Opowiedzieć to, do czego brakuje słów: gwałty wojenne na Węgrzech

Andrea Pető w swojej książce pt. Elmondani az elmondhatatlant. A nemi erőszak Magyarországon a II. Világháború alatt czyli, w wolnym tłumaczeniu, właśnie Opowiedzieć to, do czego brakuje słów. Przemoc seksualna na Węgrzech podczas II Wojny Światowej podjęła podwójne wyzwanie. Z jednej strony było to opowiedzieć przemilczaną w dużej mierze do tej pory kwestię gwałtów wojennych a z drugiej stworzyć ramy i język dla narracji odnoszącej się do tej kwestii. Jest to więc praca pionierska.

Gwałty wojenne dokonywane przez Armię Czerwoną na Węgrzech były przemilczane z wielu powodów. W okresie gdy występowało ich największe nasilenie nie było instacji, do której można było się zwracać o interwencję i wymierzenie sprawiedliwości. W rodzinach o tym nie mówiono by ofiary mogły zachować status „porządnej kobiety” – bywało, że to je obwiniano za gwałt („czemu to akurat ciebie zgwałcono? Inne potrafiły się jakoś ukryć”) – a mężczyznom by oszczędzić wstydu. Tematu unikano też na poziomie narodowym gdyż potęgował poczucie przegranej i poniżenia. Kobiety o poglądach lewicowych dodatkowo nie potrafiły mówić o czymś co było sprzeczne z ich przekonaniami. W przypadkach gdy zgwałcone zmuszone były zdać relację z tego, co się stało (na przykład w szpitalu) doświadczały one braku języka uciekając się do oględnych, wiele nie mówiących fraz. A w oficjalnym dyskursie miejsce było tylko dla bohaterstwa żołnierzy radzieckich, którzy przynieśli wyzwolenie.

Taka sytuacja była charakterystyczna zresztą nie tylko dla Węgier. Andrea Pető w książce wielokrotnie wychodzi poza doświadczenie węgierskie sięgając po przykłady z innych krajów i innych wojen. Sporo nawiązań jest do Polski, co czyni książkę potencjalnie ciekawą i dla polskiego czytelnika. To wszystko podnosi wartość tej pracy i nadaje je uniwersalny charakter.

Na ogół pierwszym pytaniem, które pada w odniesieniu do gwałtów wojennych jest ile ich było. Licytacja na liczby jest jednak często elementem współzawodnictwa o to, kto wycierpiał najwięcej a także służy do stymulacji nienawiści do narodu sprawców.

Autorka odrzuca to podejście jako zbyt powierzchowne. Bez analizy głębszych przyczyn przemocy seksualnej ta historia staje się pornografią, pisze. W odniesieniu do gwałtów wojennych istnieją dwa podejścia. Jedno je etnicyzuje: „sowieccy żołnierze” zgwałcili „węgierskie kobiety” (intencjonalizṃ̣**), druga podkreśla widzi w nich element przemocy skierowanej przeciwko kobietom, część spektrum, w którym mieści się także przemoc domowa (strukturalizm). Andrea Pető skłania się ku tej drugiej narracji.

To wszystko nie oznacza jednak, że w książce omawiane są jedynie kwestie metodologiczne. Autorka podaje wiele faktów, w tym i wspomniane liczby, choć podkreśla, że to grube szacunki bo obok braku danych nie wiadomo jak oceniać dane przypadki. Na przykład, jak liczyć gwałt popełniony przez kilku żołnierzy na jednej kobiecie? Jako jeden czy kilka gwałtów?

Poczyniwszy te zastrzeżenia możemy podać, że na Węgrzech według szacunków ofiarami gwałtów padło pomiędzy 80 a 250 tysięcy kobiet. W Niemczech szacunki wynoszą 20-500 tysięcy ofiar żołnierzy radzieckich, choć szeroko przyjęła się liczba dwóch milionów. Gwałtów dokonanych przez żołnierzy amerykańskich miało być 14 tysięcy.

W porównaniu do innych krajów wschodnioeuropejskich (Jugosławii, Bułgarii, Czechosłowacji) szacuje się, że na Węgrzech do gwałtów dochodziło częściej. Powodem miało być to, że dowództwo radzieckie mniej zachęcało do tej formy przemocy w innych krajach uznając je za państwa przyjazne, Węgry traktowane były natomiast jako wrogie terytorium. Gdzie indziej dodatkowo słowiańskie języki ułatwiały komunikację.

Na Węgrzech walczyło więcej żołnierzy (jeden milion) niż w Jugosławii (300 000), więcej też zginęło (140 000 wobec 7 889 w Jugosławii i 26 000 w Austrii), w końcu też walki trwały dłużej (na Węgrzech dziesięc miesięcy, w Austrii trzy). Silny więc był też motyw zemsty, który obok motywu rekreacyjnego („żołnierze po wyczerpujących walkach muszą się zabawić”, tłumaczył Stalin protestującemu przeciwko zachowaniu żołnierzy radzieckich Dżilasowi) jest jednym z głównych czynników przyczyniających się do intensywności zjawiska wojennej przemocy seksualnej kobiet.

Fala gwałtów miała wielorakie skutki. Wiele kobiet zmarło, miały miejsce przypadki samobójstw a także zabójstw dokonywanych przez członków rodziny, którzy te gwałty uważali za utratę honoru. Te kobiety, które przeżyły doświadczały urazów fizycznych i psychicznych a także chorób wenerycznych. Według różnych badań wynika, że pomiędzy 30% (okolice Melku w Austrii) do 50% (Mazury) zgwałconych kobiet zostało nimi zakażonych. Szacuje się, że w Niemczech około 10-20% ofiar gwałtów zaszło w ciążę, 5% urodzonych w tym okresie dzieci było ich skutkiem.

Kryzys związany z masowymi gwałtami spowodował zmianę nastawienia do aborcji. Na Węgrzech zawieszono na kilka miesięcy prawo, które jej zakazywało. Podobnie było w Austrii. W Polsce list biskupów przestrzegający przez „rozpowszechnieniem się grzechu aborcji” wskazuje na to, że i tu jej skala się zwiększyła. Wzrosła też liczba znajdowanych nieżywych niemowląt.

Tymczasowa de facto legalizacja aborcji, oraz fakt, że kobiety mogły same decydować o swoim ciele stały się ważnymi precedensami.

Po wojnie na temat gwałtów zapadło długie milczenie, które przerwał w zasadzie dopiero koniec zimnej wojny. Ciekawa jest porównanie jakie przeprowadza autorka odnośnie sytuacji w tym okresie w Korei i na Węgrzech, gdzie na początku lat dziewięćdziesiątych nastąpiły istotne zmiany. W tym pierwszym poluźnił się zimnowojenny sojusz z Japonią, w drugim skończyła się dominacja radziecka.

Jednak tak jak w Korei ruch kobiecy przeprowadził kampanię mającą na celu upamiętnienie kobiet-ofiar wojennej przemocy seksualnej a także zdobycia dla nich kompensacji za ich cierpienia (przypomnijmy: 80-200 tysięcy Koreanek trzymano jako niewolnice seksualne wykorzystywane przez żołnierzy japońskich), tak na Węgrzech z powodu słabości tego ruchu do niczego takiego nie doszło.

W Korei powstały pomniki i muzeum, które wywołały protesty ze strony Japonii. Ostatnie żyjące ofiary uzyskały odszkodowania. Kwestia gwałtów została połączona z dyskursem kolonizacji, co oddało kobietom godność. Na Węgrzech zbrodnie wojenne popełniane przez wojska węgierskie na terenie Białorusi i Ukrainy uniemożliwiły stworzenie takiego dyskursu.

Andrea Pető uważa, i jest jedyny moment w książce, w którym formułuje jakieś postulaty, że na Węgrzech potrzebne byłyby komitety sprawiedliwości, które organizowałyby się oddolnie i działały poza strukturami prawnymi jako, że nie ma już możliwości na formalne zadośćuczynienie. Najważniejszym ich zadaniem byłoby stworzenie nowych ram dyskursu odnośnie gwałtów wojennych. Opierałyby się na formach działania dziennikarstwa śledczego. Autorka uważa jednak, że ich powstanie jest mało prawdopodobne ze względu na słabość ruchu kobiecego.

Choć na Węgrzech niewiele się stało by przerwać milczenie wokół tego tematu, trzeba jednak wspomnieć poruszającą książkę Alaine Polcz pt. Kobieta na froncie, która jest unikalną relacją ofiary wielokrotnych gwałtów. Ukazała się ona na Węgrzech w 1991, a potem w szeregu innych języków (po polsku dwukrotnie), a nawet w Rosji, w 2004 roku.

Ważny jest ostatni rozdział traktujący o „brakującej stronie tej historii” czyli Rosji. Archiwa w tym kraju są zamknięte dla badaczy, pozostaje więc śledzić internetowe publikacje w tym temacie. Autorka analizuje zarówno je same jak i komentarze zamieszczane pod nimi. Choć wokół gwałtów popełnianych przez Armię Czerwoną dominuje cisza, widać, że powoli pojawia się zainteresowanie tematem. *

„Możemy powtórzyć” – ta popularna w Rosji naklejka samochodowa sugeruje, że świadomość gwałtów Armii Czerwonej nie jest tak ograniczona jak by się mogła wydawać – i że nie ma specjalnie negatywnych konotacji. Źródło: avtonaklejki.ru

Dla polskiego czytelnika ciekawe będą informacje odnośnie nawiązań do gwałtów wojennych w polskiej kulturze. Są to filmy Róża Wojtka Smarzowskiego i Niewinne Anne Fontaine. Tematyka pojawia się też w książkach, Janiny Surynowej-Wyczółkowskiej (Teresa, dziecko nieudane), Zofii Posmysz (Do wolności, do śmierci, do życia) czy też autobiografii Budzimiry Wojtalewicz-Winke. Okazuje się, że kontrowersyjna rzeźba Jerzego Bohdana Szumczyka Frau, komm, która przez parę dni stała w Gdańsku była dotąd jedynym pomnikiem ofiar przemocy seksualnej w Europie.

Tę książkę warto wydać po polsku. I w Polsce pomogła przełamywać milczenie.

Dodane 2 lipca 2019:

* Autorka zwraca uwagę, że to tabu kontrastuje w Rosji w podejściem do Katynia. Memoriał zrobił ogromnie dużo by jak najwięcej informacji na ten temat zostało opublikowane a sama zbrodnia przebiła się do świadomości społecznej, sprawa gwałtów wojennych nie doczekała się podobnych działań ze strony żadnej z organizacji rosyjskich.

** Etnicyzacja przemocy wobec kobiet znakomicie jest pokazana w skeczu Grzegorza Halamy W obronie kobiety.

Dziękujemy, Kontroll Csoport!

W stosunkach między narodami słyszy się czasem o przeprosinach, choć częstsze są zapewnie oskarżenia. Bywają też podziękowania a choć są chyba najrzadsze to są zdecydowanie najmilsze.

Parę dni temu miałem przyjemność uczestniczyć w uroczystości wręczenia Medali Wdzięczności członkom zespołu Kontroll Csoport, który w latach 80-tych wykonywał piosenki popierające Solidarność. Pisałem o tym już dawniej. Pierwsza to piosenka pt. Polak-Venger (tak ten tytuł jest na ogół pisany w internecie), która mimo swojego polskiego tekstu jest w pełni zrozumiała dla Węgrów. Druga, może mniej piosenka a raczej melorecytacja, nawiązuje do okresu uwięzienia Lecha Wałęsy.

Zespół do odznaczenia zgłosiłem niemal dokładnie trzy lata temu. Przez ten czas starałem się popychać sprawę do przodu co jakiś czas popadając w depresję wobec braku postępów (dawałem temu wyraz i na tym blogu tu i tu) najpierw w Europejskim Centrum Solidarności, które ten medal nadaje, a potem, kiedy ECS podjął już decyzję, w tutejszej ambasadzie, która miała zorganizować uroczystość na miejscu. Koniec końców, przy fantastycznej współpracy Jakuba Jagodzińskiego z ECS, udało się zorganizować wręczenie medali w samym Centrum, w Gdańsku.

Europejskie Centrum Solidarności
ECS trochę bliżej – rdzawe blachy, nachylone ściany to nawiązanie do stoczni i statków w budowie
Centrum w środku

Wyszło świetnie. Członkowie zespołu byli wzruszeni informacją o medalu. Mimo, że ECS nie był w stanie wszystkim sfinansować podróży znalazł się sponsor – fan zespołu – który kupił pozostałym członkom zespołu bilety na pociąg, tak więc do Gdańska przyjechali wszyscy żyjący członkowie zespołu (dwóch już umarło) oraz kilkoro ich dzieci. Wszystkim sfinansowano hotel.

Przygoda zaczęła się już w Warszawie, gdzie przesiadając się na samolot do Warszawy zauważyłem, że lecimy razem z Bogdanem Borusewiczem. Pokazałem go lecącym ze mną członkom zespołu i opowiedziałem o jego roli w historii Solidarności.

Sama uroczystość miała miejsce w niedzielę 9 czerwca. Zespół wystąpił w roli świadków historii, którzy są częścią programu zwiedzania Centrum. Polega to na tym, że zwiedzający spotykają się z osobami, które odgrywały rolę w ruchu Solidarności a teraz komentują wystawę, opowiadają, można im też zadawać pytania.

Czekające na wręczenie medale i płyta zespołu

Po krótkim wprowadzeniu dyrektora Basila Kerskiego członkom zespołu zostały wręczone medale. Potem zadawano im pytania takie jak czy spotykały ich represje (przesłuchania, groźby, brak możliwości wydania płyty czy utrudnienia w organizacji koncertów) czy też co Węgrzy wiedzieli wówczas o Polsce (mało). Członkowie zespołu wspomnieli też tragicznie zmarłego Pawła Adamowicza. Żałowali, że na uroczystości nie pojawił się Wałęsa, na obecność którego bardzo liczyli, przywieźli nawet dla niego koszulkę zespołu. Potem wszystkich zaproszono na obiad.

Od lewej, już po otrzymaniu medali i dyplomów: Jakub Jagodziński (ECS), Ágnes Bárdos-Deák, Basil Kerski (ECS), Janka Hajnoczy (córka Csaby) Tamás Müller, Csaba Hajnoczy, László Kistamás, Árpád Hajnoczy, Zoltán Farkas

Wieczorem zespół wystąpił w leżącym tuż koło wejścia do stoczni, gdzie znajduje się i ECS, klubie Wydział Remontowy. Zagrali razem z lokalnym zespołem the Sloth i choć publiczność nie była liczna (była to niedziela wieczorem) to obecni bawili się świetnie. Zabrzmiały obie „polskie” piosenki zespołu, co w kontekście miejsca i okoliczności, w których zespół się tam znalazł nadało im specjalny charakter.

Wydział Remontowy widziany z dachu Centrum
Kontroll Csoport gra
László Kistamás
Polak-Venger
Szeret-lech-Lech-LECH!

Była okazja do pochodzenia po pobliskiej starówce. Członków Kontrollu zaciekawiły wszystkie oznaki obchodów 4 czerwca, które widzieli po drodze a także przyczepa z kurtoszkołaczami.

W Centrum potem wszyscy dostaliśmy koszulki z logo obchodów
Autobusy z napisem DziękUEmy! wzbudziły szczególne zainteresowanie
Kürtőskalács – najbardziej chyba znany węgierski street food

Członkowie zespołu wiele razy dziękowali za tę uroczystość ale za każdym razem mówiłem im, że to raczej my jesteśmy im wdzięczni, tak więc jeszcze raz DZIĘKUJEMY!

Gdańsk

PS Zgłosić kandydata do medalu może każdy. Informacje na ten temat można znaleźć tu. Zachęcam do tego – mój przykład pokazuje, że sukces jest to możliwy. Z Węgier do tej pory medal otrzymało tylko 10 osób (w momencie publikacji tego posta lista nie zawierała jeszcze nazwisk członków zespołu), poszukajmy więcej takich przyjaciół Solidarności.

ECS w środku

Nowa Huta a Węgry

Zwiedzałem niedawno Nową Hutę. Na alei Róż jest wystawa pod gołym niebiem, prezentuje historię miasta. Na jednej z tablic znalazłem taką perełkę.

Jest to plakat, który powstał w okresie walki o krzyż: w kwietniu 1960 roku milicja próbowała usunąć krzyż znaczący miejsce pod przyszły kościół jako że w tym miejscu miała powstać szkoła, co skończyło się zamieszkami. Koniec końców władze dopięły swego, szkołę zbudowano zgodnie z planem, ale kościół w tym „modelowym mieście socjalistycznym” też powstał tyle, że nieco dalej. A plakat pokazuje jaka była  wówczas pamięć węgierskiego powstania 1956 roku – oraz jaka bywała wówczas znajomość ortografii.

kiedy polscy i węgierscy żołnierze stali po dwóch stronach frontu

Był taki moment w czasie drugiej wojny światowej, tak konkretnie a nie w przenośni (tu państwa Osi, tam alianci), właśnie się o tym dowiedziałem.

Wiadomo powszechnie, że Węgrzy z Polakami w czasie wojny nie walczyli. Najpierw wspaniale pomogli uchodźcom, potem, w czasie powstania warszawskiego, zamiast, jak tego żądali Niemcy, ostrzeliwać miasto, na wiele sposobów pomagali powstańcom i ludności.

W tym samym jednak czasie węgierska 5 Dywizja Rezerwowa została rozmieszczona na liniach obronnych wzdłuż Wisły. Naprzeciw nich znajdowała się Dywizja Kościuszkowska i obie strony wiedziały o sobie. Do walk nie doszło na szczęście a Węgrów wkrótce stamtąd wycofano. Według wspomnień generała Béli Lengyela sytuacja wyglądała tak:

Sądzę, że to przypadek zrządził, że armią Kościuszkowską obsadzono odcinek Wisły naprzeciw 5 Dywizji Rezerwowej. Tak jak samo jak to miało miejsce z moją dywizją w Galicji, i tutaj korzystano z megafonów, płyt, a zwłaszcza odtwarzanej wieczorami muzyki cygańskiej, oraz wygłaszanych po węgiersku przemówień nawołujących do przerwania bezsensownej walki, poddania, przejścia na drugą stronę.

Tę ciekawostkę wyczytałem w książce Krisztiána Ungváryego pt. Magyar megszálló csapatok a Szovjetunióban, 1941-44 (Węgierskie oddziały okupacyjne na terenie ZSRR, 1941-44). Informacja znajduje się na stronach 391-392. Cytat pochodzi ze wspomnienia generała Béli Lengyela pt. Emlékeim, sygnatura TG 3028, 228/strona B znajdujących się w Archiwum Wojskowym (Hadtörtenéti Levéltár).

Ungvary_magyarcsapatokSUban

„Odwaga i solidarność z Polską niewarte pamięci” – a jednak tak

Pisalem dopiero co o mojej frustracji związanej z niemożnością załatwienia odznaczenia dla zespołu Kontroll za ich wsparcie dla Solidarności w latach 80-tych. Rok starań i nic.

Przeczytawszy mój wpis kolega Gabriel Kurczewski (skąd inąd autor świetnego bloga Blisko Tokaju) napisał do Europejskiego Centrum Solidarności, które rozdaje Medale Wdzięczności domagając się informacji w sprawie zespołu. Odpowiedź nadeszła w ciągu paru godzin: odznaczenie zostało przyznane w lipcu, wręczone ma być pod koniec tego roku albo w 2018.

A więc happy end! Mam nadzieję, że sprawa jest już na ostatniej prostej. Jeśli tylko uda mi się trafić na uroczystość odznaczenia napiszę z niej relację.

A Gabrielowi osobne podziękowania za udaną interwencję.

Odwaga i solidarność z Polską niewarte pamięci

Pisałem kiedyś tutaj o węgierskim alternatywnym zespole rockowym Kontroll, który w latach 80-tych wykonywał piosenki popierające Solidarność. Proponowałem też by jakoś upamiętnić ten gest tym bardziej wart docenienia, że na Węgrzech wówczas było dużo więcej strachu niż w Polsce i dlatego wiele on kosztował.

Nie tylko napisałem post na blogu ale spróbowałem i wziąć sprawy w swoje ręce. Wcześniejsze sugestie robione wobec tutejszej ambasady oraz Instytutu Polskiego spłynęły po nich jak woda po kaczce, napisałem więc do Europejskiego Centrum Solidarności, które prowadzi program odznaczania osób zasłużonych dla Solidarności, z wnioskiem o odznaczenia dla zespołu. Był to lipiec 2016 roku.

Odpowiedź udało mi się dostać miesiąc później wykorzystując wszystkie moje kontakty mające jakiś związek z ECS-em. Okazało się, że powinienem napisać do innych osób, co natychmiast zrobiłem. Dostałem potwierdzenie, że mój e-mail doszedł i że przekazano go kapitule Medalu Wdzięczności.

W odpowiedzi na moje wrześniowe pytanie co z wnioskiem dowiedziałem się, że czeka na inne wnioski tak by kapituła mogła więcej ich rozpatrzyć hurtem. Powinno to nastąpić w nowym roku, dowiedziałem się

Mój styczniowy e-mail (życzę do siego roku, co z moim wnioskiem) nie doczekał się już odpowiedzi. Poprzez swoje nieformalne kanały dowiedziałem się, że osoba zajmująca się wnioskami już tam nie pracuje, innej nie zatrudniono. Kolejne próby dotarcia z moim wnioskiem do ECS-u już żadnych rezultatów nie przyniosły.

Poddałem się.

Podsumowując: wyszło na to, że jako Polacy nie jesteśmy w stanie podziękować tym co wyrazili z nami solidarność kiedy, by użyć dawnego wyrażenia, jeszcze nie było wolno. I to nie jest tak, że ktoś zdecydował, że po prostu nie zasłużyli, bo na medal trzeba było więcej zrobić i już. To jeszcze byłoby w porządku. Tu jednak mamy do czynienia z niemożnością, totalną indolencją, i to już w pełni nasza zasługa, nie ma tu czego zwalać na komunistów, zabory, PO czy PiS. Troszkę irytujące, by nie wyrazić się przy użyciu bluzgów.

A dla przypomnienia kawałek pt. Polak-Wenger wykonywany akurat przez inny zespół (Pál utcai fiúk) z tekstem w pełni po polsku.

Polsko-węgierscy dezerterzy

Nie miałem pojęcia, że ten dość kultowy film, na który natknąłem się ostatnio przypadkowo, to zapewne największa polsko-węgierska koprodukcja. I nie mam tu na myśli tylko faktu, że wystąpiło w nim wielu polskich i węgierskich aktorów (Marek Kondrat, Róbert Kóltai, Wojciech Pokora, Zoltán Bezerédy, Zbigniew Zapasiewicz, itd.), że był wyprodukowany wspólnie przez zespoły filmowe polski Zodiak i węgierską Hunnię ale przede wszystkim to, że, w przeciwieństwie do innych polsko-węgierskich koprodukcji koncentrujących się na jednym tylko z tych dwóch krajów, ten opowiada o czasie kiedy Polacy, nawet jeśli nie wszyscy, i Węgrzy żyli w jednym państwie – i służyli w jednej armii.

Komedia C.K. dezerterzy ten szczególny kawałek wspólnej historii opowiada w swoisty, szwejkowski sposób. Mamy końcówkę pierwszej wojny światowej i nikt w garnizonie w Sátoraljaújhely, poza nowoprzybyłym dowódcą kompanii, nie ma ochoty walczyć za kaisera i za monarchię. Tym bardziej, że żołnierze w większości pochodzą z innych nich konstytutywne narody państwa: Austriaków – Niemców czy Węgrów.

Międzynarodowa grupka żołnierzy planuje operację Pierzyna czyli dezercję, a w międzyczasie „rządzi” kompanią. Robi to w sposób przypominający skrzyżowanie bandy szkolnych urwisów z więzienną grypserą. Nadgorliwych przełożonych wykańczają trochę tak jak się wykańcza nieznośnego nauczyciela. Wszystko co ich kręci to możliwość napicia się – i złożenia wizyty w burdelu. Szwejkowską atmosferę potengują niektóre dialogi, jak choćby ten, w którym główny bohater Kaniowski wyjaśnia oficerowi za co dostał karę: w latrynie tłumaczył komuś, że oficerowie piją tyle kawy by ich kupy miały połysk „a nasze kupy stawały przed nimi na baczność”.

Udana ucieczka z koszar granych przez twierdzę w Modlinie prowadzi przez szereg miejscowości między innymi Budapeszt. Po drodze libacje, panienki i spotkania z innymi, niekiedy nadzwyczaj pomysłowymi, dezerterami. Ekipa uciekinierów zostaje jednak schwytana i stoi już przed sądem wojennym kiedy przychodzi wiadomość, że cesarz abdykował. Następuje chaos, wszyscy się rozbiegają, można wracać do domu.

Kończąca scena jest jakby doklejona na siłę z zupełnie innego filmu. Nad biegnącymi żołnierzami pojawiają się mianowicie flagi, w większości polskie ale jest i węgierska. Przetarłem oczy. A potem jeszcze raz. Czyż ci szwejkowie marzący o flaszce i panience, nieprzejawiającyc żadnego szacunku do przepisów, państwa i władzy mieliby okazać się o tak, nagle, patriotami jakiś innych krajów tylko dlatego, że wreszcie można? Za obce nie chcą walczyć ale za swoje tak? Nie bardzo jestem w stanie sobie to wyobrazić.

CKDezerterzy

Węgierska flaga z lewej, polska z prawej

Ponadto gdzie w takim razie są przedstawiciele innych nacji, Czesi, Słowacy, Rusini, …? Czy oni też biegną za polskimi i węgierskimi flagami czy też może woleliby wznieść swoje – przeciwko Polakom i Węgrom? Szwejkowski pacyfizm miał potencjał łączący, nacjonalizmy już nie.

Dotąd nie słyszałem nigdy o wybuchach radości Węgrów z upadku monarchii – dla nich było to jednak ich państwo, które przyniosło im złoty okres. Oj, chyba ktoś niedocenił różnic w historii między Polakami a Węgrami. Ale film i tak warto zobaczyć.