Radio Polonia Węgierska 33/ rockowy Sylwester w Akademii Muzycznej

Co robią melomanii w Sylwestra? To samo co miłośnicy klasycznego węgierskiego rocka: idą na koncert Amadindy grającej razem z Gáborem Presserem w Akademii Muzycznej. Niestety nie w tym roku, ale, miejmy nadzieję, za rok. O tym mówię w najnowszym podcaście (26:15). Pełen program poniżej, jeszcze niżej mój tekst.

Powitanie
Serwis informacyjny – przyg. Robert Rajczyk
Przegląd prasy – przyg. Robert Rajczyk
Życzenia Marii Felfoeldi – przewodniczącej Ogólnokrajowego Samorządu Polskiego
Jeż Węgierski w eterze – przyg. Jerz Celichowski
Urywki Historii
Muzyczne listy
Pożegnanie

Sylwester kojarzy się zwykle z niewyszukaną zabawą. Szampan – dużo szampana – i inne alkohole, głośna muzyka, tańce, uliczne koncerty popowe, petardy, fajerwerki. Tak jest w zasadzie wszędzie, różnice są może w zakresie jadanych wówcas potraw: w Polsce będzie to raczej bigos, na Węgrzech parówki.

Zdarzają się jednak wyjątki. Takim jest coroczny sylwestrowy koncert zespołu Amadinda w Akademii Muzycznej. Dla tych co Amadindy nie znają: mowa jest o zespole perkusyjnym choć nie należy tego rozumieć jako ekipy pałkerów rockowych ale muzyków grających na wszystkim w co da się uderzać od bębnów, czyneli czy też kotłów począwszy po wszelakie wibrafony, marimby oraz ksylofony. To muzycy wysokiej klasy, dwóch z tej czwórki wykłada na Akademii Muzycznej. Grają wszystko od transkrypcji na intrumenty perkusyjne utworów klasycznych, poprzez tradycyjną muzykę afrykańską aż po muzykę współczesną: specjalnie dla nich komponował na przykład Steve Reich.

Sylwestrowy koncert Amadindy to jednak nie wyłącznie muzyka klasyczna. Pierwsza jego część – ta do północy – jest bardziej na poważnie. Na jej zakończenie lider zespołu Zoltán Rácz gra na fortepianie hymn węgierski – bez tego żaden węgierski sylwester się nie obędzie – i następuje przerwa, w trakcie której w foyer podawany jest szampan.

Po przerwie pojawia się zaprzyjaźniony z zespołem Gábor Presser, jedna z najwybitniejszych postaci węgierskiego rocka i popu. Grają razem i to już jest dużo luźniejsza część. Wykonują napisane przez Pressera utwory zespołu LGT, oddają się żartom i wygłupom muzycznym. Dołączają zwykle do nich innych zaproszeni goście. Rockendrollowe kawałki wykonane z wirtuozerią na klasycznych instrumentach przez najwyższej klasy muzyków to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Tego w żaden sposób nie można nazwać muzyką poważną.

Amadinda i Presser grają razem, źródło: programturizmus.hu

Koncerty zrobiły się tak popularne, że Amadina zmuszona została do organizowania poza koncertem północnym także drugiego koncertu o 19 wieczorem. Dla tylu ludzi tak pociągający jest ten rodzaj wysmakowanej, opartej na muzyce klasycznej rozrywki.

W tym roku z powodu wirusa koncertu nie będzie, a szkoda. Mam jednak nadzieję, że za rok ta tradycja powróci.

Radio Polonia Węgierska 32/ słowacka kolęda z Derenka

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o zaskakującym rezultacie moich prób dowiedzenia się czegoś o derenckiej kolędzie pt. Kedė jaszna gjozda. Jest ona nieznana w Polsce a popularna na Słowacji – i to także wśród Łemków (nagrania tu, tu, tu i tu, to ostatnie jest łemkowskie). Swoje badania będę dalej prowadził i jeśli czegoś więcej się dowiem na pewno to napiszę.

Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 23:30).

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny
3. Przegląd polskich tygodników
4. Jeż węgierski w eterze
5. Urywki historii
6. Robert Rajczyk o węgierskim futbolu
7. Pożegnanie

Ładnych parę lat temu, tak jak teraz przed świętami, szkołę polską przy ambasadzie odwiedziły panie z Derenka. Opowiadały uczniom o wsi, swoje historie, jedna z pań pokazała dowód osobisty, w którym Derenk widniał jako miejsce urodzenia. Zaśpiewały parę piosenek bo dwie z nich to członkinie zespołu Drenka Polska.

Wśród tego co zaśpiewały była pastorałka pod tytułem Kedė jaszna gjozda. Ma ona piękną melodię i jest bardzo bożonarodzeniowa w charakterze. Od pań dostałem jej tekst w dziwnej nieco pisowni, głównie opartej na węgierskiej transkrypcji ale też zawierającej “e” z kropeczką. Jest on w dużej mierze zrozumiały, czasem dlatego, że językowo bliski jest współczesnej polszczyźnie, a czasem po prostu dzięki kontekstowi bo o czym w końcu może być mowa w pastorałce?

Pomyślałem, że to niezwykłe, że niewielka polonia węgierska ma przez to swoją własną kolędę. Postanowiłem spróbować się więcej o niej dowiedzieć. Napisałem w tej sprawie do dwóch muzykologów zajmujących się muzyką Podhala – to stamtąd trafili na Węgry derenczanie. Żaden z nich nie potrafił o niej niczego powiedzieć a sprawdzali nawet w źródłach dziewiętnastowiecznych. Jeden wspomniał jednak, że warto sprawdzić w słowackiej części Spiszu.

Napisałem więc do znajomej znajomego, która tam mieszka i która natychmiast ją rozpoznała. To je slovenská koleda! napisała i dałączyła szereg linków do jej nagrań. Zresztą nie tylko po słowacku (bądź też w lokalnej gwarze – tego nie jestem w stanie ocenić) ale w gwarze łemkowskiej.

Zamierzam dalej drążyć temat bo sprawa jest intrygująca. Już teraz jednak wygląda na to że, jak to nader często w kulturze bywa, ta pastorałka nie jest częścią jednej tylko kultury ale dzielona jest przez kilka z nich, w tym wypadku kulturę polską, słowacką, spiską jak i łemkowską. I jako taka ma też potencjał by ludzi żyjących w tych kulturach łączyć.

Powracając do naszej polonii i obecnego przedświątecznego okresu: warto, uważam, tę kolędę kultywować. Jest unikalna i piękna. Cóż więcej potrzeba.

Radio Polonia Węgierska 31/ coraz bardziej zapomnieni uchodźcy

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o największym w historii spotkaniu Polaków i Węgrów, które miało miejsce kiedy Węgry przyjęły polskich uchodźców w 1939 roku, oraz o tym dlaczego szkoda, że te kontakty nie są kontynuowane obecnie. Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 30:36).

Powitanie
Serwis informacyjny
Przegląd polskich tygodników
Jeż Węgierski w eterze
Urywki historii
Pożegnanie

Na ogół traktuje się przyjęcie przez Węgry polskich uchodźców w 1939 jako wielki akt przyjaźni między narodami. Słusznie, Węgry wykazały się wówczas wielkodusznością. Zarazem jednak, i tym się zwykle nie mówi, było to bodaj największe w historii bezpośrednie spotkanie Polaków i Węgrów. W odniesieniu do uchodźców padają różne liczby, ale spokojnie można powiedzieć, że dobrze ponad sto tysięcy Polaków przez parę lat przebywało na Węgrzech. Wielu z nich było tu do końca wojny czyli ponad pięć lat.

To bardzo dużo. Ci ludzie w tym czasie poznawali Węgry, uczyli się węgierskiego, utrzymywali bezpośrednie kontakty z Węgrami, poznawali ich zwyczaje, historię, mentalność. Nawiązywały się przyjaźnie i miłości. Taki Erasmus na sterydach i to w czasach kiedy podobnych rzeczy nawet na ograniczoną skalę w zasadzie nie było.

To byli konkretni ludzie. Większość z nich wróciła do Polski i tam zapewne o swoich przeżyciach opowiadała rodzinom i znajomym. Podobnie zresztą i wśród Węgrów zaangażowanych w przyjmowanie Polaków pewnie trwała pamięć o nich. Szkoda, że obecnie, wraz z odchodzącymi ostatnimi uchodźcami oraz goszczącymi ich Węgrami, pamięć tych kontaktów zanika.

Zilustruję to o co mi chodzi na osobistym przykładzie. Jeden z moich wujów spędził wojnę na Węgrzech. Umarł zanim byłem na tyle duży by jego trochę na ten temat wypytać. Gdzie był? Jak ich przyjmowano? Kto był w to zaangażowany? Co mu utkwiło w pamięci z tego okresu? I tak dalej, i tak dalej. Chętnie bym odwiedził tę miejscowość czy miejscowości gdzie przebywał, może dałoby radę znaleźć rodziny ludzi, którym mój wuj zawdzięczał pomoc, może dałoby się z nimi jakoś podtrzymywać kontakty.

Takich jak ja ludzi w Polsce jest kilkaset tysięcy – na tyle spokojnie można szacować rodziny uchodźców.

Uchodźcy w oczekiwaniu na granicy polsko-węgierskiej. Ich rodziny do dziś żyją w Polsce. źródło: Fortepan Berkó Pál

Brak jakiejś centralnego zasobu gdzie można by wyszukiwać informacje odnośnie uchodźców. Nie słyszałem choćby o zwyklej liście nazwisk osób, które znalazły schronienie na Węgrzech. Tablice umieszczane w miejscowościach, gdzie przebywali Polacy, choć ważne, w tym nie pomagają. Pięknie wydane cztery już książki małżeństwa Łubczyków o uchodźcach (Pamięć/Emlékezés) są dekoracyjne ale zupełnie niepraktyczne w użyciu.

To są jednak rzeczy do nadrobienia. Mam nadzieję, że ktoś się nimi kiedyś zajmie.

Radio Polonia Węgierska 30/ rowerzyści miejscy

W najnowszym odcinku audycji opowiadam o ludziach, którzy bardzo przyczynili się do tego, że Budapeszt jest coraz bardziej rowerowym miastem. Pełen program podcastu poniżej, jeszcze niżej mój tekst (a w podcaście od 25:03):

1. Powitanie
2. Serwis informacyjny – aut. Robert Rajczyk
3. Autorski przegląd polskich tygodników – aut. Robert Rajczyk
4. Jeż Węgierski w eterze – aut. Jerzy Celichowski
5. Urywki historii
6. Muzyczne listy
7. Pożegnanie
realizacja – Anna Szczęsnowicz – Panas, Piotr Piętka

Według różnych statystyk Węgry to rowerowa potęga w Europie Wschodniej a i w całej Europie znajdują się w rowerowej czołówce. Widzi się to też i w Budapeszcie gdzie sporo ludzi regularnie porusza się na rowerach.

Nie wzięło się to z niczego, za tym rowerowym sukcesem stoją bardzo konkretni ludzie.

Ci, co dłużej mieszkają w Budapeszcie pamiętają może jeszcze Masy Krytyczne, które tutaj odbywały się na wiosnę i jesienią aż do 2012 roku. Gromadziły tłumy – według organizatorów liczba uczestników dochodziła do stu tysięcy ludzi. Wokół nich odbywały się też imprezy towarzyszące, między innymi Kidical Mass dla dzieci czy też Rehab Critical Mass dla niepełnosprawnych.

Niezapomniane były przejazdy przez miasto, krzyczenie w tunelach i pod mostami, dopingujące grupy muzyczne, bębniarze czy też zwykli widzowie. No i oczywiście wielkie było podnoszenie rowerów na końcu a także w trakcie demonstracji – podobno zwyczaj wymyślono tutaj, na Węgrzech. Kto był w takim tłumie podnoszącym rowery wie jakie to uczucie, endorfiny aż chlupią pod nogami.

rowery go góry

Masy Krytyczne należały co kategorii cudu. Gromadziły – jednoczyły – ludzi niezależnie od poglądów politycznych, były pokojowe, bez śladu agresji i o bardzo pozytywnej atmosferze. Może z tego właśnie powodu w zasadzie ignorowały je media ograniczając się do wzmianek w wiadomościach lokalnych. Trochę mnie to dziwiło bo przecież nie było, i nie ma, żadnej innej sprawy politycznej, która przez lata, dwa razy do roku, gromadziłaby na ulicach takie tłumy.

Glównymi organizatorami Mas Krytycznych było dwóch kurierów rowerowych z firmy Hajtás Pajtás: Gábor Kürthy, znany raczej jako Kükü, oraz Károly Sinka czyli Sinya. Kükü jest obecnie przewodniczącym Węgierskiego Klubu Rowerowego.

Ale trzeba wspomnieć też właścicieli firmy, który tolerowali to, że ich dwóch pracowników dwa razy do roku sporo czasu poświęca na aktywizm kosztem pracy. To bracia Zoltán Tóth (Spenót) oraz László Géresi (Lackó), którzy Hajtása stworzyli od zera.

Punki za młodu tacy zostali do dziś. Choć są przykładem sukcesu w biznesie to nie można powiedzieć, że „utyli, spuchli i posiwieli”. Poprzez aktywizm rowerowy a także działalność swojego zespołu o nazwie Puszi są fundamentami tutejszej miejskiej subkultury.

Budapeszt bez nich wszystkich byłby o wiele uboższy.