kilometry autostrad

Politycy wegierscy, a moze gdzie indziej tez tak jest, lubia sie obrzucac kilometrami autostrad. Czyz nie jest dobrze obiecac w kampanii wyborczej zbudowanie jakiejs okraglej, dobrze brzmiacej, dajmy na to osiemset, liczby kilometrow autostrad? Albo potem atakowac rzad mowiac, ze pomimo wszystkich obietnic dotad zbudowal zero (zero!) kilometrow? Albo w waznym przemowieniu rzucic, ze do konca kadencji powstanie 350 kilometrow, a 400 zostanie rozpoczete, nie mowiac juz o drogach szybkiego ruchu. Ewentualnie rozwodzic sie nad tym na ile szybciej powstana kilometry dzieki funduszom strukturalnym. I tak dalej, i tak dalej, kilometry autostrad jako kwantyfikacja osiagniec rzadu.

W tej sytuacji nie dziwi wiec, ze kiedy w trakcie niedawno wygloszonego oredzie o stanie panstwa premier rzucil, ze zamierza doprowadzic do tego, zeby pociag z Pecsu do Budapesztu jechal przez zaledwie poltorej godziny, zapadlo mi to w pamiec. Nie wazne, ze, jak to natychmiast wyliczyli fachowcy, przy ponad dwustu piecdziesieciu kilometrach miedzy tymi miastami pociag musialby jechac z predkoscia sto szescdziesiat kilometrow na godzine, do czego wymienic nalezaloby w zasadzie wszystko (tory, wagony, lokomotywy, itd.) na tej trasie nie liczac kolejarzy, a moze zreszta i ich tez. Wazne, ze w miare wazny polityk w koncu publicznie uznal koleje za obiekt warty ambicji.

Samochody na Wegrzech ciesza sie niekwestionowana dominacja sposrod srodkow lokomocji. Miasta, gdzie mozna sie poruszac na cztery sposoby (auto, komunikacja miejska, rower, na piechote) urzadzone sa w zasadzie pod samochody. Dominuja one tez dyskusje publiczna. Caly czas rozprawia sie o fatalnym stanie nawierzchni drog, oplaty za parkowanie doprowadzaja spoleczenstwo do bialej goraczki – doszlo nawet do tego, ze ostatnio jacys zdenerwowani obywatele wzieli sie za inicjowania referendum na ten temat, troche mowi o komunikacji miejskiej i tyle. Piesi i rowerzysci w zasadzie tematem nie sa. Najlepiej te dominacje aut obrazuje czesto widziany widok jak staruszka przechodzaca ulice przyspiesza na widok samochodu z jakims szczylem za kierownica.

Poniewaz nie jestem politykiem, nie musza wygrywac zadnych wyborow i nic nie obchodzi mnie co mysli statystyczny obywatel oddalem sie marzeniom bez cienia zwiazku z rzeczywistoscia. Co by bylo, pomyslalem, gdyby tak w nastepnym oredziu o stanie panstwa premier obiecal 10,000 (dziesiec tysiecy!) kilometrow chodnikow bez dziur, psich kup i zastawiajacych je samochodow? Albo rzucil wizje sieci sciezek rowerowych do ekspresowego poruszania sie po miescie? Albo gwarancji, ze nikt w miescie nie bedzie mieszkal dalej niz sto metrow od jakiegos przystanku? Albo obiecal wprowadzic ustawe zobowiazujaca producentow aut do wplacania na specjalny fundusz promujacy chodzenie na piechote sum rownych temu co wydaja na reklamy samochodow? Czyz nie byloby milo przejsc sie kolo billboardu z podnioslym napisem "Chodzac pieszo przyczyniasz sie do walki z globalnym efektem cieplarnianym"? Albo zwiezle "Piesi sa zdrowsi". A moze tak do myslenia "W samochodzie nie wpadniesz na dawno niewidzianych przyjaciol" (w domysle: na ulicy, w tramwaju tak). Albo filuternie "Sa tacy co wszedzie jezdza samochodem, czy chcialbys wygladac jak oni?" a obok zdjecie tlustej Amerykanki w baseballowce i o obfitych biodrach? Oj, co to by bylo.