Gulasz z turula

Przeczytawszy Gulasz z turula ucieszyłem się, że Krzysztof Varga nie pisze bloga bo nie miałbym wtedy pewnie w ogóle czytelników. Mamy bowiem wspólne zainteresowania – a on lepiej pisze.

Podobnie jak ten blog, Gulasz z turula to nie jest książka dla turystów pragnących spróbować węgierskiej kuchni, posłuchać muzyki cygańskiej czy popodziwiać zręczność pastuchów z Hortobágy. Pojawią się w niej węgierskie potrawy, restauracje, muzyka a także Hortobágy ale inne i inaczej opisane niż w przewodnikach. Gulasz to książka o fascynującej duszy węgierskiej. I jeśli jest jakaś różnica w podejściu Krzysztofa i moim to to, że on się interesuje Węgrami a ja Węgrami, tfu,  to znaczy jego interesują Węgrzy a mnie Węgry, co oznacza nieco więcej niż samych Węgrów, ale nawet językowo widać jak bliskie są te dwie rzeczy.

Gulasz przeczytałem jednym, na ile mi na to pozwalała praca i Chłopak, tchem. To zdecydowanie książka dla takich jak ja fanatyków Węgier. Zastanowiło mnie jednak na ile jest ona dostępna dla ludzi nie aż tak zainteresowanych krajem i słabiej go znających. Gdy Krzysztof opisuje jak się idzie do restauracji Réti sas, to w myślach idę z nim, koło sklepu z akcesoriami węgierskości przechodzę często. Nie żebym się niczego o Budapeszcie oraz Węgrzech nie dowiedział, ale czytam o rzeczach mi znajomych. Ciekaw jestem jak odbierają to ludzie bez tej węgierskiej perspektywy.

Z drugiej strony jednak Krzysztof daje czytelnikom unikalny wgląd w Węgry. Nie dla turystów jest przecież obiad w mieszkaniu w Zugló (za wyrażenie odświętny dres – str. 8 – należy się autorowi jakaś nagroda literacka), nie znając węgierskiego nie odbędzie się tyle interesujących rozmów niż te spisane w książce. Nie posiadając wiedzy lokalnej nie sposób trafić na grób samobójczyni miss Węgier. Wszędzie tam natomiast zaprowadzi nas ta książka.

Z porażających wyrażeń, swoją drogą, odnotowuję też mimochodem rzuconą opinię na temat Sándora Máraia (dla nieznających: wielkim pisarzem był). Pisze o nim Krzysztof: "autor wstrząsających Dzienników i o wiele mniej wstrząsających mieszczańskich powieści" (str. 76). I jeśli nie z innych powodów to dla tego już było po co przeczytać tę książkę.

Zazdroszczę Krzysztofowi wiedzy na temat historii Węgier. Znając ją widzi siedemnastowiecznych kuruców i labanców w dzisiejszej polityce, w Orbánie odnajduje karykaturę Kossutha a w Gyurcsányu Széchényego.  Mnie tego brakuje, sam nie widzę takich historycznych ciągłości.

W tak gęstej od faktów książce nie mogło się obyć bez paru błędów. Na przykład, słynny pomnik na górze Gellérta postawiony ku czci Armii Czerwonej (obecnie: pomnik wolności) nie był pierwotnie pomnikiem ku czci syna Horthiego (str. 53). Oba pomniki łączyła tylko osoba rzeźbiarza, Zsigmonda Kisfaludi Strobla

Trochę bardziej złożona jest sprawa Pétera Mansfelda (str. 58). Trwa obecnie dyskusja czy faktycznie władze czekały z wykonaniem na nim wyroku śmierci za działalność w 1956 roku aż skończy 18 lat czy też skazano go za późniejsze, bardziej pospolite, przestępstwa. 

Nie do końca ścisłe jest to co Krzysztof pisze na temat zabudowywania siódmej dzielnicy (str. 130). Falę wyburzania starych domów i budowania w ich miejscu w większości nudnych nowych zamienników została zatrzymana przez stowarzyszenie Óvás. Obecnie starych domów na terenie byłej dzielnicy żydowskiej tykać nie wolno, żeby zachować jej charakter. 

Już tylko dla pedanterii dodam, że na fladze węgierskiej w 1956 nie było czerwonej gwiazdy jak pisze Krzysztof na stronie 155, ale komunistyczny herb Węgier. Zawierał on w sobie gwiazdę ale był o wiele bardziej kiczowato bogaty, zainteresowanych odsyłam do wikipedii.  

Widząc fascynację Krzysztofa węgierskimi samobójcami dziwię się, że nie wspomniał o legendzie, w myśl której budowniczy mostu Łańcuchowego miał zabić się po tym jak jakieś dziecko wskazało, że w paszczach lwów brakuje języków – a most miał być doskonały. Urbanlegends.hu cytuje też współcześniejszą wersję tę historyjki. Budowniczy wiaduktu przy dworcu Nyugati miał popełnić samobójstwo gdy okazało się, że budowane oddzielnie dwie połówki mostu nie zeszły się na górze. On sam temu zaprzecza:)

Najsłabszym elementem książki są koszmarne zdjęcia. Niby ilustrują, niby nie, robią wrażenie zebranych szybko i bez planu, "żeby coś było". Pomyślałem jednak, żeby nie być krytykiem tylko negatywnym, że wrzucę tu parę zdjęć w ten sposób dokładając się do książki. Oto one.

Zacznę oczywiście od Marlona Brando z Kádára. A przy okazji parę innych zdjęć z tej uroczej jadłodajni z mojego placu.

jadłodajnia Kádár Budapeszt

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Przy tym stoliku Marlon Brando odbiera zapłatę za obiad

jadłodajnia Kádár Budapeszt

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Zwracam uwagę na ściany pełne pamiątek po wybitnych gościach i syfon na pierwszym planie – jedyne to miejsce w śródmieściu, gdzie tak podają wodę sodową

jadłodajnia Kádár Budapeszt

Widok z ulicy. Jadłodajnia otwara jest tylko koło południa, rano i wieczorem zaciągnięta jest żaluzja.

Miklós Horthy

Miklós Horthy u moich podeszłych wiekiem znajomych. Tu dyskrenie wystaje zza książek na półce

Miklós Horthy

… a tu, w postaci zachowanego dużego zdjęcia z gazety, leży sobie wśród szpargałów pod stołem.

Marzy mi się, żeby ktoś napisał podobną książkę o Polsce. 

“Dudni kamień, dudni…”

Napisała Ala na swoim blogu o książce Istvána Szilágyiego pt. Dudni kamień, dudni…. Napisała ładnie i bardzo pozytywnie, aż nabrałem ochoty książkę przeczytać. Wpis wszystkim polecam.

O książce poprzednio nie słyszałem i zastanowiło mnie czy to ze zwykłej ignorancji czy też może dlatego, że przekładów jest taka masa, że nikt nie jest w stanie tego ogarnąć. Postanowiłem nieco się na ten temat dowiedzieć.

Zacząłem od przeszukania stron internetowych bibliotek narodowych. W Polskiej znalazłem publikację Ruch wydawniczy w liczbach, niestety z danymi tylko z 2004 roku. Wówczas tłumaczeń z węgierskiego było 19 (str. 34). Posłałem więc na jakiś adres e-mailowy, który tam znalazłem, pytanie co do przekładów z innych lat. Na stronie Biblioteki im. Széchényego niestety żadnych danych wogóle nie było ale że oferowano tam możliwość zadawania pytań przez internet natychmiast spytałem się o ilość tłumaczeń z polskiego. 

Odpowiedzi, ku memu pewnemu zdziwieniu, nadeszły szybko, za co chwała obu bibliotekom. Bez wchodzenia w szczegóły, dowiedziałem się, że w latach 2005 i 2006 przetłumaczono z węgierskiego na polski po 9 tytułów, a w 2007 roku – 10. Na węgierski w 2006 roku (późniejszych danych jeszcze nie ma) przełożono 8 powieści i jedną sztukę "autorów o polskim obywatelstwie" (przypuszczalnie z polskiego – taką dziwną kategorią operuje Węgierski Centralny Urząd Statystyczny).

Mamy więc po około dziesięciu tytułów przekładanych z jednego języka na drugi. Dużo to czy mało? Nieco zależy od przyjętej perspektywy. Jeśli spojrzeć na to skąd pochodzą tłumaczenia to węgierskich jest dużo. Cztery razy mniejszy kraj a wydaje taką samą ilość tytułów jak Polska. Jeśli natomiast spojrzeć na to do kogo trafiają te tłumaczenia to polski stoi lepiej: ta sama ilość tytułów na cztery razy mniejszym rynku oznacza dużo wyższe nasycenie polską literaturą niż patrząc w drugą stronę.

W sumie jednak liczby są niewielkie. O dziesięciu tytułach można wiedzieć. Czyli jeśli nie słyszałem o książce Szilágyiego to dlatego, że jestem ignorantem;)

rozmowa o Chinach

Kolega János lubi mnie bo jestem Polakiem o codziennie zagląda zobaczyć co słychać. Parę dni temu odbyliśmy następującą rozmowę.

János: Co słychać?

ja (żartując): Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

János (poprawia): Jest źle. Co ty na to, że Szili popłakała się w parlamencie? 

János nawiązuje do artykułu w Indexie na temat spotkania marszałka parlamentu Katalin Szili z komisją regulaminową kiedy płacząc prosiła, żeby nie poddawano pod głosowanie rezolucji wzywającej Chiny do przestrzegania praw człowieka zaproponowanej przez posłów opozycyjnych – Szili wybiera się z oficjalną wizytą do Chin.

ja: Jak zwykle, Węgry boją się drażnić Chiny, żeby móc robić tam interesy

János: Ci chińscy sklepikarze – do Polski tylu Chińczyków nie wpuszczono, prawda? Tutaj przecież w każdej wsi jest już sklep chiński.

ja: Są, bo ludzie kupują ich tanie towary.

János: Są tanie bo nie płacą cła, przekupują kogo trzeba. Straszni są.

ja: Celnicy? Zgadzam się.

János: Nie, Chińczycy. 

ja: Jasne, celnicy to nasi dziarscy Węgrzy, a i te łapówki lądują w węgierskiej bądź co bądź kieszeni.

János: Nie, ci Chińczycy są straszni. 

 ***

Natknąłem się na kolejne ślady autorskiego objazdu Krzysztofa Vargi z Gulaszem z turula. Tym Łódź i dwa wpisy na blogu Zmęczony byciem seksy, jeden i drugi. W drugim klip z Szomorú vasárnap (Gloomy Sunday), którego słuchanie podobno Krzysztof zaleca w celu zrozumienia Węgrów, a zwłaszcza Węgrów-samobójców.

jajkiem w Ballmera – remiksy

Index wzywa do tworzenia remiksów jajecznego ataku na Balmera. Puścili już własny bennyhillowy filmik, który zamieszczam poniżej. W artykule jest też remiks audio autorstwa DJ Shadow, którego niestety nie udało mi się wkleić tutaj, trzeba więc zajrzeć do źródła. Podobno koszmarny akcent protestującego studenta staje się przedmiotem kultu w internecie. Niezła zabawa.

http://mf.index.hu/player_ng.swf?file=/tech/ballmermix

jajkiem w Ballmera

Po raz pierwszy od czasu pamiętnych zamieszek niemal dwa lata temu Węgry znów trafiły na czołówki gazet na całym świecie – nawet w odległych Chinach. Tym razem za sprawą jajek, jakimi obrzucał szefa Microsoftu jeden ze słuchaczy jego wykładu na uniwersytecie Corvinus.

Steve Ballmer, który właśnie otrzymał tam doktorat honoris causa, zaczynał akurat wykład kiedy siedzący w jednym z pierwszych rzędów młody człowiek wstał i krzyknął aby Microsoft oddał 25 miliardów, które ukradł podatnikom, po czym, niecelnie, rzucił parę jajek w stronę Ballmera. Gdy wychodził sala mogła przeczytać napis z tyłu jego koszuli: Microsoft=corruption. 

Zdaniem Indexu chciał w ten zaprotestować przeciw kontraktowi, w ramach którego Microsoft ma dostarczyć software dla administracji publicznej i systemu oświaty i który właśnie podał do sądu Urząd Konkurencji.

Poniższe wideo Indexu zrobiło wielką karierę. Pojawiło się w coś trzydziestu wersjach na youtube, najpopularniejsza z nich została obejrzana przez ponad 130 tysięcy użytkowników.

http://mf.index.hu/player_ng.swf?file=/tech/ballmer/ballmer_tojas-text

wszędzie wielkie Węgry

Idzie sobie człowiek na spacer przez Lasek Miejski (Városliget) i idylla: stare piękne drzewa, fałszywy zamek, częściowo pusty sztuczny staw, sprzedawcy przeraźliwie drogich obwarzanków, czterokołowce spacerowe na pedały. Zdawałoby się, oto zrelaksowane Węgry przyjazne turystom.

Varosliget, maj 2008

Aż tu, zaraz, co to jest tam z tyłu na czterokołowcu spacerowym? Nie Nestle na daszku ale na siedzeniu? Toż to kształt wielkich Węgier w połowie w pasy Árpádów a w połowie w kolorach flagi węgierskiej z podwójnym krzyżem z herbu. Słowo Munkács (Mukaczewo) to nazwa tego czterokołowca.

Varosliget, maj 2008

Warto wiedzieć, że Mukaczewo znajduje się na Ukrainie. Węgry straciły to miasto, wraz z szeregiem innych miast obecnie w Rumunii, na Słowacji czy też w Serbii, które dały nazwy innym czterokołowcom krążącym po parku, w wyniku postanowień traktatu z Trianon z 1920 roku.

Do tego, że naklejki z literą H na autach mają bardzo często kształt wielkich Węgier już się przyzwyczaiłem. Ale ten kult terytoriów utraconych tutaj? Na czterokołowcach, które wypożyczają w dużej mierze cudzoziemcy? To jakaś działalność wychowawcza? Kto to wymyślił i co miał na myśli? Mogę tylko zgadywać.

Ta odmowa zaakceptowania już ponadosiemdziesięciopięcioletnich strat terytorialnych jest niesamowita. Pokazuje nie tylko jak wielka to była strata ale także jak bardzo historia jest tutaj do dziś nieprzyswojona.

Dla porównania: wyobraźmy sobie nalepki z PL w kształcie przedwojennej Rzeczpospolitej. I wycieczkę takim samochodem na Litwę albo Ukrainę. Albo, może lepiej, turystę z Niemiec w Krakowie w aucie z nalepką w kształcie przedwojennej (albo może wojennej) Rzeszy.

Czy może czterokołowca w Łazienkach o wdzięcznej nazwie Lwów. Albo Grodno. Albo Wilno. Czy, kontynuując analogię, takie wózki w parku w Monachium ochrzczone Danzig, Breslau, Stettin, Kattowitz albo może też Posen.

A tu mamy to na codzień.

***

Fanatykom Krzysztofa Vargi polecam opis spotkania autorskiego z Sopotu, który ukazał się na ciekawym blogu Lapidarium. Opis znacznie lepszy niż to co napisałem na temat podobnego spotkania w Budapeszcie. Na blogu ostatnio ukazało się wpis na temat filmu Tibora Szemző Gość życia.

Słowianie

Kiedy ktoś z was poczuł się albo określił jako Słowianinin? Ja nigdy. Jestem Polakiem, można powiedzieć, że jestem Polakiem z Węgier, z urodzenia jestem poznaniakiem, albo, podobno poprawniej, poznańczykiem, jestem może jeszcze Europejczykiem, ale nie bardzo mówiłbym o sobie jako o Słowianinie. Owszem, mówię językiem słowiańskim, ale to inna para kaloszy. Na ile się orientuję poza grupą pansłowian, jeśli jeszcze istniejąca to raczej dość marginalną, nikt nie bardzo używa określenia Słowianin jako podstawy tożsamości. 

Węgrzy natomiast zdają się dużo chętniej używać tego określenia, rzecz jasna, w stosunku do innych. Ostatni przykład: tytułem planowanego na 11-22 czerwca międzynarodowego festiwalu operowego w Miszkolcu jest Bartók+ Szlávok 2008 czyli Bartók i Słowianie 2008

Bartók+ Szlávok 2008

W programie Bartók, Borodin, Czajkowski, Dvořák, Janáček, Glinka, Musorgski, Prokofiew, Rachmaninow, Rimski-Korsakow, Smetana, Szostakowicz i Strawiński. Językowo wszyscy, faktycznie, Słowianie, na ile jednak stanowią jakąś wspólną kategorię muzycznie, i to właśnie z powodu ich słowiańskości, z powodu braku wiedzy muzycznej nie umiem powiedzieć. Podejrzewam tylko, że nie mają ze sobą więcej wspólnego niż inni kompozytorzy żyjący w podobnym okresie.

Dla Węgrów jednak niech sobie pozostaną Słowianami, tak ładnie można ich wówczas przeciwstawić węgierskiemu Bartókowi.