czy chcesz być premierem?

Wygląda na to, że w końcu partia socjalistyczna dogadała się z SzDSzem w sprawie premiera i zostanie nim Gordon Bajnai. W międzyczasie zafundowano nam przedstawienie pt. Poszukiwanie premiera, podczas którego przez giełdę nazwisk przewinęła się masa osób. Doszło do tego, że pojawił się dowcip polityczny, co na Węgrzech nie jest często i dlatego warto to odnotować.

Dowcip ma postać smsa. Nie dostałem go, znam go tylko z opowiadania, brzmi on mniej więcej tak:

To jest sms od Ferenca Gyurcsánya. Czy zgodziłbyś się zostać premierem? Jeśli nie to proszę prześlij to dalej dziesięciu swoim znajomym..

plac Klauzála w filmie animowanym

Akurat się dowiedziałem, że nasz plac Klauzála jest miejscem akcji jednego z węgierskich filmów animowanych, mowa of Vili, a veréb (Wróbel Wiluś). Oto przykład, panorama z placem do oglądania od 1:10, dalsza akcja w dużej części rozgrywa się na samym placu pod oknem bohatera. Muszę pooglądać sobie więcej tych Wilusiów.

karty węgierskie

Chłopak znalazł w domu talię kart węgierskich, zaczął się wypytywać o różne z nimi związane rzeczy, wyszukiwać gry i tak, niepostrzeżenie, zanurzyłem się w świecie tych kart.

Ku pewnemu zdziwieniu dowiedziałem się, że ich historia związana jest z naszą dzielnicą. Zakład, który miał zacząć je produkować mieścił się na obecnej ulicy Kazinczy. Mieści się tam obecnie kocsma Wichmanna, znana w Budapeszcie mimo braku szyldu.

Wichmann kocsma

Na ścianie tablica upamiętniająca fakt rozpoczęcia w tym miejscu produkcji kart węgierskich.

i tablica na jej ścianie

Talia kart węgierskich składa się z trzydziestu dwóch kart od siódemki do asa, przy czym waleta nazywa się niżnik (alsó) a damę wyżnik (felső). Asy nazwane od pór roku. Kolory wyglądają inaczej i inaczej się też nazywają. Jest więc serce (piros albo szív), dzwonek (tök), wino (zöld) i żołądź (makk). 

Karty te znane są raczej jako karty typu niemieckiego ale Węgrzy utrzymują, że pochodzą one stąd. Pierwotnie znane były jako karty Wilhelma Tella bo figury były wzorowane na postaciach z dramtu Schillera pod tym tytułem. Karty miały budzić uczucia patriotyczne ale z powodu cenzury habsburgskiej niemożliwe było umieszczenia postaci z węgierskiej historii walki niepodległościowej, Wilhem Tell, mimo, że sam symbolizował walkę o wolność, okazał się niekontrowersyjny. Karty w nieco zmienionej formie do dzisiaj produkowane są na Węgrzech, w Austrii i w Czechach.

Jak się dowiedziałem istnieje mnóstwo gier granych kartami węgierskimi. Chłopak co rusz wyszukuje jakąś nową. Jak mi starczy energii to kiedyś przetłumaczę zasady jednej z nich.

***

W tą niedzielę będzie miała miejsce się kolejna demonstracja przeciw wycince drzew na ulicy Nagymező (pisałem już o tej kampanii wcześniej tu, tu, tu i tu). Jeśli ktoś chce i może się przyłączyć to zachęcam, odbędzie się ona o 11 przed teatrem Radnóti. Poniżej plakat po węgiersku.

po polsku na Węgrzech

Na kolacji u znajomych dowiedziałem się o remoncie basenu w Sárospatak. Rzecz sama w sobie może nie warta uwagi gdyby nie pewien szczegół ale najpierw konieczne jest parę słów wprowadzenia. Sárospatak leży nieco ponad dwadzieścia kilometrów od granicy ze Słowacją ale i tak w lecie na basenach jest masa Słowaków przywożonych tam autokarami. Najwidoczniej jest to dla nich najbliższy basen. Jego remont ma więc sens nie tylko dlatego, że tak na oko od lat osiemdziesiątych niczego tam nie tknięto, widać, że jest dla kogo go remontować, cieszy się sporą popularnością.

No i teraz ten szczegół. Burmistrz miasta, który bardzo stara się rozwinąć turystykę, zarządził przy okazji remontu, że pracownicy do wiosny mają zdać egzamin podstawowego stopnia ze słowackiego albo – uwaga – polskiego. Uznał, że przy takiej ilości gości mówiących tymi językami pracownicy basenu powinni móc się z nimi jakoś dogadać.

Słowacki jest oczywisty a co do polskiego to faktycznie, te połnocno-wschodnie Węgry, gdzie leży Sárospatak są terenem gdzie przyjeżdza stosunkowo sporo Polaków. W restauracjach trafia się na jadłospisy po polsku, tu i ówdzie widzi się napis po polsku. Tego gdzie indziej nie ma. 

niewidzialna wystawa

Wczoraj w końcu udało mi się pójść z Chłopakiem i jego kolegą na Niewidzialną wystawę czyli Láthatatlan kiállítás. Pomysł prosty i zresztą nie pochodzący z Węgier: zwiedzający poruszają się w absolutnej ciemności w szeregu pomieszczeń by doświadczyć życia niewidomych. Wrażenie niesamowite a cała wystawa mimo z pozoru smutnego tematu jakoś pozytywna.

Na wystawę udaliśmy się do E-klubu, który mieści się w Népligecie. Mały zgrzyt przy kupnie biletów: w kasie domagają się adresu e-mailowego, odmawiam bo niby po co im, w końcu jakoś sprzedają nam bilety bez tego. Przechodzimy do dalszego pomieszczenia gdzie niewidomy Gábor prezentuje szereg gadżetów ułatwiających życie codzienne niewidomych. Są wśród nich specjalnie uformowany pierścień z plastiku trzymający parę skarpetek razem w praniu, a także maszyna do pisania brailem, książka napisaną tym alfabetem oraz gadający komputer. Można zadawać pytania i zwiedzający, a jest ich nie zważając na akurat odbywające się w mieście tradycyjne zamieszki (wczoraj mieliśmy święto narodowe, zamieszki są od jakiegoś czasu nieodzowną częścią obchodów) sporo, pytania zadają. Bo okazja też rzadka: można pytać niewidomą osobę o rzeczy, o których nie ma jak się na ogół dowiedzieć.

Gábor jak się okazuje studiuje italianistykę a poza włoskim mówi także po francusku i po hiszpańsku – za chwilę będzie objaśniał różne rzeczy zwiedzającemu Hiszpanowi – i szykuje się do zawodu nauczyciela. Brailem czyta niesłychanie, przynajmniej dla nas, szybko przesuwając palcem po tekście w tempie w jakim sprawdza się czy na półce nie ma kurzu. Chłopak pisze coś po polsku na brailowskiej maszynie do pisania a Gábor i z tym sobie wyśmienicie radzi.

Zaczyna się zwiedzanie części ciemnej. Dziwne wrażenie, bo w życiu na ogół nie doświadczamy tak absolutnej ciemności. Nawet w nocy przecież zawsze coś widać. A tu nie ma różnicy czy otworzę czy zamknę oczy.

Przechodzimy przez szereg pomieszczeń. Jest las z nierównym podłożem, gdzie trzeba znaleźć siekerę, jest chatka, gdzie mamy wymacać stół i piec. Stamtąd przechodzimy na ulicę, gdzie ze zdziwieniem natykamy się na rowery stojące przy poręczy a kolega Chłopaka uruchamia alarm wpadłwszy na samochód. W muzeum próbujemy "oglądać" rzeźby (mnie nie udaje się nawet określić, co przedstawiają) a potem przechodzimy do baru gdzie za monety (węgierskich banknotów nie można określić dotykiem) kupujemy sobie batoniki i kawę.

Przed wyjściem z ciemności jeszcze dowiadujemy się, że poza Niewidzialną wystawą w czwartki i piątki są też niewidzialne kolacje, (odpowiednio 6490 i 7480 forintów) gdzie je i pije się w ciemności polegając wyłącznie na węchu i smaku – podobno bardzo ciekawe wrażenie – oraz niewidzialny masaż wykonywany przez niewidomych masażystów.

Napisałem, że wrażenie z wystawy wynosi się pozytywne. Z jednej strony jest tak, bo los niewidomych, w których skórę się tu wchodzi, przestaje być przerażająco nieznany, trochę już wiemy "jak to jest". Z drugiej natomiast zobaczywszy jak dobrze radzą sobie oni w tej ich wiecznej ciemności (mnie powalił Gábor mknący palcem po tekście brailowskim) – i jak bardzo my jesteśmy w tej ciemności "upośledzeni" – nabieramy uznania dla ich umiejętności. A Chłopak dyskretnie powiedział mi, że chciałby na Boże Narodzenie dostać taką fajną brailowską maszynę do pisania.

autoportret: Śmierć w Europie Środkowej

Agnieszka Szeffel, autorka ciekawego bloga Lapidarium przysłała mi niezwykle uprzejmie numer czasopisma autoportret poświęcony śmierci w Europie Środkowej. Cymes.

Dawno nie miałem w rękach tak po prostu ładnego czasopisma. Tak ładnego, że aż się człowiek zaczyna zastanawiać czy faktycznie wszystko trzeba w internet ładować bo papierowe wydania skazane są na śmierć. Każda strona indywidualnie, ze smakiem zaprojektowana, zanim zacznie się czytać artykuły najpierw się je ogląda.

Same teksty też nadają się do smakowania. Najbardziej mnie zaintrygował artykuł na temat muzeum pogrzebowego we Wiedniu. Trumna józefińska, nóż do przebijania serca trupów, "piękne pogrzeby", fotografowanie nieboszczyków – czegóż tam nie ma! Muszę je koniecznie zobaczyć jak będę we Wiedniu następnym razem.

Zaciekawiły mnie teksty na temat powstawania nekropolii wyszegradzkiej w Pradze i fascynujący opis pracy słowackiego architekta Dusana Jurkovica tworzącego piękne drewniane cmentarze dla poległych w pierwszej wojnie światowej.

Niesamowita jest też rozmowa o kulturze śmierci na Mazurach przeprowadzona z Małgorzatą Szumowską. Niby kawałek znajomej Polski a zupełna egzotyka. Fotografowanie zmarłych w trumnach, na przykład.

Europa Środkowa to oczywiście również Węgry. Poza tekstem na temat Ars Moriendi na Górnych Węgrzech, który, podobnie jak inne teksty na temat średniowiecza mnie znudził, jest wywiad z Krzysztofem Vargą na temat śmierci i Węgier. W formie odpowiada treści i nieźle dołuje, bo taka ostro dołująca jest właśnie kombinacja tych dwóch samych w sobie dołujących już tematów. Przeczytałem i zaraz mi się smutno zrobiło.

Drugi intrygujące tekst węgierski jest autorstwa właśnie Agnieszki Seffer. Pisze na temat filmów Béli Tarra, reżysera, którego nie rozumiem. Czytając jej tekst przyszedł mi głowy mój niemuzykalny kolega, który obejrzawszy film pt. Amadeus, powiedział, że gdyby ktoś mu tak opowiadał o muzyce jak Salieri to by ją polubił. Ze mną przeszło coś podobnego, dzięki tekstowi chyba nieco cieplejszym uczuciem darzę obecnie Bélę Tarra. O miłości nie ma jednak jeszcze mowy.

Dzień po otrzymaniu listu od Agnieszki zadzwonił Rysiek. Ciekawe pismo widziałem w EMPiKu, mówi, jest tam o Węgrzech, kupić ci? Autoportret się nazywa. A jakiś tydzień później przyszedł program Instytutu Polskiego, z którego się dowiedziałem, że w Budapeszcie 3 kwietnia o 18:00 odbędzie się prezentacja tego właśnie numeru pisma. Nagle wszędzie jest słychać o autoportrecie.

Omega w Warszawie

Napisał mi Rysiek, że będzie koncert Omegi w Warszawie. Sprawdziłem i faktycznie, koncert odbędzie się w Sali Kongresowej w sobotę 14 marca o 20.

Węgierscy Rolling Stonesi mówi się o nich bo powstali w tym samym roku (1962) i pozostają jednym z najstarszych do dziś aktywnych zespołów rockowych. Jak się dowiedziałem w węgierskiej wikipedii pod wieloma względami byli na Węgrzech pionierami w muzyce pop.

  • W 1968 roku jako pierwszy zespół nagrali własny album (a Trombitás Frédi és a rettenetes emberek)
  • W 1969 roku ich album 10000 lépésé był pierwszym albumem z otwieralną kopertą. Na podstawie muzyki z tego albumu powstał pierwszy samodzielny program telewizyjny pt. a Tízezer lépés – Omega Show
  • Zespół jako pierwszy z zespołów węgierskich koncertował w Wielkiej Brytanii
  • Omega wydała najpopularniejsze spośród zespołów węgierskich albumy, na Węgrzech Gammapolis w 1979 roku (650 tysięcy sprzedanych egzemplarzy) i za granicą  Time Robber w 1977 roku (1 milion sprzedanych egzemplarzy)
  • Omega była pierwszym zespołem, który zagrał z Państwową Orkiestrą Koncertową (Állami Hangversenyzenekar) na wydanym w 1973 roku albumie Omega 5
  • Omega miała pierwsza na Węgrzech studio cyfrowe.
  • Pierwsza wydała na Węgrzech płytę kompaktową (1988, wybór pt. Platina)
  • Pierwsza wydała koncertowy DVD (wydany w 2000 roku OmegakonceRT Népstadion 1999)
  • Członkowie Omegi jako pierwsi wystąpili na koncercie w jednakowych strojach
  • Zespół jako pierwszy używał maszyny do wytwarzania dymu, laserów a także ekranów do wyświetlania tła

Dla mnie najbardziej niesamowite jest to, że ich największy przebój Gyöngyhajú lány (Dziewczyna o perłowych włosach), nota bene pozycja dwudziesta druga na obecnej edycji Listy top wszech czasów, jest śpiewana na całym świecie właśnie po węgiersku. Nie bardzo mogę sobie przypomnieć inny przypadek, by tak było, zupełny ewenement. Omedze powinni dać order za zasługi dla języka węgierskiego.

Do posłuchania wykonanie piosenki przez Kult w trakcie któregoś z festiwali jarocińskich. Nieznającym węgierskiego powiem na pociechę, że nawet znając ten język i tak się niczego nie rozumie.

Wybierającym się na koncert życzę dobrej zabawy!