Problem z narodowością polską

Pisałem już kiedyś jak nie podoba mi się używanie słowa narodowościowy w znaczeniu mniejszościowy. Rzecz jasna, moje tyrady nie przyniosły najmniejszego efektu.

Ostatnio wpadłem na pomysł by na problem zwrócić uwagę pytając eksperta. Zacząłem od Michała Rusinka, wiadomo, były sekretarz noblistki Wisławy Szymborskiej, autor artykułów na tematy językowe. „Szanowny Panie,” napisał do mnie Michał Rusinek, “mam podobne intuicje językowe jak Pan. „Działacz narodowościowy” brzmi tak, jakby był Pan zaciekłym polskim nacjonalistą. Po polsku mówi się o narodowości – polskiej czy węgierskiej. Zdaję sobie sprawę, że „mniejszość polska” brzmi mało dumnie, ale w Polsce mówi się o mniejszości niemieckiej i jest to, jak sądzę, określenie neutralne.” Zachęcił mnie przy tym bym się zwrócił do Katarzyny Kłosińskiej, która prowadzi Poradnię Językową PWN.

Napisałem do niej tak cytując przykłady z numeru 301 Polonii Węgierskiej, który akurat miałem pod ręką (choć rzecz jasna zjawisko jest powszechne w kręgach polonijnych, weźmy na przykład ostatni Głos Polonii i już mamy takie sformułowania jak “rzecznik narodowości polskiej w Węgierskim Parlamencie Ewa Słaba-Rónayné” czy też „jako węgierski działacz narodowościowy Republiki Czechosłowackiej (…)”, zajrzyjmy na stronę polonia.hu a tam “Spotkanie robocze Miklósa Soltésza z przedstawicielkami narodowości polskiej” lub “Dzień Narodowości w Békéscsabie”).

Mieszkam na Węgrzech, gdzie istnieje system instytucjonalnego wspierania mniejszości narodowych. Kalką oficjalnego wyrażenia węgierskiego używanego w odniesieniu do tych mniejszości (nemzetiség) jest po polsku słowo narodowość, które jest niestety powszechnie używane w tutejszych kręgach polonijnych, np.:

18 grudnia z okazji Dnia Narodowości przyznano nagrody za wybitne zasługi na rzecz osiadłych na Węgrzech narodowości. W tym roku wśród laureatów znaleźli się również przedstawiciele narodowości polskiej: Halina Csúcs […] pierwsza rzeczniczka polskiej narodowości w ZN Węgier…,

Od chwili, kiedy wybrana zostałam rzecznikiem narodowości polskiej…

Do tej pory odbyły się trzy takie spotkania, na które przybyło wielu przedstawicieli naszej narodowości.

…imprezy organizowane w języku danej narodowości…

Oprócz tego pojawiają się nazwy: Komisja Narodowościowa, samorząd narodowościowy. Dla mnie brzmi to strasznie, bo narodowość rozumiem jako cechę a nie grupę społeczną. Czy mam rację, czy też jej nie mam?

Odpowiedź dostałem wyczerpującą, cytuję ją w całości:

W polszczyźnie rzeczownik narodowość ma kilka znaczeń. Oznacza on przede wszystkim przynależność do danego narodu, a także po prostu naród (zob. SJP PWN i WSJP PAN). Tak więc z semantycznego punktu widzenia przytoczone przez Pana zdania są poprawne. Mimo to część z nich brzmi nienaturalnie, gdyż w tekstach prasowych i codziennych użylibyśmy innych sformułowań. I tak, zamiast wybitne zasługi na rzecz osiadłych na Węgrzech narodowości powiedziałabym: wybitne zasługi na rzecz osiadłych na Węgrzech narodów – choć, trzeba przyznać, zdanie wyjściowe nie zawiera błędu. Użyłabym też wyrażenia język danego narodu, a nie: język danej narodowości. Natomiast zamiast przedstawiciele narodowości polskiej, rzecznik polskiej narodowości powiedziałabym (po prostu): przedstawiciele Polaków, rzecznik Polaków.

Przymiotnik narodowościowy odnosi się do rzeczownika naród w jego obu znaczeniach. A zatem nazwy komisja narodowościowa, samorząd narodowościowy są poprawne pod względem semantycznym, jednak – istotnie – mało naturalne. Dzieje się tak, dlatego że narodowościowy łączy się raczej z rzeczownikami abstrakcyjnymi; wyszukiwarka korpusowa Monco Frazeo podaje następujące kolokacje: nienawiść rasowa i narodowościowa, kwestie narodowościowe, dyskryminacja narodowościowa, białoruska grupa narodowościowa, skład narodowościowy, waśnie narodowościowe, represje na tle narodowościowym itp. Gdybym miała utworzyć nazwę komisji zajmującej się sprawami Polaków mieszkających na Węgrzech i samorządu przedstawicieli Polonii, posłużyłabym się określeniami: samorząd Polonii węgierskiej, komisja do spraw Polaków / Polonii (jeśli byłyby to nazwy oficjalny, zapisalibyśmy je, rzecz jasna, od wielkich liter).”

Streszczając: można powiedzieć osiadłe na Węgrzech narodowości, rzecznik narodowości polskiej czy też samorząd narodowościowy ale nie brzmi to ani naturalnie ani ładnie. Warto spróbować używać zasugerowanych przez panią Kłosińską alternatyw oraz innych sformułowań. Jak będziemy mówili zależy od nas. To, koniec końców, sprawa smaku.

można tak, można i tak, jak wam się bardziej podoba?

Zrozumieć Trianon – tekst w Polonii Węgierskiej

W zeszłorocznym czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst pt. Zrozumieć Trianon. Dwa numery później PW opublikowała list László Szabó, który skrytykował tekst, a także moją odpowiedź, i tak teraz te teksty są dostępne w jednym miejscu, może kogoś zainteresują.

***

Zrozumieć Trianon

Trianon nie jest łatwy do zrozumienia dla nie-Węgrów, w tym i dla Polaków.

Nieraz na historię innych krajów, czy też narodów, patrzymy poprzez analogie do własnej historii. Dzieje się tak mimo tego, że każda analogia kuleje.

Wobec Trianonu nasuwają się dwa takie – sprzeczne – porównania. Jedno to rozbiory: poprzez traktat Trianon Węgrom zabrano tereny jak Polsce w XVIII wieku. Stało się tak na mocy decyzji europejskich potęg. Drugie to narracja niepodległościowa: po pierwszej wojnie światowej na gruzach imperiów, a takim była też Monarchia Austro-Węgierska, powstały niepodległe państwa narodów, które ich przedtem nie miały, tak jak i Polska. Można więc patrzeć na Trianon i tak, i tak.

Sytuacji nie ułatwia fakt, że część terytorium Wielkich Węgier, a mianowicie północny Spisz i Orawa, znalazła się w Polsce. Mimo, że do dziś można się natknąć na ślady ich węgierskiej przeszłości, to jednak od dawna zdominowane są przez ludność polską. W tym kontekście największym nawet sympatykom Węgier trudno jest chyba popierać trianonowe hasło Oddać wszystko! (Mindent vissza!)

Trianon był bez wątpienia tragedią dla Węgier, zarówno dla państwa, jak i wielu pojedyńczych Węgrów. To pierwsze poniosło straty terytorialne i ludnościowe, utraciło rangę lokalnego mocarstwa i stało się jednym z wielu małych wschodnioeuropejskich państw. Wielu Węgrów z terenów utraconych przesiedliło się na Węgry nie chcąc, bądź też nie mogąc, dalej mieszkać w miejscach, które trafiły pod obcą władzę. Rodziny zostały rozdzielone, majątki potracone, wielu doświadczało szykan.

Jak wszyscy wiemy, dla Węgrów Trianon jest sprawą żywą, aktualną można powiedzieć. Jego pamięć jest szeroko kultywowana. Jednak sposób w jaki jest to robione, potrafi zadziwić.

Jak wykazały to niedawne badania opinii publicznej przeprowadzone przez grupę badawczą Trianon 100 Węgierskiej Akademii Nauk, dla ponad 40% Węgrów Trianon był najtragiczniejszym wydarzeniem w historii kraju. Czyli nie umywają się do niego najazd tatarski (zginęła niemal połowa ludności kraju), półtorawiekowe rządy tureckie czy też, by wziąć bliższe przykłady, pierwsza wojna światowa (ponad 650 tysięcy zabitych), druga wojna światowa (900 tysięcy zabitych, z czego połowa to Żydzi, ofiary Holocaustu), oraz masowe gwałty zaraz po wojnie, których ofiarą padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet.

Zdziwić też potrafi brak dyskusji nad Trianonem. Fakt, że rewizjonizm, który był główną siłą napędową przedwojennej polityki Węgier, obecnie już nią nie jest, choć nadal obecny jest w sferze symbolicznej – dość pomyśleć o wszechobecnych naklejkach i mapach Wielkich Węgier. Tym niemniej publiczny dyskurs największej tragedii w historii, krzywdy, niesprawiedliwości wobec Węgier, odwołań religijnych nie zmienił się od czasów przedwojennych. By się o tym przekonać warto odwiedzić cieszące się półoficjalnym statusem muzeum Trianonu w Várpalota: wystawia ono bez komentarza przedwojenną antytrianonowską propagandę.

Do dziś nie słyszy się w dyskursie publicznym namysłu nad odpowiedzialnością Węgier za doprowadzenie do sytuacji, w której obce państwa mogły decydować o węgierskich granicach – Trianon nie wziął się przecież z niczego.Uderzać może brak prób zrozumienia innych narodów, które skorzystały na traktacie Trianon. Wydawałoby się, że doświadczenie przez Węgrów czym jest bycie mniejszością narodową mogłoby być źródłem empatii wobec innych, którzy wcześniej, w ramach Węgier, jako mniejszość żyli, a tak nie jest.

W tej sytuacji brak inicjatyw mających na celu pojednanie z sąsiednimi narodami już nie dziwi. Dla Polaka nie jest to jednak oczywiste. Mimo konfliktów w przeszłości istnieją działania mające na celu pojednanie polsko-niemieckie czy polsko-ukraińskie, były nawet próby pojednania polsko-rosyjskiego. Można znaleźć w Polsce germanofilów, ukranofilów czy też miłośników kultury rosyjskiej. Skoro jest to możliwe w Polsce, to dlaczego czegoś podobnego nie da się zrobić na Węgrzech?

Trianon jest raną na węgierskiej duszy. Nie wydaje się, by setna rocznica tego traktatu przysłużyła się do jej zabliźnienia. Nie wiem, na ile sami Węgrzy by tego pragnęli.

Jerzy Celichowski

***

Z zaskoczeniem i z niezrozumieniem czytaliśmy artykuł Jerzego Celichowskiego pt. Zrozumieć Trianon w czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej.

Z niezrozumieniem dlatego, że artykuł nie mówi o tym, o czym głosi jego podtytuł, a więc o tym na ile nie-Węgrzy rozumieją Trianon. Nie wiadomo, kogo autor miał na myśli; zakładam, że beneficjentów Trianonu, sąsiednie narody (a raczej państwa), gdyż oni oczywiście uważają go za sprawiedliwy. Sprawiedliwy jest z punktu widzenia Polaków (Polski), gdyż tereny, które od nas zdobyli, były terenami czysto polskimi. Zakwestionowała tylko Słowacja w 1939 r, kiedy to oddzieliła je od Polski.

Z niezrozumieniem, gdyż nasuwa się pytanie, co kierowało chęcią publikacji przemyśleń na temat Trianonu takiego Polaka, który najwidoczniej nie jest ekspertem w tej dziedzinie, ani nie jest tą problematyką osobiście dotknięty, za to zachowuje się tak, jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Na to wskazuje wrogi, agresywny i żądający wyjaśnień ton oraz liczne potknięcia.

1. Tak, Trianon był tragedią, gdyż politycy narzucający warunki pokoju chcieli uczy-nić Węgry państwem niezdolnym do życia. Pokój wersalski oznaczał tragedię nie tylko dla nas, ale także dla całej Europy, prowadząc prosto do wybuchu II wojny światowej. Według wielu historyków jego twórcy powinni zasiąść na ławie oskarżonych o popełnienie zbrodni wojennych w Procesie Norymberskim.

2. W okresie międzywojennym węgierska polityka nie zabiegała o całkowitą rewizję, nie głosiła hasła „Wszystko z powrotem”. Jako punkt wyjścia posługiwano się tzw. „czerwoną mapą” opracowaną przez Pála Telekiego – który dwukrotnie się przysłużył Polsce, – na której to czerwonym kolorem oznaczono tereny czysto węgierskie. Wyniki osiągnięte przez rewizję do 1940 r. postrzegane są jako sprawiedliwe: nowa granica ze Słowacją ustanowiona została zgodnie z granicą językową, z Rumunią zaś przyłączenie północnej część Siedmiogrodu doprowadziło do zrównoważonych stosunków: w dwóch częściach krainy ludność obcego pochodzenia była mniej więcej jednakowa, co mogło wymusić na Rumunii uczciwe traktowanie narodowości węgierskiej.

3. Pokój paryski po II wojnie światowej zabetonował granice, komunizm zaś temat Trianonu zamiótł pod dywan. Tak naprawdę dopiero w ostatnich trzydziestu latach przepracowanie bolesnej spuścizny Trianonu znalazło się w polu widzenia polityki. Ponieważ granice pozostały niezmienione, w grę wchodziły dwie możliwości: wydostać się z izolacji i uczynić wszystko, by poprawić sytuację węgierskich mniejszości narodowych zamieszkujących sąsiednie państwa. Cel ten ma swoje uzasadnienie z jednej strony w tym, że po 100 latach państwa, do których wcielono węgierskie ziemie, wciąż są jeszcze w stosunku do nas podejrzliwe (wyrzuty sumienia?), z drugiej strony żyjącym tam Węgrom w dalszym ciągu nie przyznają oczekiwanych praw mniejszości narodowych. Rząd obywatelski dał na to stosowną, realną odpowiedź, ale najwyraźniej irytuje ona liberalne NGO, które J. Celichowski reprezentuje.

Na czym polega proponowane przez rząd rozwiązanie syndromu Trianon i czego on dokonał?

1. Przyznał obywatelstwo węgierskie wszystkim Węgrom żyjącym poza granicami państwa węgierskiego i ogłosił ideę narodowej spójności ponad granicami.

2. Zrozumiał zamieszkujące na terenie Węgier narodowości i hojnie je wspiera, np. współfinansując PW; miejmy nadzieję, że kiedyś także sąsiedzi pójdą w nasze ślady.

3. Wyrwał się ze „stu lat samotności”. A to oznacza, że wypracował dobre stosunki ze Słowacją (V4) i Serbią, wbrew temu, że ta pierwsza wciąż jeszcze nie anulowała dekretów Benesza zbiorowo oskarżających tamtejszą ludność węgierską za zbrodnie wojenne, a ta ostatnia nie przeprosiła za krwawe represje Węgrów w latach 1944-1945. Niestety, nie udało się to ze wszystkimi sąsiadami. Jeśli chodzi o Rumunię, sytuacja jest wciąż zła, ponieważ według ich konstytucji tworzą oni państwo jednorodne narodowościowo. Na tej podstawie zlikwidowali półmilionową narodowość saską i gnębią Węgrów. Także na Ukrainie sytuacja z powodu znanej ustawy o języku ukraińskim nie wygląda lepiej.

Na drodze do spektakularnego pojednania lub – którego domaga się Jerzy Celichowski – wzajemnego zrozumienia narodów stoi wiele przeszkód, np. odmienna interpretacja (fałszowanie) faktów historycznych, ale nade wszystko panująca w tych państwach wrogość względem Węgrów. Same Węgry nie są w stanie tego dokonać, więc daremne są żądania Autora. Swoją drogą to nie narody zasiadają do stołów konferencyjnych, tylko politycy, ale tego, czego oni dokonali, Autor nie chce uznać. Stąd wnioskuję, że sprawę pojednania chciałby powierzyć (liberalnym) NGO. Tak jakby polsko-niemieckie pojednanie, które głównie mówiło o odszkodowaniach dla wysiedlonych, nie zostało osiągnięte przez polityków.

Godnym pożałowania jest też to, że PW opublikowała ten artykuł bez żadnego komentarza, co jest sprzeczne z dotychczasowym duchem gazety i w żadnym wypadku nie służy przyjaźni naszych narodów. Całe szczęście, że artykuł nie został przetłumaczony na język węgierski.

Szabó László

***

Wdzięczny jestem László Szabó za reakcję na mój tekst pt. Zrozumieć Trianon zamieszczonego w czerwcowym numerze Polonii Węgierskiej. Z zainteresowaniem przeczytałem to co napisał odnośnie przezwyciężania syndromu Trianonu przez obecny rząd. Nie mogę jednak zgodzić się z szeregiem jego innych uwag.

1. Nie jestem ekspertem od Trianonu czyli historykiem ale, na ile rozumiem, nie jest nim László Szabó ani też Konrad Sutarski, autor równoległego tekstu zamieszczonego w Polonii Węgierskiej. Interesuję się tematem, w artykule zamieściłem moje opinie, do których, podobnie jak i László Szabó – oraz Konrad Sutarski, mam prawo.

2. Nie słyszałem nigdy o historykach uważających, że odpowiedzialni za Trianon powinni trafić na ławę oskarżonych w procesach norymberskich. Ciekaw jestem kim są i jakich argumentów używają. Pisząc o nich László Szabó, niechcący zapewne, potwierdził tezę, że dla wielu Węgrów Trianon był największą tragedią w historii ich kraju. Tragedią, dla której osądzenia odpowiedni byłby trybunał w Norymberdze, gdzie, przypomnijmy, sądzono zbrodniarzy odpowiedzialnych za wywołanie drugiej wojny światowej i śmierć milionów ludzi.

3. „Mindent vissza” było oficjalną linią propagandy przed wojną, można się o tym przekonać choćby w muzeum Trianonu w Várpalota. Nie znam żadnej deklaracji ówczesnego rządu węgierskiego rezygnującej z niektórych utraconych wcześniej terytoriów. Warto dodać, że obecny rząd nie nawołuje do zmian granic.

4. Przywołanie liberalnych NGO, które mam rzekomo reprezentować, jest argumentem ad personam, który nie może zastąpić argumentów merytorycznych. Podobnie nadużyciem jest przypisywanie mi poglądu, że ewentualnie pojednanie pomiędzy Węgrami a sąsiadami powinno być realizowane przez liberalne NGO – tego po prostu nie napisałem.

5. Uwaga „całe szczęście, że tekstu nie przetłumaczono na węgierski” ilustruje mój argument o niechęci Węgrów do dyskusji o Trianonie wykraczającej poza kanon ustalony jeszcze przed wojną. Jednocześnie zarazem, sam list László Szabó pokazuje, że może to jednak możliwe.

Z poważaniem,

Jerzy Celichowski

Naszywki z kształtem Wielkich Węgier, źródło: kezimunkahaz.hu

Młodzi tłumacze filmów

Jeszcze w czerwcu 2020 roku w Polonii Węgierskiej ukazał się mój tekst o projekcie Młodzi tłumacze filmów, który miałem przyjemność koordynować. Pomyślałem, że wrzucę go też tutaj, może zainteresować osoby zainteresowane kulturą i dwujęzycznością.

***

Właśnie powstały węgierskie napisy do dwóch polskich filmów, Magicznego drzewa oraz Córki trenera. Nie byłoby w tym niczego ciekawego, gdyby nie sposób, w jaki do tego doszło.

Pierwszą niezwykłą rzeczą jest to, że napisy są dziełem nie jednej osoby a grupy i to w większości składającej się nastolatków. Ponadto, w tym szkolnym projekcie – zorganizowała go Szkoła Polska przy Ambasadzie RP – wzięli udział nie tylko jej dwujęzyczni uczniowie, ale i absolwenci. Gdzie mamy drugą taką szkołę, do której absolwenci powracają by się czegoś nowego nauczyć? Co więcej, poza uczniami i absolwentami w przedsięwzięciu udział wzięła też studentka polonistyki na ELTE oraz jeden z rodziców. I znowu: gdzie jeszcze razem uczą się zarówno osoby związane ze szkołą jak i pochodzące z zewnątrz, uczniowie i rodzice?

Młodzi Tłumacze Filmów to trzeci już translatorski projekt szkoły zorganizowany dla jej dwujęzycznych uczniów. Poprzednio przetłumaczyli oni na węgierski książkę Anny Onichimowskiej pt. Dziesięć stron świata (do dziś do kupienia w księgarniach), a także wzięli udział w szkoleniach dla tłumaczy konsekutywnych. Niektórzy z młodych tłumaczy uczestniczyli we wszystkich tych trzech projektach.

Pomysł przedsięwzięcia był prosty: pokazać uczestnikom jak się tłumaczy filmy a potem dać im spróbować swych sił na prawdziwych filmach, które zostaną potem publicznie pokazane.

Na początku więc uczestnicy wzięli udział w szkoleniach dotyczących samego tłumaczenia filmów, które poprowadziła doświadczona w tej dziedzinie Judit Kálmán, a także techniki tworzenia napisów. László Kovács, który – podobnie jak Judit – na co dzień współpracuje z Instytutem Polskim, pokazał jak używać do tego celu bezpłatnego programu komputerowego SubtitleEdit.

Po szkoleniach rozdzieliliśmy filmy – każdy dostał swój fragment jednego albo dwóch filmów do przetłumaczenia – i … rozpoczęła się pandemia koronawirusa. Cały projekt przeniósł się do internetu.

Nadesłane tłumaczenia zostały zredagowane przez Judit, a powstałe w ten sposób napisy László wbudował w film. Końcowe spotkanie, na którym omówiliśmy to, co się w pracy uczestników udało i to, co wyszło gorzej (każdy z nich dostał pisemne uwagi) odbyło się na Zoomie.

Niestety, planowany na maj pokaz filmów, który miał się odbyć w ramach Polskiej Wiosny Filmowej, musiał zostać przełożony na jesień, mamy nadzieję, że dojdzie wtedy do skutku.

Poza pandemią wyzwaniem dla projektu był wybór filmów do tłumaczenia. Niewiele produkuje się filmów dla młodzieży czy też dzieci, a nie wszystkie filmy dla dorosłych nadają się dla takiego projektu. Język nie powinien być zbyt trudny, mowa przecież o początkujących tłumaczach, chcieliśmy też uniknąć zbytnich wulgaryzmów tak częstych we współczesnych filmach. Końcowa decyzja nie była więc łatwa, ale cieszymy się, że ostatecznie udało się znaleźć film dla dzieci (Magiczne drzewo – reż. Andrzej Maleszka), jak i film tematyką dotykający problemów nastolatków (Córka trenera – reż. Łukasz Grzegorzek).

Jeśli chodzi o cele projektu to chodziło nam przede wszystkim o przetłumaczenie obu filmów, co w pełni udało się zrealizować. Pragnęliśmy zarazem przekazać uczestnikom praktyczne umiejętności w obszarze tworzenia napisów do filmów tak, by w przyszłości wyłonili się z nich kolejni tłumacze filmów, jest jednak dużo za wcześnie, by wyrokować, na ile nam się to udało. Więcej czasu potrzeba też, by ocenić, na ile zdołaliśmy zachęcić młodych tłumaczy do zaangażowania w wymianę między polską i węgierską kulturą.

Chcieliśmy, by udział w projekcie został doceniony przez węgierskie szkoły uczestników, w tym celu wysłaliśmy do nich list informujący je o tym. Niestety, wydaje się, że niejednokrotnie nauczyciele w tych szkołach nie są zainteresowani tą niecodzienną aktywnością swoich uczniów.

Projekt został zrealizowany razem z Instytutem Polskim reprezentowanym przez Małgorzatę Takács. Współpraca obejmowała wspólny dobór filmów, rekomendacje dotyczące wykładowców, a także, to jeszcze nas czeka, pokazy gotowych już filmów. Mamy nadzieję, że w przyszłości Instytut wykorzysta nowo nabyte umiejętności uczestników projektu. Bardzo mu za tę współpracę dziękujemy!

Wniosek o wsparcie finansowe projektu złożyliśmy w końcu września do Fundacji Felczaka. Odpowiedzi na niego nie dostaliśmy niestety po dzień dzisiejszy. Na szczęście w trudnej sytuacji z pomocą przyszedł Samorząd Polski w II Dzielnicy Budapesztu, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni.

A oto lista uczestników projektu: Zofia Bedyńska, Tomasz Bedyński, Piotr Bedyński, Emil Celichowski, Márk Forreiter, Dániel Haraszti, Lujza Mária Mondovics, Ádám Pongrácz, Marko Skrodzki, Kinga Somlói oraz Ágnes Szűcs. Jeszcze o nich nie raz usłyszymy.

Spotkanie końcówe na zoomie
Rozdanie dyplomów
Screenshot z Córki trenera z nazwiskami niektórych tłumaczy

Radio Polonia Węgierska 44 / kibicowska przyjaźń polsko-węgierska

Czy wiecie, że w węgierskim istnieje, przejęte z polskiego, słowo ustawka? W najnowszym odcinku podcastu, w nawiązaniu do niedawnego meczu Polska-Węgry, mówię o przyjaźni polsko-węgierskiej wśród kibiców (22:50).

Program podcastu i mój teskt poniżej.

– powitanie
– serwis informacyjny
– przegląd tygodników polskich
-Jeż Węgierski w eterze
-pożegnanie

przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Niedawny mecz Polska-Węgry został, ze względu na pandemię, rozegrany przy pustych trybunach. Kibiców zastąpiła, rozwieszona z inicjatywy Fundacji Felczaka, sektorówka z napisem 100 lat piłki nożnej, 1000 lat przyjaźni. Nawiązuje on do pierwszego meczu reprezentacji obu krajów, który miał miejsce w 1921 (Węgry wygrały wówczas 1:0)

Warto może przypomnieć, że na gruncie piłkarskim przyjaźń kwitnie także między kibicami na poziomie klubów.

Więzi pojawiły się na początku lat 90-tych. Zwykle zaczynało się od nieformalnych kontaktów, odwiedzin paru kibiców na meczu w drugim kraju i kolejnych, coraz liczniejszych, rewizyt. Z czasem powstawały przyjaźnie między grupami kibiców z poszczególnych klubów (zgody), najsłynniejsza z nich to ta łącząca Legię Warszawa z budapeszteńskiem Újpestem.

Goście wywieszają na meczach swoje transparenty, bywa, że kibice gospodarzy przygotowują bannery adresowane do zaprzyjaźnionego klubu i napisane w nienagannym języku przyjaciół.

Ważnym elementem kontaktów jest celebrowanie przyjaźni polsko-węgierskiej. Kibice w obu krajach gorliwie świętują oficjalny dzień przyjaźni polsko-węgierskiej a także rocznice węgierskiego powstania oraz poznańskich wypadków z 1956 roku. Powstają specjalne transparenty a nawet oprawy meczowe.

Kibiców w obu krajach łączą nacjonalistyczne poglądy, którym dają wyraz w oprawach meczowych a także zorganizowanym udziale w prawicowych demonstracjach.

Ciekawostka: zjawisko ustawki, oraz samo słowo ustawka, zostały przejęte przez węgierskich drukkerów od Polaków. W swoim czasie istniała nawet kibicowska marka odzieżowa o nazwie Ustawka. Sprzedawała ona między innymi takie niezbędne do kibicowania artykuły jak ochraniacz na zęby.

Rzecz jasna, istotne są też kontakty osobiste, gdzie narzędziem krzepienia przyjaźni polsko-węgierskiej często staje się szklanka.

Te kibicowskie więzi też są częścią spektrum przyjaźni polsko-węgierskiej. Kibol-drukker dwa bratanki!

Via Carpatia

Jakiś czas temu napisałem omówienie tej książki dla Polonii Węgierskiej. Mimo, że mówiłem o niej kiedyś w podcaście, przyszło mi do głowy, że może warto je też tutaj, for the record, zamieścić.

Via Carpatia

Nie wiem, co takiego Węgry mają w sobie, że przyciągają – często niezłych – pisarzy, by pisali o tym kraju. I tak w ciągu ostatnich dziesięciu-piętnastu lat ukazało się w Polsce co najmniej pięć książek o współczesnych Węgrzech: trylogia Krzysztofa Vargi Gulasz z turula, Czardasz z mangalicą oraz Langosz w jurcie, napisana przez Igora Janke biografia Viktora Orbána pt. Napastnik oraz Via Carpatia Ziemowita Szczerka. Wszystkie one, w taki czy inny sposób, opowiadają o Węgrzech polskim czytelnikom.

Książka Szczerka, którą chcę przybliżyć w tym artykule, traktuje zresztą nie tylko o Węgrzech, to zapis podróży po Węgrzech i Basenie Karpackim autora. Czuje się w niej wpływ kwitnącego w Polsce reportażu literackiego. Tak na przykład opisuje autor Arad:

W pogranicznym Aradzie było nadal węgiersko, ale jakoś inaczej. Plac przed dworcem wyglądał, jakby jakiż tajfun zdarł cały asfalt i porył klepisko bruzdami. Zaparkowane samochody nie stały w równym szyku, tylko jeden wyżej, drugi niżej. (…) Płaskorzeźbie lwa sterczącej z frontonu rozkładającej się w upale kamienicy ktoś dosprejował psychodeliczne jaskrawozielone oczy. Na ławce w centrum miasta przysiadł starszy mężczyzna w czapce mimo upału naciągniętej na czubek głowy. Zdjął buty i wyciągnął przed siebie bose stopy. Zaczęły je obdziobywać gołębie. Zaczynałem podejrzewać, że jestem w jakiejś innej, dziwnej rzeczywistości.

Nie jest to jednak zwykły dziennik podróżnika. Szczerka interesuje przede wszystkim polityka oraz jej kulturowe korzenie. Nie udaje przy tym obiektywności. Pisze o sobie: Jestem wampirem chłepcącym nacjonalistyczne pieśni jak krew z alkoholem i faktycznie widać, że najbardziej fascynują go wszystkie przejawy nacjonalizmu, resentymentów narodowych, pojawiający się między wierszami rewizjonizm, wspomniany nemzeti rock, czy też dziwaczne teorie jak ta, w myśl której Jezus był w zasadzie Węgrem. Potrafi pozwolić sobie na małe złośliwości, na przykład, kiedy pisze właśnie o narodowym rocku: Zamykałem oczy i zastanawiałem się, jak musi wyglądać życie muzyków Kárpátii. Święta Korona, Trianon, męka uciśnionych Węgrów od rana do wieczora, od porannej jajecznicy, przy cały boży dzień, po kolację, piwo, pewnie jakiś dramatyczny film historyczny o cierpieniu Transylwanii, i do łóżka. I od rana to samo.

Te fascynacje prowadzą go w okolice zwykle omijane przez turystów. Zagląda do takich miejsc jak: Felcsút, Oroszlány, Várpalota, Ózd, osławione osiedle Luník IX w Koszycach, Oradea, Timisoara, Targu Mures, Chust, Mukaczewo, Czop, Subotica oraz Nowy Sad, choć w książce pojawiają się również Gruzja, Macedonia, a także Austria – cały nasz region. Ogląda te miejsca, opisuje, relacjonuje rozmowy z napotkanymi ludźmi oraz mniej lub bardziej prominentnymi politykami.

A krąg jego rozmówców jest szeroki. Jest tam mechanik samochodowy z Oroszlány, napotkany przypadkowo w barze w Satu Mare Węgier, zatrudniona przy robotach publicznych Romka w Ózd, liberalny blogger z Budapesztu, ale też Zsolt Németh, polityk Fideszu z górnej półki, Dávid Janicsák, jobbikowski burmistrz Ózdu, zresztą częściowo polskiego pochodzenia, albo autor krytycznej analizy rządów Orbána pt. Państwo mafijne Bálint Magyar.

Często wychodzi poza reportaż i – niejednokrotnie barwnym językiem – tłumaczy węgierską rzeczywistość. Fideszowskie Węgry nie są już zwinnym tygrysem – raczej leniwym, przejedzonym, cynicznym i kombinującym Garfieldem – tak opisuje na przykład konsolidację wiodącej partii w państwie.

Szczerek jest liberałem. Krytycznie zapatruje się na politykę Orbána. Jednocześnie jednak nie unika rozmówców reprezentujących obce mu poglądy, wysłuchuje ich – relacjonuje ich słowa, bywa, że przyzna im rację, wykazuje empatię, nie stroniąc jednak przy tym od dyskusji. W rozmowie ze znanym ze skrajnie prawicowych poglądów Janicsákiem na wysoce drażliwy temat Romów, na jego argument, że zagraniczna prasa krytykuje go za to, jak z nimi postępuję, ale oprócz napiętnowania nie podaje pomysłów na rozwiązanie problemu, odpowiada: To akurat prawda. Gdy Romowie wyjeżdżają z Węgier, Rumunii czy Słowacji na Zachód, tamtejsze władze nie zastanawiają się zbytnio nad tym, co robić, tylko deportują ich ciupasem na Wschód. Pomysłów zbyt wielu nie ma. Po czym jednak, zwracając się do Janicsáka, zaraz dodaje: A jaki macie wy?

Nieraz krytykuje pozycje bliskich mu ideowo osób. Często po prostu zdaje sprawozdanie z rozmowy, nie zajmując stanowiska wobec tego, co słyszy. Czuje się, że to brat-łata, który dogada się z każdym – osiedlowym „gopnikiem”, facetem spotkanym na stacji kolejowej, czy też wielkomiejskim blogerem – nawet, jeśli nie całkiem zna ich język. W jednym przypadku rozmowę przeprowadza za pomocą tłumacza Google. Szczerek śpi w tanich pensjonatach, je na stacjach benzynowych, spotyka się ludźmi w kiepskich barach. Węgry i Europę wschodnią zna od dołu, obca mu jest perspektywa luksusowego hotelu położonego w śródmieściu stolicy.

We wszystkim tym Szczerek szuka duszy węgierskiej. Próbuje ją opisać i zrozumieć, zauważyć, jak przejawia się w decyzjach codziennej polityki.

Tym, co dostrzega przede wszystkim, jest resentyment narodowy. Poczucie poniżenia, od Trianonu aż po członkostwo w Unii Europejskiej, a także będące reakcją na nie „wstawanie z kolan”. Pokazuje, że nie są one ani węgierską, ani polską specjalnością, a raczej bardziej uniwersalnym przejawem napięcia między peryferiami – Europą Wschodnią a centrum – Europą Zachodnią. Z tą ostatnią, pomimo rozszerzenia na wschód, do dziś w dużej mierze utożsamiana jest Unia Europejska.

Ten resentyment – to „wstawanie z kolan” – łączy kraje regionu. Węgry nie są więc tak unikalne, jak często Węgrzy o swoim kraju myślą.

Mimo tych podobieństw poczucie – prawdziwego czy wyimaginowanego – poniżenia nie zawsze jest wynikiem relacji z Zachodem. Nieraz za ból jednego kraju winiony jest inny kraj również akurat „powstający z kolan”. Podzielany resentyment nie wystarczy więc do budowania wspólnoty.

Jeśli coś daje nadzieję, to tytuł książki. Autostrada Via Carpatia, prowadząca przez Litwę, Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Grecję, to inicjatywa krajów Europy Wschodniej, łączy je. Czy pomoże budować więzi między nimi? Czy to, że współfinansuje ją Unia Europejska pomoże przezwyciężyć wschodnioeuropejskie poczucie krzywdy?

To pytania, na które każdy powinien sobie sam odpowiedzieć. Jeśli ktoś wyda książkę po węgiersku, to zastanowić się nad nimi będą mogli także tutejsi czytelnicy.

Słowo “migrant” to obelga – to już oficjalne

Szalenie ciekawy wyrok wydał właśnie sąd najwyższy w sprawie felietonu Árpáda W. Tóty. Ale zacznijmy od początku.

Rzeczony publicysta w swoim tekście pt. Magyar ember nem lop, csak kalandozik (Węgrzy nie kradną tylko oddają się przygodom – „przygodami” w historiografii węgierskiej nazywa się wyprawy łupieżcze, które Węgrzy podejmowali po osiedleniu się w Kotlinie Karpackiej) napisał następujące słowa:

Książę Árpád nie postawił przed sądem wojennym swoich bohaterów plądrujących Europę, ale uhonorował ich. Rabunek, podpalenie i przemoc – „przygody” – nie zostały powstrzymane przez prawne akty, ale przez bitwę pod Augsburgiem. To tam właśnie parszywi(dosłownie: śmierdzący) węgierscy migranci, niezmiennie utrzymujący, że pustoszenie wsi i klasztorów nie nosi znamion przestępstwa, że do niego tam w ogóle nie dochodzi, zetknęli się z europejskimi rycerzami, którzy srali na takie argumenty i na nieliberalny światopogląd, i od dupy po głowę ponadziewali ich na miecz. Po tym wszystkimwęgierscy bandyci dzielniepopędzili do domu i ogłosili, że za udział w przygodach dostaje się teraz cholernie wielkie bicie.

Tekst zaskarżono zarzucając mu obrazę godności narodu. Sąd pierwszej instancji wydał wyrok przyznający rację oskarżeniu. Godność narodu węgierskiego obraziły wyrażenia „parszywi węgierscy migranci” oraz „węgierscy bandyci”. Oskarżony został zobowiązany do usunięcia tych wyrażeń z tekstu, opublikowania przeprosin oraz wypłaty 400 000 forintów (5 100 złotych) dotkniętym tymi wyrażeniami dwóm osobom, który wszczęły sprawę.

Sąd drugiej instancji skasował ten wyrok, natomiast sąd najwyższy go dopiero co przywrócił. Z tekstu uzasadnienia:

Sąd najwyższy zgodził się ze zdaniem sądu pierwszej instancji, że publiczne używanie w odniesieniu do przedstawicieli narodu węgierskiego określeń „parszywy” czy też, obecnie w dyskursie publicznym pejoratywnego, słowa „migrant” a także wyrażenia „węgierscy bandyci” narusza godność węgierskiej wspólnoty narodowej. Sąd zwrócił uwagę, że formułowanie krytyki w debacie publicznej jest wartością chronioną przez wolność słowa, jednak narzędzia językowe użyte do tego celu a także specyfika gatunku ironii nie zwalnia od odpowiedzialności za naruszenie godności innych ludzi czy też społeczności.

Wykonany wyrok – inkryminowane wyrażenia zastąpione są gwiazdkami

Wyrok jest wart zauważenia dla dwóch powodów. Po pierwsze, co oczywiste, można się spodziewać, że będzie miał efekt kneblujący i że doprowadzi do autocenzury autorów i wydawców.

Po drugie, uznanie w wyroku sądowym, że słowa „migrant” jest obelgą a nie technicznym opisem człowieka, który zmienił miejsce gdzie żyje (migrantem jestem na przykład ja przeprowadziwszy się z Polski na Węgry czy też Viktor Orbán, który przeniósł się ze wsi do miasta) pokazuje jak rządowa propaganda nienawiści od lat szczująca na „migrantów” zmieniła język – albo przynajmniej jego oficjalną wykładnię. Ten wyrok na pewno trafi do publikacji analizujących związki między polityką a językiem.

Przykładowy plakat antymigrancki: Od początku kryzysu immigracyjnego w Europie ponad 300 osób zginęło w atakach terrorystycznych, źródło: HVG
Ściany billboardów: tak wygląda rządowa kampania propagandowa na Węgrzech, źródło: Népszava

Radio Polonia Węgierska 43 / Chłopcy z placu Broni

W najnowszym podcaście opowiadam (25:30) o najbardziej znanej węgierskiej książce czyli o Chłopcach z placu Broni. Pełen program podcastu oraz mój tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd prasy
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Program przygotowali: A. Szczęsnowicz-Panas, R.Rajczyk, J.Celichowski, P.Piętka

Będąc w szkole podstawowej czytaliśmy wszyscy Chłopców z placu Broni Ferenca Molnára. Okazuje się, sprawdziłem to właśnie , że ta książka, której węgierski tytuł brzmi Pál utcai fiúk, i dziś jest lekturą, bodaj jako jedyna pozycja z węgierskiej literatury.

Nie jest to przypadkiem. Ta powieść, mimo że powstała ponad sto lat temu (pierwszy raz opublikowana została w odcinkach w gazecie w latach 1905-1906) nie straciła na świeżości. Nieprzypadkowo jest najbardziej znaną na świecie pozycją z literatury węgierskiej: wikipedia wylicza jej tłumaczenia na 32 języki, które ukazały się w niezliczonych wydaniach. Książkę sześć razy sfilmowano, po raz pierwszy w 1917 roku – ta wersja jednak się niestety nie zachowała.

Jako chłopiec książkę czytałem z wypiekami na twarzy choć nie rozumiałem czemu Nemecsek musiał umrzeć a jego ofiara miała być daremna. Kiedy do książki powróciłem jako dorosły odebrałem ją zupełnie inaczej. Uderzyło mnie, jak przenikliwie opisała ona ówczesną mentalność, obecną zapewne nie tylko na Węgrzech, która umożliwiła pierwszą wojnę światową. Potrzeba przynależenia i strach przed odrzuceniem, gotowość złożenia ofiary za grupę, wszelakie formalizmy i rytuały, natchniony język to wszystko cechy prowadzące do chętnego i karnego udziału w tej rzezi. Niewiele książek tak pięknie się starzeje.

Na WęgrzechPál utcai fiúkgłęboko wrosli w kulturę. Na ulicy Práter, oczywiście w ósmej dzielnicy stoi pomnik przedstawiający chłopców grających w kulki. Przy ulicy Nagy Templom w tejże dzielnicy mieści się kawiarnia i ośrodek kulturalny Grund co po węgiersku oznacza właśnie tytułowy plac. Funkcjonuje zespół rockowy o nazwie Pál utcai fiúk – ciekawostka, w Polsce mamy Chłopców z placu Broni. Szereg wyrażeń z książki zadomowiło się w języku potocznym jak einstand, gittegylet (Stowarzyszenie Przeżuwaczy Kitu) czy też właśnie grund.

Pomnik na ulicy Práter, źródło: wikipedia

W 2016 roku teatr Víg wystawił musical oparty na książce. Spektakl odniósł wielki sukces, do dziś jest grany (na ile na to pozwala pandemia). Musical wystawiono też w czterech innych teatrach.

Muzeum literatury, które kilkanaście lat temu zorganizowało poświęconą książce wystawę, obecnie utrzymuje tę ciekawą ekspozycję w internecie.

Książka jest autentycznie popularna także wśród zwykłych ludzi. Dwa lata temu sam brałem udział w karnawałowej zabawie odbywającej się na wsi, której tematem byli właśnie Chłopcy z placu broni. Wszycy mieliśmy krótkie spodnie, podkolanówki i czapki z daszkiem.

Jeśli kogoś interesuje węgierska kultura to książkę powinien koniecznie przeczytać. Nawet jeśli ją kiedyś przerabiał w szkole, choć formalnie to powieść młodzieżowa uważam, że dopiero dorośli są w stanie ją docenić.

Radio Polonia Węgierska 42 / Jezus z Tarcalu

W najnowszym odcinku podcastu opowiadam o figurze Jezusa z Tarcalu i o cudzie, za który odpowiada (24:00).

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Pożegnanie

Niedługo szóste urodziny Jezusa. To znaczy Jezusa z Tarcalu, zbliża się mianowicie szósta rocznica postawienia jego figury w tej wsi.

Ma ona osiem i pół metra i wykonana jest z granitu. Składa się z pięciu kamiennych bloków ważących w sumie 50 ton. To największa figura Jezusa na Węgrzech. Choć Jezus ze Swiebodzina jest niemal cztery razy wyższy, to jednak jego węgierski odpowiednik to lity kamień a nie siatkobeton jak w Polsce.

Figurę ofiarował wsi lokalny przedsiębiorca branży kamieniarskiej Attila Petró. Warunkiem było postawienie jej w odpowiednim dla niej miejscu. Wybrano wzgórze górujące nad centrum wsi, stała tam poprzednio olbrzymia butelka reklamująca tokajskie wina.

I tu stał się cud. Do Jezusa zaczęło przyjeżdżać coraz więcej ludzi. Rozochocona tym zainteresowaniem wieś urządziła za unijne pieniądze na wzgórzu gustowny park a na początku drogi prowadzącej do figury zbudowała parking. Parking jest zawsze pełen, na wzgórze, do Błogosławiącego Jezusa, bo tak oficjalnie nazywa się figura, niemal bez przerwy ciągną ludzie. Odwiedzenie Jezusa stało się obowiązkowym a dla wielu głównym punktem wizyty w Tarcalu.

Cud nie miał do końca religijnego charakteru. Mimo, że figura nominalnie należy do sfery wiary, nie widziałem jeszcze nigdy by ktoś się przy niej modlił, wśród odwiedzających widać turystów raczej niż pielgrzymów. Nie ma grup z księdzem, śpiewów religijnych, procesji z chorągwiami i feretronami.

Sama figura jest poprawna, ale schematyczna. Lepiej wygląda z daleka niż z bliska. Wrażenie robi wielkością i wspaniałym położeniem. Jest widoczna z wielu miejsc, często odległych – nawet z pociągu przejeżdżającego przez wieś, i niemal z każdej strony prezentuje się inaczej, co czyni ją interesującą.

Zamiana butelki na Jezusa nie jest może wyrazem wewnętrznej przemiany tarcalan, zewnętrznie jednak wieś zdecydowanie się zmieniła.

Trudni przyjaciele Polaków

Niedawno zmarł biskup pomocniczy György Snell, sufragan archidiecezji ostrzyhomsko-budapeszteńskiej, proboszcz Bazyliki św. Stefana. Taki pożegnalny tekst o nim można było przeczytać na stronie polonia.hu:

Ksiądz Biskup György Snell był wyjątkową postacią, Wielkim Przyjacielem Polski i Polaków, niezwykle oddanym sprawie przyjaźni naszych narodów.

[…] Jak wielokrotnie podkreślał: „gdyby kiedyś przyszło mi zmienić Ojczyznę, to mogłaby być to tylko Polska”. Od lat młodzieńczych regularnie odwiedzał Polskę, z którą łączyła Go prawdziwa, emocjonalna więź. Więź, którą traktował jako swój obowiązek niesienia pomocy i wspierania wszelkich inicjatyw, które umacniały przyjaźń Polaków i Węgrów.

Zwykł podkreślać, w Polsce, a szczególnie w Częstochowie, „napełnia swoje duchowe akumulatory”. […] Był jednym z inicjatorów pomysłu, by duchowym wymiarem przekazania przez Węgry Polsce przewodnictwa w RUE w 2011 r. było też przekazanie z Częstochowy kopii obrazu Czarnej Madonny i utworzenie w budapeszteńskiej Bazylice św. Stefana Kaplicy Matki Jasnogórskiej, której ikona dzięki współpracy Księdza Biskupa z ówczesną rzecznik narodowości polskiej w Zgromadzeniu Narodowym Węgier Haliną Csúcs Lászlóné w roku 2017 doczekała się koronacji. Z Klasztorem Jasnogórskim łączyła ks. bp. Györgya Snella więź szczególna tak jak szczególna więź łączyła Go ze św. Janem Pawłem II. […]

Wspaniałe koncerty muzyki polskiej w Bazylice, msze za ofiary katastrofy smoleńskiej, msze dla uświetnienia naszych świąt, spotkania,  Jego osobisty udział w życiu węgierskiej Polonii, udział w życiu Polskiego Kościoła na Kőbányi, polskie flagi na bazylice w 100-lecie naszej niepodległości, zawsze życzliwe Polsce i Polakom wypowiedzi o naszym kraju i historii to tylko niektóre przejawy ogromnej empatii, jakiej Polacy na Węgrzech doświadczali od Księdza Biskupa. Prezydent RP w 2019 r. odznaczył Księdza Biskupa Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP, Polonia w podziękowaniu za duchową opiekę uhonorowała ks. bp. Gy. Snella nagrodami: św. Władysława ( 2015 r.) i Medalem ks. W. Danka ( 2020 r.).

I tak dalej. Tak się składa, że jego nazwisko wśród Węgrów ostatnio kojarzy się nie tyle z przyjaznymi uczuciami wobec Polaków czy też kultem częstochowskiej Czarnej Madonny ale z jego rolą w tuszowaniu pedofilskiego skandalu. Jak opisał to w serii artykułów portal 444.hu kiedy zgłosiła się do niego ofiara księdza-pedofila z prośbą o pomoc biskup uciekł się do spychologii i unikania tej osoby nie reagując na kolejne próby kontaktu. Co więcej, nie tylko sprawą się nie zajął i w żaden sposób nie pomógł, ale złożył na policji skargę na tego człowieka z zarzutem … nękania: czlowiek ten miał posłać biskupowi ponad 20 smsów w ciągu jednego miesiąca oraz dwa e-maile. Miał on też, w przypadku braku odpowiedzi na próby kontaktu, grozić zakłóceniem ceremonii religijnych. Warto przypomnieć, że ta ofiara księdza pedofila chciała się spotkać z biskupem z powodu jego pozycji w kościele, nie chodziło tu to kontakty prywatne. Policja zareagowała błyskawicznie i gorliwie: przed 20 sierpnia w 2019 człowieka tego zatrzymano na ulicy siłami kilku policjantów w poniżający sposób prowadząc go na policyjnej smyczy, tak by nie mógł „zakłócić obchodów święta”.

Bp. György Snell, przyjaciel Polaków ale nie ofiar kościelnej pedofilii, źródło: 444.hu

To tylko jeden z przykładów – zaraz podam następne – ciężkostrawnych przyjaciół Polaków czyli takich osób, u których przyjaźń wobec Polski i Polaków łączy się z mniej lub bardziej nieprzyjemnymi przymiotami.

Idźmy dalej: Pál Teleki. Tak jego zasługi dla Polski opisuje przy okazji niedawnego odsłonięcia pomnika w Krakowie tekst IPN-u:

Pálowi Telekiemu zawdzięczamy m.in. transporty z amunicją i wyposażeniem wojskowym, które Wojsko Polskie otrzymało od rządu węgierskiego w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Gdy po raz drugi sprawował urząd premiera, latem 1939 r. nie wahała się odmówić Hitlerowi udziału w zbrojnej agresji na Polskę. Po ataku Niemców i Sowietów, to za sprawą Telekiego, Węgry przyjmowały uciekających polskich żołnierzy i ludność cywilną.

W 2001 r. hrabia Teleki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

Wszystko to prawda, ale zarazem ten sam Pál Teleki, dwukrotny premier Węgier, ma też w swoim życiorysie także uchwalenie ustaw żydowskich. Pierwsza z nich, przyjęta już w 1920 roku, wprowadzała numerus clausus traktując Żydów nie, jak to było do tej pory, jako grupę wyznaniową ale narodową. Drugą przyjęto w 1939, na jej mocy Źydzi, w rasistowskim rozumieniu ustawy, nie mogli być urzędnikami państwowymi, nauczycielami, redaktorami naczelnymi gazet i wydawnictw, dyrektorami teatrów, ograniczono ich dostęp do szeregu zawodów, uniwersytetów, itd. Wielu ludzi ucierpiało w efekcie tych rozporządzeń.

Inny przykład: kilkanaście lat temu Laszlóné Csúcs, przewodnicząca mniejszościowego krajowego samorządu polskiego, w liście napisanym do Viktora Orbána, przewodniczącego Fideszu prosiła by ten nie karał Oszkára Molnára, burmistrza Edelény z ramienia tej partii, za słowa, które „rozgoryczony wypowiedział w obecnej trudnej sytuacji”.

O jakie to słowa chodziło? O jego wypowiedzi na temat różnych mniejszości. O Cyganach: że ciężarne Cyganki gumowymi młotkami biją się po brzuchach by urodzić upośledzone dziecko, bo na takie jest większy zasiłek (nie poparł tego żadnymi dowodami). O Żydach: „kocham Węgry, kocham Węgrów, i przedkładam interes węgierski nad interes światowego kapitału, nazwijmy to jasno: żydowskiego kapitału, który chce opanować cały świat a przede wszystkim Węgry”. O Gábor Szeteyu, członku rządu, który wówczas ujawnił się jako gej: „już się on tam w więzieniu dowie jak to jest kiedy homoseksualiści zawierają małżeństwa”.

Pani Csúcs tłumaczyła, że działacze lokalnych samorządów polskich w województwie Borsod-Abaúj-Zemplén w pełni popierali Molnára, który sam absolutnie miał nie być wrogiem mniejszości, co więcej, miał zawsze Polakom pomagać.

No i ostatni przykład, choć oczywistym jest, że można by podać ich więcej: zespół Hungarica. Ta gwiazda narodowego rocka mocno podkreśla swoje uczucia wobec Polski i Polaków. Koncertowali w Polsce, m.in. w ramach festiwalu w Bornem Sulinowie, grali razem z polskimi wykonawcami, na przykład z Andrzejem Nowakiem z TSA, nagrywali, także po polsku, polskie piosenki, choćby Rozkwitały pąki białych róż. W 2015 zespół wydał calkowicie polską płytę Przybądź wolności, zjeździli z nią, z sukcesem, całą Polskę. W 2017 roku koncertowali w Csopaku na pikniku polsko-węgierskim przy wsparciu szeregu samorządów polskich wliczając w to i samorząd krajowy. W zeszłym roku o mało co nie wystąpili w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie na koncercie z okazji rocznicy Bitwy Warszawskiej z 1920 roku – do koncertu nie doszło tylko ze względu na liczne protestu i zapowiedzi bojkotu przez inne zespoły.

Jednocześnie w ich tekstach znaleźć można typowy dla skrajnej prawicy szowinistyczny, ksenofobiczny język, nacjonalistyczne i rewizjnistyczne hasła. (Tak na marginesie, zawsze mnie ciekawi jak z tą deklarowaną przyjaźnią do Polski da się pogodzić trianońskie hasło Oddać wszystko! Mindent vissza! tytuł jednej z ich piosenek: czy Polska ma oddać niegdyś należące do Węgier Spisz i Orawę czy też jednak nie trzeba wszystkiego oddawać?)

Można sobie tylko wyobrazić jak reagują na peany pod adresem biskupa Snella ofiary kościelnej pedofilii, co sobie myślą Żydzi na wiadomość, że w Polsce postawiono pomnik twórcy ustaw żydowskich, co przychodzi do głowy Romom czytającym o obronie Oszkára Molnára przez polski samorząd mniejszościowy czy też jak odbierany jest fakt występu skrajnie prawicowej grupy rockowej na polskiej imprezie mniejszościowej, która zresztą niemal daje koncert i w Polsce w ramach państwowych obchodów ważnej historycznej rocznicy. Napisałem: ofiary kościelnej pedofilii, Żydzi, Romowie ale odnosi się to przecież do wszystkich osób, które odrzucają instytucjonalne krycie pedofilów, dyskryminację, rasizm czy też szowinizm.

Rzecz jasna nie od nas zależy zwykle kto zapała gorącymi uczuciami wobec Polski czy ten nawet wykaże swoją życzliwość czynami. Słusznym jest być za nie wdzięcznym. Dobrze jednak przy tym zawsze pomyśleć o tym na ile warto się, i w jaki sposób, z niektórymi – bo zdecydowanie nie wszystkimi – przyjaciółmi Polski publicznie obnosić, oraz nie zapominać o ich mniej sympatycznych stronach i o wrażliwości tych, których te mniej sympatyczne strony mogą odpychać.

Radio Polonia Węgierska 41 / nieobecne kobiety w przestrzeni publicznej

W najnowszym odcinku podcastu mówię (20:55) o ograniczonej reprezentacji kobiet na budapeszteńskich pomnikach i wśród nazw ulic – koniec końców dopiero co mieliśmy dzień kobiet. Program podcastu oraz móg tekst poniżej.

1. Powitanie
2. Serwis polonijny
3. Autorski Przegląd Polskich tygodników
4. Jeż Węgierski w eterze
5. Urywki Historii
6. Pożegnanie

Autorzy: R.Rajczyk, A.Szczęsnowicz-Panas, J.Celichowski, I.Gass, P.Piętka

Jakiś czas temu portal Átlátszó opublikował analizę budapeszteńskich pomników pod kątem płci przedstawianych na nich osób. Wyniki są mało zaskakujące: spośród 1173 stołecznych pomników 150 przedstawia kobiety a 45 jednocześnie mężczyzn i kobiety. Wśród 150 pomników z kobietami zaledwie 35 przedstawia konkretne osoby. Dla porównania 618 pomników przedstawia “z nazwiska” konkretnych mężczyzn – niemal dwadzieścia razy więcej. Na pozostałych pomnikach kobiety pełnią role alegoryczne symbolizując wolność, spokój, lato czy wiosnę lub dekoracyjne, mam na myśli tu siedzące, tańczące, opalające się, grające na instrumentach czy też kucające, często nagie, postaci.

Ciekawostka: wśród analizowanych pomników więcej przedstawień mają zwierzęta takie jak turul, gołąb czy pies, niż konkretne kobiety.

Podobna jest sytuacja z nazwami ulic i placów. Wśród nazw nawiązujących się do osób (a nie weźmy na to miejscowości, zawodów, drzew, itp.) 89% odnosi się do mężczyzn. W przypadku tych 11% procent nazw pochodzących od kobiet tylko nieco ponad połowa upamiętnia konkretne osoby, reszta to postaci z literatury czy też po prostu kobiece imiona.

Dodam, że obecność kobiet w miejscach publicznych dodatkowo ogranicza węgierski zwyczaj przyjmowania nazwiska od męża, w ramach którego całkowicie znika imię kobiety. Konia z rzędem na przykład temu kto wie jak miała na imię Veres Pálné, pionierka edukacji kobiet (pomogę: Hermin, jej panieńskie nazwisko natomiast to Beniczky). Obecnie nazwane od niej ulica, pomnik oraz gimnazium utrzymują w pamięci raczej imię i nazwisko jej męża niż nią samą.

Pojawiają się próby zmiany tego stanu rzeczy.

W tym roku druga dzielnica, z okazji dnia kobiet, wystąpiła z inicjatywą mającą choć trochę zmienić tę sytuację. W internecie podała listę czterech dotąd nie nazwanych uliczek zapraszając do zgłaszania nazwisk kobiet, którymi można by jej nazwać.

Dwa lata temu zespół Hosszúlépés, firmy organizującej tematyczne przechadzki po mieście, również z okazji dnia kobiet, zorganizował happening, w ramach którego wystawiono trzy papierowe pomniki kobiet. Upamiętniono tak śpiewaczkę operową Kornélię Hollósy, zarządzającą kawiarnią Gerbeau Eszter Ramseyer oraz pianistkę Annie Fischer z nadzieją, że doczekają się kiedyś trwalszego upamiętnienia.

Kibicuję tym wszystkim wysiłkom.

Nie do końca o taką obecność kobiet na pomnikach mi chodzi
Marek Raczkowski wyjaśnia czemu mężczyznom należy się więcej miejsc na pomnikach