Zapuszczamy korzenie

My to tak przenośnie, dosłownie natomiast drzewka, które sadziliśmy w ostatnią niedzielę w ramach corocznego sadzenia Polskiego Lasu, które, z przerwami, od dwunastu lat organizują Stowarzyszenie Polonia Nowa oraz Samorząd Narodowości Polskiej II.dzielnicy.

Informacje w lesie

Sadzonki trafiły do ziemi w lesie w Pilis na obrzeżach Budapesztu. Tym razem były to dęby oraz jawory ale wiem, że przedtem bywały i inne gatunki. Posadziliśmy 1000 drzewek, dotąd w sumie było ich coś z 11 tysięcy więc jak najbardziej można mówić o lesie.

Mapka: gdzie i jak tam dojść

Na sadzenie zebrało się nas około pięćdziesięciu osób. Polaków jak i Węgrów, oba języki równie rozbrzmiewały. Przy tej ilości pracujących całe sadzenie zajęło nam godzinę, ledwo dałem radę zrobić parę zdjęć. Pomogło na pewnie to, że do pracy przygrywała nam grającą muzykę kubańską kapela.

Grupa dochodzi do celu

Sadzonki

praca

Muzyka

Po pracy całe towarzystwo przeniosło się na pobliską łąkę, gdzie były kiełbaski z grila.

Kiełbaski

Cieszę się, że wreszcie udało mi się wziąć udział w sadzeniu. Urzeka mnie poetycka kombinacja dosłowności tego działania z jego znaczeniem przenośnym. Dziękuję Polonii Novej za pomysł i realizację! Mam nadzieję, że w następnych latach znów dam radę się przyłączyć. 

Dąbek polski w lesie polskim

Nieoficjalnie i niezależnie – w okresie socjalizmu

Często uważa się, że okresie socjalizmu poza ruchami dysydenckimi nie było społeczeństwa obywatelskiego; istniejących organizacji społecznych nie można określić jako niezależne ponieważ znajdowały się pod kontrolą partii. Choć jest w tym dużo prawdy to istnieją jednak przykłady innych nieformalnych inicjatyw z tego okresu, które, niestety, na ile się orientuję, nie doczekały się opracowania. Podam dwa.

Pierwszy to mój własny ojciec chrzestny, stary harcerz, który dla swoich chrześniaków, a miał ich masę, organizował każdego lata dwutygodniowe obozy wędrowne. Z powodu ilości chrześniaków i zaprzyjaźnionych dzieci z inteligenckich rodzin przywilej był jednorazowy: na takie obozy jeździło się raz, w następnym roku jechali inni. Ojciec chrzestny poświęcał na to swój urlop. Mój obóz miał miejsce w Beskidzie Niskim. Spaliśmy po klasztorach i u chłopów, koszt pokrywali rodzice, jedzenie dostarczali wszyscy: był to okres kiedy było z nim trudno. Rzecz absolutnie nieformalna, oparta na zaufaniu. Mimo, że nie nosiliśmy mundurów charakter obozu był taki jak “w przedwojennym harcerstwie”, które było tu punktem odniesienia.

Drugi przykład łączy się z zapomnianą nieco osobą Clive’a Harrisa. Kto pamięta jeszcze tego bioenergoterapeutę, który gdy przyjeżdzał do Polski (od lat 70-tych) wyczekiwały go tłumy? A tłumy te były zorganizowane. Miałem okazję widzieć z bliska organizację wizyt Harrisa w Poznaniu. Główna organizatorka udostępniała na okres przygotowań swoje mieszkanie. Listy z dokumentacją medyczną zgłaszających się na spotkanie z uzdrowicielem były tam przeglądane przez lekarzy wolontariuszy. Podejmowali oni decyzje, na podstawie których zaakceptowani chorzy dostawali bilety. Inni te bilety szykowali i rozsyłali. W mieszkaniu cały czas tłum się kłębił bo zgłoszeń było mnóstwo.

Potem przez 2 lub trzy dni Harris przyjmował chorych w jakimś kościele. Proszę sobie to wyobrazić: przez 8 lub więcej godzin co parę lub kilkanaście sekund podchodziła do niego chora osoba, na którą wkładał on ręce “przekazując energię”. Koordynacja tego procesu, sprawdzanie biletów, ustawianie kolejki (bilety opiewały na konkretny dzień i godzinę), pomoc chorym niemogącym się poruszać; wszystko to wymagało niebylejakich zdolności logistycznych. Samoorganizacja grupy ludzi z tym związanych była imponująca – zupełnie niezależnie co myślimy o faktycznej umiejętności Harrisa uleczenia kogokolwiek. Nieprzypadkowo zarówno mój ojciec chrzestny jak i sporo ludzi aktywnych wokół wizyt Harrisa zaangażowało się później w Solidarność.

Przy okazji wyguglowałem nazwiska mojego ojca chrzestnego i organizatorski wizyt Harrisa: mimo swojej działalności na ich temat w internecie nie ma śladu.

Na Węgrzech rzecz jasna też miały miejsce takie inicjatywy. Pisałem kiedyś o Indianach, dziś będzie o nieoficjalnych obozach letnich organizowanych przez nowatorską pedagożkę Eszter Leveleki.

Obozy te miały miejsce od 1938 roku. Leveleki w ich ramach realizowała reformatorski program wychowawczy: dzieci traktowano po partnersku, oczekiwano od nich kreatywności, promowano koedukację. Jak na owe czasy były to propozycje rewolucyjne. Ramy nadawała trwająca przez cały obóz gra, w ramach której trzeba było walczyć z wyimaginowanym wrogiem, wymyślać własne podstępy. Na terenie obozu funkcjonowało oddzielne państwo z własną konstytucją, walutą, flagą i hymnem, napisanym przez jednego z małoletnich uczestników. Obozy, które odbywały się nad jeziorem Bánki, organizowano i w czasie wojny z wyjątkiem 1944 roku: w tym okresie Leveleki pracowała razem z Gáborem Sztehlo nad ratowaniem dzieci żydowskich.

zdjęcie z wystawy o obozach nad jeziorem Bánki – zobacz niżej

Przez pierwsze parę lat po wojnie obozy odbywały się jak uprzednio a Leveleki oficjalnie pracowała z dziećmi. Skończyło się to z nastaniem lat 50-tych, kiedy uznano ją za “nienadającą się do pracy wychowawczej”. Do 56 roku Leveleki zajmowała się pracą rzemieślniczą – ale obozy, oficjalnie organizowane przez wspólnotę rodzicielską, odbywały się i tak. Pomogło wstawiennictwo szefa akademii nauk a także fakt, że wielu komunistycznych prominentów chętnie posyłało tam swoje dzieci.

Mimo tego, że po 56 roku wielu dotychczasowych uczestników obozów i ich rodziców emigrowało z Węgier organizacja obozów była kontynuowana aż do 1978 roku. Rosły one w popularności. Stały się miejscem gdzie elita posyłała swoje dzieci, z chętnych tworzono listy czekających na zwolnione miejsce.

Po przejściu Leveleki na emeryturę obozy zaczęli organizować jej następcy. Niektórzy z nich robią to dziś. Pierwotnie bardzo postępowe pomysły Leveleki spowszedniały w nowej rzeczywistości ale utworzone niegdyś tradycje i rytuały są kontynuowane z zaskakującą niekiedy wiernością. Na przykład tak samo jak przed laty nazywa się grupy uczestników – niedźwiadki (bocsok) – mniejsi chłopcy, niedźwiedzie (medvék) – więksi czy też boszik (czarownice) – dziewczyny, od lat prowadzi się listę je-nie-je (eszinemeszi), na której uczestnicy mogą zaznaczyć jedno danie, którego nie lubią i jedno, które lubią: tego pierwszego nie muszą jeść a drugiego dostają dodatkowe porcje, śpiewa się te same piosenki, itd.

jedna z list je-nie-je, również zdjęcie z wytawy

Pomiędzy uczestnikami obozów powstawały – powstają – silne więzi łączące ich daleko poza wakacjami. Niejednokrotnie rodzice, którzy jeździli kiedyś na obozy teraz posyłają tam swoje dzieci.

Niektórzy uważają, że idea się przeżyła a koncepcja skostniała. Że coś co kiedyś było świeże dziś spowszedniało. Że twórczy charakter obozów uległ rytualizacji. Że takie inicjatywy budowane przez i wokół charyzmatycznej jednostki skazane są na uwiąd po jej odejściu.

Coś w tym jest. Ale mimo tego wszystkiego obozy i dziś zachowały swój czar. Miałem okazję widzieć je z okazji, również bardzo tradycyjnego, balu Anny, kiedy rodzice odwiedzają swoje dzieci a te prezentują specjalnie przygotowane przedstawienia. Uderza otwartość uczestników, nawet pewna zawadiackość, to jak bardzo są oni, w najlepszym tego słowa znaczeniu, wyzwoleni – i to wszyscy, nawet ci na codzień najbardziej nieśmiali. W spektaklach królują spontaniczność, kreatywność, humor i ironia.

Co ciekawe, mimo, że socjalizm dawno już się skończył, obozy nadal zachowały nieformalny charakter. Nowych uczestników werbuje się przez znajomych, obozy nie mają strony w internecie czy na facebooku, mało o nich informacji.

Do napisania wpisu zainspirowała mnie wystawa w muzeum etnograficznym pt. Kontrpedagogia na brzegu jeziora (Ellenpedagófia a tóparton). Świetnie, że ktoś się tematem zajął i go opisał. Mam nadzieję, że nastąpi to i w odniesieniu do podobnych inicjatyw, tak na Węgrzech jak i w Polsce.

plakat wystawy

Fidesz fantastycznie chadecki

Nie wiem czemu prasa polska, wliczając tradycyjnie przychylną Fideszowi prasę prawicową, całkowicie przemilczała niedawną deklarację Orbána odnośnie “odnowy chadeckiej” (szczegóły tu HU). Wygłosił ją po rekolekcjach, w których wziął udział wraz z całym rządem.

Orbán zapowiedział szereg inicjatyw w ramach tej właśnie “odnowy”. Po pierwsze, radykalnie ma się zmienić polityka rządu w odniesieniu do bezdomnych, których Orbán nazwał “węgierskimi braćmi w Chrystusie”. Symboliczne znaczenie ma natychmiastowe zniesienie dotyczącego ich zakazu w śródmieściu. Rząd ma przygotować projekt ustawy o przyznaniu bezdomnym na własność ziemi, na której postawili swoje budki w podmiejskich laskach (pisałem o tym tu i tu), za ich zatrudnianie mają być przyznawane firmom ulgi podatkowe. Wprowadzona będzie karta bezdomnego ułatwiająca otrzymywanie niepotrzebnego jedzenia w restauracjach i sklepach oraz umożliwiająca bezpłatne korzystanie z komunikacji miejskiej.

Drugą ciekawą inicjatywą ma być pojednanie węgiersko-rumuńskie. “Nie godzi się by dwa chrześcijańskie narody przez niemal już wiek żyły we wrogości. Przebaczamy doznane krzywdy i prosimy o wybaczenie tego czym zgrzeszyli Węgrzy”, powiedział Orbán. W planach są wspólne uroczystości religijne w rocznicę Trianonu, wymiany młodzieży i węgiersko-rumuński, wspólny podręcznik do historii. Następne w kolei ma być pojednanie “z naszymi północnymi braćmi” ze Słowacji.

W kontekście tych zapowiedzi deklaracja zmiany systemu podatkowego tak by był “bliższy ewangelii” to jest by obciążenia mniej zarabiających były mniejsze niż w przypadku bogatszych już nie robi wrażenia choć to radykalne odejście od polityki budowy klasy średniej przy pomocy państwa.

Muszę sprawdzić, kto wygłosił te rekolekcje. Warto może by robił to częściej:)