etnobiznes

Jenő Hardy, Olivér Hardy, Patricia Pászt, Vilmos Pászt, István Podhraczky, Aleksandra Olivia Szabó: oto kandydaci w wyborach do tak zwanego mniejszościowego samorządu polskiego w naszej dzielnicy w odbywających się w tą niedzielę razem z wyborami samorządami. Bardzo polsko brzmiące nazwiska? No, nie bardzo. Jedno imię Aleksandra pisze się jeszcze po polsku ale pozostałe już nie. Podejrzewam etnobiznes.

Zanim wyjaśnię na czym polega etnobiznes musimy cofnąć się do 4 czerwca 1920 roku, kiedy po pierwszej wojnie światowej w przywersalskim pałacyku Grand Trianon podpisano układ pozbawiający Węgry dwóch-trzecich terytorium i ludności oraz pozostawiając duże skupiska węgierskie poza granicami kraju. Trianon, bo tak się po prostu mówi o tym traktacie, do dziś wywiera znaczący wpływ na politykę wewnętrzną i zagraniczną Węgier. Obecnie przejawia się to głównie przez troskę rządu o Węgrów w krajach ościennych, o których zabiega on głównie poprzez międzynarodowe fora i organizacje. W tym kontekście pojawiają się samorządy mniejszościowe.

W 1993 roku parlament przyjął ustawę o ich tworzeniu. Cel był przejrzysty: pokazać całemu światu jak dobrze się Węgry odnoszą do swoich mniejszości, o ile lepiej niż sąsiedzi, gdzie tylu Węgrów mieszka, a ponadto skojarzyć słowa "mniejszość" i "samorząd". Skoro na Węgrzech mniejszości mają samorządy dlaczego Węgrzy w krajach sąsiednich nie mieliby też mieć jakiejś formy samorządności, a może i autonomii? Mniejsza o to, że mniejszości tutejsze są, poza Cyganami, liczebnie niewielkie i rozproszone po całym kraju podczas gdy Węgrów w krajach ościennych jest dużo i żyją oni w terytorialnie jasno określonych skupiskach. Mniejsza też o to, że samorządy mniejszościowe na Węgrzech mają minimalne uprawnienia i bardzo małe budżety. Mimo tego samorządy mniejszościowe są jedną wielką sugestią w kierunku świata zewnętrznego: więcej władzy politycznej dla Węgrów w Rumunii, w Serbii, na Słowacji.

Tyle wizja. Przy realizacji części węgierskiej planu pojawiły się jednak komplikacje. Bo kto, u licha, ma decydować kto jest mniejszością skoro mamy wolne państwo, które nie rejestruje wyznania obywateli, ich narodowości, upodobań seksuałnych, itd.? Do niedawna decyzję w tej sprawie pozostawiano w rękach samych zainteresowanych, to znaczy obywateli. Głosował w wyborach mniejszościowych kto chciał, kandydował kto chciał. KTO CHCIAŁ! To znaczy, że jeślibym z paroma kolegami chciał założyć samorząd, powiedzmy, ormiański, to mógłbym? Owszem, szereg ludzi to zresztą zrobiło, i na tym właśnie polega etnobiznes. Sprawę ułatwiało to, że aby stworzyć samorząd mniejszościowy potrzebne było kilka, albo może kilkanaście, głosów, czyli całą rzecz można było załatwić w gronie członków rodziny i paru znajomych.

Problem, rzecz jasna, szybko zauważono, nie bardzo jednak było jasne, co można byłoby z nim zrobić. W 2005 roku parlament przyjął więc ustawę wprowadzającą obowiązek rejestracji dla osób chcących wziąć udział w wyborach mniejszościowych. Kto się może jednak zarejestrować? Ano, tak jak poprzednio, kto na to będzie miał ochotę. Sprawdzać, nawet gdyby ktoś chciał, nie jest zresztą łatwo, bo nie wszyscy przedstawiciele mniejszości, zwłaszcza Cyganie węgierscy, władają swym nominalnym językiem więc naturalne kryterium językowe odpada.

Samorządy polskie są jak najbardziej częścią etnobiznesu. Ich specyfiką jest może to, że tutejsi Polacy, często Polki, które przyjechały tutaj do męża, mimo tego, że mieszkają tu od lat nie mają obywatelstwa węgierskiego i dlatego też nie mogą brać udziału w wyborach: zamiast nich udział biorą więc często ich węgierscy małżonkowie albo ich dzieci.

Wracając jednak do zbliżających się wyborów, co mam więc zrobić? Kandydatów w mojej dzielnicy wystawili wspólnie Stowarzyszenie Bema oraz Stowarzyszenie świętego Wojciecha, pytam więc babysitterki Chłopaka, pani Krystyny, o której wiem, że się udziela w Bemie, czy wie coś o nich. Patrzy na listę i okazuje się, ża chyba dwie osoby zna (mąż i dziecko) ale reszty nie. Sprawdzam stronę internetową Bema, kandydatach ani słowa. Pani Krystyna zdobywa dla mnie tełefon szefa Bema, pana Eugeniusza Korka, ale akurat nie ma go w kraju. Więc raz jeszcze, co robić? Zarejestrowałem się na wybory mniejszościowe więc zagłosowałbym ale tak zupełnie w ciemno i to przy podejrzeniu etnobiznesu? Niechętnie. Sam nie wiem jeszcze co zrobię. Może oddam głos na Aleksandrę, bo to prawdopodobnie Polka, ale resztę sobie odpuszczę. Do niedzieli mam czas na myślenie.

plac Kossutha dziś rano

W prasie (polskiej) czytam, że węgierskie protesty dały inspirację do obecnej demonstracji pod sejmem. Ładnie, dotąd raczej odwrotnie bywało. Protestującym pod sejmem dedykuję te parę zdjęć z komentarzem zrobione dziś na placu Kossutha. Niech zobaczą jak się to robi/nie robi bo nie jestem pewny, czy tutejsze wydarzenia mogą być uznane za model.

Koło dziewiątej plac był pustawy. Mieszkańcy rozstawionych namiotów budzili się dopiero, kręcili się porządkowi, działała za to już kuchnia. Uderzała ilość zrobionych ręcznie plakatów, ulotek i transparentów, pokryty jest nimi płot wokół parlamentu i szereg innych miejsc na placu.

Teksty zagrzewają do walki, widoczny częściowo na prawo napis "ne menjétek haza!" oznacza "nie idźcie do domu!"

Na pomniku wezwanie "rendszerváltást!" czyli "zmiany systemu!"

Widać, że protestujących bardzo wzburzyło wyrażenie Gyurcsánya "kurva ország", co oznacza "kurewski kraj". Ten transparent głosi: "Węgry nie są dla nas kurwą ale Ferenc Gyurcsány to moralna, gospodarcza i polityczna prostytutka pozbawiona jakichkolwiek zahamowań! A kto go popiera jest alfonsem!" Więcej plakatów nawiązuje do tego wyrażenia.

Informacja rozchodzi się też w formie ulotek. To, co dał mi ten człowiek było wezwaniem stowarzyszenia ofiar mafii mieszkaniowej.

Media, za wyjątkiem Hir TV, która na żywo relacjonowała zamieszki pod telewizją, nie cieszą się popularnością. Powyższy plakat jest imitacją gazetki ściennej z lat pięćcdziesiątych: "znakomici pracownicy mediów, z których jesteśmy dumni". Komentarze dodawane są ręcznie.

Poza Hir TV na placu popularny jest dziennikarz CNN Nic Robertson, który podczas wywiadu z Gyurcsányem jak żaden inny dziennikarz przyciśnął wygadanego premiera – ku wielkiej uciesze tutejszej publiki.

Sprzątanie. Niegdyś zielona trwa jest zupełnie stratowana, nie ma pryszniców, ża mało jest toalet, stan higieny jest fatalny. Miasto jednak stara się chociaż zagrabić trochę teren.

Kuchnia polowa, "jedzenie jest prezentem od rolników" głosi napis. O kucharzu pisała dzisiejsza Rzeczpospolita. W kolejce po jedzenie nie brak okolicznych bezdomnych.

Namiot modlitwy z pobożnym skinheadem.

Skromne miasteczko namiotowe. To nie Kijów ani nawet Mińsk.

Trumna dla rządu Gyurcsánya. Napis "dla was nie będzie zmartwychwstania" nawiązuje do popularnego na Węgrzech zwyczaju umieszczania napisu "Zmartwychwstaniemy" na bramach cmentarnych.

wklęsły pomnik

Szydziłem sobie kiedyś na tym blogu z pomników w Szolnoku. A teraz napiszę o pomniku, który nas ze Śliwką zupełnie oczarował. Mowa o nowym (tegorocznym) pomniku Bajcsy-Zsilinszkyego na styku placów Erzsébet i Deáka zamykających ulicę Bajcsy-Zsilinszkyego, czule zwaną przez miejscowych Polaków Babci Żylińskiej.

Pomnik jest nieduży i stoi niemalże w krzakach będąc kompletnym zaprzeczeniem konserwatywnej pompy, do których człowiek się przyzwyczaja chodząc po węgierskich ulicach. W dodatku, co już doprawdy rzadkie tutaj, sama rzeźba jest iluzorycznym negatywnym reliefem sprawiającym jednak wrażenie wypukłości. Nawet na zdjęciu z bliska niełatwo zgadnąć czy to wklęsłość czy wypukłość, dlatego zamieszczam też zdjęcie, na którym przyłożyłem rękę. Taka zabawa rzeźbiarska mimo powagi przedstawianej postaci.

Dla porządku, oraz umożliwienia wyszukania w googlu, odnotowuję nazwiska twórców: Antal Illyés, rzeźbiarz, László Sax i syn, kamieniarze oraz András Pomsár, architekt.

ręka w rękę z Babcią Żylińską

idę na plac Kossutha

Dziś wieczorem wyskoczyłem na plac Kossutha, główne miejsce protestów antyrządowych. Z tego co widziałem, na rewolucję się na razie nie zapowiada.

Ludzi było jakieś może dwadzieścia tysięcy. To niewiele zważywszy na to, że jest sobota i podobno sporo ludzi zjechało tutaj z całego kraju. Dodać jednak należy, że Fidesz oraz jeszcze bardziej na prawo od niego sytuujący się Jobbik odwołali swoje demonstracje zwołane na dzisiaj, co z pewnością zaowocowało mniejszą ilością uczestników demonstracji. Tym niemnej jeśli wspomnę, że w stanie wojennym w Polsce na nielegalne i brutalnie rozbijane manifestacje potrafiło przyjść więcej ludzi jasne jest, że fala niepokojów jest za słaba na rewolucję na ulicach.

Nastrój był bardzo spokojny. Zdecydowanie raczej piknik niż zamieszki. Są sprzedawcy popcornu a także narodowych gadżetów, głównie flag, okoliczne bary są oblężone. Przemówienie jedno po drugim, ton nieodmiennie podniosły. Dziś było sporo polityków klasy B, ale kiedy byłem na placu przemówienia wygłaszały mniej znane osoby.

Uderza siła nacjonalistycznych aspektów zgromadzenia. Retoryka mówców jest narodowa a nie polityczna, nad tłumem dużo flag w biało-czerwone "pasy Árpáda" używanych kiedyś przez strzałokrzyżowców a obecnie przez skrajną prawicę, sporo osób z nacjonalistycznymi emblematami takimi jak obrys Wągier sprzed pierwszej wojny światowej czy dawnego węgierskiego pisma rowasz. Tu i ówdzie pojawiają się symbole religijne. Patriotyzm o zabarwieniu stadionowym.

tłum wiwatuje

jeden z najlepszych transparentów

rodzina z dzieckiem na rowerach

patriotyzm stadionowy

centrum informacji

"pasy Árpáda" i samochód telewizji polskiej

sprzedawca flag

tłum słucha

***

Wieczorem z kolegą w kinie. Rozmawiamy – jak wszyscy teraz ciągle i wszędzie – na temat ostanich zdarzeń. Kolega mówi, że z zamieszkami koło telewizji coś pękło i teraz już każda polityczna manifestacja na ulicach liczyć się będzie musiała z możliowścią przemocy. Dotąd tego w tym niezwykle spokojnym kraju nie było

***

PS W piątek jakiś przemiły redaktor(ka) gazety.pl umieścił(a) link do bloga na pierwszej stronie portalu. Dziękuję! Masa ludzi mnie tutaj odwiedziła.

co się tutaj dzieje

Nie piszę na tym blogu zwykle o polityce. Głównym powodem jest to, że nie chce mi się tłumaczyć artykułów z mediów, jeśli to kogoś interesuje to niech sobie wyszuka jakiś wyspecjalizowany serwis – albo niech się nauczy po węgiersku:) Ponadto pisanie o polityce wymaga nieco większego tempa niż to, z którym piszę ten blog nader często zaczynając wpisy od "wczoraj" czy też "parę dni temu" itp.

Teraz jednak nie mogę się powstrzymać, żeby nie napisać czegoś na temat obecnych wydarzeń. Cały czas i tak odpowiadam ludziom z różnych miejsc na ich pytania (dziś Nowy Jork, Poznań oraz Duszanbe) więc mogę napisać też coś na tym blogu. Co ważniejsze może to, co się tu teraz dzieje wykracza poza nurzące codzienne przepychanki, do których jesteśmy przyzwyczajeni.

Co się więc teraz tu dzieje? Dobre pytanie, na które wszyscy próbują znaleźć odpowiedź. Propozycje rozciągają się od rewolucji, do chuligańskich wybryków poprzez protest obywatelski oraz próbę podważenia ładu konstytucyjnego oraz antydemokratyczny przewrót. Komentarze medialne często uciekają się do uproszczeń nierzadko z żenującym rezultatem (najlepszą analizę w polskiej prasie jaką czytałem napisał Krzysztof Varga we wczorajszej Wyborczej).

Oczywiste jest parę faktów: premier Gyurcsány i jego rząd kłamali, żeby wygrać wybory, co też on sam przyznał. Prosty wniosek: skompromitował siebie oraz partie u władzy i powinien ustąpić. Dalej jednak pojawiają inne fakty oraz okoliczności, które komplikują sprawę ale pomagają zrozumieć czemu część, i to całkiem spora, społeczeństwa takiego rozwiązania nie popiera.

Najpierw co powiedział premier. Przekaz jego przemówienia to nie "będziemy kłamać, żeby wygrać wybory" ale "żyliśmy w kłamstwie i dalej tego nie da się robić". Jest to raczej przyznanie się do kłamstwa i próby zerwania z nim niż cyniczne się z nim obnoszenie.

Skąd jednak dotyczy to kłamstwo i skąd się bierze? Z tego, że poprzedni, też socjalistyczny premier, zdecydował się dotrzymać słowa po poprzednich wyborach kiedy obiecał budżetówce pięćdziesięcioprocentową podwyżkę płac oraz masę innych rzeczy jak na przykład zamrożenie cen gazu. Co powiedział to zrobił a kraj zaczął coraz głębiej brnąć w deficyt budżetowy. Rząd oczywiście nie mógł powiedzieć, że te podwyżki i inne przyjemności są finansowane z kredytów i z uśmiechem twierdził, że jest świetnie.

Ostatnia kampania wyborcza była kontynuacją karnawału obietnic. Mowa była już nie o trzynastej ale i czternastej emeryturze, obniżaniu podatków, aucie dla każdej rodziny i tak dalej. Przy czym nie robili tego wyłącznie socjaliści, opozycyjny Fidesz licytował równie wysoko. A że sprawy nie mają się różowo było wiadomo. Nie jestem ekspertem od polityki czy ekonomii ale przecież pamiętam jak rozmawiając – jeszcze przed wyborami – ze Sliwką na temat służby zdrowia tłumaczyłem jej, że nic się tam nie zmieni bo nie będzie na to pieniędzy jako że deficyt budżetowy jest spory a ponieważ rząd opóźnia publikację danych na jego temat na okres powyborczy, na pewno jest gorzej niż oficjalnie się mówi. Przytaczam ten fakt, żeby pokazać, że o żadnym zaskoczeniu nie było mowy.

I tak mimo tego kiedy między dwiema turami wyborów wielkość deficytu dostała się już do wiadomości publicznej, Viktor Orbán, przywódca Fideszu, zapytany przez dziennikarza z jakiego punktu programu na pewno by nie zrezygnował, ten bez wahania rzucił "ze spraw socjalnych". Tenże Orbán wczoraj lub przedwczoraj oświadczył, że jeśli dojdzie do władzy wycofa wszystkie zarządzenia rządu restrykcyjne rządu (podwyżka podatków, opłaty za świadczenia, itp.) i obniży podatki i inne koszty pracy.

Przytaczam te fakty, żeby wypowiedź i działania Gyurcsánya umieścić w kontekście. Orbán mówiąc te swoje bzdury na tematy socjalne kłamie tak samo jak kiedyś Gyurcsány. Różnica jest taka, że ten drugi mówi, że kłamać już dalej się nie da a ten pierwszy swoje kłamstwa kontynuuje. I taki mamy tutaj nieciekawy wybór: z jednej strony były działacz komunistycznej młodzieżówki, który wzbogacił się w mętnych latach dziewięćdziesiątych, obecnie odrzucający (?) kłamstwo – z powodów pragmatycznych ale jednak – a z drugiej strony populistyczny kameleon polityczny zaczynający swoją karierę od liberalizmu, obecnie konserwatysta flirtujący ze skrajną prawicą, bez oporów grający kartą pustych obietnic socjalnych.

Nie to jest jednak najistotniejsze. Najważniejsze jest to, że póki wszyscy kłamali nikt specjalnie się tym nie przejmował na tyle wszystcy tutaj jesteśmy do kłamstw przyzwyczajeni. Przecież nie pierwszy raz już obiecywano nie wiadomo co podczas gdy oczywiste było, że obietnic się nie da spełnić. I nic, nikt tych obietnic nie brał zbyt dosłownie. Problem się zaczął gdy ktoś – i to w dodatku sam premier – głośno powiedział o kłamstwie deklarując zarazem, że trzeba z tym skończyć. Szok, bezradność – i wściekłość. To jest najciekawszy i najistotniejszy aspekt obecnych wydarzeń: czy jako społeczeństwo przemożemy to obezwładniające przyzwolenie na kłamstwo czy też, po okresie krótszych czy dłuższych wstrząsów, wszystko będzie jak poprzednio, tyle, że być może z nowym premierem i rządem.

oglądamy Budapeszt z lotu ptaka – pod ziemią

Nie lubię przejść podziemnych. Jest tam ciemno – brudno – śmierdzi, bezdomni śpią na ziemi, złodzieje kradną, handlarze handlują, lud się przeciska.

A jednak niedawno sami, nieprzymusani, poszliśmy do przejścia koło dworca Nyugati. Powód? Wystawa grupy Új Irány (Gábor Lendvai i Dominika Tihanyi), która nakleiła na ziemi olbrzymie – jakieś piętnaście metrów w przekroju – zdjęcie lotnicze Budapesztu. Na filarach rozmieszczono plansze z naklejkami do umieszczania na zdjęciu przez mieszkańców miasta. Najpopularniejsze, jak mi się wydawało, okazały się być naklejki z domkiem, które ludzie naklejają po prostu na swoich z domem. Odkryciu ich na zdjęciu często towarzyszy pisk radości.

Też odszukaliśmy nasz dom, pracę śliwki i moją a także przedszkole Chłopaka. Niestety, naklejek z domem już nie było, użyliśmy więc naklejek z plusem. Chłopakowi zrobiłem jeszcze zdjęcie przy jego ulubionym moście Lágymányosi poszliśmy pogodni do domu.

tu pracuje śliwka!

wczorajsze zamieszki

Wczorajsze zamieszki pod gmachem telewizji trafiły, sporo wyolbrzymione, do mediów na całym świecie. Tekst i zdjęcia musiały być dramatyczne bo cały czas ludzie się pytają, podobnie jak po burzy w czasie świętoistváńskich fajerwerków , czy jesteśmy ok. Od rana dzwonią i piszą z Szolnoku, Baku, Warszawy, Krakowa, Kijowa, Madrytu, Londynu i Moskwy. Sam też to robię jak się gdzieś coś stanie, wszędzie są jacyś znajomi, koledzy, rodzina.

A pod gmachem telewizji, swoją drogą, spokój, Poszliśmy tam rano z koleżankami z pracy bo nasze biuro jest niedaleko. Policjanci nie wpuścili nas na plac więc zrobiłem chociaż zdjęcie strzeżonemu gmachowi.