiego, w której pojawia się wino tarcalskie (Tarcal to wieś w regionie tokajskim). Jest sprośna jak trzeba, tyle tylko, że ze względu na trzystuletni język miejscami trudno zrozumieć tekst. Z pomocą Gabriela zestawiłem mały słowniczek by ułatwić lekturę wiersza, podaję go pod fraszką.

Wacław Potocki

Znaczone wino w piwnicy.

Mając szlachcic w piwnicy kilka beczek wina,

Na jednej imię żony swojej: Katarzyna,

Lepsze, i barziej mu do smaku przypadnie,

Znacznymi literami, kretą pisze na dnie.

Panna po nie chodziła, której klucze zlecił;

Żeby szkody przestrzegał, wyrostek jej świecił.

Ale zdrajca, nabrawszy lewarem likworu,

Sięgał pannie kosmatą wronką do wątoru.

Trafiło się, gdy wyńdą oboje z piwnice,

Zapomniała nieboga otrzepać spódnice.

Czyta jej pan na zadku wytłoczone drukiem

Imię swej żony: Coż to, rzecze, żono, z fukiem?

Jam tak wino osobnej naznaczał słodyczy,

Czy nie omyłki sobie twoja panna życzy,

Albo chce do słodyczy korzeń mu przyprawić?

Mojaśty, nie każ się jej tym ipsymem bawić.

Skoro bowiem lewarem z wierzchu nie dosięże,

Co dotąd stała pewnie na pcach beczka, lęże,

I kurek między dągi wprawiwszy w antale,

Będzie nosiła wino, ale nie z tarcale.

źródło: archive.org

Lewar – rurka (wężyk) do przelewania cieczy z poziomu wyższego na niższy ponad przeszkodą (najwyższy punkt lewara znajduje się ponad zwierciadłem cieczy w zbiorniku górnym),

Wronka – urządzenie apteczne, rurka albo lejek

Wątor (dawniej także wantor) – wyżłobienie w klepkach drewnianej beczki, od strony jej wnętrza, umożliwiające osadzenie w niej dna.

Fuk – krzyk, strofowanie, gniew, swar.

Ipsym, ipsyma – gatunek wina zaprawnego; małmazja. Ipsymowanie (hipsymowanie) to konserwowanie wina (albo innych przetworów) gipsem. Uważano, że technika ta obniża jakość wina: „Winiarze wina ipsymując, białkując, siarkując, na lagry muszkatelowe, małmazyowe, bastertowe, i innych win dobrych lejąc, psują.”

Pce – legary, podstawki pod beczki 

Dągi – deski, z których robi się dna beczek

Antał – dawna jednostka objętości stosowana przed 1764 rokiem, równa jednej beczce. 1 Antał odpowiadał 18 garncom. Połowę antału stanowił antałek (zwany też achtelem) – 9 garnców.

Cóż za perełka! Ileż to wsi może powiedzieć o sobie, że pojawia się w dawnej literaturze innego kraju?

Przy okazji rozmawialiśmy z Gabrielem o antologii zawierającej wiersze związane z Węgrami czy też nawet, wężej, z winami tokajskimi. Klasykiem jest to fraszka Jana Kochanowskiego pt. Do starosty muszyńskiego

Jan Kochanowski

Do starosty muszyńskiego

O starosta na Muszynie,

Ty się znasz dobrze na winie;

Znasz i masz, bo tylko z góry

Spuściwszy wóz, alisz Uhry.

Okaż swój smak staradawny,

Starosto Muszyński sławny!

A niech go ja też skosztuję,

Boć i ja smak w beczce czuję.

A nie żal mi, żem poetą,

Jest coś, umieć alfę z betą.

Tym ludziom, ty Stanisławie,

Chceszli się zachować prawie

Nie szafirem, nie rubinem,

Ale je czci dobrym winem;

A stąd to będziesz miał w zysku,

Że coś dziś obłoków blisku,

To cię pijanymi rymy

Aż do nieba wprowadzimy.

źródło: wikisource.org

alisz Uhry – aliści Węgry.

zachować prawie – znaleźć się, jak należy

(Ciekawe, że Kochanowskiego czyta się łatwiej niż Potockiego, mimo, że ten pierwszy pisał sto lat wcześniej.)

Koncepcja Gabriela jest następująca:

Pociąga mnie idea niewielkiej książeczki, ładnie opracowanej graficznie, być może dwujęzycznej, z dość wąską selekcją, po kilka wierszy, z każdej historycznej epoki literackiej (i kulturowej), z krótkimi szkicami (jedna strona) o poszczególnych wierszach. Trochę jak w kulinarnej książeczce Dumanowskiego, tylko tam o przepisach, tu o wierszach jako wskazujących na pewne rysy kultury wina. Byłoby to coś dla miłośników wina (i poezji) a nie historyków literatury czy w ogóle badaczy. Nadawałoby się do sprzedaży w winiarniach i mogło pomóc winiarzom węgierskim w komunikacji z polskimi gośćmi. Wydaje mi się, że nie wydano czegoś takiego. Jerzy Jakubiuk, hungarysta, wydał w 1966 rozprawkę „Kariera wina węgierskiego w literaturze polskiej”, która część takiej literatury przytacza i omawia. Wyszło to w małym nakładzie na Uniwersytecie Warszawskim.

Mam nadzieję, że kiedyś się tej książeczki doczekamy. Brzmi to jak idealny projekt dla Fundacji Felczaka. Może nie będą mieli problemu ze sprośnościami, bo one już takie stare.

Waclaw Potocki, źródło: wikipedia.org
wino tarcalskie, wygląd obecny

Przerażenie w Bodrogkeresztúr

Na Bodrogkeresztúr padł strach. W nieco ponadtysięcznej wiosce leżącej w regionie tokajskim pojawiło się kilka tysięcy żydów, i to w dodatków ubranych na czarno chasydów. Wieś poczerniała nagle, mówiono. Czego tu chcą, będą zabierać? Dlaczego przyjechali?

Ten najazd żydów, którzy przybyli tu nawet z USA i Izraela, ma prostą przyczynę. Mijała właśnie kolejna rocznica śmierci (Jahrzeit) cudownego rabina Sájele Steinera, który większość swojego życia spędził właśnie w Bodrogkeresztúr, gdzie też umarł 23 kwietnia 1925 roku. Rabin pochowany jest na cmentarzu żydowskim w tej wsi, stąd też jego kult tutaj się ogniskuje.

Sájele Steiner urodził się w 1851 roku we wsi Zborów, obecnie leżącej w północno-wschodniej Słowacji. Uczył się rabina u Chaima Halberstamma w Starym Sączu (taki element polski), uczył się w jesziwie w Bűdszentmihály (obecnie część Tiszavasvári) po czym trafił do cadyka Hersa Friedmanna żyjącego w wiosce Olaszliszka, również znajdującej się w regionie tokajskim. Ten wyznaczył Sájele Steinera jako swojego następcę zamiast własnego syna. Na skutek niesnasek w lokalnej wspólnocie jednak Steiner przeprowadził się do Bodrogkeresztúr.

Opis jego życia i czynów do złudzenia przypomina chrześcijańskie hagiografie. Rabin udzielał rad a zwracali się do niego licznie zarówno żydzi jak i chrześcijanie, nie czynił różnic między nimi. Przewodził tętniącemu życiu duchowemu i religijnemu, we wsi działały cheder i jesziwa, wspólnota miała filie w sąsiednich wsiach. Zajmował się działalnością dobroczynną, między innymi organizował pomoc dla żydowskich uchodźców z Galicji w czasie pierwszej wojny światowej. Co miał to rozdawał potrzebującym.

Zachowane wspomnienia o nim mają formę kwiatków świętych chrześcijańskich. Parę przykładów, część mających pewnie oparcie w faktach, inne już mniej – takich kwiatków właśnie:

  • Nigdy nie spał, nigdy się nie kładł, w nocy drzemał na fotelu i wciąż rozmyślał i modlił się
  • Koło łóżka zawsze miał laskę oraz odświętne ubranie by gdy przyjdzie mesjasz móc powitać go bez zwłoki
  • Chodził jakby unosił się nad ziemią. Zawsze prowadzono go z dwóch stron, gdy szedł ustępowano mu. Bezpośrednio z nikim nie rozmawiał, tylko przez tłumacza (zwłaszcza z kobietami).
  • W jego domu zawsze było pełno gości. Tak gotowano by gdy zajrzy ktoś obcy też mógł zjeść. To czego nie zjedli do ostatniej kruszynki rozdawał biednym. Bywało, że i sto osób zasiadało do stołu.
  • Było tak, że głód zajrzał w oczy wsi rabina Steinera. Dzięki jego modlitwom akurat przed jego domem w wozie wyładowanym ziemniakami pękło koło i rabin za pół ceny kupił ładunek.
  • Mój ojciec poszedł do rabina a ten powiedział: nie martw się, dobry Bóg pomoże. Weź winnicę w arendę na rok. Wzięli też a w tym roku plony były tak obfite, że sytuacja materialna rodziny zupełnie się uporządkowała.
  • Mój teść był rybakiem. Rybacy nie chcieli ruszać do pracy bo nie było ryb. Powiedział im wysłannik świętego rabina: dam wam pięćdziesiąt krajcarów za każde zarzucenie sieci tylko zabierzcie się do roboty. Potrzebował ryby. Próbowali ale niczego nie udało im się złowić. Wtedy przyszedł rabin, zaczął się modlić na brzegu Bodrogu. I tyle ryb złapali w sieci, że nie mogli ich wyciągnąć.
  • Spłonęła synagoga, a nawet i stół, przy którym się modlił ale jego modlitewnik pozostał nietknięty.
  • Słyszałem wielkie grzmoty. Piorun strzelił w domu Antoniego. Święty człowiek poszedł tam, wbił nóż w belkę i ogień zgasł.
  • Pewien mężczyzna regularnie przepijał swoją wypłatę. Jego żona poszła poskarżyć się rabinowi. Ten dał jej kostkę cukru by dała ją mężowi. Zrobiła tak a on od tej pory przestał chodzić do karczmy bo nie mógł znieść jej woni.
  • Każdy mógł przyjść do niego po radę, zarówno żydzi jak i chrześcijanie. Nie brał za to pieniędzy.

Zmarł po tym jak wracając z Sącza nadepnął na deskę z zardzewiałym gwoździem. Pochowano go w trumnie zrobionej z jego stołu modlitewnego. Pogrzeb przyciągnął olbrzymie tłumy. Wzięli w nim udział żydzi i chrześcijanie, wielu przybyło z daleka: na stacji sprzedano dwanaście tysięcy biletów.

Od tej pory w rocznicę śmierci pielgrzymowano do jego grobu, w latach dwudziestych z tej okazji otwierano nawet granicę czechosłowacką.

Obecny „najazd” to kolejna taka pielgrzymka. Według znajomego chasyda przyjechało 13 000 ludzi czyli dziesięć razy tyle ilu mieszkańców liczy wioska. A przyjeżdzali z daleka: USA, Izraela, Kanady, Londynu, Wiednia, Antwerpii. W Stanach istnieją dwie kereszturskie wspólnoty żydowskie – tak się same nazywają – składające się z potomków pochodzących stamtąd żydów, jedna w Nowym Jorku w Williamsburg (rabin Saje Rubin) a druga na Florydzie (rabin Gross).

W czasie pielgrzymki odwiedzają grób Sájele Steinera, składają tam kvitli czyli kawałki papieru z prośbami do Boga składanymi z powołaniem się na rabina (tu jest różnica z chrześcijaństwem bo nie ma świętych obcowania), jedzą wspólny posiłek, dają datki np. na żydów z Węgier mieszkających w Izraelu. By zachować koszerność wszystkie artykuły spożywcze przywieźli ze Stanów w kontenerze (znajomy chasyd krzywił się na to – na miejscu też dałoby się załatwić koszerną żywność).

Liczba pielgrzymów była rekordowa, zarówno jeśli chodzi o ilość pielgrzymów w Bodrogkeresztúr jak i wogóle o wszystkie żydowskie miejsca pielgrzymkowe na Węgrzech a jest ich kilka. Bodrogkeresztúr staje się liderem w tej kategorii.

Spytałem chasyda skąd to się bierze – w zeszłym roku była okrągła, 90-ta rocznica a ludzi było więcej teraz. Marketing, brzmiała odpowiedź, lepsza jest też infrastruktura (dom gdzie przyjmować można przyjeżdzających) a także ukończona została obudowa grobu.

Wracając do przerażenia mieszkańców, jeszcze prze samym wydarzeniem miejsce miało nadzwyczajne posiedzenie samorządu. Zaproszono na nie Majera Bergera, jednego z organizatorów obchodów I omówiono z nim cały szereg kwestii związanych z kultem cudownego rabina (protokół z posiedzenia dostępny jest tu [HU]). 

Pytania dotyczyły zakupu nieruchomości przez żydów, (podbijają ceny a kupno gospody “podcięło miejscowej turystyce jedną z nóg”), remontów budynków tak by nie naruszały wyglądu wsi, parkowania w niedozwolonych miejscach, negatywnego wpływu na turystykę, mniejszej dotacji państwowej ze względu na niezamieszkałe na stałe budynki, hałasowania w niedzielę i śmieci. Majerowi Bergerowi przypomniano o opłacie turystycznej płatnej za każdą spędzoną tu noc a także o koniecznych zezwoleniach w przypadku prowadzenia zbiorowego żywienia. Czy będzie ktoś z kim można by się skontaktować w przypadku problemu z budynkiem, np. pęknięcia rury? Mimo ciągłych zapewnień, że każda ze stron szuka rozwiązania problemu przez protokół przebija napięcie. Jeden z radnych wręcz powiedział, że pielgrzymki naruszają spokój wsi i sam nie wie czy jego dzieci będą w stanie i chciały tu mieszkać. Kurtuazyjnego zapewnienia, że samorząd dumny jest z rabina, bądź co bądź słynnego obywatela Bodrogkeresztúr, i że cieszy się z wizyt podtrzymujących pamięć o nim, zabrakło.

Warto dodać, że każdego lata we wsi miejsce ma spotkanie motocyklistów, często demonstrujących swoje skrajnie prawicowe sympatie, po którym następuje objazd okolicznych wiosek. Zbiera się mniej ludzi ale hałas i tak jest wielki. I nikomu to nie przeszkadza.

W tym przerażeniu mieszkańców widzę jak bardzo, wraz ze zniknięciem żydów wymordowanych w czasie Holocaustu, znikła też świadomość lokalnej historii żydowskiej. Bez jej znajomości to co się dzieje wokół grobu cudownego rabina jest małorozumiałe – i obce, budzące niechęć. Rabin pamiętany jest daleko od Bodrogkeresztúr ale już nie w samej wiosce. To samo miejsce znaczy tak odmienne rzeczy dla różnych ludzi (widać to zresztą niekiedy w artykułach na temat tokajskich wiosek w wikipedii, w angielskich wersjach często są jedynie odniesienia do ich żydowskiej historii). Dla mnie jest to niesamowite.

Na cmentarzu w Bodrogkeresztúr byłem w 2013 roku. Zrobiłem wtedy parę zdjęć.

Cmentarz leży na wzgórzu i rozpościera się z niego piękny widok

Groby, zza nich prześwituje, pewnie już ukończony, domej budowany wokół grobu rabina

Grób rabina Sájele Steinera

Napisy na grobie – są tam też ręczne dopiski pielgrzymów z prośbami o pomoc przez zasługi rabina

Na cmentarzu jest zresztą wiele innych, pięknie rzeźbionych nagrobków, na przykład taki

lub taki.

co tydzień to samo do jedzenia

Niedawno rozmawiałem ze starszą osobą, która przed wojną mieszkała w jednej z wsi w regionie tokajskim. W rozmowie wspomniała, że w jej dzieciństwie każdego tygodnia powtarzał się cykl obiadowy. Zainteresowałem się, a ona, mimo upływu tylu lat, pewnie wyrecytowała mi go w całości:

  • poniedziałek – danie mączne (főtt tészta)
  • wtorek – potrawka z jarzyn (főzelék)
  • środa – danie mączne (főtt tészta)
  • czwartek – danie mięsne (hús)
  • piątek – potrawka z jarzyn (főzelék)
  • sobota – danie mączne, potrawka z jarzyn lub zupa gulaszowa (tészta, főzelék, gulyás leves)
  • niedziela – danie mięsne (hús)

Danie mączne to kluski, knedle, itp. O főzelékach pisałem już wcześniej. Wyglądają one tak:

przygaszone kolory, mdły smak

Spytałem o rybę, bo koniec końców niedaleko płyną Cisa i Bodrog, dowiedziałem się, że ją podawano tylko na Boże Narodzenie.

Na śniadanie natomiast była zawsze wędzona słonina, „żeby mężczyźni mieli siłę do pracy”.

Pogmerałem w internecie i na jakimś forum znalazłem informacje, że takie tradycje były w większej ilości domów. Zdziwiłem się nieco, pierwszy raz spotkałem się z takim cyklem jedzeniowym. Czy ktoś wie coś więcej na ten temat? Czy w Polsce też było coś takiego? Piszcie.

Jezus z Tarcalu (8.5m)

Ośmioipółmetrowa figura Jezusa z Tarcalu zwróciła na siebie uwagę wymiarami. Czegoś takiego (tak wielkiego) dotąd na Węgrzech nie było.

widok z przodu

widok z boku

Figurę sprezentował tej leżącej w tokajskim regionie wiosce lokalny przedsiębiorca branży kamieniarskiej Attila Petró. Nic o jego motywacji czy też pochodzeniu figury nie udało mi się znaleźć. Wieś prezent przyjęła i postawiła go na wzgórzu na zboczu góry Tokaj na miejscu gdzie poprzednio stała gigantyczna butelka reklamujące ten najbardziej znany produkt regionu (takich butelek jest zresztą w okolicy parę i nikt ich nie lubi). Figura dzięki swojemu położeniu jest dobrze widoczna z daleka.

widok z daleka

butelkaTarcal

kiedyś stała tu butelka, też dobrze widoczna z daleka

Jezus (autorstwa rzeźbiarza z sąsiedniego Szerencsu Sándora Szabó) szybko stał się lokalną atrakcją. Wielu odwiedza Tarcal po prostu by go zobaczyć i na drodze prowadzącej do figury ciągle można spotkać auta i ludzi. Samorząd właśnie kończy budować sieć asfaltowanych dróżek wokół niej.

Chociaż Jezus z Tarcalu wykonany jest z solidnego kamienia, czym przewyższa swojego siatkobetonowego świebodzinskiego odpowiednika to jednak wymiarami się do niego nie umywa bo Jezus świebodziński jest trzy razy większy. Ustawiłem je obok siebie, na zdjęciu razem wyglądalyby tak.

SwiebodzinTarcal

Coraz więcej Polaków odwiedza region tokajski, zwłaszcza w lecie, warto wiedzieć o takiej nowej atrakcji turystycznej. Nie jestem pewien na ile ta zamiana butelki na Jezusa odzwierciedla wewnętrzną przemianę tarczalan ale zewnętrznie wieś się na pewno zmieniła.

Dobrowolna ofiara „maleńkiego robota”

O księdzu Jánosu Szerednyeim usłyszałem niedawno, w trakcie ostatnich wakacji. Umarł bardzo młodo – miał wszystkiego 27 lat – i niczego w życiu nie zdążył dokonać poza jedną rzeczą, za którą go pamiętają: w trakcie powojennych wywózek na maleńkiego robota jak się je nazywa na Węgrzech dobrowolnie dołączył do grupy wywożonych mieszkańców wsi, w której mieszkał.

O Szerednyeim trudno znaleźć informacje. W kościele w Tarcalu, bo stamtąd go wywieźli, jest tablica jemu poświęcona (stąd wiem o nim), trafiłem na dwie wspomnieniowe, dość hagiograficzne w charakterze, książki na jego temat. W katolickim piśmie Új ember kiedyś wydrukowano artykuł na jego temat – i tyle. Żadnych porządnych opracowań, nawet artykułu w wikipedii (postaram się napisać). Zbieram więc to co o nim udało mi się znaleźć.

Urodził się 26 maja 1920 roku w Szerencsu, miasteczku w regionie tokajskim. W tej okolicy zresztą przeżył całe swoje życie. Seminarium ukończył w niedalekich Koszycach (wówczas będących częścią Węgier) w 1944 roku, na pierwszą placówkę skierowano go do Tarcalu. Ze wspomnień wynika, że marzyło mu się życie wiejskiego proboszcza: sad, malowanie (był utalentowany artystycznie), spokój. Stało się inaczej.

Po wkroczeniu Armii Czerwonej 25 stycznia 1945 zaczęto w okolicy zbierać ludzi. Z samego Tarcalu zebrano ich 120. Mówiło się, jak to w takich wypadkach, o kilku dnia pracy – stąd samo określenie maleńkij robot. Póki co trzymano ich w Szerencsu. Ksiądz Szerednyei poszedł prosić o ich zwolnienie do oficerów radzieckich. Ci mieli mu obiecać zwolnienie części ludzi jeśli on zgodzi się pojechać z pozostałymi. Szerendnyei zgodził się bez wahania. Poszedł tylko na plebanię zebrać najpotrzebniejsze rzeczy i stawił się ponownie.

Zebranych wywieziono dopiero pod koniec stycznia. Po miesięcznej drodze dotarli to obozu w Worosiłowce w donieckim zagłębiu węglowym (obłaść wołosiłowgradzka, rajon uspieńskij, kopalnia Vorosiłowa, obóz numer 7144/1223). Musieli pracować w kopalni węgla.

Według wspomnień ksiądze Szerednyei starał się podtrzymywać wszystkich na duchu i w tajemnicy sprawował praktyki religijne. Odznaczał się w pracy na tyle, że dostał nawet w nagrodę garnitur.

Zginął w wypadku 26 lipca 1947 roku. Wracając z szychty nie skorzystał – jak powinno się – z szybu dla górników, gdzie wchodziło się po stopniach na piechotę, ale usiadli z kolegami na wózkach wciąganych drugim szybem. Zaczepienie się urwało, on nie zdążył wyskoczyć i zginął po uderzeniu w skałę.

Władze obozu jako wyraz uznania za jego pracę zezwoliły na pogrzeb w trumnie, co było wydarzeniem bez precedensu.

Według danych na maleńkij robot z 1862 miejscowości wysłano 101 686 mężczyzn oraz 29 212 kobiet, w sumie więc 130 898 osób. Warto podkreślić, że w przeciwieństwie do Polski, skąd w zasadzie wywożono ludzi związanych z podziemiem, tu brano jak leci, liczył się jedynie stosunkowo młody wiek, bo wywiezieni pracowali przy odgruzowywaniu, w kopalniach i przy odbudowie. Spośród wywiezionych nie powróciła ponad jedna trzecia. Maleńkij robot był w czasach komunizmu tematem tabu.

A i dzisiaj, przynajmniej w porównaniu z Polską, gdzie pamięć martyrologii jest intensywnie kultywowana, upamiętnienie ofiar wywózek wydaje się być skromne. W Tarcalu poza wspomnianą tablicą księdza Szerednyeiego w kościele postawiono niedawno krzyż upamiętniający wywózki. W dodatku, nie wiem dlaczego, zrobiono to na granicy wsi a nie w ramach stojącego w środku miejscowości pomnika upamiętaniającego ofiary wojen światowych.

pomnik powojennych wywózek, Tarcal

pomnik wywózek w Tarcalu

Tak jest też w całym kraju. Węgrzy do dziś mało mówią o drugiej wojnie światowej, nie tylko o maleńkim robotie. Masa tam bolesnych tabu.

Post zamieszczony również na stronie Blogerzy ze świata