zastosowania języka polskiego

Z Marią poznaliśmy się przypadkowo. Starsza nieco ode mnie, bardzo cicha i spokojna, pracowała w pokoju niedaleko ode mnie zajmując się przy tym czymś całkiem innym niż ja a mianowicie pisaniem artykułów dla pewnego londyńskiego miesięcznika. Maria jest Polką z drugiego pokolenia, córką emigrantów z Anglii z pokolenia wojennego. Po polsku mówi świetnie, czasami tylko inaczej powie jakieś słowo (olej zamiart ropy, na przykład) ale poza tym wcale nie jest oczywiste, że nie jest z Polski.

Z czasem zaprzyjaźniliśmy się. W przerwach obiadowych Maria chodziła do naszego mieszkania pograć na pianinie upierając się przy tym przy płaceniu 200 forintów za korzystanie z instrumentu. Czasami chodziliśmy razem na obiad.

Ucieszyliśmy się kiedy dowiedzieliśmy się, że adoptowali dziecko. Mały Loránt jest w wieku
Chłopaka, więc co jakiś czas sptykaliśmy się a dzieciaki bawiły się. Maria podzieliła się z mężem (też Polakiem z drugiego pokolenia) językami: ona mówiła do Loránta po polsku a jej mąż po angielsku. W pewnym momencie wyjechali z Węgier spowrotem do Londynu i kontakty stały się rzadsze.

Czasem jednak Maria przyjeżdza do Budapesztu służbowo i wtedy się spotykamy. Przy jednej z takich okazji rozmawialiśmy o językach i powiedziała wtedy coś, co mnie zdziwiło. Z polskim ma nienajlepsze skojarzenia, jest to dla niej język rozkazów. Może wynikło to z tradycji rodzinnych, gdzie istniało skrzyżowanie autorytarnego modelu z tym właśnie językiem. Może pewną rolę odegrała tu relatywna izolacje językowa ponieważ mało osób w jej kręgu poza nią i jej rodziną mówiło po polsku skąd brak innych modeli użytkowania języka. Może jednak faktycznie wszyscy Polacy wokół niej po prostu cały czas pokrzykiwali na siebie po polsku. Tak czy owak jednak jak miała coś nakazać siostrom, robiła to po polsku, do celów normalnej komunikacji był angielski.

Ostatnio znów spotkałem Marię i, jak zawsze, poszliśmy na obiad. Rozmawialiśmy (o czymże by tu!) o dzieciach i mimochodem spytałem w jakim języku mówi do Loránta. Powiedziała, że wyłącznie po angielsku.

interview

Z zupełnie różnych powodów odchodzą od nas dwie świetne asystentki więc szukamy kogoś na ich miejsce. Łączy się to z masą interview. Wiem, że to na ogół straszne nerwy dla osób poddanych temu procesowi, z drugiej strony jest to raczej nużące, a niekiedy nawet przyprowadzające do rozpaczy.

Interview z jedną z kandydatek robiliśmy wspólnie z Heather. Szukając pytań mających odsłonić prawdę o kandydatce rzuciłem czy miałaby coś przeciwko temu, żeby pracować dla szefa-kobiety (pytanie, które w swoim czasie dostałem ja, faktycznie wówczas mielśmy szefową, teraz jest szef). Ona na to, że niechętnie, bo kobiety mają nastroje a poza tym mieszają pracę zawodową z życiem osobistym. Popołudnie było, jakaś trzecia godzina, ale się nieco rozbudziliśmy. Powiedziałem, że Margaret Thatcher pewnie by się z nią nie zgodziła i przeszliśmy do następnego pytania. “Co zrobiłaby pani gdyby szef (już żeśmy sobie szefową odpuścili) poprosił panią o zrobienie czegoś idiotycznego”. Spróbowałaby zwrócić mu uwagę, że jego prośba nie ma sensu, powiedziała, ale gdyby nalegał, to szef ma zawsze rację. Popatrzyliśmy na siebie z Heather, podziękowaliśmy dziewczynie i powiedzieliśmy, że decyzja będzie podjęta w ciągu dwóch tygodni.

Rozmawiałem potem z Heather o tej dziewczynie. Moim zdaniem jest to typowy produkt wschodnioeuropejskiego (bo nie tylko węgierskiego oczywiście) systemu edukacji niezachęcającego do krytycznego myślenia a przy tym promującego szacunek dla autorytetów czyli kogokolwiek stojącego trochę wyżej w wieloszczeblowej drabinie jaką jest tutejsze społeczeństwo. Do tego te, całkiem szczerze, głoszone opinie o kobietach-szefach! A ja myślałem, że jak jest dwudziesty pierwszy wiek, jesteśmy w Unii i ktoś ma mniej niż te 40 lat to mu już paru rzeczy wyjaśniać nie trzeba. Cóż, nieco pomyliłem się.

na piwie z premierem

Jakiś tydzień temu po koncercie Madredeus w cudownej sali koncertowej nowootwartego Pałacu Sztuki idziemy jeszcze ze Śliwką do Kuplungu spotkać się ze znajomymi, którzy zapowiedzieli, że będą tam. Przed wejściem zamiast zwykłych paru wchodzących i wychodzących ludzi oraz sennego bramkarza podekscytowany tłumek. W nerwowych roymowach słychać słowo “razzia”. Okazuje się, że panikę wywołali policjanci zamykając dopiero co wejście. Chwilę później wyjaśnia się jednak, że nie szukali marihuany ale sprawdzali teren przed przybyciem premiera (Ferenc Gyurcsány). Ten pojawił się w towarzystwie dwóch doradców oraz fotografa po czym zabrał się za picie piwa przy barze. Po początkowym zamieszaniu wszyscy przestali zwracać na nich uwagę. Kiedy weszliśmy premier i ci, którzy z nim przyszli nie odbijali się już za bardzo od otoczenia. Irytował jedynie obskakujący ich fotograf, utrudniał dostęp do baru, ochroniarze wtopili się zgrabnie w tłum.

Nie wiem sam co tam robił. Czy to taki pokaz dla mediów, czy też po prostu miał ochotę. Jest to dość "młodzieżowy" premier: zaczynał jako działacz KISZ-u (tutejszy ZSMP tyle, że quasi przymusowy), do polityki wrócił jako minister ds. młodzieży, a i teraz jest dość młodym premierem jeśli chodzi o wiek, może więc po prostu kultywował swój image?

w Polsce

Spędziłem właśnie tydzień w Polsce (stąd zresztą kolejne zachwianie regularności zapisów blogowych, nie bardzo było skąd pisać). Dwie rzeczy do zanotowania.

  • Zdrobnienia: herbatka, kawka, szyneczka, serek, obiadek, pieniążki, schabik, itd. Fascynujące, upupianie, infantylizycja języka. Obraza w biały dzień.
  • Tina z załączona płytą z “dwunastoma najpiękniejszymi kazaniami papieża”. Nie wiem sam co powiedzieć.

Odgracanie miasta

Odgracanie po węgiersku to lomtalanitás przy czym jest to słowo, które znaczy tutaj o wiele więcej niż w Polsce. Zanim przejdę do niuansów powinienem wyjaśnić, że w ramach lomtalanitásu na ulicę można wystawić dowolne graty a one znikną do następnego poranka (zazwyczaj śmieci wolno wyrzucić tyle, ile się zmieści do kubłów należących do domu) a śmieciarki wszystko to bezpłatnie wywiozą.

W czasie lomtalanitásu w dzielnicy, w której się akurat odbywa, a odbywa się on dzielnicami raz do roku, zmienia się rytm życia. Na ulicy, przed bramami, pojawiają się stosy rupieci. Jest tam wszystko, głównie stare meble, czasami takie jeszcze z desek a nie płyty wiórowej czy wręcz pilśniowej, zużyte sprzęty gospodarstwa domowego do rozmiaru lodówki włącznie, stare butelki i tym podobne. Dominuje jednak szara masa, co do której trudno jest powiedzieć czym była wcześniej kiedy jeszcze jej nie do rozdzielenia już komponenty były jeszcze przydatnymi przedmioty. Ulice nabierają charakteru trochą jak z wojny bo rupiecie przypominają rozsunięte na boki barykady. Generalnie, dzięki skomasowanej ilości starych, bezużytecznych rzeczy na ulicy, czas jak gdyby cofa się o ładnych parę lat.

Po ulicach krążą podnieceni ludzie przeglądający te graty. Co ciekawe, żebraków i bezdomnych prawie nie ma. Przeglądaczy są dwie kategorie: są zawodowcy poruszający się starymi półcieżarówkami, które wyglądem świetnie wtapiają się w zagracony krajobraz, zbierający żelazo oraz potencjalnie jeszcze nadające się do wykorzystania rzeczy. Na mniejszą skalę, ale w ramach tej smej kategorii, operują rozpruwacze telewizorów polujący na obwody scalone. Drugą kategorię stanowią amatorzy. Ci poruszają się wolniej i pojawiają się głównie wieczorem, na spacer. Grzebanie w śmiecach w ten dzień nie hańbi, robią to wszyscy. Bo czyż nie jest wspaniale znaleźć jakąś zakurzoną ale ciekawą książkę, stare narty czy całkiem jeszcze niezłe krzesło? Co jakić czas widzi się przemykających się ludzi triumfalnie taszczących samemu czy też z kimś w parze jakieś właśnie znalezione cudo.

Sami zwykle też poddajemy się czarowi lomtalanitásu. Mamy w domu w domu parę przedmiotów pochodzących z ulicy. Jest to stara tekturowa walizka, apteczna butelka z napisem alkohol, w której podajemy wino, oraz najwartościowsze z pewnością okiennice znalezione przed synagogą, które targaliśmy przez pół dzielnicy a potem trzymaliśmy przez pół roku na podłodze w pokoju aż w końcu stolarz je dopasował i zamontował w oknie (zaoszczędziliśmy jakieś 80 tysięcy forintów).

Rzecz jasna czasem się człowiek spóźni i widzi jak ktoś inny był pierwszy przy jakimś wspaniałym znalezisku. W zeszłym roku, na przykład, sąsiad piętro wyżej złapał przed nami dwa fotele ze skaju z lat sześćdziesiątych. Co przeszedłem przed jego mieszkaniem gdzie stoją sobie, serce mi się krajało z żalu.

Ponieważ nie znam tego zwyczaju z Polski często się zastanawiam co się
dzieje z niepotrzebnymi gratami tam. Tyle się tego tutaj wyrzuca, a co
w Polsce? Czy nie zaduszają się tam strychy i piwnice? Czy nie robią się z czasem za ciasne mieszkania?

W naszej dzielnicy lomtalanitás miał
miejsce w ten weekend. Strasznie byłem zabiegany więc nie było czasu na
wieczorny spacer i nie dałem nawet rady zrobić zdjęć na blog, czego żałuję. Wracając do domu wieczorem przastanąłem przed stosem gratów przed naszym domem. Wśród rupieci przeświecała czerwień foteli z lat sześćdziesiątych sąsiada. Nie wyciągnałem ich bo w międzyczasie kupiliśmy sobie w Tesco chińską ławkę ogrodową przed mieszkanie. Olśniło mnie jednak: lomtalanitás to nie po prostu odgracanie ale i wielka wymiana rzeczy pomiędzy mieszkańcami miasta. Wspaniała zwyczaj.

(A także wielka atrakcja turystyczna. Jakby ktoś chciał zobaczyć na własne oczy i własnymi rękoma pogmerać, informację kiedy w jakiej dzielnicy jest lomtalanitás znaleźć można tu).

Węgrzy się celebrują

Zaprosili śliwkę na rocznicę zakończenia uniwersytetu. Do Debreczynu, a jakże, całe 240 kilometrów od Budapesztu. śliwka chce jechać, mimo, że następnego dnia ma dyżur a ja decyduję się przyłączyć, mimo, że następnego dnia wylatuję do Stambułu. Lata całe już tu mieszkam ale wciąż pociągają mnie takie rzeczy. Ciekaw jestem tych jej byłych kolegów i koleżanek no i całego spotkania.

Generalnie nie lubię spotkań rocznicowych bo polegają one na kontemplowaniu różnego przebiegu procesu starzenia się (u kogo szybciej, u kogo wolniej) oraz porównywania się nawzajem: kto ma wyższą pozycję, kto przyjechał lepszą bryką a komu może udało się wyjechać na Zachód. Wszystko to przy tym w sztucznej sztubacko-infantylnej atmosferze. Ciekawość jednak przemaga.

Wsiadamy więc w Intercity, w którym nie działa klimatyzacja a przy tym nie da się otworzyć okien. Na zewnątrz ponad trzydzieści stopni, w środku o jakieś pięć więcej. Tyle trzeba kolejom oddać, że konduktor informację o tym, że klimatyzację na nic więcej nie stać podaje z taką kulturą, że też się zachowuję kulturalnie choć przecież tego nie planowałem. Zasypiam z upału i zmęczenia, budzę się na czas, żeby wysadzić Chłopaka u dziadków (wieczorem pójdą do cyrku z okazji dnia dziecka, jest bardzo tym przejęty) a potem znów letarg. Na dobre budzimy się dopiero w Debreczynie, kiedy dość obleśny taksówkarz okazuję się być hieną i życzy sobie ponad dwa tysiące za krótki kurs. Płacimy spisując wszystkie możliwe telefony (nadzór, ochrona konsumentów, itd.) i obiecując sobie krwawą zemstę po powrocie.

Spotkanie ma miejsce w restauracji Pálma. Dwa długie stoły zarezerwowane są dla nas. Jedzenie wliczone w opłatę i można sobie nakładać ile kto chce a picie trzeba zamawiać przy barze u migających barmanek. śliwka początkowo nieco zawiedziona, bo nie bardzo widzi kolegów i koleżanki z grupy ale już się ktoś radośnie podrywa i chwilę potem siedzimy koło jej dwóch starych znajomych. Okazuje się, że poza śliwką i jeszcze jedną kobietą, która akurat siedzi koło nas, nikt nie przyprowadził małżonków niepochodzących z tego roku (jest sporo takich wewnętrznych małżeństw). Pytam uprzejmie czy w takim razie mam może wyjść i wrócić za parę godzin, nie, ależ skąd, zostaję więc i zagłębiam się w rozmowę z sąsiadem inżynierem.

Opowiada mi właśnie o pewnym emerytowanym inżynierze z, o ile pamiętam,Nyiregyháza, który na rok z góry przepowiada pogodę, co publikują w miejscowej gazecie, a jednak nie dali mu na to patentu mimo, że się o niego starał, kiedy zaczyna się część artystyczna. Główny organizator z kolegą zakładają gitary i zaczynają śpiewać pastisze popularnych przebojów o tekstach operujących odniesieniami do świata akademii medycznej. Napisali je jeszcze na studiach i wszyscy je znają. Humor, na ile rozumiem teksty, miejscami niezły choć niekiedy dość medyczny. Chłopaki wykonują utwory z talentem i oddaniem i wszyscy się świetnie bawią.

Dowiaduję się, że z roku, na którym było coś ze 160 studentów zebrało się ich teraz niemal połowa. Każdy ma powiedzieć coś o sobie. Większość pracuje jako lekarze w okolicy Debreczynu, sporo jednak przeszło do pracy w firmach farmaceutycznych. Drugi z występujących, okazało się, jest na czwartym roku filozofii. śliwka mówi mi potem, że zawsze było pewne co do niego, że lekarz to z niego nie będzie. Dzieci statystycznie mają po dwójce, choć jedna z ich koleżanek, nieobecna na spotkaniu, oczekuje właśnie dziewiątego … Robi się jakoś miło i mimo, że wszyscy się w miarę szybko rozchodzą cieszymy się, że się taki kawał drogi targaliśmy (śliwkę w pociągu spowrotem do domu zacznie mocno boleć gardło a ja zgubię komórkę, ale nie uprzedzajmy faktów).

Idziemy potem na spacer i przychodzi mi do głowy jak bardzo Węgrzy lubią celebrować różne etapy życia. Co prawda to prawda, nie znają tu pierwszej komunii (pamiętam jak kiedyś śliwce szczęka nieomal spadła jak zobaczyła dziewczynki w strojach komunijnych na ulicy w Polsce), ale rekompensują sobie to z nawiązką na inne sposoby. Już nawet koniec przedszkola obchodzi się ballagásem, czyli uroczystym przemarszem przez opuszczane właśnie przedszkole, prezentami, przyjęciem, itd. Powtarza się on pod koniec kolejnych szkół ze wzrastającym poziomem skomplikowania oraz kosztów. Kolejne obchody łączą się z nabywaniem coraz wyższego statusu. Tak jak pamiętam, że w Polsce jako studenci mieliśmy status łachmytów tak tutaj student to często pan student. Dostałem kiedyś wizytówkę już od ucznia liceum! Na maturę i poprzedzający ją ballagás klasy szyją sobie identyczne garnitury (chłopaki) oraz kostiumy (dziewczyny). Na tableau wystawiane w oknach sklepów niedaleko szkoły piszą "spotykamy się w XXXX roku" podając datę pięć lat póżniej – i te spotkania, regularnie co pięć lat, faktycznie mają miejsce. Mój teść, na przykład, do dziś na nie jeździ.

Irytują mnie te celebracje swoim ciężkawomieszczańskim charakterem ale z drugiej strony to jest coś w tym świętowaniu kolejnych etapów życia. Trochę im tego wszystkiego zazdroszczę.

zniknąłem i wróciłem

Strasznie mnie życie wessało. Dużo

*pracowałem (nic ciekawego na ogół, nie warto pisać)

*jeździłem (staram się pisać na tematy węgierskie więc w zasadzie sobie odpuszczam)

* 

tak, tego (Morze Martwe) też było trochę, ale bardzo mało, ściślej rzecz biorąc, godzina zaledwie.

To i owo jednak miało miejsce, niedługo też o tym napiszę.