Latem parę razy wybrałem się do Szentendre rowerem i absolutnie zakochałem się w tej trasie. Teraz kolej na was, już się zabieram do przekonania was do niej.
Mowa jest o jakiś 25 kilometrach pięknej, zróżnicowanej i absolutnie nieturystycznej przejażdżki, co oznacza, że nie trafisz na nią po prostu polegając na Trip Advisorze czy innych tego typu źródłach. Jej zdecydowana większość prowadzi ścieżkami rowerowymi (różnej jakości, trzeba powiedzieć), tam, gdzie jedzie się ulicą ruch jest zwykle niewielki, więc jest bezpiecznie. Ważna uwaga: trasa jest płaska.
Weźmy na to, że zaczynamy na placu Kossutha, przed parlamentem.

Stamtąd ruszamy na północ czyli w stronę mostu Małgorzaty.
Dojechawszy tam mamy trzy opcje: jechać dalej stroną peszteńską, jechać przez wyspę Małgorzaty albo przejechać mostem Małgorzaty i kontynuować stroną budańską.


Uwaga: tu w pewnym momencie pojawia się taka kładka nad ulicą, rower trzeba po niej prowadzić.

Wybrałem drogę przez wyspę Małgorzaty






Most Árpáda, jest tu tak głośno, że piszę większymi literami, żebyście mnie usłyszeli
Dalej już jedzie się stroną budańską. Z mostu zjeżdzamy do Óbudy.

Trzeba się trzymać drogi rowerowej numer 6. Gdybyśmy jechali stroną budańską już od mostu Małgorzaty, to przyłączylibyśmy się do niej już tam.

Teraz robi się ciekawiej. Jedziemy wzdłuż linii HÉV, równolegle do Dunaju. Pojawiają się mury z, podobno legalnym w tym miejscu, graffiti.


Przejeżdzamy niedaleko od wjazdu na wyspę Hajógyári, gdzie odbywa się festiwal Sziget.

Jedziemy dalej a tam znów graffiti, tym razem old school.

Pomykamy dalej ścieżką koło szerokiej ulicy, z lewej samotny komin z Auchanem w tle.

Na końcu ulicy pamiątkowy kamień informuje kim był jej patron: Ángel Sanz Briz, sprawiedliwy wśród narodów świata, był hiszpańskim dyplomatą, który w czasie Holocaustu ocalił ponad 5000 węgierskich Żydów

Dalej kawałek trzeba jechać ulicą. Prowadzi po łuku, stoją przy niej piękne platany.

Znowu graffiti, kolejny długi mur.


Czasami przy tych murach spotkać można grafficiarzy przy pracy.

Zaraz dojeżdżamy do przejazdu pod nasypem prowadzącym do kolejowego mostu Północnego.

Tu znowu pojawia się alternatywa. Albo jedziemy dalej równoległą do Dunaju ulicą Nánasi (zalety: szybciej, lepsza nawierzchnia, piękne platany, wady: mniej ciekawie no i jedzie się ulicą) albo nabrzeżem Rzymskim czyli Római part (zalety: ładnie i ciekawie, widok na Dunaj, wada: miejscami fatalna nawierzcnia).

Decyduję się na nabrzeże.
Nabrzeże Rzymskie to ciąg bufetów przeplatanach hangarami dla łódek. Wszystko w stylu jakby to był rok 1987. Warto tu zajrzeć także dlatego, że pewnie niedługo to zniknie.


Po prawej Dunaj, a nim sporo łódek.

Po fragmencie oldkulowym pojawiają się nowsze przybytki kulinarne. Mój ulubiony bar Fellini (pisałem o nim już w 2012 roku!) niestety już spakowany na zimę, została tylko tabliczka.

W tych rozlicznych barach, bufetach czy jadłodajniach można sobie (w sezonie) coś zjeść i wypić oraz odpocząć.
Jadąc dalej mija się szereg zrujnowanych budynków zachęcających do urbexu.

Jedziemy dalej wzdłuż Dunaju – rzeka jest widoczna przez cały czas po prawej stronie – ale gdy wjedziemy do parku Pünkösdfürdő nastrój zmienia się radykalnie. Wjeżdzamy na wał przeciwpowodziowy, po lewej mamy niedawno urządzony, podłużny park oferujący place zabaw, boiska do różnych gier, a także hotele dla owadów i duże połacie niestrzyżonych trawników.

Gdy park się kończy, przejeżdżamy mostkiem nad rzeczką i niedługo później docieramy do mostu Megyeri. Dokładniej: pod most Megyeri.

Tu w zasadzie kończy się Budapeszt. Zaczynają się dacze i bazy wodne. Po prawej widać wyspę Lupa (pisałem o niej tu), na którą można dostać się małym promem, którym (tak!) można przewieźć i rower. Na wyspie można sobie zrobić przerwę.

Zaraz zaczyna się najpiękniejszy kawałek trasy: kręta ścieżka prowadząca przez nadwodny lasek.


Dalej też nie jest źle. Po lasku wyjeżdzamy na łąkę.

Ścieżka prowadzi koło jeziora Lupa, na którym można sobie popatrzeć na narciarzy wodnych (mają do tego jakiś specjalne ustrojstwo, które ich ciągnie po wodzie).


Potem jeszcze kawałek wzdłuż rzeki i już Szentendre.



Dojechawszy do Szentendre można sobie coś zjeść czy wypić ryzykując przy tym otrzymanie paragonu grozy bo miejsce jest mocno turystyczne.
Wrócić można tą samą trasą, być może wybierając alternatywne opcje tam, gdzie to możliwe. Dla zmęczonych zawsze jest możliwość powrotu kolejką HÉV – stacja nie jest daleko.

Miłego jeżdżenia!
































































