bal karnawałowy z winiarzami (bez piwa)

W sobotę trafiliśmy na bal karnawałowy w Bodrogkisfalud. To wieś leżąca koło Tokaju, jak najbardziej część tego regionu winnego. Znajoma powiedziała, że będzie bal, tematyczny, o Chłopcach z placu Broni, załatwiła bilety.

Z Tarcalu ruszamy w parę osób po 18-tej. Przyjeżdza po nas samochód zapewniony przez organizatorów. Dziesięć minut później jesteśmy już przed bodrogkisfaludzkim domem kultury. Za wjazd dziesięć tysięcy, jak się okaże, śmiesznie mało jak na to co za to dostaliśmy. Na miejscu nieco znajomych, w dużej sali przy rozstawionych stołach sto osób. Niemal wszyscy przebrani. Wszędzie koszule w kratkę – lub czerwone, nieco krótkich spodenek i kolanówek, sporo szelek, kamizelek. Królują oprychówki.

Widok od wejścia
Widok z góry

Stoły zastawione, jest woda w plastiku ale i szklane syfony, butelki z sokiem miejscowej wytwórni Csicsörke, talerze z pogaczami, ciastkami, plasterkami sera. Sztućce na serwetkach sugerują, że na tym się nie skończy.

Sok&Syfon

Bar jest charytatywny, dochód ma być przeznaczony na projekty z miejscowymi dziećmi i młodzieżą (w tym roku będzie to upiększanie kawałka centrum wsi). Napoje więc teoretycznie powinniśmy kupować w barze ale i tak winiarze wnieśli swoje o co chwila ktoś podchodzi oferują swój produkt z butelki zwykle bez etykietki. Częstują także sąsiadów swoich znajomych więc dostaje się i nam.

Tylko wino

W barze ani na całym balu w ogóle nie ma piwa. Najmniejszą jednostką wina jest butelka, sprzedaje się je w jednakowej cenie pięciu tysięcy forintów (szampan kosztuje sześć). Obok barman o wyglądzie jakby wyskoczył z filmu Wesa Andersona kręci drinki z dwóch węgierskich ginów (jeden to Opera, drugi produkuje jakiś lokalny wytwórca palinki).

Sprzedaż wina na butelki
Barman

Choć ilość w dużej mierze bezpłatnego alkoholu jest w zasadzie nieograniczona aż do końca nie widzę nikogo pijanego.

Zaczyna się bal! Dwie organizatorki a zarazem aktywistki (Judit Bodó-Bott i Mónika Márkus) prezentują swoją działalność ilustrując to zdjęciami z rzutnika. Zbierając pieniądze i angażując wolontariuszy zbudowały tor dla BMX-ów, plac zabaw dla małych dzieci, robią obozy letnie, w których z roku na roku bierze udział coraz więcej dzieci. Zabrały też grupę dzieci ze wsi do Budapesztu na przedstawienie Chłopców z placu Broni.

Judit i Mónika

Gwiazdami wieczoru są Miklós H. Vecsei, aktor grający Nemecska w tym ogromnie popularnym musicalu (leci w Víg Színház, widziałem i polecam) oraz Zsolt Sütő, winiarz ze Słowacji, który opowiada jak grał główną rolę w przedstawieniu szkolnym na podstawie tej właśnie książki.

Wszyscy dostajemy kawałki kitu (w zasadzie plasteliny), z których mamy wykonać prace przedstawiające poszczególne winnice regionu. Ich mapa wisi w przedsionku, można sobie wybrać taką, której nazwa najbardziej nadaje się do plastycznego wyrażenia. Decydujemy się na Krakkó i z plasteliny robimy małą bazylikę Mariacką ale niestety nie zajmujemy pierwszego miejsca.

Wytwory Związku Zbieraczy Kitu

Nemecsek wraz z grupą młodzieży śpiewają jeden z przebojów musicalu a potem, wraz i kilkoma przyjaciółmi, w tym i liderem zespołu ludowego Csík, Jánosem Csíkiem, wykonują kilka piosenek, między innymi kultowego zespołu rockowego Kispál és a Borz. Zobaczyć tego jednego z najpopularniejszych wykonawców muzyki ludowej jak je śpiewa to nie byle jakie przeżycie mimo, że Csík ma na swoim koncie niezwykle popularny cover Most múlik pontosan zespołu Quimby.

Nemecsek z młodzieżą
Nemecsek z Jánosem Csíkiem śpiewają kawałek Kispál és a Borz

Po muzyce następuje kolacja. Przygotowała ją miejscowa restauracja Kisfalucska, jedzenie jest pyszne.

Po kolacja zaczyna grać miejscowa kapela weselna i to jest najsłabszym punktem programu. Jest typowo: wokalista i wokalistka, którzy wykonując kolejne węgierskie i międzynarodowe szlagiery zmieniają głos by jak najbardziej upodobnić się do oryginału, dwóch członków zespołu z imponującą nadwagą, zblazowane wyrazy twarzy. Ale i tak podłoga zapełnia, tańce idą na całego.

Współczesna muzyka ludowa
Tańce

Po dłuższym secie muzycznym następuje tradycyjna licytacja. W tym roku można wylicytować „dziurę” czyli końcówkę węża winiarskiego. Brzmi to absurdalnie więc wyjaśniam (w trakcie balu też dopiero po ładnych kilku minutach zorientowałem się o co chodzi): na ścianie zbudowano konstrukcję z pięciu węży winiarskich, które utworzyły tory wyścigowe. Wylicytowawszy dziurę można wziąć udział w wyścigu wrzucając tam kulkę jednocześnie z innymi uczestnikami.

Mónika pokazuje menzurkę z kulkami do licytacji

Licytacja przebiega żywo, prowadząca Judit zachęca uczestników do podbijania stawki. Jedna z kulek zostaje wylicytowana na nieco ponad sto tysięcy forintów, inne za niewiele mniej. Teraz można, na wzór wyścigów konnych, obstawiać rezultaty.

Po kolejnym secie muzycznym odbywa się wyścig. Biorący w nim udział zwycięzcy licytacji dostają nagrody zaoferowane przez winiarzy: pięcioputonowe aszú, butelkę esencji, giny, itp.  

Wyścig: zawodnicy na górze, widać tory utwarzone z węży winiarskich, na dole Mónika trzyma lejek i menzurkę, gdzie wpadną kulki

Nasze towarzystwo pada więc prosimy o samochód do domu. Kiedy wychodzimy zespół zaczyna grać Nélküled.

Węgierska bibuła

Jakiś czas temu znajomy znajomego dał mi torbę pełną węgierskiej bibuły z lat 80-tych mówiąc, na pewno mnie to zainteresuje. I faktycznie tak się stało.

zawartość torby

W torbie były parę numerów czasopism (Beszélő, Hírmondó i Demokrata) oraz kilka książek. Były to w zasadzie główne periodyki tego okresu.

Najważniejszym z nich było Beszélő. Ukazywało się od października 1981 roku aż do października 2012, kiedy to czasopismo, rzecz jasna wychodzące już oficjalnie, przestało się ukazywać. W formie samizdatu (do 1989 roku) ukazało się 27 numerów Beszélő. Pismo miała charakter intelektualny, zawierało teksty programowe. Nakład wahał się od jednego do dwóch tysięcy egzemplarzy. Redagowali je János Kis, Ferenc Kőszeg, György Petri, Bálint Nagy, Miklós Haraszti, János Eörsi, Bálint Magyar, Ottilia Solt, Gábor Havas i Gábor Iványi. Wydawcą, drukarzem i kolporterem był Gábor Demszky.

Numer 10 Beszélő

Demokrata powstał później i niejako w opozycji do Beszélő. Było to czasopismo bardziej wyraziste, antykomunistyczne, miało ambicję dotarcia poza zamknięty krąg opozycyjnej inteligencji. Jego redaktorem by Jenő Nagy. Między 1986 a 1991 rokiem ukazało się 41 numerów pisma.

Numer 4 Demokraty

Hírmondó było bardziej informacyjne, zawierało krótsze artykuły. Redagował je Gábor Demszky.

Hírmondó ze skądziś znajomą flagą

W sumie ukazywały się następujące podziemnie czasopisma: ABC tájékoztató, A Duna Kör Hírei, A Helyettes Szomjazók Magazinja, A Hírmondó, A Kisúgó, Aktuális Levél – AL – Artpool Letter, Angol Figyelő, Az Elnyomás és Ellenállás Dokumentumai, Béke Füzetek, Beszélő, Máshonnan Beszélő, Külön-Beszélő, Demokrata, Dialógus újság, Égtájak Között, Földalatti Vonal, Határ/Idő/Napló, Hiány, Ifjúsági Magazin, Zsaru Magazin, Magyarság, Magyar Figyelő, Magyar Zsidó, Munkás, Munkások a demokráciáért, Pofon, Res Publica Lapok, Szféra, Sznob, Túlélés, Vakond i Vízjel.

Działało też szereg wydawnictw, najważniejszym wśród nich było wydawnictwo AB, od połowy lat 80-tych wydające Beszélő. Oto ich lista: AB, ABC, Áramlat, Artéria, Elsötétítés, Magyar Október, Magyar Október Szabadsajtó, Katalizátor Iroda, Független, Magyar Figyelő, Magyar Március, Alulnézet, Rien de rien, Szabad Idő, SZETA: Szegényeket Támogató Alap i Group Inconnu.

Podaję te informacje bo pracując nad tym postem dowiedziałem się (bardzo pomocni byli ludzie z Open Society Archive), że nie istnieje żadne opracowanie węgierskiego samizdatu, dostępne dane są rozproszone. Co znalezłem spróbowałem więc tu umieścić. Jakbyś kogoś interesował głębiej temat trochę ten post może mu, albo jej, pomóc.

Zanurzenie się w świat bibuły lat 80-tych pozwoliło mi na zauważenie paru interesujących rzeczy.

W kręgu podziemnych wydawnictw rząd dusz należał do środowiska liberalno-lewicowego. Jeśli spojrzeć na wspomniane wyżej nazwiska widać to wyraźnie, ci ludzie pojawiali się później głównie w kręgach liberalnego SzDSz-u. Nie wiem, czemu brakowało prawicowych inicjatyw, te pojawiły się dopiero pod koniec lat 80-tych (trochę pisałem o nich już tu i tu).

Środowisko samizdatu określało się jako opozycja demokratyczna. Przymiotnik „demokratyczna” z jednej strony służył do odróżnienia się od niedemokratycznych komunistów, którzy rządzili ale także od niedemokratycznych postaw, które pojawiały się wśród opozycji. Kiedy na przykład pojawiła się inicjatywa skrajnie prawicowej publikacji, samizdatowcy zdecydowanie odcięli się od niej.

Ciekawa jest lista poruszanych tematów. Na pierwszym miejscu wśród nich, rzecz jasna, prawa człowieka, sporo jest informacji o ich naruszaniu. Pisze się o sytuacji Węgrów mieszkających w krajach sąsiednich, pojawiają się głosy domagające dla nich zbiorowych praw. To jest szokujące o tyle, że obecnie mniejszości węgierskie w krajach sąsiednich są domeną prawicy a liberałowie i lewica odsądzane są na tym polu od czci i wiary chociaż to oni pierwsi podjęli ten temat.

Podobnie nieoczekiwane są głosy w obronie wolności religijnych, przede wszystkim odnośnie mniejszych grup. Wówczas postawy religijne były szykanowane, obecnie obserwować można raczej sojusz ołtarza z (prawicową) władzą. Są materiały w obronie wolności w kulturze, między innymi relacja z procesu grupy punkowej CPG.

Pojawia się ekologia, katalizatorem są protesty przeciwko budowie zapory na Dunaju w Gabčíkovie-Nagymaros. Pisze się też o rewolucji 1956 roku. Są materiały o pacyfiźmie.

Publikowane są informacje na temat innych krajów bloku wschodniego. Wśród artykułów są tłumaczenia autorów z tych krajów, znalazłem nazwiska Adama Michnika, Václava Havla oraz Krzysztofa Pomiana. Są wspólne deklaracje opozycyjne Karty 77, KOR-u i Solidarności.

Uderza jak prominentne miejsce zajmują sprawy polskie. O Polsce, Solidarności, opozycji pisze się dużo, widać jak silnym echem odbyła się sprawa morderstwa ks. Popiełuszki. Licznie reprezentowani są polscy autorzy. Tytuł Hírmondó pisany jest solidarycą.

Specjalny materiał wydane po morderstwie ks. Popiełuszki

Polskie wpływy były zresztą głębsze. Nie widać tego po samej bibule, ale w tym czasie do języka węgierskiego trafiło słowo „ramka” (przykłady tu strona 19 i tu). Pracy z tym prostym przyrządem używanym głównie, choć nie tylko, do podziemnego sitodruku, Węgrzy uczyli się od Polaków.

Człowiek z żelaza, listy dialogowe – wydane drugie poprawione!

Pacjentem zero tej polskiej zarazy był Gábor Demszky. (Warto dodać, że samizdat wydawany w formie przepisywanych na maszynie publikacji istniał już od drugiej połowy lat 70-tych, ale jego skala i zasięg były bardzo ograniczony, dopiero od Demszkyego można mówić o niezależnej działalności wydawniczej). Ten późniejszy wieloletni burmistrz Budapesztu tak opisywał jak przebiegała jego inicjacja na tym polu.

Jesienią 1980 roku przeczytałem wywiad przeprowadzony przez redaktora naczelnego austriackiego tygodnika „Profil” z przedstawicielem niezależnego polskiego wydawnictwa NOWA. Konrad Bieliński mówił w nim, że NOWA jeszcze przed powstaniem zorganizowanej „Solidarności” była dobrze funkcjonującą oficyną podziemną. […] Polskie sukcesy wzbudziły we mnie entuzjazm i uświadomiły mi, że na Węgrzech należy zinstytucjonalizować niezależne media. […]

Postanowiłem zorganizować niezależne wydawnictwo. Nie wystąpiłem o pozwolenie, bo i tak bym go nie dostał. Kapitał początkowy wynosił 10 tysięcy forintów honorarium, które otrzymałem za mój tekst socjologiczny opublikowany w antologii lrószemmel [Oczyma pisarza]. Była to wówczas znacząca suma, kilka moich miesięcznych pensji. Podjąłem błyskawiczną decyzję – kupiłem pryzmę papieru, który ukryłem w suchym kącie piwnicy moich rodziców, tak niskiej, że nie można było się w niej wyprostować. Zakup papieru przesądził sprawę – zapełnił tylne siedzenie i bagażnik mojego samochodu. Kiedy padło pytanie, na kogo mają wystawić rachunek, podałem jakąś zmyśloną nazwę firmy. Początkowo ten sposób dobrze się sprawdzał.

W maju 1981 wziąłem miesiąc urlopu, ale nikomu nie powiedziałem, że jadę do Warszawy. Wyruszyłem, tak jak zawsze, na socjologiczne badania terenowe. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny i magnetofon. Miałem kilka adresów i telefonów.

Rok wcześniej […] widywałem się z polskim historykiem, Karolem Modzelewskim, późniejszym rzecznikiem „Solidarności”, który u mnie spotykał się potajemnie z paryskim rzecznikiem KOR-u. Mieszkali u mnie przez kilka dni, miałem więc okazję dobrze poznać działanie pomocy prawnej KOR-u. Tak więc Modzelewski był moim polskim kontaktem, a drugim – Bieliński, o którym wiedziałem, że będę mógł nawiązać z nim kontakt przez warszawską Solidarność. Kiedy wylądowałem w Warszawie, chciałem podać taksówkarzowi adres siedziby Regionu Mazowsze, ale ten się odwrócił i powiedział, że nie trzeba, wie, dokąd jechać. […]

Głównym celem mojej podróży była nauka technik drukarskich stosowanych przez podziemnych wydawców. Poznano mnie z drukarzem imieniem Andrzej [Zieliński], który nauczył mnie używanej także przez grafików techniki sitodruku. […] Montowaliśmy ramki, uczyłem się konspiracji i pławiłem w polskiej wolności. Przyjęto mnie więcej niż po przyjacielsku. Oczekiwano, że zabiorę ze sobą do Budapesztu tutejszą wolność. Przekazywano mnie sobie z rąk do rąk, poznawałem coraz to piękniejsze dziewczyny, niewiele spałem. […]

Moje polskie doświadczenia opisałem w politycznym dzienniku, zatytułowanym Odnowa, przeznaczonym dla słuchaczy węgierskiego Uniwersytetu Latającego. W lipcu 1981 bałem się, że policja skonfiskuje moje notatki wraz z przywiezionymi z Warszawy dokumentami, dlatego przeprowadziłem się do innego, pustego mieszkania. W kawalerce przy ulicy Lajosa nie było nic poza materacem i kuchennym stołem, na który wypakowałem wszystko, co zebrałem w Warszawie i we Wrocławiu. Przez trzy dni nie wychodziłem z mieszkania. Nigdy wcześniej nie robiłem czegoś podobnego, ale doszedłem do wniosku, że w ten sposób, kiedy jest to konieczne, można znikać także w Budapeszcie. Technikę znikania w szczegółach objaśnili mi moi polscy przyjaciele. Najważniejsze, żeby siedzieć w jednym miejscu i mieć w mieszkaniu wszystko, co niezbędne. W ten sposób tylko raz trzeba umknąć przed śledzącymi cię osobnikami.

Mieszkanie Ferenca Kőszega, w którym opowiadałem o podróży do Polski, było pełne ludzi. Czułem, że jeśli zdam ten egzamin, może znajdą się chętni do wdawania bibuły. Nie byłem wprawnym prelegentem, przestępowałem z nogi na nogę, często traciłem wątek. Miałem w głowie mnóstwo materiału, a niewiele czasu, żeby dobrze przygotować swoje wystąpienie. […] Od tego wykładu zaczyna się calkowicie nowy okres w moim życiu.

źródło: Gábor Demszky: Elveszett szabadság, Noran Libro, Budapest 2012. Fragm. tłumaczenie Elżbieta Sobolewska, za: Karta 90/2017, Gábor Danyi: Wracanie Wolności

Dzięki dla Ryśka za zwrócenie mojej uwagi na ten tekst!

Zabawna jest anekdota związana z drukarską przeszłością Demszkyego. Kiedy w latach 90-tych do Budapesztu przyjechała Madonna, ten podejmował ją jako gospodarz miasta. Między innymi pokazano jej powielacz, na którym Demszky drukował w swoim czasie bibułę. Pamięć heroicznych lat jest jeszcze świeża, Demszky stoi dumny, a Madonna na to: Co za kariera, od prostego drukarza do burmistrza!

Warto pamiętać ten okres, kiedy przykład z Polski tak mocno oddziaływał na Węgry.

ostry rap narodowy

Zapraszam do obejrzenia poniższego klipa rappera Dé:Nasha (Dénesa). Tytuł utworu to Turul więc przyszykujcie się na ostrą jazdę.

Jak widać, wizualnie klip jest bez zarzutu. Zawiera wszystkie nacjonalistyczne stereotypy (krajobrazy z – domyślamy się – Siedmiogrodu, kultura ludowa, pasterze, koń, ogień, a nawet broń), napisy w rowaszu uwierzytelniają dodatkowo narodowy charakter kawałka, podobnie jak i okrzyki „Niech żyje Fidesz” na koncertach czy też powiewające tam flagi z pasami Árpádów. Liczba odsłon (1.2 miliona) wskazuje na poważnego wykonawcę: identycznie zatytułowany kawałek Kárpátii, koniec końców klasyka narodowego rocka, ma raptem 400 000 więcej odsłon.

Tyle tylko, że to wszystko bujda na resorach. Dé:Nash to współczesne, wyrafinowane wcielenie Pomarańczowej Alternatywy, w którego działaniach z entuzjazmem włącza się publiczność. Choć klip jest wizualnie bezbłędny, to jednak w niektórych – choć nie wszystkich – miejscach tekstu wyczuwa się już, że nie wolno go brać dosłownie. Jest tam narodowy patos, jest też, miejscami wulgarny, slang i to on dopiero pozwała na identyfikację parodii, bo wyszukiwanie przesady – przegięcia – w „podniosłej” części tekstu jest ryzykownym zajęciem zważywszy na to, że gdzieś indziej ktoś inny pewnie takie rzeczy głosi na poważnie.

Zapraszam więc do lektury tłumaczenia tekstu, który poniżej podaję też po węgiersku.

De:Nash Turul

Słaby blask
Przez okno wpada
Na Emese twarz
Na łóżku spokojnie śpi
Szczególny sen śni.
Ptak Turul zstąpił z chmury
Dla niej zeszedł z góry
Złoty kajdan na necku, blanta w ręku trzymał
Znienacka ją ostro wyjebał.
Kiedy dość miał już rżnięcia
Tak rzekł do dziewczęcia:
Syna będziesz mieć. Nazwiesz do Dénes (krra)
Będzie prorokiem, mesjaszem, raperem.
Dziewczyną była, w kobietę się zmieniła.
Po wszystkim Emese się obudziła.
Dziewięć i pół czekania miesięcy
Aż mnie urodziła a ja mówię do tysięcy.

Cała ta ziemia do ciebie należy, synu, ale nie zapomnij, że to wielka odpowiedzialność


Turula serce bije we mnie węgierskie
Moim słowom wtórują bębny szamańskie
Kobzę i lutnię wysoko podnoszę
Narodzie mój, usłysz to, co głoszę.

Węgrem się urodziłem, Węgrem jestem
Na niebie nade mną gwiazda swym blaskiem
Prowadzi me kroki, drogę pokazuje.
Przenikliwym wzrokiem przeszłość rozpatruję.
O ojczyźnie śpiewam, słuchajcie tej pieśni
Poddajcie się w pełni mojej opowieści.
Milion lat ma ta historia
Przypadła wam Hungaria
Na samym początku nie było na ziemi tej żenady
Wielobarwnej, entopluralistycznej gromady
Jeden naród był, jeden kraj, jedna ojczyzna (Ojcowizna)
Zapłodnione kobiety (Macierz)
Rodziły nadzwyczajnie węgierskie dzieci
Czyste, śnieżnobiałe, fullwęgierskie dzieci
Poczęte etnicznie niepokalanie
Dumny, szczęśliwy Turul był panem.
To był początek a po dłuższej chwili
Węgrzy całą ziemię doszczętnie zaludnili
Węgrzy światła z Atlantydy
W Bośni piramidy
Mnóstwo śladów po sobie pozostawiali
Wszędzie zamków węgierskich dużo pobudowali
Ich historia i tajemnice
Czekają teraz na odkrycie
Ja ojczyzna, ja ojczyzna
Ojczyzna ja, ojczyzna ja
Ja, turuli syn (ha ha!)
Znów uczynię mój naród dumnym.
W imieniu mego ludu rewolucję zaczynam
Krajowi dawną wielkość i chwałę oddam
Do broni! Węgrzy, za mną ruszajcie
Za kraj ten żyjcie, za niego umierajcie (umierajcie, umierajcie, umierajcie)

Turula serce bije we mnie węgierskie
Moim słowom wtórują bębny szamańskie
Kobzę i lutnię wysoko podnoszę
Narodzie mój, usłysz to, co głoszę.

De:Nash Turul

Homályos fény
Szűrődik be
Az ablakon Emeséhez
Nyugodt arccal fekszik az ágyon
Szemére jött egy különös álom
Turul madár száll le az égből
Hozzá jött le fentről a fényből
Fux van a nyakában, gampi a kezében
Emesét hirtelen megbassza keményen
Mikor a kurással végez
Szól a turul Emeséhez
Fiad lesz, Dénesnek nevezd el (Krra)
Próféta messiás repper lesz majd
Leány volt, nővé lett
Emese ezután felébredt
Kilenc és fél hónapra rá
Megszült az anyám és itt vagyok

E föld mind a tied fiam, de ne feledd ez nagy felelősség

Magyar turul szívem dobog
Szavam alatt sámán dobok
Az égbe tartom a kobzomat s lantomat
Nemzetem halljad hát meg most a hangomat

Magyarnak születtem, magyar vagyok
Az égen felettem csillag ragyog
Vezeti lépteim, utat mutat
Fürkésző szemem a múltban kutat
Halljátok szavaim, hazánkról mesélek
Adjátok magatok át most a regének
Millió éves história
Jutott neked Hungária
Kezdetek kezdetén nem volt a földtekén
Etnopluralista sokszínű förmedvény
Egy nép volt, egy ország, egy haza (Haza)
Megtermékenyített asszonyok (Anya)
Szülték a magyarnál magyarabb gyereket
Színtiszta, hófehér, fullmagyar gyereket
Etnikai szeplőtlenség
Büszke, boldog turul fenség
Ez volt a kezdet és aztán a magyarok
Benépesítették a földet hamarost
Atlantiszi fénymagyarok
Boszniai piramisok
Megannyi emléket hagytak hátra
Széles e földtekén magyar várak
Várják, hogy feltárjam én
Történetüket és titkukat ey
Én haza én haza
Haza én haza én
Én a turul fia (Húha)
Büszkévé teszem a nemzetem újra
Forradalmat hirdetek a népem nevében
Nagy lesz és dicső e szép ország mint régen
Gyertek hát velem ó fegyverbe magyarok
Ezért a hazáért éljetek, haljatok (Haljatok, haljatok, haljatok)

Magyar turul szívem dobog
Szavam alatt sámán dobok
Az égbe tartom a kobzomat s lantomat
Nemzetem halljad hát meg most a hangomat

Popularność Dé:Nasha, jak mi to tłumaczył Chłopak, bierze się z charakterystycznego dla pokolenia zoomersów uznania dla ironii, a nawet pewnego stopnia cynizmu. Raczej niż wyrażać swój otwarty sprzeciw czy też poparcie dla pewnych spraw chętniej obśmieją oni, często w bardzo inteligentny sposób, to, co im się nie podoba przez internetowe memy czy też parodie.

Popułarność jego wykracza jednak poza samych zoomersów i sięga starszych wiekowo krytyków nacjonalizmu. I tu nasuwa mi się uwaga, że nacjonalistyczna prawica znakomicie wytwarza symbole i z nich korzysta w przeciwieństwie do liberałów czy też lewicy, które, mimo, że wydają się posiadać lepsze poczucie humoru, to jednak z symbolami radzą sobie gorzej. Dopiero co pisałem o karierze piosenki pt. Nélküled, podobnych odpowiedników po drugiej stronie nie ma, podobnie jak i nie ma „liberalnego” czy też „lewicowego” rocka mimo, że jest narodowy rock. Podobnie jest z flagami, emblematami, ubiorami, itd. Być może zmieni się kiedy liberałowie czy też lewica dostaną wiatru w skrzydła, na razie pozostaje nam oglądanie i słuchanie Dé:Nasha.

A Chłopakowi dzięki za pomoc przy pisaniu tego posta!

Węgrzy mają nowy hymn

Klub piłkarski z niedużego (nieco ponad 20 tysięcy mieszańców) nadgranicznego miasta Dunajská Streda (po węgiersku Dunaszerdahely) kojarzy się głównie nie tyle ze swymi sportowymi wynikami co raczej z politycznym kontekstem swojej działalności. Miasto to bowiem jest jedną z miejscowości na Słowacji z największym odsetkiem Węgrów: jest ich tam 75%. Kibice klubu to Węgrzy, można powiedzieć, zagorzali Węgrzy, którzy swoje przywiązanie do węgierskości manifestują tak samo chętnie jak miłość do DAC-u (Dunaszerdahelyi Atlétikai Club).

Pierwszy raz zrobiło się o nich głośno w 2008 roku, kiedy w trakcie meczu z klubem Slovan Bratislava doszło do brutalnego wystąpienia policji, która ostro spałowała (głównie) węgierskich kibiców (pisałem o tym tu).

Teraz jednak słychać o nich z innego powodu. Przed meczami kibice śpiewają hymn węgierski, co spotkało się z atakami słowackich nacjonalistycznych polityków, a także piosenkę Nélküled zespołu Ismerős Arcok. Na ogół ktoś, często dzieci, śpiewa ją stojąc na murawie stadionu a kibice włączają się z trybun.

Nélküled przed meczem na stadionie w Dunajskiej Stredzie

To tę piosenkę zaśpiewał wraz z kilkoma dziećmi z Dunajskiej Stredy, wstając z miejsc, cały stadion narodowy im. Puskása przed inauguracyjnym meczem z Urugwajem w listopadzie zeszłego roku. I tak narodził się nowy węgierski hymn.

Nélküled przed meczem na stadionie narodowym im. Puskása

Ismerős Arcok gra narodowego rocka. Teksty zespołu pełne są wezwań do solidarności narodowej, melancholii nad węgierskim losem, rozpaczy z powodu niesprawiedliwości Trianonu, itp. Wokalista Attila Nyerges powiedział, że lubi czytać Alberta Wassa (zainteresowanym tym pisarzem polecam moje wcześniejsze wpisy na jego temat tu, tu i tu) i to się w tych tekstach wyczuwa.

Piosenka Nélküled to jak dotąd największy hit zespołu. W wyczuwalnie wassowskim języku wyraża ból oderwania od ojczyzny. Zarówno tekst jak i muzyka są emocjonalne, dlatego stały się przebojem, by nie powiedzieć szlagierem, świetnie sprawdzając się zarówno na stadionie w Dunajskiej Stredzie jak i w narodowym.

Nélküled wykonawane poza stadionem – blisko 40 milionów odsłon

Tekst wziąłem i przetłumaczyłem, starając się go nie upiększać, by dać czytelnikom bloga lepsze pojęcie o czym mowa. Dla znających węgierski podaję też wersję oryginalną.

Bez Ciebie

O tylu sprawach dotąd nie mówiłem
Może nie być już kiedy jeśli je teraz pominę
Na opowieść o tym jak dobrze, że się spotykamy
Jak starzy przyjaciele, to samo mówimy, tak samo odczuwamy
Jak samotna sosna rozdarta piorunem
Jak kopnięty kamień, jak wyschnięty strumień,
Jak zmęczony wędrowiec, co wzrokiem o pokarm prosi
Nadziei na dom, ojczyznę, spokój już w sobie nie nosi
I choć wszystkiego zrozumieć nie sposób
Póki sam nie doświadczysz ciężkiego losu
Cokolwiek by nie było, i żyjąc i w śmierci
Jednej krwi jesteśmy
Jak zerwany konający kwiat
Jak pięć milionów Węgrów, których nie słyszy świat
Jak nasiono, które w pył spadło i nic nie wyda już z siebie
Jeśli się nami nie zajmiesz my też tacy będziemy, bez Ciebie.
..

Nélküled

Annyi mindent kéne még elmondanom
S ha nem teszem, talán már nem is lesz rá alkalom
Hogy elmeséljem, milyen jó, hogy itt vagyunk
S mint a régi jó barátok egyet mondunk s egyet gondolunk
Mint a villám tépte magányos fenyő
Mint a vízét vesztett patak, mint az odébb rúgott kő
Mint a fáradt vándor, ki némán enni kér
Otthont, házat, Hazát, nyugalmat már többé nem remél
S bár a lényeget még nem értheted
Amíg nem éltél nehéz éveket
Hogy történjen bármi, amíg élünk s meghalunk
Mi egy vérből valók vagyunk
Mint a leszakított haldokló virág
Mint az öt millió magyar, akit nem hall a nagyvilág
Mint porba hullott mag, mi többé nem ered
Ha nem vigyázol ránk olyanok leszünk mi is, nélküled.…

Wracając do stadionu: obecny na inauguracji dziennikarz Indexu Gábor Miklósi nie dość, że nie wstał w trakcie wykonywania Nélküled, ale w tym czasie trzymał w ręku książkę pt. Mit akar Soros? (Czego chce Soros?), i co więcej, w sprawozdaniu z meczu napisał, że zdanie “Jednej krwi jesteśmy” skojarzyło mu się z Księgą dżungli.

W kręgach prawicowych zawrzało. Jego zachowanie uznano za prowokację. W telewizji TV2 na przykład to, że jakiś dziennikarz nie wstał przy wykonywaniu piosenki rockowej było głównym newsem, „Index znieważył Węgrów żyjących poza krajem” grzmiała prezenterka. Inne prawicowe media też wyraziły swoje oburzenie.

Później okazało się, że Attila Nyerges we wcześniejszym wywiadzie powiedział, że zdanie “Jednej krwi jesteśmy” zostało zainspirowane właśnie Księgą dżungli, ale to już nie miało znaczenia.

Bo Nélküled to już nie tylko ogromnie popularna piosenka. Ona nabrała charakteru sakralnego, ją można już znieważyć. Tak rodzą się hymny, tak zrodził się ten hymn (przynajmniej dla prawicy).

Wnuk mordercy-strzałokrzyżowca

Parę dni temu podczas obchodów siedemdziesiątej piątej rocznicy wymordowania 328 osób w XII dzielnicy Budapesztu (ofiarami byli Żydzi a sprawcami strzałokrzyżowcy, węgierski odpowiednik nazistów, ciekawostka: ich lokalnym przywódcą był wówczas oszalały z nienawiści franciszkanin ojciec Kun) burmistrz tej dzielnicy Zoltán Pokorni wygłosił przemówienie [HU]. Nawiązał w nim do swojego dziadka Józsefa Pokorniego, który w tamtym okresie, a trwało wówczas oblężenie Budapesztu, przyłączył się do strzałokrzyżowców i wziął aktywny udział we wspomnianych morderstwach w budynkach przy ulicach Maros, Alma i Városmajor, niejednokrotnie odgrywając rolę przywódczą.

Zoltán Pokorni, źródło: wikipedia

Pokorni powiedział między innymi:

To nie jest miejsce, gdzie powinienem się zastanawiać jak z człowieka robi się morderca. […] Nie chcę bronić dziadka ani szukać dla niego usprawiedliwienia.

W odniesieniu do historii Holocaustu na Węgrzech uważam, że niemiecka okupacja nie była tu usprawiedliwieniem, co najwyżej wymówką. Ofiary były Węgrami i zdecydowana większość morderców również była Węgrami. Trudność powoduje to, że traktujemy to jako problem żydowski […]. Jeśli tak myślimy to podtrzymujemy ten podział, którego dokonano w latach 20-tych, 30-tych, 40-tych. Przełammy to, w ofiarach zobaczmy braci, towarzyszy, współobywateli. I w mordercach nie dostrzegajmy tylko zabójców, ale zauważmy też jak z kogoś robi się morderca. Jestem tu by powiedzieć: jesteśmy razem w bólu, we współczuciu.

Tu załamał mu się głos i dłuższą chwilę milczał.

Zapowiedział też, planuje powrócić do kwestii list ofiar umieszczonych na pomnikach a także powrót do kwestii użycia symbolu Turula w pomniku w dzielnicy, w której jest burmistrzem. Do współpracy zaprosił historyków: Gergő Bendegúza Cseha, dyrektora Archiwum Państwowych Służb Bezpieczeństwa, Tamása Kovácsa, dyrektora Centrum Pomięci Holocaustu oraz historyka Krisztiána Ungváryego. 

To wymaga pewnego wyjaśnienia. Pomnik w kształcie Turula, ptaka z mitologii węgierskiej, który został zawłaszczony przez skrajną prawicę, postawił poprzedni burmistrz w 2005 roku. Pomnik był postawiony bez pozwolenia, zalegalizowano go dopiero po długich sporach prawnych.

Pomnik Turula w XII dzielnicy, źródło: wikipedia

Turul miał upamiętniać ofiary wojny. Ich listę umieszczono na cokole, wśród nazwisk był i dziadek Pokorniego, który zginął od postrzału, dlatego zresztą uniknął powojennych rozliczeń.

Krytycy zarzucali pomnikowi, że pod symbolem oprawców próbuje upamiętnić i ofiary i ich morderców.

Pokorni, którego w międzyczasie wybrano na burmistrza dzielnicy, bronił pomnika proponując rozwiązanie kompromisowe: Turul miał upamiętniać ofiary wojskowe, ofiarom cywilnym miano postawić inny pomnik zlokalizowany gdzie indziej.

Artykuł na temat czynów dziadka Pokorniego ukazał się w październikowym numerze czasopisma Mozgó Világ [HU]. Było to już po jesiennych wyborach lokalnych. Pokorni, jako burmistrz dzielnicy wybrany właśnie na kolejną kadencję, zaproponował na posiedzeniu samorządu by nazwisko jego dziadka usunąć z tablicy na pomniku. Obecne przemówienie było kolejnym gestem jaki uczynił w odpowiedzi na rewelacje tekstu.

Autor publikacji, dziennikarz László Rab, powiedział, że opisane fakty zna od już od 2008 roku ale nie chciał się zaczynać od nowa dyskusji „ojcowie-synowie” jak na Węgrzech nazywa się wyciąganie osobom publicznym czynów ich rodziców – zwykle ojców. Pokorniemu właśnie wyciągnięto w 2002 roku, że jego ojciec, złamany w komunistycznym więzieniu, przez lata działał jako agent pod pseudonimem János Pákozdi. Polityk ustąpił wówczas ze stanowisk w Fideszie, a stał wówczas w partii wysoko bo był przewodniczącym partii i szefem frakcji. Na tym się skończyła się jego kariera krajowa (przedtem był ministrem oświaty).

Przemówienie Pokorniego odbiło się szerokim echem. Wielu przyjęło jako szczery głos pojednania. Stojący po drugiej stronie politycznej barykady burmistrz Budapesztu Gergély Karácsony napisał na facebooku:

Przyszłość domaga się wyznania win przeszłości, szczerego spojrzenia im w twarz. Naszymi rodakami były nie tylko ofiary koszmarnych zbrodni XX wieku ale i ich sprawcy. Wstrząsająca jest odwaga burmistrza Zoltána Pokorniego, żywię do niego za to wielki szacunek.

***

Ta historia rodziny jednego człowieka dla mnie szerzej symbolizuje sam kraj.

Jest tu przeszłość, nieznana bądź też przemilczana. O ile wiemy, Pokorni nie znał historii ojca-agenta. Nie wiadomo jednak ile wiedział o swoim dziadku. Czy świadomy był jego czynów kiedy bronił pomnika Turula? Jeśli tak, dlaczego zdecydował się wnioskować o usunięcie jego nazwiska z pomnika dopiero po ukazaniu się artykułu w Mozgó Világ?

(Swoją drogą warto przypomnieć tu historię polityka Jobbiku, który dowiedział się o sobie, że jest Żydem.)

Jest też instrumentalne użycie historii do bieżącej polityki. Węgry zamykają listę jeśli chodzi o rozliczenia z komunizmem, tutejsze archiwa są trudno dostępne. Ktoś, kto wiedział o agenturalnej przeszłości ojca Pokorniego był na tyle uprzywilejowany, że miał do nich dostęp. Nie wiemy kim był, wiadomo tylko, że po ujawnieniu tych faktów Pokorni wycofał się z pierwszego szeregu polityki.

Poprzez pomnik Turula mamy też przykład upolitycznego sporu o historię. Jak to jest możliwe by nazwisko takiego zbrodniarza jak dziadek Pokorniego mogło znaleźć się na pomniku – i to w dodatku razem z nazwiskami ofiar? Dlaczego rozmywa się odpowiedzialność za zbrodnie mieszając ofiary z oprawcami?

Dalej, Holocaust na Węgrzech prezentowany jest w dominującej formie jako problem żydowski, ewentualnie coś pomiędzy Żydami a Niemcami, Żydzi traktowani są jako osobna kategoria ludzi. Postać Józsefa Pokorniego przypomina, że w dramacie Holocaustu Węgrzy też mieli swój udział.

Mamy wreszcie, i tu już pozytywniej, moment kiedy uznanie ciemnych momentów z przeszłości nie musi być dowodem słabości ani oznaką poniżenia ale raczej aktem oczyszczenia, umożliwiającym budowę przyszłości nie zaprzeczającej zbrodni, które miały kiedyś miejsce a przy tym wyzwolonej od destrukcyjnego po dziś dzień charakteru ich negowania.

Szacunek dla Zoltána Pokorniego.

na zdrowie, miłej zabawy

Na Węgrzech kichniesz i z pewnością zaraz usłyszysz od kogoś „na zdrowie!” („egészségére!”). Pisałem o tym intrygującym automatyzmie już kiedyś.

Niedawno uświadomiłem sobie, że powiedzenie „na zdrowie” używane jest w podobny sposób szerzej. Innymi inputami, które wywołują ten output są sytuacje przy jedzeniu i, rzecz jasna, piciu. Na przykład skończyłeś obiad u ciotki a ta mówi „na zdrowie”. Dziękujesz za kawę u kolegi i już leci „na zdrowie”. Pochwalisz ciastko w gościnie i zaraz gospodarz wyskakuje ze swoim „na zdrowie”.

W restauracji kelner podając talerze, sprzątając ze stołu, słysząc pochwałę dania, przynosząc kolejną wodę mineralną czy też przyjmując zapłatę zawsze – zawsze – robi to mówiąc „na zdrowie”, ewentualnie „na zdrowie łaskawego Pana/Pani”, co po węgiersku brzmi zresztą tak sztucznie („kedves egészségére”) jak i po polsku, taka kelnerska nowomowa. Te „na zdrowie” usłyszymy pewnie kilka razy podczas jednej wizyty w restauracji jak również cukierni, kawiarni czy też barze. Co ciekawe, ta fraza jest tak sztywno osadzona w sytuacje tego rodzaju, nikt nie wykazuje się w zasadzie nawet szczątkową kreatywnością by na, dajmy na to, pochwałę zupy powiedzieć „bardzo się cieszę, że Państwu smakowało!”

Na zdrowie, źródło: Fortepan/Gyula Nagy
Na zdrowie łaskawych pań, źródło: Fortepan/Sändor Bauer

I co więcej, „na zdrowie” można usłyszeć także na końcu masażu, lekcji jogi czy gimnastyki, ogólnie w sytuacjach usług związanych z ciałem. I tutaj nie ma żadnych wariacji, jest „na zdrowie” i cześć.

Innym takim automatycznym wyrażeniem jest „miłej zabawy!” („jó szórakozást!”, dosłownie: „dobrej rozrywki!”), które słyszy się w kontekście szeroko rozumianych sztuk performatywnych takich jak przedstawienia teatralne, koncerty czy inne wszelakie występy. Pół biedy jeśli wygłosi je konferansjer przed spektaklem kabaretu czy też koncertem popowym. Gorzej jeśli występ, który nas czeka nie ma nic wspólnego z rozrywką czy też zabawą: niedawno usłyszałem tę frazę w teatrze przed psychologicznie ciężką sztuką.

Według znanej anegdoty w swoim czasie „jó szórakozást!” życzył słuchaczom burmistrz Demszky przed Requiem Mozarta wykonanym dla uczczenia ofiar powstania 1956 roku.

Znowu, w takich sytuacjach nikomu do głowy nie przychodzi jakieś samemu utworzone, własne zdanie odpowiednie do danego wydarzenia lub choćby nawet neutralniejsze „udanego wieczoru”, bez „miłej zabawy” się nie obędzie.

Miłej zabawy, źródło: Fortepan/Tivadar Lissäk

Węgrów, z którymi rozmawiałem o tym zjawisku ono nie dziwi, nie widzą też w nim niczego nie na miejscu. Sam jednak jeżę się co usłyszę sobie to „na zdrowie” lub „miłej zabawy” i obiecuję sobie uważać na to co i kiedy mówię.

Węgierska studniówka

Na Węgrzech nie ma studniówki, jej pewnego rodzaju odpowiednikiem jest szalagavató bál czyli bal maturalny, dosłownie natomiast “bal przypięcia wstążki”. Odbywa się w okolicach listopada, nie ma arytmetycznej zależności między jego datą a terminem matur jaka to jest w przypadku studniówki. Impreza jest nieco dziwna, wyewoluowała w coś nieco odległego od tego czym była pierwotnie.

Wstążka

Korzenie balu sięgają połowy XIX wieku. W Bańskiej Szczawnicy (Selmecbánya) istniał wówczas zwyczaj by uczniowie kończący szkołę dla zaznaczenia tego nosili zieloną wstążkę, uroczystość jej przypięcia, połączonego z kopnięciem w tyłek, kończyła zabawa – bal właśnie.

Zwyczaj ten kultywowany jest do dziś, niekiedy zamiast wstążki nosi się opaskę na ramieniu.

Opaska – sfotografowałem ją przy innej okazji

W międzyczasie jednak bal zmienił charakter. W tej chwili jest to raczej wielki show dla rodziców i rodziny, ewentualna zabawa odbywa się w ramach aftera, który organizuje się na marginesie wydarzenia.

Niedawno byłem na takim balu w Alternatív Közgazdasági Gimnázium czyli Alternatywnym Gimnazjum Ekonomicznym, które jest jedną z pierwszych niepaństwowych szkół na Węgrzech. Powstała kiedy pojawiały się nieśmiałe koncepcje reform rynkowych, stąd ta nazwa. I dziś nie jest to typowa szkoła średnia, więc to co widziałem nie jest pewnie w pełni reprezentatywne dla balów w innych miejscach.

Bal odbył się w wynajętej sali widowiskowo-sportowej. Gdy przyjeżdzamy, rodzice i zaproszeni goście zajmują miejsca na widowni, która jest niemal pełna. Na parkiecie kręcą się uczniowie ze szkolnego studia audio/video, rozstawiają kamery i mikrofony, ustawiają lampy.

Przemówienie dyrektora spodobało mi się do tego stopnia, że mogę je zacytować z pamięci: „Dobry wieczór. Jest moim obowiązkiem życzyć Państwu miłego wieczoru”. Tak, AKG nie jest typową szkołą gdzie ta przemowa byłaby nieco dłuższa, choć nie bogatsza w treść.

Kolejnym punktem programu jest przypinanie wstążek. Rocznik podzielony jest na mniejsze grupy (nie ma klas jako takich), które po kolei wychodzą na środek sali. Tam podchodzą do nich wybrani przez nich przypinający. Taką osobą może byś ktokolwiek: kolega – koleżanka, ktoś z rodziny, przyjaciel. Bycie wybranym nie ma wielkiego znaczenia.

Przypinanie wstążek
Poduszka ze wstążkami

Samo wyjście na środek odbywa się przy akompaniamencie muzyki wybranej przedtem przez daną grupę. Gdy jedna organizatorzy (wspomnieni uczniowie ze studia audio/video) nie mogli znaleźć wybranych przez jedną z grup kawałków, ta po prostu siedziała i czekała aż je gdzieś tam w internetach znaleźli. Wszystko bez stresu i popędzania szeptem „bo wszyscy czekają”, luz.

Po udekorowaniu wstążkami grupa prowadzona przez wychowawcę obchodzi w koło salę, gdzie dokoła siedzą pozostali uczniowie, każdy strzela z każdym piątkę, bywa, że się ściskają, coś tam sobie mówią.

Obchodzenie sali z przybijaniem piątki

Po tej części następują występy. Są specjalnie przygotowane z udziałem profesjonalnych choreografów tańce. Jest oglądanie filmów z pierwszego obozu letniego a także nagrań, którzy ówcześni nowi uczniowie AKG zrobili wtedy z przekazem dla siebie kiedy będą opuszczać szkołę – czyli teraz. Powtarza się motyw „mam nadzieję, że dalej lubisz grać w piłkę”.

Tańce – nie, to nie motyw polski, kolory są przypadkowe
Są i takie tańce, w szlafrokach
Takie też są
Oglądanie starych nagrań

Wychowawcy występują z krótkim programem pastiszów Abby w odpowiednio dyskotekowych strojach. Teksty napisali sami. Inna grupa nauczycieli przygotowała film o zabawnych supermenach (grają ich rzecz jasna sami) rozgrywający się w szkole.

Występ nauczycieli
Ogląądanie filmu o przygodach nauczycieli-supermenów w szkole

Jest pokaz tańca towarzyskiego w wykonaniu jednej z uczennic z jej nauczycielem tańca, który przygotowywał końcowy walc. Parę kawałków gra rockowy zespół złożony z uczniów rocznika.

Taniec indywidualny

Powoli zbliża się kulminacja wieczoru czyli walc. Przygotowanie go zajęło dwa miesiące ale opłaciło się bo wszystko udaje się bezbłędnie. Chłopaki są w niekiedy nieco niedopasowanych frakach ale dziewczyny! Ach, one są wszystkie w sukniach ślubnych! Wypożyczenie ich to mały majątek, do tego dochodzi fryzjerka i makijażystka: taki bal wypada dużo drożej dla dziewczyn niż dla chłopaków.

Walc!
Były też takie figury

Po walcu wszyscy schodzą na parkiet, gdzie paru ojców kręci kilka tanecznych kółek ze swymi niepokojąco ślubno-weselnymi w charakterze córkami ale większość po prostu głównie fotografuje się i trochę przy tym rozmawia.

Po walcu

Po przebraniu się, co zdaje się być przyjmowanym z ulgą przez chłopaków a przez dziewczyny z pewnym żalem – one zdają się przeżywać bal i cieszyć się nim najbardziej – całe towarzystwo, już bez zaproszonych gości, przenosi się wynajętami autobusami na miejsce regularnej balangi.

Dziwny jest trochę ten bal. Co roku maturzyści odbywają dyskusje na jego temat i nie wszystkim podoba się ten jego przerośnięty format, ale, jak to bywa w przypadku ślubu i wesela, to z powodu tradycji zapada decyzja, że będzie tak „jak zawsze”.

Dziwna jest też jego atmosfera: zdaje się, że to koniec szkoły, wielkie żegnanie, podsumowania i łezki, a tymczasem po balu w poniedziałek wszyscy idą do szkoły jakby gdyby nic dalej przez parę miesięcy szykować się do matury.

A same wstążki nosi publiczniej niewielu, jakaś jedna trzecia.