jak głosować w Budapeszcie

Jak zwykle głosować można będzie w ambasadzie przy ulicy Városligeti fasor 16, 1068 Budapeszt. Przedtem należy się zarejestrować osobiście w konsulacie (formularz do rejestracji można ściągnąć stąd) albo, nowość, przez internet. Termin rejestracji to 6 października. Te i inne informacje dotyczące wyborów znajdują się na stronie internetowej ambasady.


5 października

PS. Listę kandydatów na posła można sobie obejrzeć tu, kandydatów na senatora natomiast tu. W Sejmometrze można wyszukać informacę o aktuałnych posłach – część z nich również obecnie kandyduje.

 


Jedenasta Masa Krytyczna

Cud, nad którym przestajemy się dziwić. Już tak przywykliśmy do regularnych Critical Mass, że nie porusza nikogo tłum rowerzystów blokujących swą masą ruch w mieście, niezwykle sprawna samoorganizacja, apolityczność ponad podziałami, czy pokojowość i pogoda ruchu.

CM odbyła się wczoraj wieczorem. Jedenasta z kolei, demonstracje odbywają się od 2004 22 września w dzień bez samochodu oraz 22 kwietnia w dzień ziemi. Tym razem było to włączanie się w ruch uliczny bez specjalnej trasy chronionej przez policję. Start miał miejsce przy parkowej scenie budańskiej (Budai Parkszinpad) położonej przy stawie Feneketlen. Powitanie jednego z organizatorów (Sinya), krótkie przemówienie ambasadora Holandii, który obiecał, że w przyszłym roku włączy się w demonstrację, podniesienie rowerów, ostrzeżenie Sinyi, że mamy przestrzegać przepisów ruchu drogowego, używać lampek, i ruszamy!

CMrowery

pierwsze podnoszenie rowerów

Celem był plac Bohaterów (Hősök tere). Każdy mógł jechać jak chciał, większość i tak zdecydowała się pojechać ulicą Béli Bartoka, mostem Szabadság, małym körútem a potem ulicą Andrassy. Już sam wjazd na ulicę Béli Bartoka zajął nam z 15 minut, potem wlekliśmy się w korku aż do placu Kálvina, gdzie w końcu wszystko przypieszyło ale i tak ten nie za długi odcinek zajął nam coś z półtorej godziny.

CMwywiad

wywiad na ulicy, ekipa telewizyjna elegancko w rikszy

Na trasie dużo policji, a na każdych światłach porządkowi w zielonych koszulkach. Nie tylko pilnują, żeby nikt nie przejeżdzał na czerwonym ale i nie puszczają jeśli za światłami ulica jest wciąż zatkana by nie blokować ruchu. I te chudzi chłopacy, nieśmiałe dziewczyny cieszą się takim posłuchem, że na jeden ruch ich ręki tłum rowerzystów pokornie staje lub rusza. Policja stoi i patrzy. Nie widzę ani jednego naruszenia przepisów, podobno w drodze powrotnej ludzie już elastyczniej traktowali kwestię co wolno i co nie wolno na ulicy.

CM126p

moja ulubiona riksza również wzięła udział w przejeździe

Gdy dojeżdzamy na plac Bohaterów jest już ciemno. Po drodze widać wyraźny strumień ludzi jadących w drugą stronę, najwyraźniej przyjechali wcześniej i już wracają (ponieważ nie było momentu, w którym wszyscy uczestnicy zebralliby się w jednym miejscu w mediach nie ma konkretnych liczb, mówi/pisze się tylko o „tysiących” biorących udział). Na placu i tak masy rowerzystów, miga morze lampek. Na schodach muzeum narodowego gra orkiestra festiwalowa. Gdy kończy muzycy podnoszą instrumenty. Wszyscy podnoszą rowery, koniec. Niedługo zacznie się koncert Pannonia Allstars Ska Orchestra a potem zagra DJ Suefo w Kertemben, prezent ambasady Holandii.

CM zbiegła się z ogłoszeniem systemu rowerów miejskich Bubi czyli Budapest Bicikli, który ma być wprowadzony w 2013 roku. Na początek będzie 1000 rowerów do wypożyczania na 74 stacjach, 58 z nich będzie w Peszcie, 15 w Budzie a jedna na wyspie Małgorzaty. Pierwsze pół godziny używania ma być za darmo.

narodowy test Rorschacha

Wystawę o ambicji bycia takim testem prezentuje właśnie muzeum Ernsta (József Szolnoki: Homeopatikus valóság, Rzeczywistość homeopatyczna). Chodzi o test polegający na pokazywaniu badanej osobie zestawu plam, ta mówi z czym się jej kojarzą a psychoanalityk na tej podstawie wnioskuje się o nieświadomych treściach psychicznych, cechach osobowości i zaburzeniach psychicznych. Szolnoki prezentuje szereg eksponatów będących dla niego takimi swojego rodzaju plamami testowymi, sam niekiedy wdaje się w ich interpretowanie.

Przy wejściu na wystawę cytat z Adyego i malowidło naścienne:

Komp-ország, Komp-ország, Komp-ország:
legképességesebb álmaiban is
csak mászkált két part között:
Kelettől Nyugatig, de szívesebben vissza.

W moim przekładzie (nie znalazłem żadnych tłumaczeń w internecie):

Kraj-prom, kraj-prom, kraj-prom
w najdzikszych snach nawet
tylko wędrował od brzegu do brzegu
ze wschodu na zachód, lecz chętniej z powrotem.

Malowidło przedstawia historię Węgier jako te właśnie wędrówki:
-wschód-zachód – Magyarozaur – klątwa turańska – założenie państwa
-zachód-wschód – założenie państwa – dzwony w południe – Turcy
-wschód-zachód – Turcy – Turcy/Szwabi – Habsburgowie
-zachód-wschód – Habsburgowie – 150-letni zakaz trącanie się kuflami – Sowieci
-wschód-zachód – Sowieci – zaklejony herb – EU

Ta swoiste przedstawienie historii przebija się przez kompozycję eksponatów.

Na początek w monitorze wywiady z członkami działającej w Niemczec hordy Attili (tak, istnieje co takiego). Poubierani stylowo po huńsku mówią o tym jak ważne jest dla nich członkostwo w hordzie. Jeden z nich wzdycha: gdyby tylko zaproszono go do hordy działającej na Węgrzech!

Dalej jest stół zastawiony 150 kuflami od piwa. Reprezentują zakaz trącania się, o którym nie wiadomo dokładnie dlaczego jest, jak długo ma trwać, oraz czy się skończył już czy nie.

Potem kopia malowidła kościelnego przedstawiającego anioła zabijającego diabła. Diabeł, namalowany w latach socjalizmu, ma podobno twarz Stalina. Z głośnika radiowa transmisja południowego bicia w dzwony z kościoła, z którego pochodzi malowidło. Obok historia malarza, którzy, o ile pamiętam, dwa razy w życiu był obywatelem czechosłowackim i trzy węgierskim.

diaboliczny Stalin w powiększeniu, dla mnie nie bardzo podobny

W ramie na ścianie wiszą pamiątka pierwszej komunii Szolnokiego oraz dyplom z przysięgi pionierskiej. Oba wydarzenia miały miejsce w tym samym tygodniu, Szolnoki dopiero lata później uznał ten zbieg okoliczności za znaczący.

Zaczyna się duża część wystawy poświęcona godłu Węgier. Szolnokiego fascynuje moment zmiany herbu. W jednej z sal zebrane są tablice wieszane się na budynkach mieszczących instytucje państwowe, na których stary herb został zaklejony lub zamalowany nowym herbem. Przeróbki są zwykle parszywej jakości, byle jakie, stare godło wyłazi spod nowego dając wrażenie tandety. W małej salce leci film, w którym Szolnoki rozmawia z różnymi ludźmi na temat tych nieudolnych transformacji herbowych. Jest nostalgia za starym godłem, oburzenie na niedbałość wykonanych zmian, melancholijne uznanie odpowiedniości staro-nowych herbów wobec niezakończonej, rozmamłanej transformacji ustrojowej. Z jednej tablicy w filmie zeskrobywane jest godło z epoki Kádára, spod niego wyłania się świetnie zachowany herb Rákosiego.

przykład nieudolnej zmiany godła, na wystawie jest ich więcej

Interesująca jest też historia Madziarozaura. Kości tego małego dinozaura znaleziono w Siedmiogrodzie. Dopiero niedawno potwierdzono teorię, że to po prostu szczątki niedużego dinozaura a nie, jak przypuszczano wcześniej, kości młodego osobnika dużego zwierzęcia.

Nalepka przedstawiająca dinozaura w dinozaurze naklejona jest na wystawionym motorowerze obok kultowej naklejki z Wielkimi Węgram, w środku Węgry obecne, taka subtelna analogia zachowywania się jakby się było większym.

W sumie odświeżający dystans wobec dusznych klisz węgierskości. Wystawa jest otwarta do 13 listopada.

jak zachęcają Węgrów do wzięcia udziału w spisie narodowym w internecie

Jak to często bywa – (niemal) gołą babą. Tym razem z pewnym poczuciem humoru. Tekst rozmowy:

-Cześć, nie przeszkadzam?

-A jak sądzisz?

-Tego, rozumiesz, jest teraz spis narodowy i wiesz, no, można wypełnić kwestionariusz w internecie.

-Dobrze, i tak lubię serfować w sieci.

-OK, to ja nie przeszkadzam.

-Cześć.

WYPEŁNIJ KWESTIONARIUSZ SPISU NARODOWEGO W INTERNECIE

Milego oglądania!

 

Wrogowie ludu

Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, że w Polsce w pierwszej połowie lat 50-tych jakiś polski dziennikarz pracuje jako korespondent Associated Press, przesyła regularne relacje m.in. z procesów politycznych i w dodatku rozbija się po mieście białym kabrioletem amerykańskiej produkcji? Nie wiem był ktoś taki w Polsce, ale właśnie dowiedziałem się, że na Węgrzech miało to miejsce. Dziennikarz nazywał się Endre Márton a wszystko to opisała jego córka Kati Márton w książce A nap ellenségei. Családom regénye (Wrogowie ludu. Powieść o mojej rodzinie) wydanej zarówno po węgiersku jak i po angielsku.

Márton i jego żona Ilona byli oboje dziennikarzami. Kati i jej siostra dowiedziały się o ich/swoim żydowskim pochodzeniu dopiero w wieku dorosłym, rodzice, którzy przeżyli Holokaust zdecydowali się wychować je po katolicku.

Rodzina Mártonów mieszkała w Budapeszcie i prowadziła mieszczański tryb życia. Dzieci miały francuską guwernantkę, rodzice grywali w brydża, wielką uwagę przywiązywano do eleganckiego ubrania – wszystko to w latach 50-tych. Jako wielcy anglofile Mártonowie świetnie znali angielski i przyjaźnili się z pracownikami zachodnich ambasad. Nie dość, że Márton był korespondentem Associate Press, jego żona pracowała dla konkurencji czyli United Press. Koniec końców i tak Márton pisywał korespondecje dla obu agencji ponieważ pisanie szło mu o wiele lepiej niż jego żonie.

Rzecz jasna wszystko to było tańcem na ostrzu brzytwy i w 1955 roku oboje Mártonów jedno po drugim trafiło do więzienia, gdzie spędzili ponad rok. Wyszli przed powstaniem 1956 roku, z którego Márton przesyłał korespondencje dla prasy zachodniej. Ironią losu jest, że w trakcie powstania z prośbą o ukrycie zwrócił się do niego ubek, który przesłuchiwał go przedtem w więzieniu. Márton przechował go w swoim mieszkaniu udekorowanym wówczas amerykańską flagą.

Jakiś czas po powstaniu Mártonowie zwrócili się do władz z prośbą o zgodę na wyjazd, którą otrzymali. Przenieśli się do Stanów, gdzie Márton pracował w Associated Press aż do emerytury.˙

Kati Márton, nota bene później żona Richarda Holbrooka, książkę swoją napisała w dużej mierze w oparciu o zachowane teczki tutejszej ubecji (AVO). Zawierają masę szczegółów, całe zapisane z podsłuchu rozmowy telefoniczne, fotografie, relacje tajniaków i kapusiów. Więcej, niż zwykle zachowuje się w normalnym życiu. Kati Márton mogła przeczytać do jakiego sklepu zaszli w dany dzień, kiedy miała na sobie określoną sukienkę, z kim spotykała się jej matka a także raporty, które regularnie dla AVO pisywała francuska guwernantka czy też co napisał w liście do swojej kochanki jej ojciec (podarty list AVO zebrało z kosza na śmieci i skrupulatnie dołączyło do akt).

Poznała też ciemniejsze sekrety swoich rodziców. Przed wypuszczeniem ich z więzienia pod presją Zachodu podpisali deklarację o współpracy i potem regularnie co tydzień spotykali się w kawiarniach z oficerami prowadzącymi informując ich o swej pracy.

Książka nie kończy się na wyjeździe z Węgier. Kati Márton opisuje zainteresowanie węgierskich służb jej rodzicami, które trwało aż do lat 70-tych. Opisuje też spotkanie z pewnym byłym korespondentem prasy węgierskiej pracującym w Stanach, który regularnie pisał raporty na temat jej ojca. W trakcie spotkania nie przejawił jakiejkolwiek skruchy czy przynajmniej poczucia nieprawidłowości swojego postępowania.

Dziwna książka. Opisując nader nietypowe biografie Mártonów pokazuje jednak pewną prawdę o czasach, w których im przyszło żyć. Irytujący jest nieco zachwyt nad sobą Kati Márton, która do dziś pamięta wszystkie swoje ciuszki, które rodzice zdobyli dla niej przez kontakty w ambasadach: nikt w klasie nie miał takich! W sumie jednak czyta się to z zainteresowaniem. To jedna z książek, która wykorzystując dane ubeckie nie popada przy tym w całkowite od nich uzależnienie. Jej subiektywność – Kati Márton do dziś pełna jest uwielbienia wobec swojego ojca – nadaje jej raczej ludzki niż naukowo-pryncypialny charakter. Warto przetłumaczyć na polski, warto przeczytać. 

Węgry rowerową potęgą w Europie

Na ciekawym blogu Cycling Solution (EN) znałazłem dość zaskakującą informację: po Holendrach (oczywistość) drugim najbardziej rowerowym krajem w Unii są Węgry. Nie jakieś państwo skandynwaskie, nie Austria czy Niemcy ale właśnie Węgry.

Informacja pochodzi z opublikowanego w marcu raportu Eurobarometru pt. Future of transport. Analytical report. Znajduje się w odpiowiedzi na pytanie D7: What is the main mode of transport that you use for your daily activities? (Z jakiego środka transportu korzystasz przy wykonywaniu codziennych czynności?) Rower był jedną z możliwych odpowiedzi obok samochodu, komunikacji miejskiej, chodzenia pieszo, motoroweru i rubryki „inne”. Tablica ze szczegółowymi danymi znajduje się na stronie 30.

W Holandii rowerzystów jest 31,2%. Węgrzy drugie miejsce (19,1%) zajmują tuż przed Danią (19%). Szwecja ma 17,4% rowerzystów, Belgia i Niemcy po 13,4%. Polskę (9,3%) wyprzedza jeszcze Słowacja (9,5%). Przeciętna Unii to 7,4%.

Nieźle. Ciekawe, że Węgrzy mało są tego świadomi a przecież to spory powód do dumy. Gratulacje dla wszystkich tutejszych rowerzystów!

A tak przy okazji, zbliża się jesienna Critical Mass (22 września – dzień bez auta). Wszystkie informacje jak zwykle tu. Ciekawostką jest, że w tym roku na zakończenie dla uczestników zagra Budapeszteńska Orkiestra Festiwalowa jako akt poparcia dla celów CM. Rowerzyści-melomani są w ekstazie;)

cygańska wioska Tiszabő

Tiszabő nie jest sławna, ona jest osławiona. W tej położonej nad Cisą wiosce mieszkają niemal sami Cyganie, panuje nędza, i ogólnie nie jest ciekawie. W wiadomościach Tiszabő pojawia się zwykle w kontekście jakiś kolejnych problemów i tak właśnie jest postrzegana – jako problem. Fakt, że pochodzi stamtąd skrzypek Zoltán Mága, ktűry co roku daje wielki koncert noworoczny reklamowany na billboardach niczego tu nie zmienia.

Index opublikował niedawno serię pięciu reportaży wideo z Tiszabő. Dla mnie są fascynujące bo pokazują tak rzadko obecny w mediach obraz codzienności romskiej. Mowa jest o pracy, szkole, małżestwie, planach na przyszłość. Bez upiększania ale i bez przesądów. Każdy film ma po około dziesięć minut, dostępne są one niestety tylko po węgiersku. 

Filmy tak mnie zainteresowały może też dlatego, że w Tiszabő sam byłem. Odwiedziłem wioskę w latach 90-tych w celu napisania reportażu na temat klasy prowadzonej systemem Waldorfa przy tamtejszej szkole. W ramach nauki pisania dzieci w tej klasie wydawały gazetkę o tytułe Palacisnta (Naleśnik) pełną niesamowitych historyjek dziecięcych ilustrowanych linorytami przez samych autorów opowiadań. Tekst ukazał się w Czasie kultury ale niestety nie jest dostępny w internecie. 

A oto same filmy. Miłego oglądania!

http://assets.indavideo.hu/swf/player.swf

http://assets.indavideo.hu/swf/player.swf

http://assets.indavideo.hu/swf/player.swf

http://assets.indavideo.hu/swf/player.swf

http://assets.indavideo.hu/swf/player.swf