„Gloomy Sunday”

O filmie "Gloomy Sunday" powiedziała mi Bernadetta. Ponieważ Seressem, kompozytorem piosenki kiedyś się zainteresowałem, film mnie natychmiast zaciekawił. Nieoceniony Duży, który całymi dniami nagrywa filmy z internetu i telewizora, miał film nagrany na DVD tak więc mogliśmy go sobie zaraz obejrzeć.

Robiłem to z Seressem w głowie, co dość ukierunkowało moje wrażenia. Uderzyło mnie, jak bardzo oddalona jest cała historia przedstawiona w filmie od faktów łączących się z kompozytorem i jego utworem. I tak, sam kompozytor w filmie nazywa się Aradi i nie jest Żydem, popełnia samobójstwo w czasie wojny a nie po wojnie, jest wysoki – Seress był zdecydowanie niski, do piosenki przez dłuższy czas nie ma tekstu (był od początku), restauracja, gdzie pracuje mieści się w Budzie a nie w Peszcie, i tak dalej, i tak dalej. Najwyraźniej piosenka posłużyła raczej jako luźna inspiracja niż źródło.

Sam film nie powala. Najciekawsza jest w nim postać László Szabó, właściciela restauracji gdzie głównie toczy się akcja. On, Ilona (piękna kelnerka i zarazem jego kochanka) oraz Aradi, pianista o zamglonym spojrzeniu stworzą niespodziewanie harmonijnie funcjonujący miłosny trójkąt. László jest najbardziej charyzmatyczną postacią w filmie dzięki swojemu stylowi i osobistemu urokowi a także nienachalnemu stosunkowi do Ilony. Akcja toczy się w trzech okresach: przed wojną, w trakcie niemieckiej okupacji oraz współcześnie. Najciekawszy jest pierwszy okres, wojna przedstawiona jest dość szablonowo, zaś wątek współczesny wieńczy zaskakujące zakończenie godne wartkiego kryminału raczej niepasujące do filmu.

Tak czy owak, tacy jak ja fani Węgier i Budapesztu film obejrzeć muszą:)

na „ty” po węgiersku i po polsku

Niedawno byłem na ogrodowym party. Towarzystwo inteligenckie, jemy, pijemy, rozmawiamy. Wszyscy poniekąd automatycznie na ty niezależnie od wieku i stopnia znajomości. Rutynowo, zaraz po przedstawieniu się od razu żadnego "pan-pani".

Rozmawiam z pewnym znajomym, który w pewnym momencie przechodzi na polski. Nie zaskakuje mnie tym, bo wiedziałem, że zna ten język oraz Polskę, ale jestem zdziwiony, że choć dotąd po węgiersku byliśmy na te to teraz mówi do mnie pan. Protestuję i zaraz po polsku znów jesteśmy na ty ale całe to małe zdarzenie daje mi nieco do myślenia i zaczynam się zastanawiać jaka jest różnica w używaniu formy ty-te w obu językach.

Jak pamiętam, w polskim mówi się ty do dzieci i do osób, z którymi jesteśmy blisko. Także niekiedy, czego ogromnie nie lubię, osoby starsze mówią paternalistycznie ty do osób młodszych wiekiem oczekując przy tym pan-pani w odpowiedzi. Przechodzenie na ty wymaga zazwyczaj inicjatywy osoby starszej.

W węgierskim sytuacja jest z grubsza podobna, choć istnieją istotne różnice. Kiedy starsza osoba powie młodszej ty ta natychmiast może zacząć tak samo odpowiadać. Przy czym zwykle nie trzeba oddawać się analizie gramatycznej wypowiedzi partnera rozmowy, zwykle początkowe szia czy też nieco bardziej formalne szervusz (obydwa odpowiedniki cześć) wystarczają jako zaproszenie do bycia na ty. W stosunku do osób w tym samym wieku, także jeśli jest to ktoś akurat napotkany na ulicy czy też ekspedientka w sklepie), można bez zbędnych formalności rzucać szia i od razu być na ty.

Ciekawostką jest, że tak jak w języku polskich reklam panuje ty tak na Węgrzech jest to formalne Őn. Wyjątkiem jest egalistyczna Ikea, która jako jedyna w kraju zwraca się w reklamach do swoich klientów na ty.

Mój węgierski znajomy musiał być świadom tych różnic zmieniając formę przy przejściu z języka na język.

***

Przy okazji, skąd taki znajomy, który mówi po polsku. Nie jest on jedyny, w latach osiemdziesiątych sporo inteligencji węgierskiej uczyło się polskiego pod wpływem fascynacji Polską. Do dziś się na takich ludzi co jakiś czas natykam.

Niedawno przypomniało mi o tym zjawisku następujące zdarzenie. Spotkałem się akurat na kawie z Bernadettą, autorką najlepszego dotąd wpisu na moim blogu. Kawa była naszym pierwszym kontaktem w realu bo dotąd komunikowaliśmy się tylko przez e-mail i nawet trochę podejrzewałem, że Bernadetta to naprawdę autor książki, o której tak ładnie napisała, kreujący tę mistyfikację w celu zaaranżowania bezpłatnej reklamy. Gadamy sobie o tym o owym i jakoś zgadaliśmy się na temat pewnej książki z fotografiami Budapesztu. Nie pamiętałem tytułu więc zaproponowałem, żebyśmy przeszli do pobliskiej księgarni, gdzie powinna ona być. Spytałem o nią prowadzącą księgarnię, która słysząc jak mówimy po polsku sama zaczęła do nas mówić w tym języku. Jak ustaliliśmy chodziło mi o książkę Bruno Bourela Fényrajzok – Budapest – Impressions et Lumieres (polecam wszystkim przy okazji). Książka była, Bernadetta ją obejrzała a może nawet i kiedyś kupi. Jeśli tak, to podejrzewam, że w tej właśnie księgarni.

gokarty

Kiedy Chłopak poszedł do szkoły musiał dogonić resztę klasy i nauczyć się pisanych liter. Żeby mu pomóc motywacyjnie obiecałem mu, że jak już będzie potrafił napisać wszystkie litery pójdziemy na gokarty. Chłopak pisać się pięknie nauczył, słowo się rzekło, kobyłka u płota – jedziemy.

Zdecydowaliśmy się na Mogyoród bo tam na gokartach jeździć mogą nawet sześciolatki. Gdy przyjechaliśmy okazało się, że biznes otwiera się dopiero w południe i musimy poczekać, za to byliśmy pierwsi. Chłopak dostał maskę i gigantyczny jak niego hełm, siedzenie wypchali mu styropianem, żeby dosięgał pedałów i jazda! Poszło mu lepiej niż wszyscy, włączając w to i jego, jak nam potem powiedział. Raz tylko wjechał w ścianę a i to lekko. Jeździł dwa razy po siedem minut, za drugim razem już ze średnią prędkością około 40 km/h. Dumny z siebie i ogromnie szczęśliwy.

Mogyoród wydaje się być miejscowością żyjącą wokół wyścigów. To tam właśnie znajduje się węgierski tor formuły 1 (wyścig jest w sierpniu), tam są dwa tory gokartowe, widziałem też teren do jazdy quadami. Gdy wyjeżdzaliśmy słyszałem dochodzący skądś ryk silników. Raj dla fanów szybkości. A wszystko to jakieś piętnaście kilometrów od Budapesztu.

Chłopcy z placu Broni

Jako chłopak zaczytywałem się w książkach o drugiej wojnie, zwłaszcza Szarych Szeregach i powstaniu warszawskim. Tak się nimi oczytałem, że kiedy w końcu pierwszy pojechałem do Warszawy nazwy pokazywanych mi po raz pierwszy miejsc brzmiały w moim uchu bardzo znajomo. Mimo, że miasta nie znałem, nie było mi nieznajome a dreszczyk rozpoznania długo mi towarzyszył podczas wędrówek po nim.

W żadnym innym mieście potem odczucie, że nie znając miejsca, w którym się akurat znalazłem, znam je jednak nie towarzyszyło mi z taką intensywnością. W Budapeszcie pojawiło się raz, gdy kiedyś poszliśmy ze Śliwką do Füvészkert w ósmej dzielnicy i uświadomiłem sobie, że znajduję się w ogrodzie botanicznym z Chłopców z placu Broni.

Akurat wczoraj obejrzeliśmy sobie ze Śliwką film pod tytułem A Pál utcai fiúk czyli po polsku właśnie Chłopcy z placu Broni. Zrobił na mnie duże wrażenie. Jeszcze raz przeżyłem bohaterstwo Nemecska, niegodziwość braci Pásztor a także zdradę Geréba. Znów podziwiałem talenty wodzowskie i militarne Bóki. Na nowo dziwiłem się absurdalnej powadze Towarzystwa Przeżuwaczy Kitu. Wróciły dziecięce wypieki podczas kulminacyjnej bitwy o grund. Nowe było rozpoznawanie miejsc w filmie (grund mieścił się na rogu ulicy Márii i Pála). Co ważniejsze, po raz pierwszy zobaczyłem tę historię jako antycypację bezsensownych rzezi pierwszej wojny światowej. Kult militaryzmu, fascynacja procedurami i formami, gotowość do ponoszenia ofiar w imię honoru, wszystko to przygotowało społeczeństwa pielęgnujące te wartości do posyłania milionów na śmierć. Bezsensowna, jak się okazało, ofiara Nemecska antycypuje przyszłych poległych na wojnie. Obrona grundu w 1902 roku oznacza, że uczestniczący w niej chłopcy jak najbardziej wzięli potem udział w bardziej śmiertelnych walkach wojennych. Chłopcy z placu Broni to nie tylko opowiadanie dla dzieci.

Ciekawe w samym, świetnie zresztą zrobionym filmie, jest to, że jest to koprodukcja amerykańsko-węgierska. W zasadzie wszyscy chłopcy (kolejna ciekawostka: w filmie poza matką Nemecska oraz wspomnianą siostrą jednego z chłopców nie ma w ogóle kobiet ani dziewczynek) grani są przez dzieci amerykańskie. Zrobiono go w 1967 i zachodzę w głowę jak do tego doszło – i jak to w ogóle było możliwe. Film był zresztą nominowany do Oscara w kategorii filmu zagranicznego w 1967 roku.

Zastanawiam się czy Chłopcy z placu Broni to najbardziej znany na świecie węgierski utwór literacki.

automat do opłat za wizytę u lekarza

Trwa strajk lekarzy w Polsce i pojawiają się głosy, żeby wprowadzić częściową płatność za usługi medyczne. Na Węgrzech mamy to już od marca. Płaci się za wizytę u lekarzy, płaci się za czas spędzony w szpitalu. W niektórych szpitalach i przychodniach opłatę wnosi się to w kasie gdzie paragon wypisywany jest ręcznie, w niektórych jednak robi się to wrzucając monety do maszyny przypominającej parkomat. Z kwitkiem idzie się potem do lekarza.

Akurat byłem dzisiaj w szpitalu (nie ma co się niepokoić, wszyscy są zdrowi, odwiedzałem tylko Śliwkę na dyżurze) i przy okazji sfotografowałem tamtejszy automat. Warto się jej przyjrzeć w celu zobrazowania sobie do czego obecne dyskusje w Polsce mogą prowadzić.

Automat do opłat na lewo, na prawo maszyna do rozmieniania pieniędzy. Jak w parkomacie wybieramy czy chodzi o opłatę za wizytę u lekarza (ze skierowaniem 300 forintów – 4.5 złotego, bez skierowania lub spoza rejonu 600 forintów – 9 złotych, w czasie dyżuru 1000ft – 15zł) czy też opłatę za pobyt w szpitalu (300 forintów za dzień – znów 4.5 złotego), naciskamy odpowiednie guziki, wyciągamy kwitek – i gotowe.

Symboliczną wagę automatów potwierdził zdarzenie, które miało miejsce podczas fotografowania. Gdy robiłem zdjęcia podszedł do mnie szpitalny strażnik i powiedział, że na terenie szpitala, podobnie jak w obiektach wojskowych, nie wolno fotografować. Odpaliłem na to, że wojsko to ma przynajmniej wroga a tu wrogiem są bakterie, których przedstawicielem nie jestem. Tłumaczyłem, że zdjęcia są przeznaczone na polski blog (internet – poprawiłem szybko widzą niezrozumienie w jego oczach), że w Polsce jest strajk lekarzy, i że chodzi mi o prostą informację, jak taki automat wygląda. To wszystko polityka, odparł. Temat automatów w szpitalu strażnika wyraźnie emocjonował więc wdał się ze mną w dyskusję na ich temat. Pokazał mi inny automat do automatycznej rejestracji pacjantów (maszyna jeszcze nie działa). Młodzi ludzie nie dają sobie z tym rady, a co dopiero starsi, tłumaczył mi. Źle to wymyślili, dodał. Nie tylko opłaty są kontrowersyjne, pomyślałem, same automaty też.

Podróże Kulinarne Roberta Makłowicza

Wróciłem właśnie z Polski, gdzie kupiłem sobie w końcu Podróże Kulinarne Roberta Makłowicza. Natychmiast też, co nieco dziwne jak na książkę kucharską, przeczytałem je sobie w zasadzie w całości i muszę powiedzieć, że mi się spodobała. Jak pisałem kiedyś, na Węgrzech nie ma przyzwoitej książki kucharskiej do codziennego użytku, dzięki Makłowiczowi w Polsce jest przynajmniej znakomite wprowadznie do kuchni węgierskiej. Pełna radość!

Makłowicz pisze o węgierskiej kuchni kompetentnie i barwnie. Smaku, jeśli można tak powiedzieć, jego książce dodają pięknie opowiedziane anegdoty oraz ciekawostki. Ilustracje wnoszą sporo humoru choć nie są tak rozrywkowe jak zdjęcia w książce Dialogi języka z podniebieniem Makłowicza i Bikonta, też wydanej przez Znak. Jeśli dodam, że Makłowicz pisze o Węgrzech i tutejszym jedzeniu z wyraźnym sentymentem, jasne się staje, czemu czytanie książki jest niemal tak przyjemne jak jedzenie, na przykład, miseczki dobrej, węgierskiej zupy rybnej.

Mój ogromny entuzjazm do książki studzą tylko (nieco) pominięcia. Czemu, drogi Robercie Makłowiczu, pominąłeś na przykład pogácse, te niewielkie, pożywne skrzyżowanie bułki i ciasteczka, niezwykle tutaj popularne? Czemu kiszonki są tylko wspomniane? Dlaczego ani słowa o znakomitej sałatce z ogórków czy z kapusty w zalewie z octem? Czemu w końcu nawet nie wspomniałeś (choćby i – zasłużenie – krytycznie) főzeléki, te niezwykle popularne papki z rozgotowanych jarzyn? Gdzie jest placek lángos, kulinarny szlagier wszystkich rynków? Nieco mi tych potraw w książce brakowało, bez nich nie ma się pełnego obrazu kuchni węgierskiej takiej, jaką jest.

Wydawnictwo Znak wyraźnie się przyłożyło do redakcji książki ale i tak wślizgnęło się parę błędów. Podaję to, co znalazłem z nadzieją, że pomoże to w następnych wydaniach. I tak, pisze się lecsó a nie lecso, csirkepaprikás, z tego co wiem, to jedno słowo (podobnie jak gombapaprikás), jest rizsgomboc a nie rizsogomboc, a ponadto w węgierskim nie dzieli się słów między c a s (palac-sinta) bo cs to tutaj jedna litera (wszystkie przykłady z indeksu). Z podobnie drobnych rzeczy jest jedno wzgórze/góra Badacsony, nie można więc mówić o wzgórzach Badacsony (strona 75). W końcu, rozumiem uczucia jakimi Makłowicz pała do Węgier ale mówienie o wspólnej granicy polsko-węgierskiej istniejącej aż do roku 1918 (strona 114) jest, mimo faktu jej istnienia w pewnych okresach, historycznym nieporozumieniem: czy można mieć granicę z krajem zanim odzyskał on niepodległość? To akurat mógł Znak wychwycić.

Co by nie było, bardzo cieszę się, że książka się ukazała. Na pewno sam będę jej używał.

katalog pawilonu romskiego w Wenecji w internecie

Jak pisałem już wcześniej (tu i tu), w tym roku w Wenecji po raz pierwszy będzie pawilon romski. Właśnie się dowiedziałem, że projekt katalogu można obejrzeć w internecie. Nie jestem pewien czy to aby nie przez pomyłkę, więc jeśli ktoś chce sobie obejrzeć to radzę zrobić to zaraz. Katalog po pobieżnym przejrzeniu, wygląda ciekawie, polecam.

Plakaty i animacje są z kolei do obejrzenia tu.