Pamiętacie ten serial? „Gospodarz domu”, teoretycznie mający za zadania obsługiwanie jego mieszkańców w rzeczywistości rządzi nimi i ich kontroluje wykorzystuje swoją pozycję. Film zrobiony w latach 80-tych i dzisiaj bawi przypominając zarazem absurdy tamtych czasów.
Węgrzy mają teraz coś podobnego, a mianowicie film (nie serial) pt. Földszint czyli Parter. No i teraz sorry ale nie dam rady pisać o tym filmie ogólnikami, muszę wejść w jego treść, zaczyna się wielki spoiler.
Bohaterem Földszint-u jest znajdujący się w stanie kryzysu młody malarz, Kristóf. Po śmierci ojca zarzucił malowanie, ma epizody depresyjne, praca w banku jest dla niego torturą, z żoną też nie układa mu się najlepiej. Mieszkają w domu, do którego wprowadzili się dwa lata temu. Mieszkanie wygląda na świeżo wyremontowane ale w pewnym momencie przypadkowo odkrywa za wbudowaną szafą pleśń na ścianie. Choć akurat mają wyjechać na wakacje, uważa, że działać musi natychmiast by pleśń się nie rozprzestniła.
No i działa. Szuka administratora domu, ściąga fachowca, zachodzi do sąsiadów. Jest tu sporo rozbrajającego humoru, który pomoga przebrnąć przez dość przygnębiające interacje z pozostałymi mieszkańcami.
Z czasem wyłania się dość ponury obraz domu. W budynku w wielu miejscach jest wilgoć, w piwnicy stoi woda, ściany pękają a administrator, który jak się okazało mieszka w tym samym domu na samej górze, na przemian prezentuje niezachwiany optymizm i agresję wobec Kristófa: ma się on odczepić. Nikt nie chce pomóc, część ludzi popiera administratora, części wszystko jest obojętne. Nikt nie chce działać.
Szukając opinii budowlanej Kristóf włamuje się do mieszkania administratora i ze zdumieniem odkrywa, że jest ono gigantyczne i luksusowe: mieści się w nim nawet basen.
Na zebraniu mieszkańców, na które niemal że nie dociera, bo przedtem zostaje zaatakowany i wywieziony na wysypisko śmieci, próbuje wszcząć bunt mieszkańców. Zaczyna się fauda, dochodzi do bijatyki, pojawia się ogień, i decyzja odnośnie instalacji windy, jak się zdaje bardziej potrzebnej administratorowi niż innym mieszkańcom, nie zostaje podjęta. Nie jest jednak jasne czy na skutek wydarzeń coś więcej w funkcjonowaniu wspólnoty mieszkańców oraz roli administratora się zmieni.
Ta historia to czytelna alegoria systemu Orbána. Co ciekawe, film zaczęto kręcić w zeszłym roku jesienią kiedy jeszcze reżim trzymał się mocno. Ukończono go w lecie i teraz wszedł do kin.
Jego reżyserem jest Gábor Reisz. To młody reżyser, przedtem zrobił parę popularnych tutaj filmów, między innymi Van valami furcsa és megmagyázhatlan (pisałem o tym tu) czy też Magyarázat mindenre (o nim było tu). Z przyjemnością widzę, że odchodzi od kina bańki budapeszteńskiej klasy średniej w stronę większego zainteresowania światem zewnętrznym.
Ciekawostka: jak zwykle w takich przypadkach film sfinansowany był w całości z prywatnych środków – włoski koproducent pomógł – bez udziału państwa, które chętniej dawało pieniądze na gnioty robione przez reżyserów z NER-u.
Żeby nie było samych miłych rzeczy o filmie muszę napisać, że wciśnięcie licznych przecież wydarzeń między drugą po południu a wieczór – za dużo tego na te parę godzin – było zupełnie nierealistyczne, co dla mnie osłabiając jego przekaz.

W sumie jednak, marsz do kina, jest na co.





































































































