lista agentow wegierskich w internecie

Dzis Political Capital, ktory jest jednym z tutejszych think tanks, zamiescil w internecie liste agentow wegierskich. Lista jest w miare krotka i zawiera zaledwie 19 nazwisk choc podobno maja dodatkowe 97, ale za to sa to wszystko osoby, co do ktorych nie ma watpliwosci, ze agentami byli. Sa na niej miedzy innymi byly premier, obecny dyretor Banku Narodowego, pisarze, naukowcy. Political Capital chcialby swoim czynem sprowokowac bardziej zdecydowane dzialania dotyczace bylych agentow. Obiecuje, ze lista bedzie poszerzana o nowe nazwiska, zacheca do kontaktu.

Wegry kraj chrzescijanski

Czytajac Holly albo BigApple na temat srody popielcowej przypomnialem sobie, ze bal karnawalowy w przedszkolu Chlopaka bedzie mial miejsce 17 lutego, czyli juz grubo w wielkim poscie. Tu tego nikt nie zauwaza. Sliwka, ktorej to wspomnialem, tylko sie usmiechnela, sadze, ze wiecej ludzi by tak zareagowalo. W takim to chrzescijanskim kulturowo raju zyje.

przyjezdzaja Jenő i Mari – koniec Bozego Narodzenia

Zapomnialem
wspomniec, ze odwiedzili nas Jenő i Mari, czyli brat Sliwki i jego
zona. Weekend w Budapeszcie mial byc prezentem bozonarodzeniowym. Juz
jakis czas myslalem o zaproszeniu Jenő tutaj, wiec jak sie
zaczelismy zastanawiac nad prezentami, rzucilem "a co by bylo
gdyby jako prezent zaprosic ich tutaj". Obojgu nam pomysl sie
spodobal, bo zwykle nie bardzo wiemy co by tu kupic na te swieta a
tak wszyskim przynajmniej, taka mielismy nadzieje, bedzie milo.
Gwozdziem programu mialo byc pojscie do teatru.


Jenő
lubie. Jest zawsze wesoly, cieply, wszystkich zna, wszyscy go lubia.
Najbardziej kojarzy mi sie zawsze z piosenka, ktora probowal nauczyc
Chlopaka w lecie (tlumaczenie moje):


Mam
gacie w prazki

A
w nich olowek

Co
wieczor nim pisze

A
ten jakos sie nie tepi

Mari
jest nieco obrazalska i czesto ma innym za zle, ale jakos sie lubimy.
Cieszy sie zawsze, kiedy zaproponuje palinke, nawet rano:)


Jenő
i Mari mieszkaja w Szolnoku, ktory jest dosc potwornym okolo
osiemdziesieciotysiecznym miastem polozonym sto kilometrow na wschod
od Budapesztu. Czyli, jak tu sie to powszechnie, na prowincji. Bo
tutaj jest Budapeszt (dwa miliony mieszkancow) oraz prowincja
(najwieksze miasto dwiescie tysiecy). Podzial istnieje w jezyku
potocznym: do Budapesztu sie nie jedzie ale "podjezdza" a
do takiego Szolnoku, na przyklad, "zjezdza", nurtach
literackich ("ludowy" oraz "miejski") a takze w
polityce, gdzie opozycyjny obecnie Fidesz caly czas probuje wygrywac
roznice miedzy "stolica", przypominajaca wedlug jednego z
dzialaczy partii glowke niemowlecia z wodoglowiem, oraz "prowincja".


Odwiedziny
krewnych z prowincji to zazwyczaj pewien rytual. Zwykle jest przyjazd
na dworzec, na ktory przybywaja w paltach, futrach czy tez kozuchach
nie pozwalajacych na ukrycie pochodzenia wlascicieli, nakryciach
glowy sprzed lat dwudziestu oraz duzymi torbami z jedzeniem: coz
innego mozna przywiezc z prowincji.


Jenő
i Mari przyjechali jednak samochodem a z jedzenia pojawila sie tylko
tutejsza wersja sernika vargab
éles,
ktora sie robi z makaronem. Podjelismy ich obiadem, na
szczescie udal sie niezle. Pisze na szczescie, bo nader czesto to, co
gotujemy zupelnie nie odpowiada rodzinie Sliwki Kiedy jej ojciec
przyjezdza tutaj profilaktycznie juz je obiad przed wyjazdem i u nas
niczego nie chce. Po dlugich namyslach zdecydowalismy sie na zupe z
kabaczka zoltego oraz gulasz piwny z kasza. Jenő
nieco cierpial nad zupa, ale drugie danie poszlo mu juz lepiej, wrecz
zachwyceni byli natomiast winem oraz koszerna palinka sliwkowa. Po
obiedzie pojechalismy obejrzec nowy, monstrualny teatr narodowy,
wjechalismy na zamek oraz gore Gellerta.


Wieczorem
byl teatr, Koty, a po teatrze zabralem ich troszke sie
powloczyc po okolicznych knajpach. Zaszlismy do klubu F
észek,
w ktorym pseudorenesansowe podworko z przelomu dziewietnastego i
dwudziestego wieku przykryte jest na zime dachem i ogrzewane lampami
gazowymi. Wszystko w stanie rozpadu, ostatni remont budynki byl chyba
w latach szescdziesiatych. Jest jakis DJ, jakas tanczaca dziewczyna,
nie wiadomo skad maszyna do dymu, a poza tym pusto. Pijemy Unicum i
przenosimy sie do Szimpla kert.
To miejsce to pozostalosc lata, kiedy w naszej dzielnicy ogrodki
otworzono cos w osmiu domach do rozbiorki. Inwestycja minimalna, bar,
krzesla z zamykanego domu kultury, zwirek i lampy, a efekt
niesamowity. Dzielnica w nocy pulsowala grupkami przenoszacymi sie z
jednego ogrodka do drugiego, koniec pustki na ulicach. Przy czym
ogrodki te zazwyczaj nie mialy szyldu, poznawalo sie gdzie jest po
opaslym brysiu siedziacym na zawsze na malym krzeselku przed brama.
Szimpla kert tez zostal przykryty dachem i nadal funkcjonuje.
Akurat byl koncert, nieznany zespol gral rocka. Wypilismy po piwie –
rozmawiac sie nie dalo – i ruszylismy do domu.


Nastepnego
dnia pojechalismy na zakupy oraz na spacer po wyspie Malgorzaty.
Rzecz byla historyczna, Mari neka
Jenő od
kiedy sie znaja – trzydziesci dwa lata! – zeby ja tam zabral, no
i prosze, w koncu tam trafilismy. Chodzilismy troche po sniegu wciaz
bialym wobec nieobecnosci soli, ktorej na wyspie sie nie uzywa, i
Mari promieniala szczesciem. Wracamy do domu i od razu ruszamy na
obiad do greckiej restauracji. Chlopak zamawia rybe i pokazujac
Sliwce kolejne kawalki swojego szaszlyka zanim wlozy je do ust: ryba!
osmiornica! krewetka! Jenő i Mari, jak sie okazalo, po raz pierwszy
w zyciu byli w greckiej restauracji, i nadzwyczaj im ona przypadla do
gustu.

Wyglada
na to, ze wizyta bardzo sie podobala zarowno Jenő ja i Mari. Mari
mowi, ze "wszystko" bylo swietne, ani razu na nic nie
narzekala, mi, ze zwykle to robi. Jenő zachwycony przede wszystkim
nasza nocna wyprawa po
kocsmach. Zachwycony, ze nikt nie
spojrzal na nas krzywym okiem, mimo, ze Mari w futrze a on sam w
krawacie. My tez zadowoleni, bo milo bylo, to taki prezent
swiateczny, ktory i nam dal sporo uciechy. W ten sposob zakonczylismy
swietowanie Bozego Narodzenia.

Jak daleko sa Wegry?

Brat przyslal mi smsa: "nie jestes na liscie Wildsteina". Podziekowalem, juz sobie ja znalazlem i sprawdzilem, faktycznie, nikogo o naszym nazwisku tam nie ma. Nawiasem mowiac trafilem tam na nazwisko znajomego, mam teraz do myslenia.

No i jak to jest, ja na Wegrzech, a nawet chwilowo w Bangalore, a polskie sprawy caly czas ze mna. Na gazety mniej wiecej codziennie rzuce okiem w internecie wiec wiem co sie dzieje, poza tym sa komorki, karty telefoniczne do taniego dzwonienia, tanie linie lotnicze, zdecydowanie Polska nie jest daleko lub moze odpowiadajac na tytulowe pytanie, Wegry sa raczej blisko.

A przeciez jeszcze jakie pietnascie lat temu kiedy pisywalismy sobie ze Sliwka listy szly one przez MIESIAC! Nie wiem czemu i nie wiem co sie potem stalo ale tak kolo 1989-1990 roku poczta przyspieszyla i teraz ida przez pare dni zaledwie. Pewnie ktos je gdzies tam czytal albo sobie przynajmniej na pare dni odkladal, a nuz mu przyjdzie ochota zobaczyc o czym sobie piszemy:) Koledzy przysylami mi czasem poczta paczke gazet z ostatnich paru tygodni. A rzadka ktos przyjezdzal i przywozil swieza prase. I tyle. Jako fanatyk polityki staralem sie jak moglem sledzic wydarzenia w Polsce ale i tak czulem sie nieco odciety.

Potem wszystko zaczelo sie zmieniac. Najwieksza zmiana bylo pojawienie sie gazet w internecie. Zaczalem je czytac i od tej pory koledzy czy rodzina nie byli juz w stanie mnie zaskoczyc pytaniem "a slyszales, ze…?" Zawsze slyszalem, wiedzialem, znalem te same szczegoly. Przyszlo oswiecenie: zrozumialem, ze nawet mieszkajac gdzies informacje o tym co sie dzieje bierzemy z mediow. Wystarczy – jednoczesnie – czytac te same gazety i jak gdyby sie nigdy nie opuscilo Polski. To znaczy, prawie jak gdyby sie nigdy nie opuscilo Polski. Pozostaje pare roznic. Jesli sie mieszka w kraju lepiej zna sie naprawde lokalne wydarzenia (to co sie dzieje przed twoim domem), to, co sie z wazniejszych rzeczy zobaczylo na wlasne oczy, plotki no i ogolna atmosfere.

Obserwacja ta mnie z jednej strony ucieszyla. Dobrze, ze mieszkajac zagranica nie musze tracic kontaktu i ze wciaz jestem na bierzaco. Z drugiej strony jednak nieco mnie ona zafrapowala. Bo przeciez na ogol nie myslimy, ze nas obraz swiata tak bardzo jest ksztaltowany przez media, wydaje nam sie raczej, ze widzimy go wlasnymi oczami.

Polska nie jest wiele dalej niz kiedy jeszcze tam mieszkalem, tyle tylko, ze i wtedy nie byla bardzo blisko.

Holly!

Spotkalem sie z Holly! No i okazalo sie, ze naprawde jest to kobieta, naprawde jest dziennikarka – i naprawde jest w Bangalore. (Ona tez upewnila sie, ze naprawde mieszkam na Wegrzech:) Czasem czytajac blogi zastanawiam sie na ile mozna wierzyc, ze ich autorzy i autorki sa naprawde tym, za kogo sie podaja. Na przyklad, czy wynurzenia seksualne nastolatki to nie dzielo perwersyjnego czterdziestolatka albo za takim na przyklad Ele Ganckim nie kryje sie jakis swietnie sie bawiacy pisarz.

Holly probowalem znalezc wczoraj w jej hotelu, ktory jak sie okazalo jest o jakies trzysta metrow od mojego. Udalo mi sie przekonac recepcjonistki do podania mi numeru pokoju "Ms. Anity from Poland", bo akurat tyle informacji o Holly udalo mi sie znalezc na jej blogu. Nie bylo jej, wiec zostawilem wiadomosc. Holly odpowiedziala smsem w nocy o wpol do pierwszej. Spalem juz ale sie obudzilem i na wpol senny probowalem zadzwonic do jej hotelu, w zaden jednak sposob nie udalo mi sie wpasc na to jak dzwoni do numeru w miescie. Na szczescie jednak Holly sama sie odezwala (uprzejme "dzien dobry" na poczatek) i umowilismy sie na dzis rano w jej hotelu.

Malo mielismy czasu bo od wpol do dziewiatej bylem juz zajety ale dalismy rade troche pogadac. Powiedzialem jej, jak bardzo zazdroszcze jej tego jak pisze. Zgodzilismy sie, ze potwierdzajace kiwanie glowa, ktore jest tutaj przyjete, jest szalenie niejasne. Okazalo sie, ze dzielimy fascynacje lokalna marka samochodow Ambassador o uroczej linii w lat 50tych. Oboje nas uderzyla niewinnosci Hindusow, ktorzy kochaja romatycznie, bez zazenowania mowia o podnioslych rzeczach i nad wszystko cenia swoje miejsce urodzenia. No i oboje uwazamy, ze blogi sprawiaja mnostwo uciechy, na przyklad umozliwiajac nasze spotkanie, ktore w zaden inny sposob nie doszloby go skutku. Pierwszy raz sie widzielismy a tu od razu jak starzy znajomi. Poprosilem, zeby pozdrowila Raneeza, ktory moim zdaniem ma juz wielu fanow w Polsce i gdzie indziej (jestem jednym z nich). Na tyle mniej wiecej wystarczylo nam czasu choc chetnie jeszcze pogadalbym z Holly o innych rzeczach. Innym razem.

Bangalore

Zycie nie nudzi. Jestem wlasnie w Bangalore, scislej mowiac pod miastem, a w miedzyczasie dowiedzialem jest tutaj autorka jednego z blogow, ktore lubie i czytam, i do ktorego sie linkuje, a mianowicie Holly_goli w szponach gwozdzi. Po pierwsze, coz za zbieg okolicznosci. Po drugie, nie wiedzialbym nigdy gdyby nie blogi. Sprobuje ja tu znalezc – podala adres hotelu – ciekaw jestem czy sie uda i co ona na to. W chwili obecnej lezy gdzies scieta "goraczka indyjska"🙂

Znowu (znowu!) Amadinda

W niedziele znow poszlismy z Chlopakiem na koncert Amadindy dla dzieci. Dodam zaraz, ze koncertow w serii bedzie jeszcze dwa wiec byc moze jeszcze o Amadindzie napisze.

Poprzedni koncert byl wprowadzeniem do instrumentow perkusyjnych, ten byl na temat rytmu. Zakochalem sie Stevie Reichu i jego Clapping Music. Przypomnialem sobie, jak jeszcze uczac w szkole (dawno bylo ale i to bylo) pod wodza naszej uroczej nauczycielki muzyki wykonywalismy utwory wlasnie Reicha zawziecie klaszczac, bijac sie po udach i tupiac. Bardzo proste pomysly a ile do sluchania. Na przyklad nieskomplikowany rytm klaskany przez dwoch muzykow, przy czym co jakis jeden z nich zaczyna o osemke pozniej, i tak az dogoni drugiej. W miedzyczasie tecza rytmow.

Tak wiec ja bylem urzeczony. Chlopak mniej. Krecil sie caly czas, nie mogl sobie miejsca znalezc. Siedzielismy na miejscach dla choru wiec cala sala nas widziala, ale co tam. Wychodzac juz, co z racji tego gdzie siedzielismy odbywalo sie przez zaplecze dla muzykow, spotkalismy Zoltána Rácza, lidera Amadindy. Zlapal Chlopaka i spytal: "No i jak, nudno bylo?", na co Chlopak: "tak" i pomaszerowal dalej do szatni zostawiwszy Rácza z lekka pozbawionego tchu. "No tak, nieco za duzo mowil ten pan", powiedzial o sobie skonsternowany.

Za miesiac idziemy jednak znowu: obiecalem Chlopakowi kupic plyte dla dzieci, ktora sobie wypatrzyl na stoisku z kompaktami, ma teraz przynajmniej motywacje.